One last stop jest drugą powieścią Casey McQuiston po rewelacyjnym debiucie Red, white & royal blue. Zdania co do tego, jak wyszła druga powieść spod pióra tej autorki są podzielone, z zawodową ciekawością podeszłam do zgłębiania tematu.
Ta powieść też zaczyna się bardzo dobrze – August jest studentką, wprowadza się do zgrai podejrzanych typów (choć właściwsze wydaje się określenie, że zostaje przez nich przygarnięta), którzy mają problem z dorośnięciem, co wywołuje sporo zabawnych wydarzeń.
August powoli układa sobie życie w Nowym Jorku, zaczyna pracę naleśnikarni, a dojeżdżając metrem na uczelnię, poznaje Jane, piękną, interesującą retro dziewczynę, która z zadziwiającą regularnością korzysta z tej samej linii.
Ten fragment czyta się bardzo dobrze, to powieść – kocyk, która otula serduszko i przynosi ukojenie. Znajomość się rozwija, jest odrobinę niezręcznie, trochę romantycznie, ale August angażuje się coraz bardziej…
Okazuje się, że Jane wskutek dramatycznych okoliczności utknęła w metrze w latach 70. i nigdy się stamtąd nie uwolniła. Przestała się starzeć i istnieje o tyle, o ile inni ją widzą i wchodzą z nią w interakcje.
Moim problemem z tą powieścią jest niespodziewana zmiana odmiany gatunkowej i wprowadzenie elementów fantastycznych. Zupełnie inaczej czyta się współczesny romans z wysokim współczynnikiem prawdopodobieństwa (gdy dwie dziewczyny spotykają się w metrze i się w sobie zakochują), a zupełnie inaczej powieść fantastyczną (to nawet science-fiction, autorka próbuję wpleść naukowe podwaliny wydarzeń), która jako podstawowe wymagania stawia zawieszenie niewiary. I ta wolta następuje w połowie.
I to nie jest zła powieść, po prostu niewygodna w czytaniu i irytująca. Traktuję to jako błąd redaktora, który nie zwrócił uwagi na niespójność tekstu, chociaż autorka w posłowiu wspomina, że redaktorka określiła tę powieść jako dziwną. I faktycznie taka jest. Jednocześnie jest napisana pięknym językiem – jak wspomniałam, daje takie wrażenie otulenia, ma taką łatwość w opisywaniu relacji – nie tylko romantycznych, bo przyjaźń, która się rodzi między bohaterką a jej współlokatorami też jest niesamowita. A dzięki temu czytelnik nie ma takiego wrażenia, że na świecie są tylko dwie osoby które biorą udział w fabule, a jest to często spotykany zabieg w romansach o parach heteronormatywnych.
Myślę, że powieść spodoba się osobom, które mają mniejszy korpus tekstów za sobą lub poszukują czegoś nowego w beletrystyce. Tymczasem czekam na kolejną powieść tej autorki z nadzieją na opowieść zbliżoną do debiutu.
Autor: Casey McQuiston Tytuł: One last stop Tłumaczenie: Aga Zano Wydawnictwo: Prószyński i S-ka Data: 2021
Fragmenty reportażu z 1934 r. autorstwa Bernarda Newmana, brytyjskiego dziennikarza, pisarza, żołnierza, autora piosenek i musicali, podróżnika, urzędnika, zamiłowanego cyklisty i domniemanego szpiega usłyszałam w pewnym radiu. Czytał je z iście angielską nonszalancją znakomity Rafał Zawierucha. Decyzja o poznaniu całej książki była szybka – a podczas lektury wciąż słyszałam w głowie głos Zawieruchy…
Newman napisał swoją książkę dla ówczesnych rodaków, dlatego dzisiejszego polskiego czytelnika może nieco razić brak weryfikacji podawanych przez autora faktów, powtarzanie legend i plotek, statystki wyssane z palca. Mimo to Rowerem przez II RP (w oryginale Pedalling Poland) jest cennym świadectwem epoki spisanym przez życzliwego Polsce obieżyświata. Jego bezpośrednie wrażenia, chociaż zwykle niepoparte rzetelną kwerendą, są wzbogacone komentarzami politycznymi i trafnymi spostrzeżeniami na temat sytuacji Polski w latach 30. XX w. To była pierwsza wizyta Newmana w Polsce, po wojnie odwiedził ją jeszcze kilkukrotnie, o czym napisał m.in. w książkach The New Poland (1946) i Portrait of Poland (1959).
Rowerem przez II RP to niezwykła podróż po kraju, którego już nie ma. W snutych przez autora opowieściach widać jego szczere zaangażowanie, ciekawość kraju i jego mieszkańców. Newman miał niezwykły talent do nawiązywania kontaktów; odznaczał się pogodą ducha, wytrwałością (zwłaszcza podczas kilometrów po piaszczystych bezdrożach Polesia czy deszczowych, płaskich nizinach) i poczuciem humoru, co nieraz pozwalało mu wyjść z opresji obronną ręką. Podczas I wojny światowej został zwerbowany do kontrwywiadu przez francuskiego oficera łącznikowego; w latach 30. słał raporty z Hiszpanii do brytyjskich gazet o działaniach Franco. Jest autorem 150 książek (podróżniczych, szpiegowskich, powieści, komentarzy na temat wydarzeń w Europie, Azji i na Bliskim Wschodzie), w czasie swoich wojaży przejechał 30 tys. mil, sporo z nich na rowerze. Było mu dane rozmawiać ze znakomitościami swoich czasów – Kennedym, Hitlerem, de Gaulle’em, Mandelą, Chruszczowem, szachem Iranu, Gandhim… To pierwsze polskie wydanie jego podróżniczej książki o Polsce, autor zmarł w 1968 r.
Jak czytamy na wstępie, zespół redakcyjny, przygotowujący książkę do druku, zdecydował się ją opatrzyć aż 209 przypisami, korygując niektóre zapiski autora czy wyjaśniając sprawy oczywiste dla ówczesnych czytelników, a niekoniecznie – dla dzisiejszych. Trudności przysparzały zwłaszcza zwroty, które w latach 30. XX w. były w sumie neutralne, a dziś kojarzą się wyłącznie negatywnie, tj. getto (w znaczeniu dzielnicy żydowskiej) i rasa (tutaj szczegółowe wyjaśnienia, jak je rozumieć u Newmana, zawarto we wstępie). Cenne są też zdjęcia zrobione przez autora podczas tej wyprawy, kilkunastoma z nich zilustrowano książkę. O tym, jak brytyjski obieżyświat zapatrywał się na niektóre zjawiska, z którymi zetknął się w Polsce, świadczy poniższy fragment.
Miejsce to miało niewątpliwie swoją atmosferę. Zapomniałem o deszczu i dołączyłem do pielgrzymów. Nie był to świąteczny dzień, lecz zwykła poranna msza niedzielna, tak więc na ogromnym terenie pod gołym niebem stało jedynie 30 000 ludzi. Gdybym przyjechał tydzień lub dwa później – ósmego września – byłbym jednym z trzystutysięcznego tłumu. Widok rzeczywiście przypominał Lourdes, modlitwy były długie i żarliwe, wysoko nad nami, na szczycie murów, kapłan we wspaniałych szatach odprawiał mszę. W kulminacyjnym momencie odsłonił obraz cudownej Madonny w głębi czegoś, co przypominało szklaną gablotę. Dwadzieścia dziewięć tysięcy dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć osób runęło na ziemię w uwielbieniu, a ja usiłowałem nie rzucać się w oczy. Te symbole niewiele dla mnie znaczą, ale nie lubię ranić czyichś uczuć. W Częstochowie podobnie jak w Lourdes nie liczy się, w co wierzymy, ty czy ja, ważna jest wiara pielgrzymów. Obraz Madonny nie wyróżnia się pod względem artystycznym. Zgodnie z tradycją namalował go Święty Łukasz. Zawsze sądziłem, że był on raczej lekarzem niż artystą, w każdym razie źle zmieszał farby – co widać zwłaszcza w kolorystyce ciała. Madonna jest śniada jak Hinduska, a złota oprawa służąca za jej strój tylko podkreśla tę karnację. W Polsce znana jest jako „Czarna Madonna”, a jej sława sięga zenitu (…). Niewiele widziałem z mszy przed olśniewającym ołtarzem, wspaniałych strojów kapłana i ministrantów, słyszałem za to wspaniałe śpiewy ukrytego chóru. Głównie jednak niepokoiłem się o ludzi wokół mnie, przepełniony nietypowym dla mnie współczuciem, a jednocześnie przejęty podziwem dla nich, których wiara znajdowała się na tak odmiennej płaszczyźnie. Dla nich ołtarz był obiektem cudownej piękności, dla mnie niemal karykaturą – żeby zwykły drewniany krzyż zamienić w łunę diamentów! Straszliwy ścisk, odór spoconych ciał, bezustanne jęki bólu – jak można w takich warunkach zachować religijny nastrój? A przecież tam panował, byłem bodaj jedyną osobą, której myśli zaprzątały tak przyziemne sprawy [ s. 135–138].
W niektóre z przygód Newmana w Polsce aż trudno uwierzyć, np. o tym, jak zwerbowano go do występu akrobatycznego we Lwowie podczas obiadu w restauracji czy w informację, że napotkana przez niego w gospodzie rodzina ubogich Hucułów miała książęcą krew. Albo o tym, jak uciekał przed żubrem w Białowieży… Dlatego książkę czytałam z narastającym (sympatycznym!) zdumieniem, a kiedy na końcu autor wyznał, że podczas rowerowych peregrynacji przez polskie bezdroża ani razu nie złapał gumy, musiał tylko wymienić sprężyny w siodełku, doprawdy nie dałam temu wiary… Widocznie George (tak miał na imię rower Newmana) był najlepszym z możliwych rowerów. I świetnym towarzyszem podróży, z którym autor ucinał sobie czasem pogawędki, zwłaszcza że czasem przez kilometry nudnych nizin byli zdani tylko na siebie. Poglądową trasę ich wyprawy można zobaczyć na odautorskim szkicu, zamieszczonym na okładce.
Autor: Bernard Newman Tytuł: Rowerem przez II RP Wydawnictwo: Znak Data: 2021
Seria Mroczne materie Philipa Pullmana stała się bardzo popularna ze względu na serial nakręcony na jej podstawie z 2019 r. A ponadto pierwsze wydanie stało się dla wielu nastolatków książką ich życia. Powieść została w Polsce wznowiona w nowym przekładzie.
Zorza polarna jest opowieścią o Lyrze, osieroconej dziewczynce wychowywanej przez akademików w Oxfordzie. Powinna tam zdobywać wykształcenie i być wychowywana jak na córkę lorda przystało, tymczasem jest traktowany trochę jak maskotka, a trochę jak podrzutek, jest chłopczycą, szuka przygód, wymyka się opiekunom, zadaje z dziećmi z miasta…
Lyra zostaje wciągnięta w wir wydarzeń, z których niewiele rozumie, a w których odgrywa kluczową rolę – grasuje szajka porywaczy dzieci, lady Coulter zabiera Lyrę z jedynego znanego jej domu, wuj odjeżdża na wyprawę, by badać Proch na północy – a zagubiona dziewczynka stara się odnaleźć w nowej rzeczywistości.
Na co warto zwrócić uwagę w Zorzy polarnej to właśnie konstrukcja świata przedstawionego, jego opisy, oraz element mitologiczno-duchowy, stanowiący podwaliny całej akcji. To również jest taki element, który raczej zwróci uwagę nieco bardziej doświadczonego czytelnika, szczególnie odwołania do teologii, rozważania o grzechu, upostaciowieniu duszy.
To jednak nie byłoby dziwne, gdyby nie pewne różnice w budowie świata przedstawionego. W grubszych zarysach jest to ten sam Oxford, który możemy znać, przechodząc do szczegółów widać coraz więcej różnic. Sama budowa miasta i jego opis są zbieżne ze współczesnym miastem. Jeśli chodzi o technologię to czas się tam zatrzymał na poziomie epoki pary; jeśli zaś chodzi o sferę naukowo-duchową, to mamy do czynienia z czasami odpowiadającymi epokom oświecenia bądź nawet średniowiecza. Jeszcze jedną, najważniejszą różnicą jest to, że ludzie mają w tym świecie dusze personifikowane. Te tak zwane dajmony są do pewnego momentu zmiennokształtne, po osiągnięciu dojrzałości osiągają swoją ostateczną, zwierzęcą formę. Dotyczy ich szereg praw i zobowiązań, jak na przykład rozmawiają głównie ze swoim człowiekiem, nie wolno dotknąć cudzego dajmona.
Mam jednak z tą książką problem. Nie wiem dla kogo ona jest przewidziana. Bohaterką jest jedenastolatka, a zatem i postrzeganie świata jest nieco uproszczone (choć autor czasami zdaje się o tym zapominać), ale problemy z którymi musi się zmagać zdecydowanie ją przerastają. Aby się z nimi uporać, potrzebuję pomocy wielu donatorów, których spotyka po drodze (widać tutaj jednocześnie konstrukcję powieści, którą można analizować w odniesieniu do morfologii baśni), jednocześnie powieść jest brutalna. Jest realistyczna i jest brutalna – nie wydaje mi się zatem przeznaczona dla młodszej młodzieży na co wskazywałby wiek bohaterki, jednocześnie nie jest też przeznaczona dla starszych odbiorców ze względu na uproszczenia.
Autor: Philip Pullman Tytuł: Zorza polarna Tłumaczenie: Wojciech Szypuła Wydawnictwo: Mag Data: 2019
Na pograniczu reportażu, dziennika podróży i autobiografii powstały bardzo osobiste analizy tego, jaka jest Grecja dzisiaj i dlaczego taka, a nie inna właśnie. Sporo z tych diagnoz można (niestety) odnieść i do Polski, drugiej z ojczyzn Dionisiosa Sturisa.
Czym są owe gorzkie pomarańcze z tytułu pierwszej książki? To owoce rosnące przy chodnikach i ulicach, na które chętnie łaszą się naiwni turyści. Owoce wyglądają soczyście, jednak w rzeczywistości są gorzkie i niemal niejadalne. Jest jednak sposób, by zrobić z nich coś na kształt powideł, słodszych niż najsłodsze pomarańcze z Argos, jak twierdzi autor (i podaje na nie przepis). Podobnie jest z opisywaną przez niego Grecją – widzimy ją, tak jak skórkę pomarańczy, tylko z zewnątrz, poprzez wakacyjne, bajecznie kolorowe foldery biur podróży; tymczasem w środku znajduje się gorycz czasem nie do przełknięcia. A gdzie zachód słońca jest najpiękniejszy i dlaczego na Santorini? To jedyna prawidłowa odpowiedź na pytanie podczas egzaminu na obywatela/obywatelkę Grecji. Te i inne ciekawostki (ale i niedorzeczności) poznać można dzięki tym dwóm książkom Sturisa.
Przy czytaniu Gorzkich pomarańczy warto zwrócić uwagę, czy to wydanie II rozszerzone – zawiera ono bowiem, w stosunku do wydania pierwszego z 2013 r., kilka tematów więcej, dotyczących aktualnej sytuacji Grecji, m.in. kryzysu migracyjnego i powstających w tym klimacie mocno prawicowych, faszystowskich niemal, partii. I niestety bezwiednie niemal nasuwa się tu skojarzenie z obecną sytuacją w Polsce. Obyśmy nie skończyli jak Grecja – całkowitym bankructwem na każdej płaszczyźnie… Natomiast Zachód słońca na Santorini jest poniekąd kontynuacją Gorzkich pomarańczy, przede wszystkim skupia się na działalności Złotego Świtu, faszystowskiej partii, której proces sądowy z detalami relacjonuje Sturis. Drugi ważny jej temat to perypetie rodzinne autora, tym razem skupione wokół nieodroczonej obowiązkowej służby wojskowej w Grecji, o czym autor dowiaduje się podczas przekraczania granicy, jadąc do greckiej rodziny na wakacje (jego nazwisko wyświetliło się w systemie pogranicznikom na czerwono, co powinno spowodować natychmiastowe odstawienie delikwenta do aresztu). Jak w najlepszej powieści mamy tu więc suspens, nieoczekiwane zwroty akcji i mroczne, rodzinne tajemnice. Ostatnie rozdziały Zachodu słońca… są zaś poświęcone narodowym marmurom, które w XIX w. lord Elgin wykradł z Akropolu i wywiózł do Wielkiej Brytanii, gdzie pozostają do dziś, mimo wielu prób ich odzyskania przez kolejne greckie rządy.
Dionisios Sturis w posłowiu do Gorzkich pomarańczy wyznaje, że forma jego reportażu to mozaika, fragmenty rodzinne przeplatają się z politycznymi, historycznymi i współczesnymi opowieściami. Tak jest zresztą w obu książkach i ten właśnie sposób pisania okazał się dla mnie fascynujący – autor otwarcie opisuje przeszłość swoją i swojej rodziny, nie kryje jej trudnych i bolesnych momentów. Bardzo osobiste to książki i dlatego tym bardziej cenne i warte uwagi. Poruszające jest poszukiwanie przez autora swojej tożsamości: urodzony w Grecji, wychowany w Polsce nie zna greckiego, choć imię i nazwisko ma wyjątkowo niepolskie. By poznać język przodków, chodzi m.in. na lektorat grecki na Uniwersytecie Warszawskim do Instytutu Filologii Klasycznej – ach, te skrzypiące i pachnące pastą do podłóg klepki tej szacownej instytucji, wraz z jej maciupkimi salkami! I wyjeżdża na dziennikarski staż do Aten podczas olimpiady w 2004 r., a kilka lat później, z ogarniętych zamieszkami greckich ulic, relacjonuje polskim mediom greckie bankructwo.
Grecja jest w moim DNA, jest częścią mnie, ale jest też wyzwaniem. Zawsze była. Relacje między nami są złożone i zapośredniczone – przez Historię i historię rodzinną. Sturisów do Polski przygnała grecka wojna domowa. Byli uchodźcami, którzy na Dolnym Śląsku zaczęli nowe życie – dobre życie, spokojne, bezpieczne, całkiem dostatnie. Do starego wrócili po ćwierćwieczu, w połowie lat siedemdziesiątych, gdy rząd w Atenach nareszcie zezwolił na uchodźcze powroty. Wracali jako nie wiadomo kto. Swoi – greccy. Czy obcy, bo już nieco spolszczeni? Tacy i tacy. Gdyby nie to, że Chojnów stał się domem dla greckich uchodźców, Zofia Zieleń z podchojnowskiej Osetnicy nie poznałaby Petrosa, nie pobraliby się, nie mieliby trójki dzieci, nie rozwiedliby się po kilku burzliwych, przemocowych latach. Zofia nie musiałaby z Grecji uciekać. Gdyby nie wojenna Historia, gdyby nie przemoc, gdyby nie ucieczka (dramatyczne zawalczenie o życie), czy myślałbym dziś o Grecji inaczej? Pewnie nie odczuwałbym do niej żalu. Pretensji i złości o to, jak obeszła się z moimi dziadkami i jak potraktowała moją mamę Zofię. Pewnie by mnie mniej denerwowała – hałasem, brudem, swoją wsobnością. Ale i tej słodkiej tęsknoty za nią pewnie bym też nie czuł. (…) Uznałem, że ten mój wewnętrzny polsko-grecki i dionizyjsko-apolliński konflikt okiełznam, opowiadając sobie Grecję na nowo – od początku, nie odrzucając trudnej Historii i historii, ale wpisując je w ramy szerszego doświadczenia. Mojego własnego, przeżywanego bez pomocy pośredników. Czy to w ogóle możliwe? Nie wiem. Ale i z tej niewiedzy wzięły się „Gorzkie pomarańcze”[Gorzkie pomarańcze, s. 311–312].
Warto zatem czytać obie te książki jedną po drugiej, jako pełniejszy obraz współczesnej Grecji, jedną nogą wciąż tkwiącej w antycznej przeszłości. Podobne tematy polsko-greckie Sturis zawarł w reportażu Nowe życie. Jak Polacy pomogli uchodźcom z Grecji (2017). A w kulinarną podróż po tym kraju zaprasza w książce kucharskiej Kalimera. Grecka kuchnia radości (2021), gdzie, oprócz rodzinnych przepisów, przybliża kulturę i styl życia Greków.
Autor: Dionisios Sturis Tytuł:Grecja. Gorzkie pomarańcze; Zachód słońca na Santorini. Ciemniejsza strona Grecji Wydawnictwo: Wydawnictwo Poznańskie Data: 2019 (wydanie II rozszerzone); 2021
W czwartym tomie historii o Davidzie Hunterze, Wołanie grobu, Simon Beckett wraca o osiem lat po to, by ponownie coś bohaterowi odebrać.
Seryjny zabójca kobiet uciekł z więzienia i zdaje się namierzać osoby biorące udział w śledztwie, które doprowadziło do jego skazania. Najpierw w drzwiach Huntera zjawia się śledczy z tamtego okresu a niedługo potem dzwoni koleżanka z grupy dochodzeniowej, przerażona że może być kolejną ofiarą. Antropolog sądowy jedzie na wrzosowiska Dartmoor i mimochodem zaczyna poszukiwania psychopatycznego mordercy. Jego myśli wciąż krążą wokół wydarzeń sprzed ośmiu lat, kiedy jego żona i córka jeszcze żyły.
Beckett jest świetny w kreowaniu dusznej atmosfery małych przestrzeni i zamkniętych grup. Choć w odróżnieniu do poprzednich powieści, w Wołaniu grobu pojawiają się postaci z różnych miejsc, są połączeni śledztwem sprzed lat oraz wąskim kręgiem policyjnych ploteczek, szeptów i domysłów. Atmosfera zamglonych wrzosowisk rodem z Wichrowych wzgórz dopełnia mroku powieści i przepaja powieść elementami grozy.
Mam takie odczucie, które towarzyszy mi przy lekturze każdej kolejnej części, że ta seria opowiada o stracie w różnych jej odmianach. I choć motywem przewodnim również w tym tomie jest utrata rodziny, to jest tu też o utracie złudzeń – wobec drugiego człowieka, wobec osób, które znamy. A także o utracie cząstki człowieczeństwa, która odróżnia szaleństwo od zabójstwa.
Niezmiennie zachęcam do czytania powieści Simona Becketta – to ten typ łączenia grozy i kryminału, który cenię najbardziej i sięgam po niego najchętniej, być może dlatego, że wydaje mi się najbliższy życia i – o ironio – najbardziej prawdopodobny.
Autor: Simon Beckett Tytuł: Wołanie grobu Przekład: Maciej Nowak-Kreyer Wydawnictwo: Amber Data wydania: 2011
Po wojnie secesyjnej sześciu oficerów konfederackiej piechoty wróciło do domów. Lecz w miasteczku Pulaski w stanie Tennessee nic nie było już takie jak wcześniej. By nie zanudzić się na śmierć, młodzieńcy owi wymyślili tajny klub dla mężczyzn, którzy, owinięci prześcieradłami i w poszewkach na głowach, paradowali konno po sennych ulicach mieściny. Nikt ich nie rozpoznał, zabawa była przednia. I takie były początki Ku Klux Klanu.
Katarzyna Surmiak-Domańska, Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość
Potem było tylko ciekawiej, tajne bractwo obmyśliło rytuały przyjęcia, zbudowało hierarchię z Wielkim Cyklopem na czele. Nie wiadomo tylko było, po co ten klub powstał i co ma na celu. Ale że czasy były niespokojne i trzynasta poprawka do konstytucji USA dopiero co zniosła niewolnictwo w całych Stanach, skutki tej decyzji nie kazały na siebie długo czekać. Członkowie KKK szybko dostrzegli przed sobą cel, który początkowo nie przyszedł im do głowy – odstraszanie czarnoskórych potencjalnych mieszkańców ich miasteczka. Gdziekolwiek mignęła odziana na biało postać na koniu, wyzwoleńcy bali się wychodzić po zmroku.
Mówiono, że tam, gdzie jest Klan, robi się bezpiecznie. Jego członkowie zorientowali się, że trzymają w ręku narzędzie manipulacji.
Po trzech latach od powstania KKK liczył już 550 tys. członków. I wtedy został rozwiązany, ponieważ niektórzy członkowie pogwałcili rozkazy i dopuścili się czynów, za które winę przypisano całej organizacji. Jak zapisał jeden z ojców założycieli, narodziny KKK były przypadkiem, rozwój komedią, śmierć tragedią. Jednak Klan się odrodził: po kolejnej wojnie kolejni rozczarowani weterani wrócili do domów i znów zastali inny świat od tego, który opuścili.
Tę książkę chciałam przeczytać już dawno, zdumiona, że w dzisiejszych poprawnościowych czasach Ku Klux Klan nadal istnieje – i ma się dobrze. Zaspokaja bowiem zapotrzebowanie m.in. na takie wartości, jak duma ze swojego pochodzenia, przynależność do wyjątkowej grupy, potrzeba akceptacji wśród osób o podobnych poglądach. Autorka chyba też zdawała się nie dowierzać, że ta otwarcie głosząca rasizm organizacja tak jawnie funkcjonuje, zwłaszcza że jej współczesny wizerunek opiera się na podkreślaniu roli kobiet i dzieci. By zbadać temat, wzięła udział w charakterze gościa w Dorocznym Krajowym Zjeździe Ku Klux Klanu w Harrison w Arkansas. I spotkała tam niemal inny świat.
Kogokolwiek w Pasie Biblijnym spytam o ulubione filmy, każdy odpowiada: westerny. Ulubiony aktor? John Wayne. Każdy facet chciałby być postrzegany jak on. Silny, odważny, opanowanym błyskawicznie podejmujący decyzje, a przy tym opiekuńczy i odpowiedzialny. Wayne jest twarzą amerykańskiego mitu o zwycięskiej ekspansji na zachód, ujarzmianiu dzikości, dla cywilizacji. Kolejnym usprawiedliwieniem. Etos kowboja to też trochę uwspółcześniona wersja legendy rycerza Ku Klux Klanu. Przybywający nie wiadomo skąd jeździec na koniu, który walczy ze złem, broni honoru dam, nie podlega pisanemu prawu, a wyłącznie własnemu kodeksowi moralnemu. To, że kowboj czasem strzela do Indian, nie szkodzi jego wizerunkowi. A czy Izraelici nie musieli zniszczyć miasta Jerycho i wymordować jego mieszkańców, żeby objąć we władanie Kanaan i tym samym wypełnić wolę Boga? W pojęcie narodu wybranego wpisany jest obowiązek budowania Nowego Świata na trupach niewiernych, nawet jeśli jedyną ich winą było to, że los postawił ich na drodze Bożych zamysłów (…). Ofiara Indian pozwoliła stworzyć nową ziemię obiecaną. Amerykański mit opierał się na kontraście pomiędzy nowoczesnym demokratycznym społeczeństwem amerykańskim a europejskimi reliktami feudalizmu. (…) Tu liczyły się praca, inteligencja, operatywność i szczęście. Mit zakładał, że jeżeli powinie ci się noga, to wylądujesz na bruku bez pomocy, ale zarazem co dzień będziesz budzić się z szansą, że wieczorem zostaniesz milionerem. To jest Ameryka, tak została pomyślana. Wszyscy mają tu się czuć równi. Tylko że do niedawna, żeby uczestniczyć w tej równości, trzeba było spełnić jeden warunek. Być białym [s. 151–152].
Reporterska relacja Katarzyny Surmiak-Domańskiej opiera się nie tylko na rozmowach z organizatorami i uczestnikami zjazdu, ale na opowieści o historii KKK aż do czasów współczesnych. Ostatnie rozdziały są poświęcone niedawnym wydarzeniom, po których zrodził się ruch Black Lives Matter. I próbom wyjaśnienia, czemu wciąż w USA są miasteczka zachodzącego słońca – ich określenie dotyczy ultimatum, które dawano czarnoskórym (do końca dnia mają opuścić dane miasteczko). A najbardziej znanym Sundown Town jest właśnie Harrison, nazywane też Klan Town. W tej wciągającej historii o tak odmiennych od mojego stanach umysłu nieco raziło mnie używanie słowa „Murzyn” czy „murzyński” przez autorkę. Rozumiem jednak, że, pisząc o klansmanach, oddawała w ten sposób ich światopogląd. Dodajmy też, że książka ukazała się w 2015 r., a więc jeszcze przed naszą polską „awanturą o Murzynka Bambo”. Być może dzisiaj te określenia byłyby zastąpione bardziej odpowiednimi dla naszej obecnej wrażliwości. Niemniej jednak książka warta uwagi i namysłu, jak niewiele potrzeba, by patrzeć na drugiego człowieka z wyższością, nawet jeśli nie różni się od nas kolorem skóry.
Autor: Katarzyna Surmiak-Domańska Tytuł:Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość Wydawnictwo: Czarne Data: 2015
Wokół najnowszego tomu o Cormoranie Strike’u narosło mnóstwo kontrowersji, głównie za sprawą eseju J.K. Rowling o transwestytach polujących na kobiety w toaletach oraz późniejszej serii twittów o wyraźnie homofobicznym zabarwieniu. Gdy wyszło na jaw, że w Niespokojnej krwi morderca przebierał się za kobietę, by bez wzbudzania podejrzeń porywać swoje ofiary, wielu czytelników zapowiedziało bojkot.
Książki J.K. Rowling pisane pod pseudonimem Robert Galbraith zręcznie lawirują na granicy powieści detektywistycznych i obyczajowych – i w ostatnim tomie znaczniejszą rolę odgrywają wątki społeczne. Przewija też niepodległość Kornwalii, poprzez prawa człowieka w latach 70., druga fala feminizmu, po mój ulubiony wątek relacji Strike’a i Robin.
Agencja Strike’a przeżywa swój złoty okres rozwoju, jest znana, musiała zatrudniać nowych pracowników, a klienci ustawiają się w kolejce. Gdy do agencji zgłasza się kobieta, której matka zaginęła blisko czterdzieści lat temu i do tej pory nie odkryto nawet śladu, wzbudza to w Strike’u ciekawość. I choć nie wierzy on w powodzenie nowej misji, podejmuje się jej. Ale z sukcesem firmy nie idzie w parze pomyślność w życiu prywatnym – ciotka Cormorana choruje na raka a jego dawna miłość prawdopodobnie nigdy nie da mu spokoju i jest wciąż powracającym motywem w serii.
Sprawa, nad którą pracuje, dotyczy zaginięcia. Lekarka, feministka, zwolenniczka liberalizacji prawa kobiet do antykoncepcji i aborcji, Margo Bamborough, pewnego dnia wyszła z pracy i zniknęła. Jej zdesperowana córka pragnie zamknięcia, rozwiązania tej zagadki. Dotychczas policja uważała, że Margo może być ofiarą zabójcy, który wsławił się udawaniem homoseksualisty i przebieraniem za kobiety.
To właśnie ten wątek stał się przyczynkiem do potępienia autorki za powielanie szkodliwych stereotypów i próba pokazania, że kobiety transpłciowe znamionuje ponadnormatywna agresja, oraz po raz kolejny podniesienie tezy, że zmiana płci to jedynie pretekst, by wykorzystywać prawa ciskobiet. Stąd już krótka droga do potępienia i protestu środowisk wspierających LGBT+. Czytelnicy nie chcą wspierać swoimi portfelami seksistek, mizoginek, i TERF-ek (radykalna feministka wykluczająca osoby trans).
W polskim fandomie przy każdym wycieku kontrowersyjnych treści jest podnoszony argument o oddzieleniu pisarza od jego dzieła. Sprawa nie jest jednak tak prosta, jak można by przypuszczać. Na rodzimym podwórku dotyczy to mizoginów typu Ziemkiewicz czy Piekara, którzy na Twitterze dowodzą wyższości płci męskiej, a ich słabej jakości twórczość gloryfikuje gwałty i uprzedmiotawia kobiety. W takim przypadku łatwo odciąć się zarówno od autora, jak i publikacji. W przypadku Rowling jest to o tyle trudniejsze, że na jej serii o Harrym Potterze wychowało się całe pokolenie i rośnie kolejne, a sama autorka od lat kreuje się na feministkę i osobę wspierającą a środowisko LGB (!). Przed publikacją piątego tomu serii o Cormoranie Strike’u, którą śledzą z uwagą, wyszedł na jaw skrywany dotychczas terfizm.
Czy będę śledzić serię? Nie wiem, jestem rozdarta. Na pewno nie będę kupować powieści, czy złamię się jednak jeśli pojawi się w bibliotece? Tym razem się złamałam, ale czy polecam? Nie. Niespokojna krew jest oczywiście bardzo dobrze napisana, ale nie zamierzam udawać, że wspieram autorkę w jej przekonaniach. Szkoda, że prezentuje je światu, jakby czas stanął w miejscu i problemy osób trans nie istniały w powszechnej świadomości.
Autor: Robert Galbraith Tytuł: Niespokojna krew Tłumaczenie: Anna Gralak Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie Data: 2020
Podczas zwiedzania hitlerowskiego kompleksu w Górach Sowich doszło do wypadku. Spośród grupy zwiedzających przeżyło tylko dwoje (i wyszło z wypadku bez szwanku, podczas gdy pozostałych rozsmarowało po ścianach). Tak zaczyna się najnowsza powieść Remigiusza Mroza, o której nie wolno pisać, bo #spojler. Potrzymajcie mi czytnik.
Sam autor reklamował ja w swoich SM:
Nie ma to jak napisać książkę, o której nie można powiedzieć właściwie nic, co nie byłoby spoilerem
Panie Pisarzu, w tym kawałku jest tyle zwrotów akcji, że jeśli zdradzę jeden, to zostanie jeszcze setka w zapasie. Nie będzie spojlerem, gdy napiszę, że Riese skrywa wielką i głęboką tajemnicę, którą hitlerowcy chcieli wykorzystać do swoich celów. Gdy ocalonym udaje się opuścić podziemne jaskinie, zaczynają odkrywać prawdę o zmutowanym wirusie, szalejącym na powierzchni.
Kilka uwag bardzo technicznych, bo przygoda tak goniła przygodę, że sobie połamały nogi, a logika za nimi po prostu nie nadążyła, machnęła ręką i usiadła na kamieniu w oczekiwaniu na zdrowy rozsądek i tak siedzi do tej pory. Powieść jest podzielona na dwie części, w pierwszej wydarzenia przedstawiane są z perspektywy uczestników, oś narracyjna przeskakuje pomiędzy kolejnymi postaciami, by w drugiej części oddać pałeczkę narratorowi ekstradiegetycznemu (zewnętrznemu). Taki zabieg nie wzmacnia immersji, wręcz przeciwnie, z punktu widzenia czytelnika jest bezsensowny.
Bohater po stracie żony natychmiast zaczyna poszukiwania jej zastępstwa. Po co komu żałoba, czas na pogodzenie się ze stratą, skoro można rzucić wszystko i próbować zastąpić ukochaną kobietę inną. Brzmi jak szaleństwo? Ponieważ powieść bardzo szybko zaczyna dryfować w rejony mniej zajmujące się prawdopodobieństwem a więcej zawieszeniem niewiary – z niewiarygodnym bohaterem na czele raczej zwiastuje popadnięcie w szaleństwo niż historię postapo. Albowiem pandemia w Projekcie Riese wytrzebiła ludzkość a jej niedobitki tułają się w poszukiwaniu sposobu na przeżycie. I podobno miejsce, do którego próbują się dostać wszyscy. Nie szkodzi, że jest tylko legendą i nikt o nim niczego nie wie. A im więcej dowiaduje się bohater, tym mniej zachęcająco to wygląda. Czy to mu przeszkadza w próbie dostania się tam za wszelka cenę? Bynajmniej.
W ogóle sprawa Parkera jest niesamowicie tajemnicza. W każdym miejscu, do którego trafia, spotyka ludzi, którzy wiedzą o nim więcej niż on sam. A to ktoś prowadzi zeszyt z zapiskami na jego temat, a to inny mu opowiada o rodzicach. Ale wyjaśnień, skąd te wiadomości mają – brak. Ale Parker wszystko przyjmuje za pewnik, podobnie jak istnienie mitycznej, rajskiej krainy. Ogólnie cała ta książka jest niespójna i nielogiczna, ale w natłoku wydarzeń takie subtelności mogą umknąć, a szkoda, bo nieco przypomina historie SF z lat 80. i gdyby była zrealizowana staranniej, miałaby szansę na cieplejsze przyjęcie i sentymentalne uczucia. Tymczasem jest tradycyjnym produkcyjniakiem ze stajni Freez Entertainment.
Autor: Remigiusz Mróz Tytuł: Projekt Riese Wydawnictwo: Filia Data wydania: 2022
W dziewięciu opowieściach znajdziemy to, co czeka każdego prędzej czy później: przemijanie, refleksje o niegdysiejszych śniegach, stracone złudzenia. Jednak nie odnajdziemy tam poczucia bezsensu i pogoni za odchodzącą młodością – bowiem, jak to u Koheleta, wszystko ma swój czas, i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem. I dlatego zawsze jest właściwy czas na kawałek dobrej literatury.
Autorka swoje utwory, zebrane w tym tomie, nazwała opowieściami (tales), nie opowiadaniami (stories), ponieważ, jak wyjaśniła w posłowiu, zawdzięczają one wiele opowieściom powstającym przez wieki i można bezpiecznie założyć, że wszystkie opowieści są fikcją. Jednak, w moim przekonaniu, dość prawdopodobną fikcją. Właściwie wszystkie toczą się wokół starości, przemijania, upływu czasu i (nie)pogodzenia się z tym; chyba tylko w jednej bohaterowie są dość młodzi, tj. w wieku średnim, reszta to raczej osoby już na emeryturze. Pierwsze trzy opowieści skupiają się wokół czworga bohaterów, którzy kiedyś, dawno temu, w odległej galaktyce (czyli zamierzchłej młodości lat 60.) byli ze sobą czy znali się ze środowiska kawiarniano-literackiego. Constance i Gavin, początkująca pisarka i zapoznany poeta, rozstali się po zdradzie Gavina (z Marjorie, jej wersję zdarzeń też poznamy w kolejnej opowieści). Constance wymyśliła Alphinlandię i dzięki serii książek o niej (później powstały też gry fabularne, wideo i inne atrakcje związane z tym uniwersum) stała się sławną autorką zapraszaną na konwenty. Gavin ożenił się z dużo młodszą Rey, która z biegiem lat mianowała się kustoszką jego pamięci i kuratorką twórczości. I co roku na święta wysyła Constance życzenia (w imieniu swoim i Gavina). Tymczasem Marjorie na stare lata zamieszkała z Martinem, swoim bratem bliźniakiem, bo z nikim innym tak dobrze się jej nie dogaduje i nie sprzecza. Losy tych kilku bohaterów przetną się po latach na pogrzebie i uroczystościach ku czci jednego z nich.
Kolejne opowieści zapraszają w strefę mroku: kobieta, od urodzenia cierpiąca na chorobę genetyczną (porfiria?), ostatecznie zostaje porzucona przez rodzinę, a dom, w którym mieszka, uznany zostaje przez sąsiadów za nawiedzony. W innej z kolei historii sprzedawca starych mebli w wylicytowanym na aukcji kontenerze odkrywa niezwykłe znalezisko – całą dekorację weselną, łącznie w tortem, zastawą i… zasuszonym panem młodym. W jeszcze innym trzy (znów wiekowe) przyjaciółki omawiają sen jednej z nich, wiążący się z dawną znajomą, która po kolei odbijała każdej z nich mężów i kochanków – co może oznaczać sen, w którym pojawia się Zenia o czerwonych zębach? Natomiast tytułowe Kamienne posłanie opowiada historię zemsty dojrzałej Verny na przypadkowo (?) spotkanym podczas rejsu na Arktykę Bobie, jej fatalnym zauroczeniu sprzed lat, które naznaczyło cierpieniem jej dalsze życie. I jeszcze na koniec ponura dość opowieść o rezydencji Ambrozja, domu spokojnej starości dla zamożnych, na którą atak przypuszcza horda młodych z pochodniami, skandująca hasło „Teraz nasza kolej”…
Najbardziej jednak spodobała mi się opowieść o wiele mówiącym tytule Martwa dłoń cię kocha. A zaczyna się tak:
Martwa dłoń cię kocha zaczęłasię jako żart. Czy raczej wyzwanie. Powinien był zachować większą ostrożność, ale prawdę mówiąc, palił wtedy sporo zioła i pił sporo lichej gorzały, dlatego trudno powiedzieć, że był w pełni odpowiedzialny. Nie powinno się go pociągać do odpowiedzialności. Nie powinno się wymagać, by podpisał tę pieprzoną umowę. Właśnie to go krępowało: umowa. Nigdy się od niej nie uwolni,ponieważ w umowie nie zawarto ostatecznego terminu. Powinien był zamieścić punkt dotyczący terminu – jak data ważności na kartonie mleka, jogurcie czy majonezie – ale co on wtedy wiedział o umowach. Miał dwadzieścia dwa lata. Potrzebował tej forsy. To była żałośnie mała suma. Gówniany interes. Wykorzystano go. Jak tych troje mogło go tak wykorzystać? Teraz nie chcą się do tego przyznać. Powołują się tylko na pieprzoną umowę z podpisami, których nie sposób zakwestionować, w tym jego własnym, a on musi się z tym pogodzić i spierdalać. Początkowo nie chciał im zapłacić, ale Irena wynajęła prawnika; teraz wszyscy troje mają prawników, tak jak psy mają wszy. Irena powinna była potraktować go ulgowo z uwagi na to, że kiedyś byli sobie bliscy, ale nic podobnego, Irena ma serce z asfaltu, z każdym rokiem twardsze, suchsze i bardziej spieczone słońcem. Pieniądze doprowadziły ją do ruiny. Jego pieniądze, ponieważ to dzięki niemu Irena i dwaj pozostali mogą sobie pozwolić na prawników. (…) Dlatego przez całe dziesięciolecia musiał wyskakiwać z pieniędzy. Jak słusznie zauważyli, w sądzie nie miałby cienia szansy. Podpisał tę piekielną umowę. Podpisał ją rozgrzaną do czerwoności krwią[s. 173–174].
Na początku lat 60. Jack, Irena, Jaffrey i Rod, ubodzy studenci, wynajmują stary, zaniedbany dom i próbują się dzielić czynszem za niego (a, jak wiadomo, student nigdy groszem nie śmierdzi). W chwili desperacji Jack, początkujący pisarz – na kacu i pod groźbą pozbawienia dachu nad głową – podpisuje z resztą współlokatorów umowę, że podzieli się z nimi zyskami za wydanie powieści, nad którą właśnie pracuje. Nie wspomina, że to horror, bo mu chyba wstyd, że tak nisko upadł. Niespodziewanie dla niego opowieść ukazuje się drukiem, odnosi duży sukces, ale gdy reszta ją przeczyta, uzna, że wzorował bohaterów na nich i ich ośmieszył. Nie przeszkadza im to jednak w wyegzekwowaniu warunków umowy, i to przez kolejne dziesiątki lat. Oprócz śledzenia relacji między bohaterami (wszyscy podkochują się w Irenie) poznajemy też samą opowieść o martwej dłoni odrzuconego kochanka, która zmartwychwstaje i prześladuje niewierną, próbując ją ukarać za zniszczenie życia. Ta opowieść w opowieści rzuca nieco światła na uczucia nurtujące Jacka w przeszłości i na decyzje, które później podejmuje (m.in. jak żyć z popularnością jako autor jednego horroru, później sfilmowanego).
Właściwie wszystkie opowieści nadają się do sfilmowania, to chyba cecha stylu Atwood, że pisze tak plastycznie. Ale i wciągająco, bohaterowie, mimo sporej różnicy wieku, stają się bliscy, są po prostu zwyczajni, ale przez to wcale nie nudni. Kibicowałam chyba wszystkim, zwłaszcza tym uwięzionym w domu spokojnej starości – ale i nieszczęsnemu Jackowi, poniekąd ofierze własnego sukcesu. Uważajcie zatem, co podpisujecie, zwłaszcza w młodości…
Autor: Margaret Atwood Tytuł: Kamienne posłanie Przekład: Paweł Lipszyc Wydawnictwo: Wielka Litera Data: 2019
Wstyd się przyznać, ale sięgnęłam po The Love Hypothesis, bo urzekła mnie okładka. To jest mój typ poczucia humoru. I okazało się, że jest całkiem reprezentatywna dla treści.
Życie Olive jest podporządkowane pracy nad doktoratem, w którym prowadzi badania nad wczesnym wykrywaniem markerów raka trzustki z krwi. Ma bardzo wspierająca promotorkę, która jednak wybiera się na emeryturę, a polityka akademicka mówi, że nie może się ubiegać o kolejne granty, więc laboratorium podupada.
Dotychczas randkowanie było bardzo daleko na liście życiowych priorytetów Olive, choć wyszła kilka razy z kolegą z wydziału, ale okazało się, że bardziej zaiskrzyło między nim a współlokatorką Olive. Żeby przekonać przyjaciółkę i byłego chłopaka, że nie ma nic przeciwko ich związkowi, Olive wymyśla diaboliczny plan, po którego przeprowadzeniu grozi jej oskarżenie o napaść seksualną na przystojnego akademika, znanego z nieprzejednanego tępienia nieporadności i głupoty.
Jak Olive wplątuje się w sytuację, w której niby-randkuje z ogólnie znienawidzonym doktorem? Jak by powiedział polski wieszcz pieśni narodowej: „Jak do tego doszło – nie wiem”. Niemniej każde z nich realizując własne założenia i cele, powoli się poznaje i przełamuje stereotypy.
Powieść jest napisana w typie pracy naukowej – każdy rozdział zaczyna się pewnym założeniem niby-naukowym a treść prowadzi do jego potwierdzenia. Tempo jest dostosowane do powoli i niechętnie rozwijającej się znajomości, a trzecioosobowy wewnętrzny narrator śledzi bardziej Olive (i ma wgląd w jej myśli i uczucia), oraz ma mnóstwo wątpliwości w świecie cis-hetero-białych mężczyzn.
Dodatkowo The Love Hypothesis przywiodła wspomnienia sprzed dobrych kilku lat, kiedy sama, będąc młodą doktorantką, zmagałam się z dokładnie tymi samymi problemami, co bohaterką – brak funduszy na badania, ciągła walka o granty, przepracowanie, toksyczne środowisko i ciągle poczucie bezużyteczności i bycia wykorzystywanym. Praca naukowa w zmaskulinizowanym środowisku musi być jeszcze gorsza!
Jeśli macie ochotę na lekką pozycję po angielsku, to język jest dość przystępny, a historia przyjemna i ciepła (i nie tylko dlatego, że dzieje się w San Francisco). Będę na pewno śledzić inne powieści tej autorki.
Autor: Ali Hazelwood Tytuł: The Love Hypothesis Wydawnictwo: Berkley Data wydania: 2021