Pani na Chobielinie [Matka Polka. Anne Applebaum w rozmowie z Pawłem Potoroczynem]

Mówi o sobie, że ma trzy głosy wyborcze i zawsze z nich korzysta. Wybrała jednak Polskę na swój dom, razem z mężem odrestaurowali dworek w Chobielinie i właśnie tam czuje się u siebie. Pomimo że bywają chwile, gdy każdy z jej najbliższych przebywa na innym kontynencie, to w sumie są zwyczajną rodziną, która tylko czasami jest na świeczniku z racji wykonywanych zawodów.

Bardzo byłam ciekawa tej książki, bo i rozmówczyni niezwykła. Autorka Gułagu, za który w 2004 r. otrzymała Nagrodę Pulitzera. Była dziennikarka „The Washington Post”, korespondentka i współpracowniczka wielu innych tytułów, m.in. londyńskiego tygodnika „The Spectator”, obecnie wykładowczyni w Johns Hopkins University. Z urodzenia Amerykanka, w 2013 r. otrzymała obywatelstwo polskie (posiada również brytyjskie, z wyboru). Dlatego dysponuje aż trzema głosami wyborczymi – w trzech państwach – i zawsze z nich korzysta. Od trzydziestu lat żona Radosława Sikorskiego, mama dwóch synów. Z mężem rozmawia po polsku, a z synami po angielsku, na ich własne życzenie, bo mówią, że jej polski akcent ich irytuje. Przyznam, że najbardziej byłam ciekawa właśnie tych wątków osobistych w rozmowie – jednak, ku memu rozczarowaniu, zajmują one najmniej stron książki. Owszem, jest zdjęcie ślubne i kilka wspomnień z odbudowy dworku w Chobielinie, ale to niewiele w porównaniu z bogactwem poruszanych tematów, niezwiązanych z jej prywatnością. Nie jest to bowiem typowy wywiad rzeka, ale rozmowa dwojga równorzędnych partnerów. Rozmówcą Anne Applebaum jest Paweł Potoroczyn, dyplomata, wydawca, dziennikarz współpracujący z wieloma światowymi gazetami. I dobry znajomy Applebaum, co ma dużo plusów, bo rozmowa toczy się swobodnie, przyjacielsko wręcz (rozmowy, jak czytamy na okładce, nagrywano w Chobielinie latem 2019 r. – prowadzone były w języku polskim).

Applebaum opowiada wprawdzie o swoim domu rodzinnym, dzieciństwie, kolejnych stopniach edukacji, pierwszym spotkaniu z przyszłym mężem, jednak zaznacza, że jej prywatność nie jest aż tak istotna jak to, o czym pisze w książkach i artykułach. Zbierając materiały do Gułagu, jak wspomina, akurat trafiła na dobry moment, gdy rosyjska władza chętniej udostępniała dokumenty na ten temat. Teraz napisanie takiej książki byłoby po prostu niemożliwe. Zresztą, zafascynowanie Wschodem i jego sprawami jest mocno widoczne nie tylko w reporterskiej twórczości Applebaum.

Chciałaś opowiedzieć Wschód Zachodowi czy chciałaś ludziom objaśnić naturę ludzką?
Zaczęłam chyba od tego, żeby wytłumaczyć Wschód Zachodowi, ale szybko doszłam do wniosku, że to jest większa historia, że to jest też historia o ludziach, może nawet o samym człowieczeństwie. Posłuchaj, trzydzieści pięć lat temu trudno było odróżnić skutki wojny od skutków zaniedbania. Miałam to samo wrażenie w Warszawie i Leningradzie – że wojna dopiero się skończyła. I nie chodzi o ruiny i zgliszcza, ale o pamięć, o pomniki, o to, że wojna dominowała w rozmowach. Tam, gdzie ja się urodziłam, II wojna światowa była bardzo dawno temu, nie miała żadnego wpływu na nasze życie, o tym nie rozmawiano, trochę wiedzieliśmy o Holocauście, ale to było coś, co się stało bardzo dawno temu i gdzieś daleko. I raptem przyjeżdżasz do Leningradu czy Warszawy i jest tak, jakby wojna się skończyła dwa tygodnie temu. Możesz to nazwać Prawem Applebaum: niezależnie, od czego zaczynasz rozmowę, w pewnym momencie będziesz rozmawiał o wojnie. Możesz zacząć od cen nieruchomości, gdzie dzieci pójdą do szkoły, o wakacjach na Hawajach – nieważne, gdzie zaczynasz, i tak w pewnym momencie kończysz tematem wojny. W dziewięćdziesięciu dziewięciu przypadkach na sto. Ten społeczny fenomen występuje tylko w Polsce i Rosji. Co nam to mówi o tych społeczeństwach? Jak powinniśmy rozumieć ich stosunek do własnej historii? Uważam, że to fascynujące, chociaż niekoniecznie uniwersalne w kategoriach natury ludzkiej [s. 87].

Większość spostrzeżeń autorki mroziła mi krew w żyłach: jej diagnozy (i prognozy) na temat przyszłości Polski i świata są niezwykle trafne i, niestety, w większości się sprawdzają. Pod koniec rozmowy Potoroczyn i Applebaum próbują przewidzieć, co się wydarzy, jeśli Trump  wygra ponownie wybory (dziennikarka nazywa go wprost idiotą!) i dokąd to zaprowadzi Amerykę, a z nią cały świat. Niestety, mało optymistyczna to książka, ale, moim zdaniem, bardzo ważna – w Johns Hopkins University Applebaum prowadzi badania nad dezinformacją w XXI w., zatem choćby z tego powodu potrafi zaglądać pod podszewkę dzisiejszej polityki i apeluje, by patrzeć politykom na ręce. Zwłaszcza jeśli zna się też polskie realia polityczne od kulis, nie tylko jako żona byłego ministra MON i MSZ (za dwóch tak różnych od siebie premierów, jakimi byli Marcinkiewicz i Tusk). Obowiązkowa lektura na dzisiejsze mroczne czasy.

Autor: Anne Applebaum, Paweł Potoroczyn
Tytuł: Matka Polka. Anne Applebaum w rozmowie z Pawłem Potoroczynem
Wydawnictwo: OsnoVa
Data: 2020

Ewolucja zabójcy [Łaskun, Katarzyna Puzyńska]

Po raz kolejny Puzyńska zaskakuje – po rewelacyjnych Utopcach czas na równie rewelacyjnego Łaskuna! Niepozorny, ale odpowiedzialny za wytwarzanie jednej z najdroższych kaw na świecie ssak staje się okrutnym mordercą. Jak to możliwe?

Podgórski po rozstaniu z Weroniką i odrzuceniu przez Emilię przeniósł się do brodnickiej komendy oraz z powrotem matczynej sutereny. Wydaje się, że niewiele już łączy go z życiem znanym z poprzednich tomów, ale okazuje się, że to nie koniec szokujących rewelacji na temat prostolinijnego policjanta z Lipowa. Na naprawdę makabrycznym miejscu zbrodni, gdzie rozkładające się zwłoki dwojga ludzi połączono w odrażającą kompozycję, niczym potwór Frankensteina, prawdopodobnie znajdują się dowody obciążające Podgórskiego.

Śledztwo toczy się w mrocznym półświatku małych miasteczek i wsi – lokalnym burdelu, popularnym wśród policjantów, krawieckim atelier, pełnym groteskowych manekinów… Podgórski przesłuchuje królowe życia – wdowę po mafiozie czy właścicielkę nocnego klubu, w którym można zamówić nie tylko taniec na kolanach.

Puzyńska znowu eksperymentuje z formą powieści, wprowadza elementy gore i groteski. Wprowadza i przybliża kolejną chorobę psychiczną, tym razem bardzo spektakularną, choć stawia śmiałą tezę, że jest mechanizmem obronnym mózgu na traumatyzujące wydarzenia z dzieciństwa, brakuje mi tam przypisu, który wyjaśniałby, że to nie takie proste (brakuje mi tego kilka dobrych lat po publikacji, gdy choroby psychiczne były i wciąż są narzędziem piętnowania osób korzystających z opieki psychiatrycznej a system opieki jest w zapaści). Choć na potrzeby powieściowe zapewne wystarczy podane wyjaśnienie.

Jeśli myśleliście, że najbardziej kryminogenny jest Sandomierz, bo ojciec Mateusz ma pełne ręce roboty, to nie widzieliście Lipowa. Niedługo trzeba będzie importować ludzi, bo nie będzie kogo mordować – jest to wieś z największym wskaźnikiem zabójstw w Polsce, a może i na świecie. A Puzyńska znowu zostawia czytelnika i swoich bohaterów w bardzo niepewnej sytacji.

Autor: Katarzyna Puzyńska
Tytuł: Łaskun
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Data: 2016

Wolne konanie [Delirium, Jarosław Dobrowolski]

Debiutancka powieść Jarosława Dobrowolskiego przenosi czytelnika w sielskie Bieszczady. A jednak to, co serwuje w pierwszym tomie z cyklu Krwiopijca pt. Delirium, nie ma nic wspólnego ze spokojem, z jakim są zwykle kojarzone te góry.

Wieś Jagniątkowo leży przy samej granicy, w jej najwyższym punkcie stoi niezamieszkany dom. Mieszkańcy ze zdziwieniem orientują się, że siedziba wcale nie jest tak pusta jak im się wydawało, bo od dawna żyje tam chirurg, Konrad Harkov. Co prawda nigdy nie widzieli go w sklepie ani w kościele, a rachityczny wygląd nowego sąsiada skłania do snucia przypuszczeń i szerzenia plotek. Tymczasem Konrad skrywa pewną tajemnicę – otóż to nie terminalna faza raka skłoniła go do szukania azylu w górach, a alkoholizm nie jest jego problemem. Konrad jest wampirem-wegetarianinem.

Czy już znacie ten wątek a wspomnienia ze Zmierzchu powodują gęsią skórkę? Nic bardziej mylnego. Konrad nie zamierza świecić, słońce może go zabić, potrzebuje krwi, by nie dopadła go prawdziwą śmierć. Jednocześnie ma skrupuły i stara się nie być pasożytem, który żeruje na ludziach. Poluje na zwierzęta, ale to nie jest w stanie zaspokoić jego łaknienia. Ciało ulega degeneracji, nawiedzają go koszmary, brak mu sił, w trakcie odpoczynku dręczą go wspomnienia ofiar i nie potrafi ich oddzielić od własnych.

Od czasów pierwszych wydań Gaimana i Łukjanienki w Polsce jestem wielką wielbicielką urban fantasy i szukam książki, która łączyłaby specyficznego, tragicznego bohatera o cechach pozwalających mu widzenie świata nadprzyrodzonego, narrację budującą mroczny klimat jak z czarno-białych zdjęć, gęstych od magii, oraz wciągającą fabułę. I co prawda to nie Harkov skradł moje serce (on jest raczej dr. Housem Jagniątkowa), to Borys jest dokładnie tym pomocnikiem, na którego liczyłam (zostając przy serialowym porównaniu – Wilsonem, wentylem między chirurgiem a małą społecznością bieszczadzkiej wsi). Jeśli mowa o małych, zamkniętych społecznościach – Jagniątkowo na końcu świata jest kwintesencją zamkniętej społeczności niczym z thrillerów Simona Becketta. Każdy skrywa jakieś tajemnice.

Poprzednia dekada wyeksploatowała motyw wampira szczególnie w kontekście romantycznym, więc można się zastanawiać, czy zostało cokolwiek do dodania w tym temacie. Dobrowolski proponuje powrót do koncepcji wampira-potwora, wąpierza wywodzącego się z mitologii słowiańskiej i wciąż wpisującego się w kanon postaci na równi z leszym, dziwożoną i zmiennokształtnymi postaciami, które – choć starają się wtopić w lokalną społeczność – natura się zawsze o nich upomni.

Delirium stoi narracją a fabułę obserwujemy z perspektywy bohatera. Czytelnik otrzymuje sporą dawkę wiedzy o świecie wraz z porcją kąsliwych, sarkastycznych komentarzy. Dobrowolski ma świetny zmysł obserwacji i umiejętność wstawiania błyskotliwych point. Dlatego powieść poza ludycznym przesłaniem stawia kilka trafnych pytań: o kondycję psychiczną człowieka, o nieuchronność losu czy traktowanie przyrody.

Autor zostawił kilka niedomkniętych wątków jako zachętę do sięgnięcia po drugi tom (z trzech zaplanowanych i uzupełnionych zbiorem opowiadań), który ma się ukazać wiosną – nie mogę się doczekać!

Autor: Jarosław Dobrowolski
Tytuł: Delirium
Wydawnictwo: Planeta Czytelnika
Data: 2022

Święte piaski [Miasto mosiądzu, S.A. Chakraborty]

Chcesz wiedzieć, co myślę o wierze Dewów? Myślę, że to jeden wielki przekręt. Masa potwornie skomplikowanych rytuałów, wymyślonych wyłącznie po to, żeby czcić tych, którzy je stworzyli (s. 470-471).

Ostatnio na Tik Toku i Instagramie niezwykła popularnością cieszy się Miasto mosiądzu S.A. Chakraborty. Wydaje się, że sławę zawdzięcza niezwykłemu połączeniu New Adult i bliskowschodniej mitologii.

Nahri jest oszustką i złodziejką. Wydaje jej się, że właśnie wkracza w trzecią dekadę życia, jednak nie ma pewności, bo nie ma rodziców ani żadnej rodziny. Zbiera na studia z zakresu medycyny i żeruje w Kairze w czasach kampanii napoleońskiej. Jej jedyny przyjaciel, stary żydowski aptekarz Yaqub ostrzega ją przed żołnierzami, którzy nie doceniają medycyny alternatywnej i zabobonów. Jednak chęć zysku jest silniejsza i podczas wykonywania ostatniego rytuału, Nahri przyzywa dżinna. I, jak w każdej dziewczyńskiej powieści, jej świat wywraca się do góry nogami. Musi uciekać z Kairu do magicznego miasta Dewabad, gdzie mieszkają magiczne istoty, w które jeszcze niedawno nie wierzyła

„Nie ma magii, dżinnów ani innych duchów próbujących nas pożreć”. Przypomniała sobie własne słowa wypowiedziane do Yaquba, tak jakby pamięć chciała z niej zakpić (s. 37).

Drugim bohaterem jest Ali, młodszy syn władcy Dewabadu. Wprowadza on element gry politycznej, choć jego pałacowe obeznanie jest równie nikłe jak Nahri – został sprowadzony z Cytadeli, gdzie całe życie był szkolony do bycia żołnierzem. Oczywiście ich drogi się splatają.

Tytułowe miasto mosiądzu to Dewabad. Za magiczną granicą oddzielającą je od świata rzeczywistego, mieszkają dżinny. To postaci, których korzenie sięgają do wiary przedislamskiej i zostały inkorporowane do nowej religii jako istoty równe aniołom. Autorka próbuje w ciekawy sposób przybliżyć ich pochodzenie, zwyczaje, moce. Zresztą S.A. Chakraboty ma ciekawą umiejętność budowania bardzo prostymi środkami świata orientu, bardzo odległego kulturowo od chrześcijańskiej Europy.

Gdy jednak w innych recenzjach widziałam, że czytelniczki wskazywały na czas akcji jako zaletę, wydawało mi się, że odgrywa większą rolę niż w rzeczywistości. Tymczasem kairski epizod trwa tak krótko i jest nakreślony w kilku szybkich słowach. Natomiast dalszą część powieści dzieje się w mitycznym czasie i przestrzeni, które nie wymagają osadzenia w rzeczywistości. Szkoda, miałam nadzieję na rzeczywisty wpływ czasu przedstawionego na fabułę.

Miasto mosiądzu jest dobrym debiutem i wydaje się ciekawym otwarciem trylogii. Od razu sięgnęłam po drugi tom, choć mam na koncie wiele rozpoczętych serii, jednak zamknięta trylogia ma tę zaletę, że jest ukończona.

Autor: S.A. Chakraborty
Tytuł: Miasto mosiądzu
Tłumaczenie: Maciej Studencki
Wydawnictwo: We Need YA
Data: 2021

Trochę człowiek, trochę śmierć [Wojna Kalibana, James S.A. Corey]



Kontynuacja przygód Jima Holdena i dzielnych załogantów Rosynanta zaczyna zarysowywać kilka charakterystycznych dla serii cech. Pierwsza z nich to tytuł, który jest nawiązaniem do wierzeń, mitologii i tekstów kultury (na przykład szekspirowskiej Burzy). Druga polega na tym, że oprócz załogi fregaty śledzimy losy tej samej historii oczami innych postaci.

Na Ganimedesie, na którym produkuje się największą ilość żywności poza ziemią i terramorfowanym Marsem, dochodzi do zamieszek. Cały księżyc zostaje ewakuowany, układ zamknięty upada, życie tam nie będzie już możliwe. Zupełnie przypadkiem znajduje się tam załoga Rosynanta, która wplątuje się w kolejną awanturę – ewakuują ojca, którego pięcioletnią córka została porwana ze stacji kilka godzin przed wybuchem starć.

W tym tomie zostają wprowadzone dwie moje ulubione postaci – zastępczyni sekretarza generalnego ONZ – Chrisjen Avasarala oraz sierżant Draper, która jako jedyna widziała, co tak naprawdę stało się na Ganimedesie. To dwie twarde kobiety, które bardzo się od siebie różnią, ale łączy je silna wiara w sprawy, o które walczą. I choć wydawałoby się, że Marsjanka i Ziemianka nie mają zbyt wiele wspólnego, łączy je także próba wyjaśnienia sprawy z Ganimedesa.

Wszystko wskazuje na to, że Protomolekuła zawładnęła układem słonecznym i jest czynnikiem chaosu, który z jednej strony jest władny zniszczyć ludzkość, niezależnie od tego, gdzie się znajduje, a z drugiej – pokazuje, że człowiek spienięży nawet własną śmierć.

Tytułowe odniesienie do Kalibana skłania do refleksji, czy zakażony Protomolekułą człowiek pozostaje sobą, a jeśli tak, to w jakim stopniu. Ojciec małej Mei szuka jej, choć wszyscy są pewni, że była ona ofiarą eksperymentu, co automatycznie powinno skazać ją na śmierć. Ten wątek pokazuje, że choć powieść jest typowo rozrywkowa, nie unika trudnych, często filozoficznych pytań choćby o status ontologiczny czy odkupienie win.

Autor: James S.A. Corey
Tytuł: Wojna Kalibana
Tłumaczenie: Marek Pawelec
Wydawnictwo: Mag
Data: 2018

Z deszczu pod rynnę [Wojna Makowa, Rebecca F. Kuang]

Wojna makowa to debiutancka powieść fantasy, oparta na dalekowschodniej mitologii i historii. Kuang swobodnie żongluje tropami i plecie z nich bogatą opowieść, która pozbawiona któregoś elementu, spokojnie się broni.

Początki sięgają do południowej prowincji Koguta, gdzie powojenna bieda wpycha ludzi w objęcia opium. Rin jest wojenną sierotą, która jest wykorzystywana przez swoich adopcyjnych rodziców nie tylko jako niewolnica, ale i handlarka narkotyków. Jednak ambicje dziewczyny sięgają daleko poza jej obecne możliwości, i robi wszystko, by dostać się do akademii wojskowej. Wydaje się to niemożliwe, bo nie dysponuje talentami, pieniędzmi ani koneksjami. Jednak desperacja pozwala jej na bycie wsiową znajdą między dziećmi możnowładców.

A potem wybucha wojna, która zaciera różnice klasowe. Ta sama co zwykle, Mugeńczycy wjeżdżają jak do siebie, studenci dostają swoje przydziały, nagle muszą dorosnąć. I podczas jednej z bitew, Rin poznaje swoje przeznaczenie.

Jest to powieść o nastolatce, która ma uratować świat. To opowieść o mitologii i bogach, którzy pojawiają się w życiu niektórych ludzi. To opowieść o wojnie z całą jej ohydą i okrucieństwem. Ogromną zaletą Wojny makowej jest to, że gdyby wyjąć z niej poszczególne elementy, ta historia wciąż będzie warta opowiedzenia. I będzie budowana cegiełka po cegiełce, bo tak właśnie wygląda narracja – jest dość szczegółowa, pokazuje poszczególne momenty z życia bohaterki, dzięki temu Rin wydaje się bardziej prawdopodobna, a jej kolejne decyzje wynikają z poprzednich doświadczeń. Jednocześnie jest brutalnie szczera i często obrzydliwa, jak sama wojenna rzeczywistość. A dodatkowym atutem jest inspiracja dalekowschodnią kulturą, która jawi się jako niezwykle tajemnicza i intrygująca.

Wojna makowa to bardzo mocny debiut w świecie fantasy. Autorka w dzieciństwie mieszkała w Chinach po czym skończyła studia z zakresu sinologii w Cambridge i na Oksfordzie. Jej kolejnym dziełem po trylogii Wojen makowych ma być powieść osadzona w świecie alternatywnym, w którym tłumacze mają odgrywać kluczową rolę. Nie muszę chyba dodawać, że mam wobec niej ogromne nadzieje!

Autor: Rebecca F. Kuang
Tytuł: Wojna makowa
Tłumaczenie: Grzegorz Komerski
Wydawnictwo: Mag
Data: 2018

Nie za górami, nie za lasami [Kajś. Opowieść o Górnym Śląsku, Zbigniew Rokita]

Punktem wyjścia opowieści są wieloletnie poszukiwania rodzinnych korzeni przez autora. I wcale niebłahe dylematy: czy chwalić się pradziadkiem wcielonym do Wehrmachtu? Jaką narodowość podawać w spisie powszechnym? Polską? Niemiecką? Śląską?

Zbigniew Rokita, Kajś. Opowieść o Górnym Śląsku

W 2021 r. ten reportaż młodego dziennikarza (rocznik 1989) został nagrodzony podwójną Nagrodą Literacką „Nike” – od jury i czytelników. Na język śląski ma go przetłumaczyć Grzegorz Kulik, popularyzator tego języka, który też pojawia się w „Kajś” jako jeden z rozmówców autora. Tym samym to kolejny już reportaż (a dokładnie rzecz biorąc, w przeciągu pięciu lat trzeci, po „Żeby nie było śladów”  Łazarewicza (2017) i „Nie ma” Szczygła (2019), wyróżniony tymi laurami. Czyli co drugi rok nagroda literacka za literaturę (poniekąd) faktu… Ale do rzeczy. Punktem wyjścia dla tej śląskiej opowieści są wieloletnie poszukiwania rodzinnych korzeni przez Rokitę – już na początku, oprócz trzech mapek opisywanych regionów, autor zamieścił uproszczone drzewo genealogiczne swojej rodziny od strony matki. A zadedykował reportaż swojej babci Marii, która odgrywa w nim niepoślednią rolę, oraz swojej narzeczonej Martynie.

Początkowy stosunek Rokity do bogatej rodzinnej historii wyglądał następująco:

Moim pierwszym śląskim przodkiem, który miał imię i nazwisko, był, odkąd pamiętam, prapradziadek Urban Kieslich, stolarz z domku na urokliwej Kirchstrasse. Zawsze był dla mnie człowiekiem, który zginął na swoim podwórku od odłamka bomby. Tyle się w rodzinie zapamiętało.
Mijały lata, a rodzinna opowieść – bądź raczej to, co działo się z nią w mojej głowie, sam już nie pamiętam – roiła się coraz ciekawsza: najpierw miała to być ostatnia bomba zrzucona na Ostropę, później prapradziadek awansował nawet na ostatnią ofiarę wojny w ogóle. Gdy byłem nastolatkiem, nie zastanawiałem się nawet, o którą wojnę chodzi. Snułem opowieści, w które święcie wierzyłem. Rozpowiadałem na przykład, że u nas na piętrze podczas II wojny światowej najpierw Niemcy, a później Sowieci prowadzili dom publiczny, a na poddaszu mieszkały burdelmamy, kolejno nazistowska i radziecka…
(…) Atrakcyjniejsza wydawała mi się opowieść o lwowskiej części rodziny, w swojej wyjątkowości całkiem typowa. Ona – praprababka Karolina Próchnicka, gospodyni domowa, on – prapradziadek Józef Próchnicki, chemik z Politechniki Lwowskiej, po przyjeździe w 1945 roku do Gleiwitz, właśnie aranżowanego  na Gliwice, pracował na nowo utworzonej Politechnice Śląskiej. Zajęli wspaniały dom z wielkim ogrodem, w którym bawiłem się jako dziecko.
Długo nie zwracałem uwagi na powtarzane w rodzinie słowo „zajęli”. W pacholęctwie słuchałem, że tu kogoś w czterdziestym piątym z domu wyrzucali, a tu ktoś w czterdziestym piątym jakiś dom zajmował. Te opowieści były dla mnie przezroczyste, nie rozumiałem, że wypędzani musieli mieć swoich wypędzających, a wypędzający wypędzanych. A nawet gdybym to rozumiał, nie pojąłbym, że owi zajmujący dom lwowiacy sami byli wypędzonymi. Nie pojmowałem, że jedni moi dziadkowie siedzący na rodzinnych geburstagach  byli dziećmi zwycięzców wojny, drudzy – przegranych. Przynajmniej teoretycznie [s. 14–15].

Podczas reporterskiego odkrywania własnych korzeni Rokita natyka się na różne zagwozdki, nieobce mieszkańcom Górnego Śląska: jak opowiadać o dziadkach czy wujach, którzy byli wcieleni do Wehrmachtu? (Sam Rokita przyznaje się do pradziadka z Wehrmachtu). Czy w ogóle można być dumnym z takiego przodka? I jaką narodowość podawać w spisie powszechnym? Polską? Niemiecką? Śląską? Autor przypomina pokomplikowane dzieje Gliwic i okolic na przykładzie własnej rodzinnej historii, rozmawia m.in. z członkami Ruchu Autonomii Śląska, naukowczyniami i naukowcami, historyczkami i historykami, działaczkami i działaczami społecznymi. Ten wielogłos nie daje rzecz jasna jednoznacznej odpowiedzi na żadne ze stawianych przez reportera pytań. I dobrze, bo każdy, kto czuje się związany z tą częścią Europy, jaką jest Śląsk, powinien sam ją odnaleźć. Mnie ta śląska Odyseja wciągnęła – nie tylko dlatego, że sama mam gliwickiego szwagra, którego część rodziny pochodzi z Kresów. Po prostu jest to rzecz dobrze napisana, wielość rozmówców i ich poglądów pokazuje, jak mozaikowy jest Górny Śląsk. I jak nieoczywiste są (z pozoru oczywiste) rzeczy.

Autor: Zbigniew Rokita
Tytuł: Kajś. Opowieść o Górnym Śląsku
Wydawnictwo: Czarne
Data: 2020

Ludzie których spotykamy na wakacjach, Emily Henry

Ostatnie upały nieodmiennie kierują moje myśli ku wakacjom. A te – ku powieściom Emily Henry. Zeszłoroczne Beach Read zostawiło mnie ze złamanym sercem, ale co z Ludźmi, których spotykamy na wakacjach? Czy oni także zostawiają dziurę w miejscu, w którym powinno bić serce? Czy raczej są przelotnymi znajomościami, które wspominamy z rozrzewnieniem…

Na wakacjach możesz być, w kim chcesz.
Wakacje, tak jak dobra książka albo wspaniały strój, wydobywają z ciebie inną osobę.
Być może w codziennym życiu nie potrafisz nawet kiwać głową do muzyki płynącej z radia, tak by nie odczuwasz przy tym skrępowania, ale gdy trafisz do właściwego ogródka kawiarnianego oświetlonego girlandami migotliwych lampek, z właściwym zespołem grającym na blaszanych bębnach, zaczniesz skakać i pląsać w najlepsze.
Na wakacjach zmieniają ci się włosy [s. 8].

Poppy i Alex spędzają każde wakacje razem odkąd się znają. Ona prowadzi niezwykle poczytnego bloga o podróżach po kosztach, on zaś wrócił do rodzinnego miasteczka, by zostać nauczycielem w liceum. Niewiele ich łączy poza pasją podróżowania i dlatego każdego lata wybierają się na wspólną wyprawę. Jednak dwa lata temu wydarzyło się coś, co ich poróżniło i od tamtej pory nie mają kontaktu a podróżowanie nie sprawia bohaterce już takiej przyjemności jak dawniej.

Powieść jest pełna retrospekcji, w których poznajemy rodzące się bardzo powoli, nieśmiałe uczucie, które wydaje się bez szans. Tym bardziej tłumione przez odległość dzielącą bohaterów na co dzień. Historia jest też pełna postaci epizodycznych, ludzi których spotykamy na wakacjach, barwnych postaci w typie kierowcy wodnej taksówki, podstarzałych nowożeńców, zarządców airbnb, ale i tych, którzy zostawali w życiu bohaterów na dłużej, których darzyli uczuciem i próbowali budować z nimi relacje, które ostatecznie nie przetrwały próby czasu.

Co się wydarzyło dwa lata temu w Chorwacji, że Poppy i Alex zerwali kontakt i co powoduje, że znowu wspólnie wyjeżdżają, jak za dawnych lat? To, co doceniam w powieściach Emily Henry, to wolne budowanie napięcia. Wśród niezwykle ostatnio popularnych erotyków, gdzie pretekstowa fabuła prowadzi bohaterów przez wszystkie pozycje kamasutry, jej powieści rządzą się innymi prawami, trochę z innej epoki – gdzie opowieść o ludziach ma prymarne znaczenie.

Autor: Emily Henry
Tytuł: Ludzie których spotykamy na wakacjach
Tłumaczenie: Aleksandra Weksej
Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece
Data: 2022

Metro zwane pożądaniem [One last stop, Casey McQuiston]


One last stop jest drugą powieścią Casey McQuiston po rewelacyjnym debiucie Red, white & royal blue. Zdania co do tego, jak wyszła druga powieść spod pióra tej autorki są podzielone, z zawodową ciekawością podeszłam do zgłębiania tematu.

Ta powieść też zaczyna się bardzo dobrze – August jest studentką, wprowadza się do zgrai podejrzanych typów (choć właściwsze wydaje się określenie, że zostaje przez nich przygarnięta), którzy mają problem z dorośnięciem, co wywołuje sporo zabawnych wydarzeń.

August powoli układa sobie życie w Nowym Jorku, zaczyna pracę naleśnikarni, a dojeżdżając metrem na uczelnię, poznaje Jane, piękną, interesującą retro dziewczynę, która z zadziwiającą regularnością korzysta z tej samej linii.

Ten fragment czyta się bardzo dobrze, to powieść – kocyk, która otula serduszko i przynosi ukojenie. Znajomość się rozwija, jest odrobinę niezręcznie, trochę romantycznie, ale August angażuje się coraz bardziej…

Okazuje się, że Jane wskutek dramatycznych okoliczności utknęła w metrze w latach 70. i nigdy się stamtąd nie uwolniła. Przestała się starzeć i istnieje o tyle, o ile inni ją widzą i wchodzą z nią w interakcje.

Moim problemem z tą powieścią jest niespodziewana zmiana odmiany gatunkowej i wprowadzenie elementów fantastycznych. Zupełnie inaczej czyta się współczesny romans z wysokim współczynnikiem prawdopodobieństwa (gdy dwie dziewczyny spotykają się w metrze i się w sobie zakochują), a zupełnie inaczej powieść fantastyczną (to nawet science-fiction, autorka próbuję wpleść naukowe podwaliny wydarzeń), która jako podstawowe wymagania stawia zawieszenie niewiary. I ta wolta następuje w połowie.

I to nie jest zła powieść, po prostu niewygodna w czytaniu i irytująca. Traktuję to jako błąd redaktora, który nie zwrócił uwagi na niespójność tekstu, chociaż autorka w posłowiu wspomina, że redaktorka określiła tę powieść jako dziwną. I faktycznie taka jest. Jednocześnie jest napisana pięknym językiem – jak wspomniałam, daje takie wrażenie otulenia, ma taką łatwość w opisywaniu relacji – nie tylko romantycznych, bo przyjaźń, która się rodzi między bohaterką a jej współlokatorami też jest niesamowita. A dzięki temu czytelnik nie ma takiego wrażenia, że na świecie są tylko dwie osoby które biorą udział w fabule, a jest to często spotykany zabieg w romansach o parach heteronormatywnych.

Myślę, że powieść spodoba się osobom, które mają mniejszy korpus tekstów za sobą lub poszukują czegoś nowego w beletrystyce. Tymczasem czekam na kolejną powieść tej autorki z nadzieją na opowieść zbliżoną do debiutu.

Autor: Casey McQuiston
Tytuł: One last stop
Tłumaczenie: Aga Zano
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data: 2021

O Polsce, której już nie ma [Rowerem przez II RP, Bernard Newman]

Fragmenty reportażu z 1934 r. autorstwa Bernarda Newmana, brytyjskiego dziennikarza, pisarza, żołnierza, autora piosenek i musicali, podróżnika, urzędnika, zamiłowanego cyklisty i domniemanego szpiega usłyszałam w pewnym radiu. Czytał je z iście angielską nonszalancją znakomity Rafał Zawierucha. Decyzja o poznaniu całej książki była szybka – a podczas lektury wciąż słyszałam w głowie głos Zawieruchy…

Newman napisał swoją książkę dla ówczesnych rodaków, dlatego dzisiejszego polskiego czytelnika może nieco razić brak weryfikacji podawanych przez autora faktów, powtarzanie legend i plotek, statystki wyssane z palca. Mimo to Rowerem przez II RP (w oryginale Pedalling Poland) jest cennym świadectwem epoki spisanym przez życzliwego Polsce obieżyświata. Jego bezpośrednie wrażenia, chociaż zwykle niepoparte rzetelną kwerendą, są wzbogacone komentarzami politycznymi i trafnymi spostrzeżeniami na temat sytuacji Polski w latach 30. XX w. To była pierwsza wizyta Newmana w Polsce, po wojnie odwiedził ją jeszcze kilkukrotnie, o czym napisał m.in. w książkach The New Poland (1946) i Portrait of Poland (1959).

Rowerem przez II RP to niezwykła podróż po kraju, którego już nie ma. W snutych przez autora opowieściach widać jego szczere zaangażowanie, ciekawość kraju i jego mieszkańców. Newman miał niezwykły talent do nawiązywania kontaktów; odznaczał się pogodą ducha, wytrwałością (zwłaszcza podczas kilometrów po piaszczystych bezdrożach Polesia czy deszczowych, płaskich nizinach) i poczuciem humoru, co nieraz pozwalało mu wyjść z opresji obronną ręką. Podczas I wojny światowej został zwerbowany do kontrwywiadu przez francuskiego oficera łącznikowego; w latach 30. słał raporty z Hiszpanii do brytyjskich gazet o działaniach Franco. Jest autorem 150 książek (podróżniczych, szpiegowskich, powieści, komentarzy na temat wydarzeń w Europie, Azji i na Bliskim Wschodzie), w czasie swoich wojaży przejechał 30 tys. mil, sporo z nich na rowerze. Było mu dane rozmawiać ze znakomitościami swoich czasów – Kennedym, Hitlerem, de Gaulle’em, Mandelą, Chruszczowem, szachem Iranu, Gandhim… To pierwsze polskie wydanie jego podróżniczej książki o Polsce, autor zmarł w 1968 r.

Jak czytamy na wstępie, zespół redakcyjny, przygotowujący książkę do druku, zdecydował się ją opatrzyć aż 209 przypisami, korygując niektóre zapiski autora czy wyjaśniając sprawy oczywiste dla ówczesnych czytelników, a niekoniecznie – dla dzisiejszych. Trudności przysparzały zwłaszcza zwroty, które w latach 30. XX w. były w sumie neutralne, a dziś kojarzą się wyłącznie negatywnie, tj. getto (w znaczeniu dzielnicy żydowskiej) i rasa (tutaj szczegółowe wyjaśnienia, jak je rozumieć u Newmana, zawarto we wstępie). Cenne są też zdjęcia zrobione przez autora podczas tej wyprawy, kilkunastoma z nich zilustrowano książkę. O tym, jak brytyjski obieżyświat zapatrywał się na niektóre zjawiska, z którymi zetknął się w Polsce, świadczy poniższy fragment.

Miejsce to miało niewątpliwie swoją atmosferę. Zapomniałem o deszczu i dołączyłem do pielgrzymów. Nie był to świąteczny dzień, lecz zwykła poranna msza niedzielna, tak więc na ogromnym terenie pod gołym niebem stało jedynie 30 000 ludzi. Gdybym przyjechał tydzień lub dwa później – ósmego września – byłbym jednym z trzystutysięcznego tłumu. Widok rzeczywiście przypominał Lourdes, modlitwy były długie i żarliwe, wysoko nad nami, na szczycie murów, kapłan we wspaniałych szatach odprawiał mszę. W kulminacyjnym momencie odsłonił obraz cudownej Madonny w głębi czegoś, co przypominało szklaną gablotę. Dwadzieścia dziewięć tysięcy dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć osób runęło na ziemię w uwielbieniu, a ja usiłowałem nie rzucać się w oczy. Te symbole niewiele dla mnie znaczą, ale nie lubię ranić czyichś uczuć. W Częstochowie podobnie jak w Lourdes nie liczy się, w co wierzymy, ty czy ja, ważna jest wiara pielgrzymów.
Obraz Madonny nie wyróżnia się pod względem artystycznym. Zgodnie z tradycją namalował go Święty Łukasz. Zawsze sądziłem, że był on raczej lekarzem niż artystą, w każdym razie źle zmieszał farby – co widać zwłaszcza w kolorystyce ciała. Madonna jest śniada jak Hinduska, a złota oprawa służąca za jej strój tylko podkreśla tę karnację. W Polsce znana jest jako „Czarna Madonna”, a jej sława sięga zenitu (…).
Niewiele widziałem z mszy przed olśniewającym ołtarzem, wspaniałych strojów kapłana i ministrantów, słyszałem za to wspaniałe śpiewy ukrytego chóru. Głównie jednak niepokoiłem się o ludzi wokół mnie, przepełniony nietypowym dla mnie współczuciem, a jednocześnie przejęty podziwem dla nich, których wiara znajdowała się na tak odmiennej płaszczyźnie. Dla nich ołtarz był obiektem cudownej piękności, dla mnie niemal karykaturą – żeby zwykły drewniany krzyż zamienić w łunę diamentów! Straszliwy ścisk, odór spoconych ciał, bezustanne jęki bólu – jak można w takich warunkach zachować religijny nastrój? A przecież tam panował, byłem bodaj jedyną osobą, której myśli zaprzątały tak przyziemne sprawy [ s. 135–138].

W niektóre z przygód Newmana w Polsce aż trudno uwierzyć, np. o tym, jak zwerbowano go do występu akrobatycznego we Lwowie podczas obiadu w restauracji czy w informację, że napotkana przez niego w gospodzie rodzina ubogich Hucułów miała książęcą krew. Albo o tym, jak uciekał przed żubrem w Białowieży… Dlatego książkę czytałam z narastającym (sympatycznym!) zdumieniem, a kiedy na końcu autor wyznał, że podczas rowerowych peregrynacji przez polskie bezdroża ani razu nie złapał gumy, musiał tylko wymienić sprężyny w siodełku, doprawdy nie dałam temu wiary… Widocznie George (tak miał na imię rower Newmana) był najlepszym z możliwych rowerów. I świetnym towarzyszem podróży, z którym autor ucinał sobie czasem pogawędki, zwłaszcza że czasem przez kilometry nudnych nizin byli zdani tylko na siebie. Poglądową trasę ich wyprawy można zobaczyć na odautorskim szkicu, zamieszczonym na okładce.

Autor: Bernard Newman
Tytuł: Rowerem przez II RP
Wydawnictwo: Znak
Data: 2021