Książka iście pandemiczna [Projekt Riese, Remigiusz Mróz]

Podczas zwiedzania hitlerowskiego kompleksu w Górach Sowich doszło do wypadku. Spośród grupy zwiedzających przeżyło tylko dwoje (i wyszło z wypadku bez szwanku, podczas gdy pozostałych rozsmarowało po ścianach). Tak zaczyna się najnowsza powieść Remigiusza Mroza, o której nie wolno pisać, bo #spojler. Potrzymajcie mi czytnik.

Sam autor reklamował ja w swoich SM:

Nie ma to jak napisać książkę, o której nie można powiedzieć właściwie nic, co nie byłoby spoilerem

Panie Pisarzu, w tym kawałku jest tyle zwrotów akcji, że jeśli zdradzę jeden, to zostanie jeszcze setka w zapasie. Nie będzie spojlerem, gdy napiszę, że Riese skrywa wielką i głęboką tajemnicę, którą hitlerowcy chcieli wykorzystać do swoich celów. Gdy ocalonym udaje się opuścić podziemne jaskinie, zaczynają odkrywać prawdę o zmutowanym wirusie, szalejącym na powierzchni.

Kilka uwag bardzo technicznych, bo przygoda tak goniła przygodę, że sobie połamały nogi, a logika za nimi po prostu nie nadążyła, machnęła ręką i usiadła na kamieniu w oczekiwaniu na zdrowy rozsądek i tak siedzi do tej pory. Powieść jest podzielona na dwie części, w pierwszej wydarzenia przedstawiane są z perspektywy uczestników, oś narracyjna przeskakuje pomiędzy kolejnymi postaciami, by w drugiej części oddać pałeczkę narratorowi ekstradiegetycznemu (zewnętrznemu). Taki zabieg nie wzmacnia immersji, wręcz przeciwnie, z punktu widzenia czytelnika jest bezsensowny.

Bohater po stracie żony natychmiast zaczyna poszukiwania jej zastępstwa. Po co komu żałoba, czas na pogodzenie się ze stratą, skoro można rzucić wszystko i próbować zastąpić ukochaną kobietę inną. Brzmi jak szaleństwo? Ponieważ powieść bardzo szybko zaczyna dryfować w rejony mniej zajmujące się prawdopodobieństwem a więcej zawieszeniem niewiary – z niewiarygodnym bohaterem na czele raczej zwiastuje popadnięcie w szaleństwo niż historię postapo. Albowiem pandemia w Projekcie Riese wytrzebiła ludzkość a jej niedobitki tułają się w poszukiwaniu sposobu na przeżycie. I podobno miejsce, do którego próbują się dostać wszyscy. Nie szkodzi, że jest tylko legendą i nikt o nim niczego nie wie. A im więcej dowiaduje się bohater, tym mniej zachęcająco to wygląda. Czy to mu przeszkadza w próbie dostania się tam za wszelka cenę? Bynajmniej.

W ogóle sprawa Parkera jest niesamowicie tajemnicza. W każdym miejscu, do którego trafia, spotyka ludzi, którzy wiedzą o nim więcej niż on sam. A to ktoś prowadzi zeszyt z zapiskami na jego temat, a to inny mu opowiada o rodzicach. Ale wyjaśnień, skąd te wiadomości mają – brak. Ale Parker wszystko przyjmuje za pewnik, podobnie jak istnienie mitycznej, rajskiej krainy. Ogólnie cała ta książka jest niespójna i nielogiczna, ale w natłoku wydarzeń takie subtelności mogą umknąć, a szkoda, bo nieco przypomina historie SF z lat 80. i gdyby była zrealizowana staranniej, miałaby szansę na cieplejsze przyjęcie i sentymentalne uczucia. Tymczasem jest tradycyjnym produkcyjniakiem ze stajni Freez Entertainment.

Autor: Remigiusz Mróz
Tytuł: 
Projekt Riese
Wydawnictwo: 
Filia
Data wydania
: 2022

W jesieni życia [Kamienne posłanie, Margaret Atwood]

W dziewięciu opowieściach znajdziemy to, co czeka każdego prędzej czy później: przemijanie, refleksje o niegdysiejszych śniegach, stracone złudzenia. Jednak nie odnajdziemy tam poczucia bezsensu i pogoni za odchodzącą młodością – bowiem, jak to u Koheleta, wszystko ma swój czas, i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem. I dlatego zawsze jest właściwy czas na kawałek dobrej literatury.

Autorka swoje utwory, zebrane w tym tomie, nazwała opowieściami (tales), nie opowiadaniami (stories), ponieważ, jak wyjaśniła w posłowiu, zawdzięczają one wiele opowieściom powstającym przez wieki i można bezpiecznie założyć, że wszystkie opowieści są fikcją. Jednak, w moim przekonaniu, dość prawdopodobną fikcją. Właściwie wszystkie toczą się wokół starości, przemijania, upływu czasu i (nie)pogodzenia się z tym; chyba tylko w jednej bohaterowie są dość młodzi, tj. w wieku średnim, reszta to raczej osoby już na emeryturze. Pierwsze trzy opowieści skupiają się wokół czworga bohaterów, którzy kiedyś, dawno temu, w odległej galaktyce (czyli zamierzchłej młodości lat 60.) byli ze sobą czy znali się ze środowiska kawiarniano-literackiego. Constance i Gavin, początkująca pisarka i zapoznany poeta, rozstali się po zdradzie Gavina (z Marjorie, jej wersję zdarzeń też poznamy w kolejnej opowieści). Constance wymyśliła Alphinlandię i dzięki serii książek o niej (później powstały też gry fabularne, wideo i inne atrakcje związane z tym uniwersum) stała się sławną autorką zapraszaną na konwenty. Gavin ożenił się z dużo młodszą Rey, która z biegiem lat mianowała się kustoszką jego pamięci i kuratorką twórczości. I co roku na święta wysyła Constance życzenia (w imieniu swoim i Gavina). Tymczasem Marjorie na stare lata zamieszkała z Martinem, swoim bratem bliźniakiem, bo z nikim innym tak dobrze się jej nie dogaduje i nie sprzecza. Losy tych kilku bohaterów przetną się po latach na pogrzebie i uroczystościach ku czci jednego z nich.

Kolejne opowieści zapraszają w strefę mroku: kobieta, od urodzenia cierpiąca na chorobę genetyczną (porfiria?), ostatecznie zostaje porzucona przez rodzinę, a dom, w którym mieszka, uznany zostaje przez sąsiadów za nawiedzony. W innej z kolei historii sprzedawca starych mebli w wylicytowanym na aukcji kontenerze odkrywa niezwykłe znalezisko – całą dekorację weselną, łącznie w tortem, zastawą i… zasuszonym panem młodym. W jeszcze innym trzy (znów wiekowe) przyjaciółki omawiają sen jednej z nich, wiążący się z dawną znajomą, która po kolei odbijała każdej z nich mężów i kochanków – co może oznaczać sen, w którym pojawia się Zenia o czerwonych zębach? Natomiast tytułowe Kamienne posłanie opowiada historię zemsty dojrzałej Verny na przypadkowo (?) spotkanym podczas rejsu na Arktykę Bobie, jej fatalnym zauroczeniu sprzed lat, które naznaczyło cierpieniem jej dalsze życie. I jeszcze na koniec ponura dość opowieść o rezydencji Ambrozja, domu spokojnej starości dla zamożnych, na którą atak przypuszcza horda młodych z pochodniami, skandująca hasło „Teraz nasza kolej”…

Najbardziej jednak spodobała mi się opowieść o wiele mówiącym tytule Martwa dłoń cię kocha. A zaczyna się tak:

Martwa dłoń cię kocha zaczęła się jako żart. Czy raczej wyzwanie. Powinien był zachować większą ostrożność, ale prawdę mówiąc, palił wtedy sporo zioła i pił sporo lichej gorzały, dlatego trudno powiedzieć, że był w pełni odpowiedzialny. Nie powinno się go pociągać do odpowiedzialności. Nie powinno się wymagać, by podpisał tę pieprzoną umowę. Właśnie to go krępowało: umowa.
Nigdy się od niej nie uwolni, ponieważ w umowie nie zawarto ostatecznego terminu. Powinien był zamieścić punkt dotyczący terminu – jak data ważności na kartonie mleka, jogurcie czy majonezie – ale co on wtedy wiedział o umowach. Miał dwadzieścia dwa lata.
Potrzebował tej forsy.
To była żałośnie mała suma. Gówniany interes. Wykorzystano go. Jak tych troje mogło go tak wykorzystać? Teraz nie chcą się do tego przyznać. Powołują się tylko na pieprzoną umowę z podpisami, których nie sposób zakwestionować, w tym jego własnym, a on musi się z tym pogodzić i spierdalać. Początkowo nie chciał im zapłacić, ale Irena wynajęła prawnika; teraz wszyscy troje mają prawników, tak jak psy mają wszy. Irena powinna była potraktować go ulgowo z uwagi na to, że kiedyś byli sobie bliscy, ale nic podobnego, Irena ma serce z asfaltu, z każdym rokiem twardsze, suchsze i bardziej spieczone słońcem. Pieniądze doprowadziły ją do ruiny.
Jego pieniądze, ponieważ to dzięki niemu Irena i dwaj pozostali mogą sobie pozwolić na prawników. (…)
Dlatego przez całe dziesięciolecia musiał wyskakiwać z pieniędzy. Jak słusznie zauważyli, w sądzie nie miałby cienia szansy. Podpisał tę piekielną umowę. Podpisał ją rozgrzaną do czerwoności krwią [s. 173–174].       

Na początku lat 60. Jack, Irena, Jaffrey i Rod, ubodzy studenci, wynajmują stary, zaniedbany dom i próbują się dzielić czynszem za niego (a, jak wiadomo, student nigdy groszem nie śmierdzi). W chwili desperacji Jack, początkujący pisarz – na kacu i pod groźbą pozbawienia dachu nad głową – podpisuje z resztą współlokatorów umowę, że podzieli się z nimi zyskami za wydanie powieści, nad którą właśnie pracuje. Nie wspomina, że to horror, bo mu chyba wstyd, że tak nisko upadł. Niespodziewanie dla niego opowieść ukazuje się drukiem, odnosi duży sukces, ale gdy reszta ją przeczyta, uzna, że wzorował bohaterów na nich i ich ośmieszył. Nie przeszkadza im to jednak w wyegzekwowaniu warunków umowy, i to przez kolejne dziesiątki lat. Oprócz śledzenia relacji między bohaterami (wszyscy podkochują się w Irenie) poznajemy też samą opowieść o martwej dłoni odrzuconego kochanka, która zmartwychwstaje i prześladuje niewierną, próbując ją ukarać za zniszczenie życia. Ta opowieść w opowieści rzuca nieco światła na uczucia nurtujące Jacka w przeszłości i na decyzje, które później podejmuje (m.in. jak żyć z popularnością jako autor jednego horroru, później sfilmowanego).

Właściwie wszystkie opowieści nadają się do sfilmowania, to chyba cecha stylu Atwood, że pisze tak plastycznie. Ale i wciągająco, bohaterowie, mimo sporej różnicy wieku, stają się bliscy, są po prostu zwyczajni, ale przez to wcale nie nudni. Kibicowałam chyba wszystkim, zwłaszcza tym uwięzionym w domu spokojnej starości – ale i nieszczęsnemu Jackowi, poniekąd ofierze własnego sukcesu. Uważajcie zatem, co podpisujecie, zwłaszcza w młodości…

Autor: Margaret Atwood
Tytuł: Kamienne posłanie
Przekład: Paweł Lipszyc
Wydawnictwo: Wielka Litera
Data: 2019

Nauka w służbie romansu [The Love Hypothesis, Ali Hazelwood]

Wstyd się przyznać, ale sięgnęłam po The Love Hypothesis, bo urzekła mnie okładka. To jest mój typ poczucia humoru. I okazało się, że jest całkiem reprezentatywna dla treści.

Życie Olive jest podporządkowane pracy nad doktoratem, w którym prowadzi badania nad wczesnym wykrywaniem markerów raka trzustki z krwi. Ma bardzo wspierająca promotorkę, która jednak wybiera się na emeryturę, a polityka akademicka mówi, że nie może się ubiegać o kolejne granty, więc laboratorium podupada.

Dotychczas randkowanie było bardzo daleko na liście życiowych priorytetów Olive, choć wyszła kilka razy z kolegą z wydziału, ale okazało się, że bardziej zaiskrzyło między nim a współlokatorką Olive. Żeby przekonać przyjaciółkę i byłego chłopaka, że nie ma nic przeciwko ich związkowi, Olive wymyśla diaboliczny plan, po którego przeprowadzeniu grozi jej oskarżenie o napaść seksualną na przystojnego akademika, znanego z nieprzejednanego tępienia nieporadności i głupoty.

Jak Olive wplątuje się w sytuację, w której niby-randkuje z ogólnie znienawidzonym doktorem? Jak by powiedział polski wieszcz pieśni narodowej: „Jak do tego doszło – nie wiem”. Niemniej każde z nich realizując własne założenia i cele, powoli się poznaje i przełamuje stereotypy.

Powieść jest napisana w typie pracy naukowej – każdy rozdział zaczyna się pewnym założeniem niby-naukowym a treść prowadzi do jego potwierdzenia. Tempo jest dostosowane do powoli i niechętnie rozwijającej się znajomości, a trzecioosobowy wewnętrzny narrator śledzi bardziej Olive (i ma wgląd w jej myśli i uczucia), oraz ma mnóstwo wątpliwości w świecie cis-hetero-białych mężczyzn.

Dodatkowo The Love Hypothesis przywiodła wspomnienia sprzed dobrych kilku lat, kiedy sama, będąc młodą doktorantką, zmagałam się z dokładnie tymi samymi problemami, co bohaterką – brak funduszy na badania, ciągła walka o granty, przepracowanie, toksyczne środowisko i ciągle poczucie bezużyteczności i bycia wykorzystywanym. Praca naukowa w zmaskulinizowanym środowisku musi być jeszcze gorsza!

Jeśli macie ochotę na lekką pozycję po angielsku, to język jest dość przystępny, a historia przyjemna i ciepła (i nie tylko dlatego, że dzieje się w San Francisco). Będę na pewno śledzić inne powieści tej autorki.

Autor: Ali Hazelwood
Tytuł: 
The Love Hypothesis
Wydawnictwo: 
Berkley
Data wydania:
2021

Nigdy więcej [Wojenka. O dzieciach, które dorosły bez ostrzeżenia, Magdalena Grzebałkowska]

Arthur, Walentina, Niklas, Elżbieta, Richard, Serafin, Andrzej, Alex, Gotfryd, Dina, Michael, Władysława… To imiona tylko kilkorga bohaterów reportażu Grzebałkowskiej, która, nie bez przesady, zjechała pół świata, by do nich dotrzeć. Powiedzieć, że ich relacje wojenne są wstrząsające, to nic nie powiedzieć.

Warto czytać wszystko, co napisała ta autorka, bo, póki co, nie ma tego za dużo. Jej reportaże: Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego (2011), Beksińscy. Portret podwójny (2014), 1945. Wojna i pokój (2015), Komeda. Osobiste życie jazzu (2018) i wreszcie Wojenka. O dzieciach, które dorosły bez ostrzeżenia (2021) zdumiewają mnie ogromem pracy, jaki podjęła, by dotrzeć do swoich bohaterów (jeśli jeszcze żyją) lub do tych, którzy ich znali, do różnych dokumentów i świadectw epoki. I sposób, w jaki opisuje te wszystkie trudne i bolesne historie, też mnie zachwyca – krótkie podrozdziały, nie za dużo odautorskich dywagacji; zdobyte i opisane materiały mają przemawiać same. Jej najnowsza książka ponownie wraca do tematu wojennego, tym razem są to relacje osób, które w latach II wojny światowej były dziećmi. Autorka geograficznie i w wyobraźni odwiedziła Wolne Miasto Gdańsk, Gułag, Generalne Gubernatorstwo, Syberię, Stany Zjednoczone, Hiszpanię, front wschodni (Białystok), Karłag (dawny obóz pracy niedaleko Karagandy) i Prusy Wschodnie (dzisiejszy Kaliningrad). Oczywiście historie, które zebrała, w jakiejś mierze mogą być znane czytelnikowi skądinąd (np. relacje powstańcze z Warszawy czy życie codzienne w łagrze), niemniej jednak są to jednostkowe losy jej bohaterów wpisane w wielką wojenną historię.

Mnie szczególnie poruszyły rozdziały poświęcone synowi Hansa Franka Niklasowi oraz opowieści dwóch Japończyków Minoru Tonai i Richarda Iseriego, mieszkających w USA, dziś już mocno wiekowych, a jako dzieci internowanych, a wręcz wyrugowanych ze swoich gospodarstw i domów, po ataku Japonii na Pearl Harbour. Ich bliskich oskarżono o szpiegostwo na rzecz cesarstwa japońskiego, mimo że byli obywatelami amerykańskimi.

Ostatni rozdział książki autorka poświęciła zaś swojej babci Władysławie Gawryluk, z domu Kwitkowskiej, wywiezionej jako nastolatka na roboty do Niemiec. Nieco tej osobistej, rodzinnej historii znalazło się już we wcześniejszej książce „1945. Wojna i pokój”, jednak tutaj jest ona w pełni opowiedziana do końca słowami nieżyjącej już babci. Bohaterowie Grzebałkowskiej pamięć wojennych wydarzeń i pozostałe po nich rany (nie tylko te fizyczne, ale przede wszystkim psychiczne) dźwigają całe życie. Niklas Frank próbował zrekonstruować swoje dzieciństwo w GG, gdy jego ojciec nazywał siebie „królem Polski” i rezydował na Wawelu, właściwie przez większość swego dorosłego życia.

Niklas nie ma pieniędzy i musi zarabiać na studia. Najpierw jest robotnikiem budowlanym, potem zaczyna pisać recenzje filmowe. (…) już nikomu nie mówi, że jest synem Hansa Franka. O ojcu potrafi mówić tylko źle, a ludzie go wtedy próbują przekonać, że nie ma racji. Na szczęście nazwisko Frank jest popularne w Niemczech, więc z czasem zaczyna mówić, że jego zmarły ojciec był po prostu adwokatem. Tak jest lepiej.
– Zacząłem zbierać wszelkie informacje o ojcu. Zabrałem z domu matki, za zgodą rodzeństwa, wszystkie listy i dokumenty. Jeździłem do archiwów i bibliotek. Czytałem przemówienia ojca. Spotykałem się z jego znajomymi, wypytywałem krewnych. Każdą książkę o III Rzeszy zaczynałem czytać od indeksu, sprawdzając, czy jest tam nazwisko Hansa Franka. Pojechałem nawet do Ameryki do ojca Sixtusa. Rekonstruowałem swoje dzieciństwo, konfrontowałem moje wspomnienia z pamięcią innych, odnalazłem moją nianię, zamęczałem pytaniami o czas wojenny moich braci – mówi Niklas Frank.   
Odchodzi z uczelni przed dyplomem, choć promotor proponuje mu asystenturę, i zatrudnia się w ilustrowanym tygodniku „Stern”. Jest dziennikarzem. I wciąż gromadzi materiały dotyczące ojca. (…)
Zostaje korespondentem wojennym. Redakcja wysyła go po materiał w miejsca, gdzie toczą się walki. Jest na Bałkanach, w Iraku, Kambodży, Afryce Południowej, Angoli, Kolumbii, Haiti.
– To dziwne, ale dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że w czasie II wojny światowej tak naprawdę nie widziałem wojny – mówi.
W latach osiemdziesiątych pierwszy raz jedzie do Polski. Wraca do niej potem wiele razy. Robi wywiad z Lechem Wałęsą po wygranych wyborach prezydenckich. Opowiada:
– Spotkanie odbywało się w Belwederze. Siedzieliśmy z prezydentem Wałęsą przy okrągłym stole, a mnie cały czas kusiło, żeby mu powiedzieć, że to była kiedyś warszawska siedziba mojego ojca. Że być może goniłem swojego tatę wokół stołu , wołając, żeby mnie wziął na ręce i przytulił. (…)
Pod koniec lat osiemdziesiątych Niklas Frank bierze urlop i w dziesięć tygodni pisze książkę o ojcu. Płacze, klnie, złości się, wali z furią w klawisze maszyny do pisania, którą odziedziczył po matce [s. 131–132].  

Wojna okaleczyła wszystkich, którzy ją przeżyli, i cywilów, i wojskowych – truizmem jest, że najbardziej ucierpiały dzieci. I mimo że te dzieci dziś same mają wnuki, a i czasem prawnuki, pamięć tego czasu wciąż jest w nich żywa. I jestem wdzięczna autorce, że włożyła tyle trudu, by zachować i przekazać te relacje.

Autor: Magdalena Grzebałkowska
Tytuł: Wojenka. O dzieciach, które dorosły bez ostrzeżenia
Wydawnictwo: Agora
Data: 2021

Odrobina wiejskiej grozy [Utopce, Katarzyna Puzyńska]

Po dość przeciętnej pod względem realizacyjnym części o morderstwie kwiaciarki w tomie Z jednym wyjątkiem, Utopce kontynuują podjęty tam wątek rozwiązania komisariatu w Lipowie. Klementynie Kopp udaje się dojść do porozumienia w tej sprawie z komendantem, i jeśli uda jej się rozwiązać sprawę morderstwa sprzed trzydziestu lat, komisariat ma pozostać.

Latem 1984 roku we wsi Utopce zginęli ojciec i syn, zostają po nich tylko ubrania oraz ślady zębów na progu. Brakuje ciał, nikt nic nie wie. Śledztwo szybko utyka w martwym punkcie, bez znalezienia zwłok i wskazania winnego. Po trzydziestu latach młodszy aspirant Daniel Podgórski oraz sierżant sztabowa Emilia Strzałkowska pod przywództwem Klementyny Kopp mają rozwikłać tę tajemnicę.

W tym tomie Katarzyna Puzyńska eksperymentuje z formą, wprowadza do powieści elementy grozy, co bardzo ciekawie koresponduje ze stanem umysłowym Klementyny, która zdaje się pod wpływem atmosfery tracić zmysły. Autorka wykorzystuje do realizacji tego pomysłu zabiegi narracyjne, takie jak przerzucanie osi bohatera, prowadzenia narracji na trzech poziomach czasowych, wplatanie do treści fragmentów raportów z późniejszych przesłuchań policjantów przez wydział wewnętrzny.

Zarówno zawikłanie prowadzonej sprawy, jak i zabiegi formalne wprowadzone w Utopcach, powodują że jest to jedna z lepszych części sagi o Lipowie. Poza tym zostawia czytelnika i bohaterów w takim miejscu, że od razu chce sięgnąć po kolejny tom, żeby zobaczyć jak potoczą się ich losy. Oczywiście nieodzownym tłem jest życie prywatne policjantów z Lipowa, choć nie ukrywam że moim ulubionym bohaterem drugoplanowym jest Don Jose! Jego zaangażowanie w sprawy oraz niezwykle prosty niemalże ascetyczny styl życia powoduje, że stanowczo jest tym bohaterem, którego należy bezwzględnie naśladować. Życia pozostałych zaangażowanych w sprawę są nadzwyczaj skomplikowane i komplikują się coraz bardziej.

Jeśli zatem, podobnie jak ja, straciliście wiarę w Puzyńską po poprzednim tomie, spieszę donieść, że wróciła w dużo lepszej formie!

Autor: Katarzyna Puzyńska
Tytuł: 
Utopce
Wydawnictwo: 
Prószyński i s-ka
Data wydania
: 2015

Udawanie człowieczeństwa [Szepty zmarłych, Simon Beckett]

Już od jakiegoś czasu jestem wielką wielbicielką o twórczości Simona Becketta, wydaje się że z tomu na tom jego powieści robią się coraz lepsze. Zagadka, którą przedstawił autor w Szeptach zmarłych, jest naprawdę niesamowita i złożona.

Dochodzący do siebie po ranie zadanej nożem David Hunter wyjechał na trupią farmę do Knoxville. Trupia farma, czyli ośrodek dla studentów i badaczy antropologicznych, to miejsce, w którym bada się rozkład zwłok w różnych warunkach. Tam przypadkiem David zostaje wciągnięty do zagadkowego śledztwa. Odnalezione zwłoki przeczą wszystkim teoriom na temat rozkładu i stanowią zagadkę nie do rozwiązania. Tymczasem odnajdują się również inne zwłoki, które mają wiele wspólnego z poprzednimi. W ten sposób zabójca wciąga stróżów prawa w intelektualną grę.

Od pierwszego tomu bardzo mi się podoba styl pisania Simona Becketta. Jest jednocześnie oszczędny i obrazowy. Jego narrator a zarazem główny bohater, David Hunter, jest brytyjskim antropologiem sądowym z PTSD, po tym jak został raniony nożem na progu swojego domu. Ogromnie doceniam również układankę, którą stworzył w tej powieści z odkrytych zwłok i wskazówek, dzięki temu można było uczestniczyć razem z bohaterem w rozgrywce i typować sprawcę, co szczególnie lubię w kryminałach. Jednocześnie jestem ciekawa dalszych losów seryjnej zabójczyni, która przewija się w tle serii.

W każdym tomie Hunter coś traci. Podobnie jak bohater serii Jo Nesbø, w każdym tomie ubywa mu kolejnej istotnej osoby z otoczenia. To przejmujące, bo wydaje się, że ten człowiek już nikogo nie ma; że ten ciężar go całkiem przytłoczy; że nie ma żadnego powodu, by żyć.

Mimo to, uważam, że jeśli chodzi o kryminały anglojęzyczne, to Simon Beckett jest moim ulubionym autorem, a David Hunter najsmutniejszym bohaterem do śledzenia.
Rzuć wszystko i czytaj!

Autor: Simon Beckett
Tytuł: 
Szepty zmarłych
Przekład: 
Sławomir Kędzierski
Wydawnictwo: 
Amber
Data wydania:
2009

Kosmiczna zaraza [Przebudzenie Lewiatana, James S.A. Corey]

Przebudzenie Lewiatana to historia na skalę Układu Słonecznego – Ziemia jest kolebką życia, ale jest już ono możliwe w różnych zakątkach Układu. Terraformowany Mars ma największą armię w znanym wszechświecie, a Pas Asteroid to slumsy znanego świata. Ludzie, choć pochodzą z tego samego kawałka skały, zaczynają się od siebie różnić nie tylko na poziomie fizycznym, lecz także światopoglądowym.

Lód to jedno z najcenniejszych dóbr – jest źródłem wody, tlenu i azotu dla stacji wydobywczych w Pasie. Jego dostarczaniem zajmują się lodowcowce, wielkie i niezgrabne statki towarowe, od ktorych zależy życie ludzi. Jeden z tych statków odpowiada na wiadomość SOS, bo:

Prawo Układu Słonecznego było bardzo jednoznaczne. W środowisku tak wrogim życiu jak kosmos, pomoc i dobra wola innych ludzi nie były opcjonalne. Samo pojawienie się sygnału awaryjnego zobowiązywało najbliższy statek do zatrzymania się i udzielenia pomocy… choć prawo to nie było przestrzegane bezwarunkowo (s. 20).

To, co znajduje na miejscu ekipa ratunkowa to początek dramatu – całkowicie opuszczony statek nadający automatyczny sygnał jest przynętą. Ofiarą zostaje macierzysty lodowcowiec Jamesa Holdena. On sam ocalał wraz z kilkoma osobami z załogi, choć powinien był zginąć. Emocjonalna informacja nadana przez niego zaraz po wybuchu stała się zarzewiem wojny.

Natomiast w Pasie jeden z policjantów, Miller, dostaje zlecenie na odnalezienie córki bogatego przemysłowca z Ziemi. Zbuntowana Julie związała się z Sojuszem Planet Zewnętrznych (SPZ) i podczas wykonywania dla nich zleceń, jej statek został zaatakowany i przemieniony przez tajemniczą substancję, karmiącą się energią. I gdy stróż prawa powoli odkrywa prawdę, wtem zostaje odcięty od informacji i zwolniony ze służby. Popadający w napędzaną alkoholem obsesję, rusza śladem Julie, a jego losy splatają się z ocalałymi z katastrofy Canterbury Holdenem i jego załogą.

Powieść jest świetnie skonstruowana, prawdopodobieństwo zdarzeń wysokie, zarówno na poziomie prowadzonej polityki planet wobec siebie, jak również polaryzowane i antagonizowanie społeczeństw ze względu na doświadczenia środowiskowo-kulturowe. I po przeczytaniu Głębi Podlewskiego seria Expanse zdaje się brakującym ogniwem pomiędzy teraźniejszością a wydarzeniami z Wypalonej Galaktyki. I choć uważam, że brakuje jej błyskotliwości z serii Podlewskiego, to jest solidnie napisana.

Autor: James S.A. Corey
Tytuł: Przebudzenie Lewiatana
Przekład: Marek Pawelec
Wydawnictwo: Mag
Data: 2018

Tuż przed Barbarossą [Przewóz, Andrzej Stasiuk]

W tej książce chyba wszystko jest na opak: Niemcy jacyś tacy porządni i nawet zdają się budzić pewną sympatię, polscy partyzanci to obdartusy i niezbyt zorganizowani cywile, wieśniacy wycofani i bez woli walki. A pośród tego wszystkiego leniwie płynie Bug, przez który każdego – za odpowiednią opłatą – jest gotów przewieźć Lubko.

Andrzej Stasiuk, Przewóz

Najnowsza powieść Andrzeja Stasiuka rozgrywa się latem 1941 r. w nadbużańskiej wsi, gdzie rzeka rozdziela stojące na jej brzegach wojska niemieckie i radzieckie. Niemcy wyraźnie szykują się do przekroczenia rzeki, gromadzą sprzęt i ludzi w przygranicznej wsi. W jednym z gospodarstw stacjonuje spora ich grupa – o dziwo, właścicielka zagrody została przy życiu, musiała tylko wynieść się z domu do stodoły. W sumie sąsiedztwo wroga w jej podwórku zdaje się niewiele jej wadzić; nie chodzi o to, że kolaboruje z nimi, ale, w pewnym sensie, nie wchodzą sobie w paradę. Niemcy są dość grzeczni, chętnie wymieniają kawę i papierosy na jedzenie czy inne przysługi. Gospodyni pomaga Lubko, przewoźnik, który przeprawi przez rzekę każdego, kto dobrze zapłaci: przemytników, polskich partyzantów, uciekające z dużego miasta na wschód żydowskie rodzeństwo Maksa i Dorę, wieśniaków do kościoła… Z każdym żyje pokojowo, w końcu jego usługi są dość ważne w zaistniałej wojennej sytuacji. Jednak coś wisi w powietrzu, nad okolicą krążą kukuruźniki i wypatrują zamaskowanych Niemców. I te dziwne, ciężkie dymy z niedalekiej Treblinki…

To jeden plan książki, drugim jest współczesna podróż dojrzałego mężczyzny w nadbużańskie okolice (odrzućmy pokusę utożsamienia go z autorem, choć to niełatwe), gdzie spędził szczęśliwe dzieciństwo i skąd pochodzi jego rodzina. Odwiedza też ojca, który w wojnę miał sześć lat, lecz teraz niewiele z niej pamięta na skutek postępującej demencji. Niejako za niego syn zapamiętuje tamte wydarzenia i je opowiada, dodając swoją perspektywę i wiedzę tego, co się zdarzyło później. Te dwa plany przeplatają się, przenikają, uzupełniają. Narracja snuje się powoli, skupia na detalach, m.in. sensualnych opisach wojennej i współczesnej przyrody. Niewiele tu w sumie akcji rozumianej jako ciąg wydarzeń, ale to nie znaczy, że nic się nie dzieje. Historia grupki partyzantów czy losy Maksa i Dory są pełne dramatyzmu – właściwie, znając już wiele wojennych opowieści, czytelnik może się domyślać, jak się zakończą. W końcu to jest wojna, happy endy się zdarzały, ale niestety nie zawsze. Mnie szczególnie poruszały obserwacje karczmarza Chaima, który z pozornym spokojem zdaje się przyjmować swój los. Zresztą, nie za bardzo ma wpływ na cokolwiek, nawet na prowadzenie własnego interesu.

Wszedł mężczyzna w kamizelce i stanął przy stole.
– Co podać, panie Lubko?
Przewoźnik spojrzał na Siwego.
– A co masz? – zapytał plutonowy.
– Prawdę mówiąc, gówno, proszę szanownego pana. Bimber, chleb, ogórki.
– Mięsa nie masz? Kiełbasy? Zapłacimy. Są pieniądze.
– Pieniądze, proszę szanownego pana… Cóż dzisiaj znaczą pieniądze? I jakie pieniądze? Jakiej narodowości? Ruskie, polskie, niemieckie? Papier, marność na wietrze dziejów… Mięso pożerają ludy filistyńskie, że się tak wyrażę. Ja nie rozumiem tylko, dlaczego oni obaj mają takie wąsy. Jeden i drugi. W każdym razie nie ma mięsa. Jest komisarski nadzór i nie znasz dnia ani godziny, a mnie nigdy nie ciągnęło na północ.
– Dużo wywieźli? – zapytał Siwy.
– Dużo. I naszych, i waszych. Sami ustalają proporcje, ale widać mają na uwadze jakąś sprawiedliwość.
– Waszych? Po tym, jak żeście ich z czerwonymi sztandarami witali?– W każdym narodzie jest pewien procent – powiedział mężczyzna i pogładził siwiejącą brodę. – Podobnie jak w każdym narodzie są tacy, którym się wydaje, że zmiany mogą być na lepsze. Otóż, jak widać, nie zawsze. I zawsze to jest procent.
– U was ten procent jest za duży – odparł Siwy i popatrzył mężczyźnie w oczy. – U was w ogóle nie powinno być żadnego procenta. Rozumiesz?
 – Rozumiem – odparł tamten i pokiwał głową. – Na coś takiego się zanosi. Tak w każdym razie mówią ci, co przyszli z tamtej strony. No ale jeśli szanowni panowie pozwolą, zostawmy wielką politykę. Lokal służy pokrzepieniu oraz zabawie. Jest wódka, bimber znaczy, jest chleb, są ogórki, bardzo dobre, jest słonina, nie najgrubsza może, bo świnie ostatnimi czasy nie zdążają nabrać wagi, i mam jeszcze na kuchni zupę na kościach.– Przynieś wszystko – powiedział Siwy i skinął dłonią w stronę drzwi [s. 202–203].

Przewóz nie jest na pewno pochwałą polskiego niezłomnego oręża ni polskiego ducha w czas wojny, próżno tu szukać pocieszenia czy współczucia naszym polskim pokomplikowanym dziejom. Warto jednak dać się porwać tej opowieści o ludziach, przemijaniu, zwykłej, codziennej życzliwości nawet w nieludzkich czasach. Myślę, że szczególnie dzisiaj potrzeba nam takich historii.

Autor: Andrzej Stasiuk
Tytuł: Przewóz
Wydawnictwo: Czarne
Data: 2021

Pokora po raz wtóry [Pokora, Szczepan Twardoch]

Pokora Twardocha jest spoza kręgu moich zainteresowań i z całą pewnością wyrzuciła mnie ze strefy komfortu. Ale jest tak cudownie napisana, że trudno się od nie oderwać i trudno ją czytać jednocześnie. Powieść paradoksów – myślę, że tak można o niej śmiało mówić.

Na pierwszy plan wysuwa się język, którym jest napisana. Narratorem jest bohater – Ślązak, Alois Pokora, który całe swoje życie poświęcił na to, by udowodnić każdemu, kto chciał i nie chciał wiedzieć, że jest dobrym Niemcem. I choć z domu mówiło się „po naszemu” a dzięki matce poznał polski, spędził lata na szlifowaniu niemieckiego. W ten sposób w dorosłym życiu swobodnie posługuje się trzema językami a dwa kolejne ma wyuczone na poziomie gimnazjalnym

(…) władający w ograniczonym
stopniu dwoma językami martwymi i w stopniu nieco mniej ograniczonym, acz
niepraktykowanym, dwoma językami żywymi, tak się składa, że akurat językami
naszych wrogów, bo francuskim i angielskim (…) (s. 446).

I narracja, w zależności od kontekstu, przebiega w owych trzech językach, czasami nawet w obrębie jednego zdania.

A jak twoje wychowanie patriotyczne, chłopcze? Ksiądz Peter przeszedł na niemiecki. Nawet jeśli w domu mówicie po polsku, to jeszcze nie znaczy, że nie możecie być dobrymi poddanymi cesarza, dobrymi Niemcami. Nie damy sobie przecież powiedzieć, że niemiecki katolik w patriotyzmie ustępuje protestantom (s. 56).

Pokora jest w wieku 27 lat zniszczonym życiem człowiekiem; odznaczonym bohaterem wojennym, który nie ma co ze sobą zrobić. Na jego oczach stary ład się rozpadł i już nie przynależy do poddanych kajsera, nie jest cywilem, nie jest Polakiem, Ślązakiem, Niemcem. Jest nikim, Aloisem Pokorą, który ponownie szuka swojego miejsca w życiu. Jest zniszczony wojną i szukaniem swojej tożsamości. Wie, kim nie jest ale nie wie, kim jest. Trzy narodowości w Pokorze nie tworzą całości, nie scalają się, są w ciągłym konflikcie, przez co bohater nigdy nie zaznaje spokoju. I w tradycyjnym eposie bohater rozwija się na tle ważnych wydarzeń historycznych, tymczasem Pokora jest wobec tych wydarzeń postacią raczej bierną i poddaje im się (jak mi się zdaje – właśnie w poszukiwaniu celu i sensu życia po wielkiej wojnie), jednocześnie spotykając na swej zawiłej drodze barwne i niesamowicie ciekawe postaci.

W tym kontekście pięknie gra nazwisko bohatera – pokora wszak to cnota polegająca na niewywyższaniu się. I faktycznie, choć początek opowieści Lojziczka może się wydawać zaprzeczeniem tej tezy (wszak jest wybrańcem farorza, który płacił za nauki w gimnazjum), to jednak przychodzi moment refleksji, kiedy Alois nie chce transgresji kulturowej, ale z chaty rodzinnej już wyrósł, a do miejskiego życia się nie wpasował wystarczająco, żeby nie odstawać.

Pokora to trudna w czytaniu powieść, pierwszoosobowa narracja epistolarna do niespełnionej, wielce romantycznej miłości nie ułatwia czytania tej brutalnie szczerej, niemal wiwisekcyjnej historii, która jest jednocześnie utrzymana w niezwykle stonowanej, eleganckiej formie. Uważam jednak, że warto ją przeczytać, bo pytania, które stawia Twardoch, to pytania elementarne: o znaczenie wielkiej historii, o znaczenie ludzkiego życia, jego cenę czy tożsamość.

Autor: Szczepan Twardoch
Tytuł: Pokora
Wydawnictwo: Literackie
Data: 2020

Samotność szpiega [Pielgrzym, Terry Hayes]

Pielgrzym Terry’ego Hayesa zaczyna się w dniu, w którym dwie wieże przestały być symbolem american dream, a stały się grobem dla trzech tysięcy osób. Tego dnia jednak narodziło się wiele innych, w tym jedna, która postanowiła kogoś zabić.

Pielgrzym ma tylko jedną całkowicie prywatną rzecz – swoje prawdziwe imię. Używał ich w życiu wiele, a kiedy był pewien, że porzucił już życie szpiega agencji tak tajnej, że nawet nie miała nazwy, i osiadł spokojnie w Paryżu, by rozkoszować się wojskową emeryturą i spokojem, nie mija dużo czasu, gdy znajduje go człowiek, który wyszedł z WTC. Dla sportu, bo nic innego nie kieruje byłym detektywem NYPD, niż próba sprawdzenia siebie. A potem prosi o pomoc w rozwiązaniu zagadki zabójstwa z podrzędnego hotelu. 

A w tym czasie Saracen, pobożny Muzułmanin, którego ojciec został stracony za krytykę rodziny królewskiej, planuje zemstę na królu. Wie, że musi być starannie zaplanowana i rozciągnięta w czasie, ale nic nie wskazuje na to, by zapowiadana w amerykańskiej telewizji demokratyzacja Bliskiego Wschodu nastąpiła z dnia na dzień. Saracen ma czas.

Rozgrywka między Pielgrzymem a Saracenem stanowi główną oś powieści, ale w tle rozgrywają się sprawy kryminalne, które w jakiś sposób są powiązane i Pielgrzym jedną ręką rozwiązuje najpilniejsze oraz gasi pożary a drugą trzyma na pulsie najbardziej poszukiwanego terrorysty świata. I choć wątków jest sporo, to autor pilnuje z żelazną konsekwencją, by żaden mu nie umknął. I tylko zemsta Saracena jakoś niespodziewanie zmienia kierunek i zamiast być wymierzoną w rodzinę królewską, zaczyna niespodziewanie uderzać w Amerykę. Ale rozumiem, żadna amerykańska agencja szpiegowska nie byłaby zainteresowana vendettą skierowaną w kraje arabskie.

Jako wyznawczyni Vincenta V. Severskiego i Roberta Ludluma przyznaję, że Heyes napisał bardzo dobrą powieść szpiegowską. Ale jednocześnie jest to piękna i przejmująca opowieść o samotności, a fundamentalne pytanie, które Heyes stawia przed czytelnikiem, dotyczą tego, czy można jeszcze być sobą, gdy było się tak wieloma osobami? Czy można jeszcze nawiązać relacje w świecie, który jest zbudowany z kłamstw?

Autor: Terry Hayes
Tytuł: Pielgrzym
Tłumaczenie: Maciej Szymański
Wydawnictwo: Rebis
Data: 2014