Tweed i wełna czy jeans i bawełna [Materiał na chłopaka, Alexis Hall]

Alexis Hall jest nagrodzonym Lammy autorem licznych romansów, których bohaterami są osoby nieheteronormatywne. Pierwsza wydana w Polsce powieść tego autora to Materiał na chłopaka, pierwsza książka od lat, która mnie prawdziwie rozśmieszyła.

Luc jest synem przebrzmiałych gwiazdek rocka lat 70. Ojciec porzucił ekscentryczną matkę, gdy nasz bohater był malutki, i słuch po nim zaginął. To jednak nie uchroniło Luca przed paparazzi śledzącymi każdy jego krok, by nadawać później komunikaty o złym chłopcu i jabłku padającym niedaleko od jabłoni. I cóż, po zerwaniu z pierwszym poważnym chłopakiem, Luc postanowił dorównać swojej reputacji i rzucił się w wir imprez i przygodnego seksu. A jednak to fotografia zwyczajnego potknięcia na ulicy powoduje, że wpada w tarapaty. Gdy szalona przyjaciółka, Bridget, proponuje mu wejście w układ z chłopakiem na niby, łapie się tej propozycji jak tonący brzytwy.

Olivier natomiast jest oczywiście przeciwieństwem narwanego i niestabilnego emocjonalnie Luca, synem ludzi z wyższej klasy średniej (a przynajmniej bardzo aspirujących), związki nie przychodzą mu łatwo, a przecież musi przyprowadzić kogoś na jubileusz ślubu rodziców, żeby sprostać ich społecznym oczekiwaniom. Zgadza się zatem na odgrywanie związku, odbycie kilku randek i choć początki są bardzo burzliwe, zdaje się, że obaj udają coraz lepiej.

Tym, co wyróżnia Materiał na chłopaka spośród innych powieści jest humor – niełatwo mnie rozbawić, wszyscy mistrzowie humoru jak Pratchett, Pilipiuk czy Rogoziński nie zasługują na skrzywienie moich ust, tymczasem czytając niektóre żarty, śmiałam się i czułam, że to poczucie humoru jest mi bliskie (i nie ma dla niego żadnej świętości) – nabija się z poczucia własnej wartości, rodziny, ideałów, dickpicków (tego dotyczy moja ulubiona wymiana wiadomości między chłopakami:

(…) Nic dziwnego że jesteś sam skoro w drugim smsie używasz słów uwiarygodnienie relacji. (…)

Wybacz następnym razem wyślę zdjęcie penisa. A potem przyszło następne: To był żart.
Chciałbym wyraźnie zaznaczyć, że nie zamierzam wysyłać ci żadnych zdjęć.
Nigdy nikomu czegoś takiego nie wysyłałem.
Jako prawnik jestem oczywiście świadom potencjalnych konsekwencji. (…)
Byłoby miło, gdybyś po przebudzeniu zechciał skasować 5 ostatniej wiadomości. (…)
Błagam, zlituj się i skasuj wszystko, co napisałem.


Wykorzystując krótką przerwę w napływie wiadomości, odpisałem: Sorry bo już nie wiem wysyłasz te foty czy nie (s. 75-76)

Jednocześnie ta książka jest łagodna, wyrozumiała dla słabości swoich bohaterów, widać w niej dużo trudnych emocji, ale starają się je przeżyć najlepiej jak potrafią i być dla siebie taką opoką, jaką potrafią.

Widzę w fabule jedną wadę – moment, w którym Luc uświadamia sobie, że dla niego to coś więcej niż udawany zwiążek, nie jest tym samym momentem dla czytelnika – nie miałam poczucia, że emocje już buzują na takim poziomie.

To kolejna książka z cyklu feel good – schemat romansu skrupulatnie realizowany w nowoczesny, przystający do naszych czasów sposób. Tam są wspierający przyjaciele, rodzice którzy się pogubili i bohaterowie rozmawiający językiem, jakim rozmawiają teraz ludzie. Prawdopodobnie będę do niej wracać, by naładować się trochę pozytywną energią.

Autor: Alexis Hall
Tytuł: Materiał na chłopaka
Tłumaczenie: Martyna Tomczak
Wydawnictwo: Wydawnictwo Otwarte
Data: 2021

Bez powagi o sprawach poważnych [Denat wieczorową porą, Aneta Jadowska]

Trzeci tom, który z opowieści o Madzi Garstce wyewoluował w sagę rodzinną z trupami w szafie w tle o Garstkach. Denat wieczorową porą skupia się wokół babci Marii, która już od pierwszego tomu skrywa bolesną tajemnicę, którą odkrywamy po kawałku. Maria traci zmysły i racjonalizuje sobie dziwne wydarzenia nagłym atakiem demencji starczej.

Poza sezonem Ustka wieje wiatrem od morza – nawet sztormem. Śnieg uniemożliwia poruszanie, nie ma przyjezdnych, Wielka Niedźwiedzica stoi niemal pusta. Niespodziewanie w progu zjawia się gościni, a zaraz potem kilka osób z otoczenia babci otrzymuje zaproszenia na bal tajemnic. Bal w zimowej Ustce to nie lada atrakcja, zatem wszyscy udają się do położonego na odludziu ośrodka.

Garstkowatość jest zakaźna i w poprzednim tomie inkorporowały do stada ciotkę a w tym – sąsiadkę. Jeśli Madzia zachowywała się do tej pory, jakby jej peron odjechał, to Aniela powinna siedzieć w izolatce w domu dla obłąkanych. Wszystkie kobiety z tego rodu dość swobodnie traktują zarówno literę, jak i ducha prawa, uznając, że nie ma powodu, by mieszać policję w rodzinne sprawy zbyt szybko. Szczególnie, że zwykle te sprawy mają ścisłe związki z przemocą, trupami i innymi błahymi sprawami, które nie zainteresują stróżów prawa.

Narracja opisowa z nielicznymi wtrąconymi dialogami oraz duża zawartość przemyśleń bohaterów (których liczba też jest tu imponująca, bowiem oś bohatera rotuje między co najmniej sześcioma postaciami), które są relacjonowane w formie trzecioosobowej nadaje powieści charakteru raportu ze śledzenia rodziny – efekt tego zabiegu jest nieciekawy, niespecjalnie lubię raporty, brakuje tu polotu, dynamiki i prawdopodobieństwa zdarzeń. Ponadto podnoszenie tematów takich jak przemoc domowa w konwencji parodii wydaje się ujmować tematowi ważności, a w kraju, który wypowiada konwencję antyprzemocową a Rzecznik Praw Dziecka z rozrzewnieniem wspomina razy od ojca – powaga, z którą traktowany jest temat przemocy, jest kluczowa.

Czytając Denata wieczorową porą, miałam wrażenie, że jest to karykaturalna progenitura Chmielewskiej i Musierowicz, które miało być nową Agathą Christie, ale nie wyszło. Jako powieści aspirującej do podejmowania poważnych tematów – nie polecam.

Autor: Aneta Jadowska
Tytuł: Denat wieczorową porą
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Data: 2021

Żeby został ślad [Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka, Cezary Łazarewicz]

Co by tu rzec o książce, która dostała Nagrodę Literacką Nike, a film na jej podstawie jest polskim kandydatem do Oscarów i miał premierę na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji? Chyba tylko tyle: jak wyznał autor reportażu, dobrze, że padło na niego, by zmierzyć się z tematem śmierci Grzegorza Przemyka.

Cezary Łazarewicz, Żeby nie było śladów

Najpierw obejrzałam niemal trzygodzinny film (reż. Jan P. Matuszyński), potem sięgnęłam po książkę. I, w moim odczuciu, taka właśnie kolejność się sprawdziła, ponieważ reportaż dopowiedział mi tło rodzinne Barbary Sadowskiej i jej syna i rozbudował wątki siłą rzeczy tylko zarysowane w filmie lub nawet pominięte. Oczywiście nie sposób było zekranizować całego reportażu, dlatego głównym bohaterem filmu został Jerzy Popiel, wzorowany na Cezarym F., koledze Grzegorza Przemyka i świadku jego pobicia przez milicjantów z komisariatu na Jezuickiej. Ogrom pracy, jaką wykonał Cezary Łazarewicz, by napisać ten reportaż, jest zdumiewający. Zaznacza, że Cezary F. obliczył, że rozpracowywało go 240 esbeków. Efekty ich działań to osiem grubych teczek, znajdujących się dziś w archiwach IPN-u pod kryptonimem Sprawa Operacyjnego Rozpracowania „Junior”. Autor przekopał się przez te i inne papiery, dotarł do niemal wszystkich żyjących jeszcze uczestników tej tragedii, którzy chcieli o niej opowiedzieć (chociaż sam Cezary F. nie chciał z nim rozmawiać, to jego żona zgodziła się na krótkie spotkanie). Poruszająca jest rozmowa z Michałem Wysockim, jednym z sanitariuszy, którzy zostali skazani za rzekome pobicie Przemyka na pogotowiu (w karetce? W windzie?). Przejmujące jest też wspomnienie o ojcu maturzysty, Leopoldzie Przemyku (zmarł w 2013 r.), który pozostawał w cieniu tych dramatycznych wydarzeń, co nie znaczy, że nie cierpiał z ich powodu.

Reportaż składa się z dwóch części i jest ułożony jest chronologicznie. Pierwsza to rozdziały relacjonujące wydarzenia i proces, niemal dzień po dniu, czyli od maja 1983 r. do lipca 1984 r. Przeplatane są rozdziałami o Barbarze Sadowskiej, kolegach Grzegorza, którzy byli z nim wtedy na Starówce, adwokacie Macieju Bednarkiewiczu, sanitariuszu Michale Wysockim. Część druga, znacznie krótsza, dzieje się w 2015 r.: jest poświęcona wznowieniu śledztwa i procesu w latach 90., roli w całej sprawie gen. Kiszczaka, losom Leopolda Przemyka i nieudanej próbie kontaktu z Ireneuszem Kościukiem, milicjantem uniewinnionym od śmiertelnego pobicia Grzegorza Przemyka. Zwięzłym podsumowaniem całej sprawy są słowa adwokata Macieja Bednarkiewicza, znajomego Barbary Sadowskiej, którego nie dopuszczono do udziału w procesie w 1984 r., zamykając go, niejako prewencyjnie, na Rakowieckiej:

Czy mogłem zmienić tok procesu? Posiadałem dwa ważne dokumenty: oświadczenie Cezarego F. złożone zaraz po śmierci Przemyka i oryginalne zaświadczenie lekarskie wystawione po operacji Grześka. Z jednego i drugiego wynikało, że maturzystę pobili milicjanci w komisariacie.
Miałem pomysł, jak rozwiązać tę sprawę. Wszyscy milicjanci z Jezuickiej powinni być skazani za nieudzielenie pomocy. Ten komisariat był jak z greckiej tragedii: zamknięte miejsce, zamknięty czas. W ich obecności pobito tam chłopca i żaden z nich nie udzielił mu pomocy. Cała dwunastka, która była wtedy w komisariacie, musiała wiedzieć o pobiciu. Ich obowiązkiem było udzielenie pomocy w zagrożeniu życia. To można było wykorzystać. Cały komisariat powinien za to siedzieć. I wtedy albo państwo by się przyznało, że ma tak słabą milicję, albo wskazałoby tych, którzy bili. Ludziom było obojętne, za co będą siedzieć. Chcieli tylko zobaczyć milicjantów z wyrokami. To byłoby potwierdzeniem tego, o czym wszyscy wiedzieli – że milicja jest zbyt brutalna i nadużywa swojej władzy.
Pyta pan, który bił? To mnie nigdy nie interesowało. Nie próbowałem tego dochodzić, bo poniósłbym klęskę. Gdybym uznał, że milicjanci działali w celu pozbawienia życia, byłoby to bardzo trudne do udowodnienia z formalnego punktu widzenia. Nie sposób było wskazać, który, gdzie i z jaką siłą zadawał ciosy. Sami musieliby to dokładnie opowiedzieć, a ja nie wierzyłem w to, że oni w ogóle się przyznają.
Sprawa skończyła się tak, jak z założenia władzy miała się skończyć. Według rządzących milicja nie mogła być winna. Wygrała więc koncepcja, by za wszelką cenę milicjanci pozostali niewinni [s. 204–205].

W chwili śmierci 19-letniego Grzesia Przemyka Czarek F. miał 22 lata i machina, którą uruchomiono, by skłonić go do zmiany zeznań, niemal rozjechała jego rodzinę. Podobnie jak rodzinę sanitariusza Michała Wysockiego. Łazarewicz zauważa, że te osiem tomów czyta się jak polityczno-kryminalny thriller, pomijając siermiężny język tajnych służb, którym je napisano. Ta lektura go wciąga, bo główny bohater

nie jest żadnym cukierkowym lalusiem, ma pokręcony życiorys i mimo młodego wieku nieźle się poobijał na zakrętach życia. Ma swoje za uszami, nie jest aniołem, ale jak przychodzi godzina próby, jest twardy, nieugięty, nieufny i cała ta armia donosicieli i esbeków niewiele może mu zrobić.

I podobnie wciąga jego reportaż, ja łapałam się na tym, że bezwiednie kibicuję dobrej stronie mocy, by sprawiedliwości stało się zadość. Niestety, w tym przypadku było inaczej, sprawiedliwość nie zatryumfowała…

Autor: Cezary Łazarewicz
Tytuł: Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka
Wydawnictwo: Czarne
Data: 2017

Potwór zwany wojną [Distortion, Cezary Zbierzchowski]

Bardzo trudno napisać coś o książce, która nie jest tym, czym się wydaje. Tak jest z Distortion Cezarego Zbierzchowskiego, które zaczyna się jak dziennik żołnierza sił stabilizacyjnych na Bliskim Wschodzie. Czym zatem jest ta książka?

Markus Trent trafia na pustynię Saladh wraz z kontyngentem sił stabilizacyjnych. I gdyby nie podstawowe fakty geograficzne, które przenoszą czytelnika do nieznanych krain, można by pomyśleć, że to historia z Iraku – wymiana myśli i informacji wśród żołnierzy jest bardzo podobna do retoryki znanej z amerykańskich filmów jak np. Snajper czy nawet wojskowe procedurale w typie NCIS.

Markus pisze listy w dalszą przyszłość – drogi jego i matki jego dziecka rozeszły się i teraz jedyną możliwością kontaktu jest korespondencja, która ma odnaleźć syna w przyszłości. Bohater opisuje codzienność; akcje, w których bierze udział; swoich kolegów z oddziału. Opisuje życie z chorobą, która jest z nim od lat i metody, którymi próbuje ją okiełznać. Nie upiększa, nie ubarwia. Ale to, co o niej pisze, powoduje, że nie możemy mu ufać. Choroba zaburza jego postrzeganie i osąd, powoli prowadzi do obłędu, pozwala widzieć i słyszeć rzeczy, których nie ma.

Powieść Distortion podejmuje wiele wątków, większość traktuje z pewną delikatnością – prawa człowieka, prawo do samostanowienia, życie z chorobą (zarówno z własną, jak i partnera), samą rzeczywistość wojenną, ale gdy autor buduje metaforę wojny – nie ma w niej subtelności, która towarzyszy nam w całej reszcie książki. Ta metafora nie jest piękna, nie wybacza, nie bierze jeńców – jest jak sama wojna: okrutna, zła, odczłowieczona i bezduszna. I wiem, że to absurdalny dysonans, że gdy mamy do czynienia z opisem akcji, gdy giną ludzie, to jest on łagodniejszy niż metafora, która powinna być omowna, tymczasem jej obraz jest stokroć okrutniejszy od codzienności, która tam się toczy i jest zwyczajna, a pisze o niej w takie sposób:

Zabiliśmy właśnie pięciu ludzi, a szóstego wieziemy z tyłu, związanego jak zwierzę. Jesteśmy w doskonałych humorach. Żartujemy i śmiejemy się razem, jakbyśmy właśnie wygrali tę wojnę i mieli wracać do domu. Myślę że dzisiejszej nocy będziemy spać jak dzieci (s. 218).

Distortion zapadła we mnie głęboko.  Po pierwszym czytaniu nie byłam w stanie nic o niej napisać, ponieważ wydawało mi się, że brakowało w niej zdarzeń, że brakowało w niej treści, że brakowało w niej książki. A potem był koniec i ten koniec wydawał mi się tak bardzo nieprzystający do pozostałej części, że nie potrafiłam sobie z nim poradzić. Drugie czytanie pozwoliło mi dostrzec budowanie napięcia poprzez dokładanie informacji o rzeczach, których nie widać, spojrzeć z perspektywy intertekstualnej. I dostrzec właśnie to, że narratorowi nie można ufać.

Czytanie Distortion nie jest przyjemne. To jak kąpanie się w czerni. Ale czasem tak właśnie jest, nim się obejrzysz, a nurkujesz i nie wiesz, którędy na powierzchnię. I tak wchłania ta powieść.

Autor: Cezary Zbierzchowski
Tytuł: 
Distortion
Wydawnictwo: 
Powergraph
Data wydania
: 2019

Ofiara historii [Trzydziesta pierwsza, Katarzyna Puzyńska]

W trzeciej już części cyklu o Lipowie pod przewrotnym tytułem Trzydziesta Pierwsza Katarzyna Puzyńska dokonuje rozliczenia z przeszłością i to na dwóch poziomach! Aspirant Daniel Podgórski mu się zmierzyć z legendą swojego ojca i odkryć tajemnice, które zdawało się, że już pokrył kurz.

W Lipowie trwa poruszenie, po wcześniejszym zwolnieniu ma wrócić z więzienia zakała tutejszej społeczności, Tytus Weiss –  podpalacz, przez którego zginął ojciec Daniela a wraz z nim inni policjanci z lipowskiego komisariatu. W okolicy zaczyna się też kręcić naukowiec, który bada antropologiczny aspekt sekty, której członkowie popełnili zbiorowe samobójstwo.  Szeregi policji natomiast zasila Emilia, którą w czasach studenckich łączył romans z Danielem. Dość powiedzieć, że nic nie jest tym, czym się zdaje na pierwszy rzut oka – jak to u Puzyńskiej.

Dwie rzeczy wymagają tu wspomniena w kategorii wad: po pierwsze – gdzie jest Klementyna Kopp? Jej brak jest odczuwalny, ponieważ jest to postać, która nadaje powieści zadziorności, tymczasem zamiennik w postaci Emilii nie wzbudza ani emocji, ani zaufania. Wprowadzenie młodej policjantki wygląda na próbę złamania kręgosłupa moralnego Daniela i wystawianie go na pokuszenie, choć jest szczęśliwy w związku z Weroniką (jej też jakby mniej w tej części, zupełnie jakby postaci się nie mieściły na scenie).

Drugą sprawą jest pokazana w prologu uciekinierka, która uciekła z sekty zimą i bez ubrań. Jak to zrobiła – pozostaje tajemnicą, niemniej nikt o niej nie wie, a przecież po tak spektakularnej  ucieczce pisałyby o niej wszystkie gazety od Bydgoszczy po Gdańsk, a być może i w całej Polsce, jak zatem zdołała uciec, unikając ludzi i domów, bez szukania pomocy? W tym przypadku nawet zawieszenie niewiary nie pomaga, a przecież autorka do tej pory starała się zachowywać pozory prawdopodobieństwa.

Generalnie kryminały o Lipowie  trzymają dość wysoki poziom i pozostają w gronie moich ulubionych i nawet wymienione tu potknięcia nie odbierają królowej kryminału korony zatem czekajcie na nowe wieści z frontu!

Autor: Katarzyna Puzyńska
Tytuł: 
Trzydziesta pierwsza
Wydawnictwo: 
Prószyński i S-ka
Data wydania
: 2015

Jaka marchew – taka nać, taka córka – jaka mać [Od jednego Lucypera, Anna Dziewitt-Meller]

Losy śląskich kobiet w XX w., opisane w tej książce, przypominają mi słowa początkowe Anny Kareniny: Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób. Jednak „klątwa” rodziny Kasi budzi we mnie troskliwe współczucie, bo takich rodzin jak jej jest, niestety, więcej.

Anna Dziewitt-Meller, Od jednego Lucypera

Anna Dziewitt-Meller jest Ślązaczką z Chorzowa (choć mieszka teraz w Warszawie a studiowała w Krakowie), w 2016 r. nominowaną do Nagrody Grand Press za wywiad Szydełko – rozmowę ze swoją babcią Anną Podstawską-Dziewit, chorzowską ginekolożką, o skutkach podziemia aborcyjnego w latach 50. XX w. (zmarła w 2018 r. w wieku 89 lat). Duch babci, takie jest moje odczucie po lekturze nie tylko tej książki Anny Dziewitt-Meller, ale wielu jej felietonów, unosi się nad twórczością wnuczki. To trzecia książka tej pisarki, po debiutanckim Disko (2012) i Górze Tajget (2016), dziejąca się na Śląsku. Opowiada historię czterech pokoleń śląskiej rodziny kobiet, a losy dwóch z nich są mocno ze sobą splecione mimo dzielących je lat. Wydarzenia toczą się przede wszystkim wokół Katarzyny i Marijki. Pierwsza żyje współcześnie, wyjechała do Holandii, by tam kontynuować karierę naukową rozpoczętą w Krakowie; poza zmaganiami ze studentami walczy z samą sobą (choruje na anoreksję) i swoją przeszłością. Marijka natomiast, jako pierwsza kobieta w ich rodzinie, idzie pracować tuż po II wojnie do zakładów azotowych w Chorzowie, marzy o niezależności nie tylko finansowej. Jest starszą siostrą babci Kasi, bardzo z nią związaną, jednak w rodzinie Kasi tematu Marijki się unika, wymazano ją z pamięci. Kiedy Kasia znajduje jej zdjęcie i pyta o nią babcię, nie dostaje żadnej odpowiedzi. A nie bardzo jest kogo innego zapytać, bo rodzice Kasi nie żyją, a ona nie utrzymuje żadnych relacji z rodziną – oprócz właśnie babci.

– A ta tutaj to kto jest, ta młoda, ta kobieta? Chrzestna twoja, babciu?
A ona nagle zrobiła się jakby złą na siebie, że dała się podejść, i na Kasię, że ją podeszła, i powiedziała zimnym głosem:
– To nikt, to ino Marijka. Ôdłōż to i mi niy sznupej po szuflodach.
Wyjęła z jej dłoni fotografie i schowała ją z powrotem do pudełka, które przycisnęła do piersi bez słowa, czekając, aż dziewczyna wyjdzie z pokoju. (…)
Ale to wtedy właśnie po raz pierwszy spojrzała na Marijkę, a spojrzenie to przyniosło jej niepokój, który podobny był zerknięciu w stronę burzowego horyzontu. Coś idzie. Nadciąga. Możliwe nawet, że wychodzi spod ziemi. Warstwy prehistorycznych skrzypów widłaków i paproci wyciągały swoje czarne ze starości gałęzie na powierzchnię, porywały dzieci, porywały psy i ciągnęły je pod ziemię, do czarnego lasu. Tak to sobie zawsze wyobrażała. [s. 32–34].

Losy Marijki i Kasi, do pewnego stopnia, są podobne – choć kobiety są tak różne fizycznie (Marijka to krzepka, potężna dzioucha, Kasia – wychudzona, eteryczna kobietka), mają podobne pragnienia niezależności, życia po swojemu, szacunku i miłości. I obie nie zaznały rodzinnego, matczynego ciepła, o ojcach nie wspominając, bo mężczyźni w tej rodzinie zwykle są niewidoczni, wcześnie umierają (jakby przytłoczeni matriarchatem śląskich kobiet:

(…) rodzina ta była objęta matriarchalną klątwą wysysającą życie z mężczyzn zbyt słabych, by dorównać kroku kobietom (…) [s. 105]).

Podkreśla to już tytuł, przywołujący ludowe porzekadło Jaka marchew – taka nać, taka córka – jaka mać. Jaka matka, taka cera – od jednego Lucypera. Kasia w końcu odkrywa, odkopuje wręcz z hałd przemilczenia dramatyczną historię swojej cioci-babci; czytelnikowi zaś grozę końcówki lat 40. XX w. na Śląsku, kiedy przyszło żyć Marijce, przypominają fragmenty dokumentów z archiwum IPN w Katowicach, wplecione do tekstu przez autorkę.

Książkę przeczytałam niemal jednym tchem, tak bardzo chciałam poznać rozwiązanie rodzinnej tajemnicy Kasi i jej bliskich (ale uwaga, to nie kryminał, a Kasia nie jest samozwańczą detektywką). To mocno feministyczna książka, w nurcie herstory. Niezatarte wrażenie zrobił na mnie plastyczny opis porodówki lat 80., kiedy Małgorzata, mama Kasi, przyjechała ją urodzić. I wspomnienia traktowania w szpitalu rodzącej kobiety – pewnie dlatego, że jestem podobnym rocznikiem i od własnej mamy też słyszałam mrożące krew w żyłach historie o betonowym położnictwie tamtych czasów. To wszystko sprawia, że postać Kasi jest mi dość bliska i chętnie przeczytałabym kolejną część opowiadającą o jej losach, tym bardziej że książka nie jest gruba i w pewnym sensie dalsze losy bohaterki pozostają w niedopowiedzeniu. I nawet passusy napisane śląską gwarą, bez tłumaczeń na ogólnopolszczyznę, nie utrudniają lektury. Autorka bowiem uznała, że takie przekłady mogłyby być symbolicznie nietaktowne wobec mieszkańców Śląska.  

Autor: Anna Dziewitt-Meller
Tytuł: Od jednego Lucypera
Wydawnictwo: Literackie
Data: 2020

Miłość w świecie książki [Beach Read, Emily Henry]

W wakacje czytam książki o wakacjach. A przynajmniej takie, które z wakacjami mi się kojarzą. Czy zatem może być coś lepszego niż powieść mająca w tytule plażę i czytanie? Wahającym się podpowiem – absolutnie nie! A jednak powieść Beach Read spod pióra Emily Henry mnie oszukała.

January Andrews przyjeżdża do miłego miasteczka w Michigan, by napisać romans, jednak po śmierci ojca i po tym jak odkryła, że zdradzał matkę – przestała wierzyć w szczęśliwe zakończenia i pisanie przychodzi jest trudem. Jej sąsiadem okazuje się Gus – uznany młody autor ambitnych i nagradzanych powieści. January i Gusa łączy też przeszłość, w której studiowali kreatywne pisanie. January odnosiła jednak wrażenie, że Gus nie uważa romansów za godne jego uwagi, choć sama ma na ten temat ciekawe spostrzeżenia:

Potrafię opowiadać historie, Gus, potrafię też sklejać zdania. Gdybyś pozamieniał wszystkie moje Jessiki na Johnów, to wiesz, co byś dostał? Prozę. Po prostu prozę. Przeznaczoną dla każdego, kto zechciałby ją przeczytać. Ale jakimś cudem przez to, że jestem kobietą, która pisze o kobietach, wykreśliłam połowę ziemskiej populacji z gronach moich potencjalnych czytelników. I wiesz co? Ja się tego nie wstydzę. Mnie to wkurza. To że ludzie tacy jak ty zakładają, że na moje książki nie warto tracić czasu, podczas gdy ty mógłbyś się zesrać na antenie, a następnego dnia „New York Times” wychwalałaby cię za śmiały pokaz człowieczeństwa (s. 83).

Jakież jest jej zdziwienie, gdy okazuje się, że i on mozoli się ze swoją najnowszą powieścią i raczej nie idzie mu zbyt sprawnie. Zakładają się zatem, że on napisze romans (a w każdym razie historię z happy endem), ona zaś to co jest najbliższe tzw. Great American Novel. W ramach tego zakładu on ma jej pokazać jak zbierać materiały do pisania, ona jemu – jak się zabawić. I po co komu studia z kreatywnego pisania?

Beach Read to dobrze napisana powieść obyczajowa z wątkiem romantycznym, ale obawiam się, że nie jest to do końca „wakacyjny romans”, który próbuje nam się sprzedać na okładce. Pojawiają się w niej problemy typowe dla związków, ale nie typowe dla romansów, na przykład traumy z poprzednich relacji, trudne emocje, dawanie sobie przestrzeni na ich przeżywanie i kanalizowanie w sposób właściwy dla osoby, która je odczuwa. Są strach i wątpliwości, ale i święty obowiązek każdego romansu – problemy z komunikacją (ale kto ich w prawdziwym życiu nie doświadczył?). Ten ostatni element też jest inaczej rozegrany niż w tradycyjnym romansie:

Chcę tylko, żebyś mówił mi co czujesz. Chcę wiedzieć, czego ty chcesz.
– Wszystko zepsują. – powiedział bezradnie.
– Może i tak! – wykrzyknęłam. – Ale ja nie o to pytałam (s. 334)

Ten fragment idealnie oddaje to, jak rozmawiają dwie osoby, które mają inne priorytety. Autorka ma kilka celnych spostrzeżeń nie tylko na tematy damsko-męskie, ale też na przykład o relacjach w rodzinie, z rodzicami i przyjaciółmi. O tym że czasem widzimy prawdę, a czasem to, co chcemy. Wszystko to okraszone dialogami, które nie uciekają od ironii, tych drobnych złośliwości które są sympatyczne i nie pompują ego, ale też nie są przykre.

To, no a co bym zwróciła uwagę, to niezbyt czytelne referencje (na przykład a pojawiają się odniesienia do Jacka Reachera lub Fabia – prawdopodobnie chodzi o modela którego podobizna jest metaforą romansowego amoroso). W tych miejscach brakowało mi przypisu.

Beach Read jest powieścią bardzo w moim stylu – o bohaterach z którymi mogę się identyfikować, są mi bliscy wiekiem, mają swoje doświadczenia, i wiedzą że

Niewiara w coś nie powstrzymuje przed pragnieniem tego czegoś (s. 235).

Koniec kilka słów o… Końcu. Dla ułatwienia okazało się że powieść ma dwa zakończenia na dwa rynki wydawnicze i podobno kupując na Amazonie wersję anglojęzyczną, można wybrać, czy kupić zakończenie amerykańskie (happily every after), czy brytyjskie (Great American Novel), choć nie pamiętam żebym ja miała wybór. Niemniej Polki (bo zakładam, że autorka pisząca o kobietach i opublikowana przez wydawnictwo kobiece wpisuje się w stereotyp jakby był dla niej stworzony) dostały zakończenie amerykańskie. Anglojęzyczny internet roztrząsa niuanse i to, które zakończenie jest prawdziwsze. Otóż oba są tak samo quasi-prawdziwe.

Powieść polecam, choć to nie plażowy romans. Książka jest bardziej uniwersalna, bliżej prawdziwego życia, ale nie zagwarantuje gorących zmysłów – raczej spokojną obserwację dwojga ludzi, którzy spędzają wakacje obok siebie.

Autor: Emily Henry
Tytuł: Beach Read
Tłumaczenie: Aleksandra Weksej
Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece
Data: 2021

Człowiek bez właściwości [Pokora, Szczepan Twardoch]

Najnowsza powieść Szczepana Twardocha, Pokora, ma na okładce obraz George’a Grosza Down with Liebknecht – syntetyzujący niemal wszystko to, co znajdziemy między okładkami. Niemiecki polityk i marksista Karl Liebknecht, excusez le mot, goła baba, wykrzywione wąsate gęby… To nie jest niestety przyjemna i lekka lektura, ale warto przez nią przebrnąć.

Szczepan Twardoch, Pokora

Z książkami Szczepana Twardocha mam ten problem, że niesamowicie mi się podobają, nie mogę się od nich oderwać, ale kosztem zaliczenia po lekturze spadku nastroju. Tak miałam z Morfiną, Królem i Królestwem (Dracha na razie pominęłam z obawy, że nie podołam szybko wygrzebać się potem z dołka…), i tak też jest z Pokorą. Podobnie jak wyżej wymienione pochłonęłam ją w kilka dni i potem zastanawiałam się, czy było warto, wiedząc, jak się to może skończyć. Otóż – warto. Alois Pokora, z dziada pradziada Ślązak, jako jedyny z licznego rodzeństwa dostał szansę uczęszczania do szkół – jego bracia razem z ojcem poszli na grubę (czyli pracować w kopalni), a on do gimnazjum, potem na studia. Pomógł mu w tym lokalny proboszcz, który dostrzegł w chłopcu potencjał, opłacał mu szkoły i stancję, dając tym samym szansę na poprawę losu. Jednak kosztem było zerwanie niemal całkowicie relacji chłopca z rodziną; gdy przyszedł 1914 rok, Alois, student filozofii z Breslau, zaciągnął się na ochotnika do armii. I mimo że cudem niemal wyszedł z okopowej wojny, ta wojna zupełnie nie wyszła z niego. Jako 27-letni porucznik wraca do Berlina i próbuje się odnaleźć w całkiem nowym świecie rodzącej się Republiki Weimarskiej.

Alois nie czuje potrzeby przynależenia do żadnej narodowości ani ideologii, jest mu właściwie obojętne, kim będzie wedle poglądów czy nominacji – rewolucjonistą, narodowcem czy obrońcą starego porządku, Niemcem czy Ślązakiem (byleby nie Polakiem, patrz cytat niżej). Liczy się tylko nieodwzajemnione uczucie do Agnes, do której nieustannie się zwraca, o której nie może przestać myśleć w okopach i której widok po latach rujnuje mu krótkie rodzinne szczęście i stabilizację. Bo też nie ma szans na żadną stabilizację w jego życiu, wszystko w końcu musi się rozsypać, nawet jeśli jeszcze nie całkiem się narodziło, jak Polska po 1918 roku.

W 1914 roku poszedłem na wojnę na ochotnika. Myślę nawet, że z tych samych powodów, dla których poparł ją Hirschfeld, chciałem udowodnić wszystkim, że jestem dobrym Niemcem, że jestem godzien tego zaszczytu. Hirschfelda niemieckość była wątpliwa, bo jest Żydem, moja była wątpliwa i dalej jest, bo u mnie w domu, z rodzicami, mówiło się po polsku.(…)
Nie chcę być Polakiem, mówię i sam dziwię się własnym słowom.
Przypominam sobie nagle twarz Brauna-Towiańskiego, kiedy swoją wyrafinowaną niemczyzną opowiadał mi o tym, że być Polakiem to przekroczyć małość niemieckiej tożsamości, to wyrwać się z tego drobnomieszczańskiego, obsesyjnego porządku, to zwrócić się ku tożsamości duchowo rozwiniętej, niebosiężnej, spirytualnej.
Nie chcę być Polakiem, powtarzam, bo to nie jest poważna rzecz dla poważnych ludzi, ta cała ich Polska. (…)
To nie jest poważne państwo, to jest jakieś sezonowe państewko, odpowiadam. Nie może być poważnego państwa między Rosją a Niemcami. To nie jest poważne państwo, powtarzam i słyszę, że trochę plącze mi się już język, słowa i myśli sklejają mi się ze sobą, splatają, wiją [s. 212–213].

W Berlinie Alois najpierw trafia do środowiska rewolucjonistów, przysłuchuje się oracjom Róży Luksemburg i Liebknechta, próbuje walczyć ramię w ramię z bojownikami nowej sprawy. Potem trafia w ręce narodowców, obrońców dawnych czasów, stara się na nowo nawiązać kontakt z dawno niewidzianą rodziną, założyć własną i żyć spokojnie. Wszystkie te próby kończą się porażką. Nie ma dla niego miejsca ani w konkretnej grupie społecznej, ani w którymś z narodów, on sam właściwie zdaje się nie istnieć tak na serio i namacalnie. Po co zatem czytać tak ponure i opasłe powieścidła? Dobre pytanie. Alois przez całe życie doświadcza upokorzeń, przemocy, prześladowań, właściwie to nikt go nie kocha i nie potrzebuje. Czasem mu współczułam, a czasem strasznie mnie wkurzał jego ośli upór w stałości w beznadziejnym uczuciu do kobiety, która wciąż go odrzuca, czy wręcz jego nieporadne rozmemłanie. Jednak nie pozostawił mnie obojętną, a to, moim zdaniem, jedna z cech wartościowej literatury. Nawet tak ponurej jak Twardochowa Pokora.

Autor: Szczepan Twardoch
Tytuł: Pokora
Wydawnictwo: Literackie
Data: 2020

Za dużo [Wybaczam ci, Remigiusz Mróz]

Znany z tworzenia miłych dla czytelniczek powieści Remigiusz Mróz opublikował niedawno historię pt. Wybaczam ci. I po przeczytaniu jej też myślę – wybaczam ci, Remigiuszu, że znowu to zrobiłeś.

Bohaterka powieści żyje w idealnym świecie, w którym istnieją: jej mąż, siostra i tejże siostry narzeczony. Reszta ludzi to zbędni statyści, o ile się jacyś pojawiają. Pewnego wieczoru mąż bohaterki nie wylogowuje się z fejsa – zawsze powtarzam, że dwa komputery to podstawa udanego związku – a ona odnajduje tam tytułową wiadomość od nieznajomej kobiety. W ten sposób zaczyna się historia wielkiego oszustwa, którym okazuje się związek Iny Kobryn.

Czytając tę powieść, nie wiedziałam, do jakiej odmiany gatunkowej ją zaliczyć – ani to powieść obyczajowa, ani kryminał, ani thriller.  Pojawiają się jakieś zwłoki, ale bez dreszczyku emocji. Bohaterka próbuje odkryć, kim był człowiek, z którym spędziła kilka dobrych lat, a on jej podsuwa co jakiś czas jakiś trop, zamiast wyjawić prawdę. Ostatecznie zatem to jakiś dziwny mariaż obyczajówki i powieści detektywistycznej na opak (gdyż sprawcę mamy, a udajemy się w podróż w poszukiwaniu motywu).

Narracja przez większą część powieści jest pierwszoosobowa, przedstawiona z punktu widzenia Iny lub jej przyjaciela, Gracjana, i jest to częsty zabieg w przypadku powieści kryminalnych, gdzie narrator nie jest wszechwiedzący a świat pokazuje z perspektywy równie zagubionego, jak czytelnik, bohatera, Jednak pod koniec następuje twist i podczas wyjaśniania całej zagadki narrator zostaje podmieniony na trzecioosobowego wszechwiedzącego – i takie wolty u Mroza są bardzo częste (na przykład w serii o Chyłce narrator co prawda przez wszystkie tomy jest trzecioosobowy, ale raz bywa ekstradiegetyczny, innym razem intradiegetyczny – najczęściej zmiany następują właśnie w zakończeniu), ale bardzo mnie denerwują, bo mam wrażenie, że do bardzo subiektywnej sprawy jest dodany obiektywny sens, a sama końcówka zostaje sztucznie skrócona do opisu, podczas gdy reszta fabuły składa się ze scen.

Problemem, jaki widzę jeszcze w Wybaczam ci, jest nadmiar wątków. Z jednej strony narzuca to konstrukcja powieści, – po rozwiązaniu jednego problemu pojawia się kolejny, z drugiej jednak strony kilka z nich umyka autorowi i nie ma dla nich uzasadnienia. Przykładem niech będzie żona z przeszłości – pojawia się i znika bez uzasadnienia. Niby Rafał nie utrzymuje z nią kontaktu, ale informuje ją o nowym życiu (kiedy? Po co?). Ma nastoletnie dziecko, ale z nim też nie utrzymuje kontaktów, a Inę informuje, że jego żona „to pierdolnięta idiotka, która prawie zniszczyła mu życie. Kiedy powiedział jej, że odchodzi, robiła wszystko, by go zatrzymać. Dosłownie wszystko” (rozdział 6). Spodziewałabym się, że jest przynajmniej z konkurencyjnego gangu. Tymczasem podczas rozmowy rozpoznaje Inę i ucieka. Dlaczego? Ale to nic, hitem jest cały ten związek oparty na fikcji, w który Ina dała się wkręcić, choć nie da się niczym uzasadnić niektórych fikołków logicznych. W toku akcji dowiadujemy się, że mąż jest dziesięć lat starszy, zna przeszłość bohaterki, którą ona sama wyparła, a mimo to wkręca ją w niby-małżeństwo… Znając fakty, których ona nie kojarzy – a więc wychodzi na to, że nęka ofiarę. I nie przeszkadza mu moralnie dwuznaczna rola w jej życiu. I na koniec ona wciąż uważa, że był dobrym człowiekiem, bo robił złe rzeczy motywowany troską o jej dobro!

Wybaczam ci, Remigiuszu Mrozie, żeś znowu popełnił epilog z rozwiązaniem, którego prawdopodobieństwo jest co najmniej równie dyskusyjne, co ciąża z zaskoczenia. I że podczas lektury miałam dużo lepsze pomysły na zakończenie tej powieści (na przykład, że Gracjan jest złolem, który wszystko ukartował, wespół z niemal-byłą-żoną-Rafała, która była przywódczynią konkurencyjnego gangu). W gruncie rzeczy uważam, że ta powieść i tak plasuje się w wyższych rejestrach mrozowych popisów, więc jeśli nie macie jeszcze nic na plażę, to w sumie nie jest najgorszy wybór.

Autor: Remigiusz Mróz
Tytuł: 
Wybaczam ci
Wydawnictwo: 
Czwarta Strona
Data wydania:
2021

Długa… i przyjemna lektura [Cykl Długa Ziemia, T. Pratchett, S. Baxter]

O Świecie Dysku słyszał chyba każdy, natomiast ja niedawno odkryłam serię o Długiej Ziemi napisaną wspólnie przez Terry’ego Pratchetta i Stephena Baxtera. I właśnie to uniwersum pochłonęło mnie na dobre kilka miesięcy równie skutecznie jak wcześniej dyskowe światy.

Na cykl składają się tytuły:  Długa Ziemia, Długa wojna, Długi Mars, Długa utopia i Długi kosmos. Cała historia zaczyna się od tego, że pewien naukowiec odludek znika bez śladu, a jego dom trawi pożar. Policjantka, która przeszukuje pogorzelisko, znajduje pudełeczko z kilkoma kabelkami, przełącznikiem i… ziemniakiem w środku. To kroker, wynalazek, który zmieni wszystko, zwłaszcza że można go samodzielnie zbudować, taki jest prosty. Służy do przekraczania z Ziemi Podstawowej do Długiej Ziemi – łańcuszka kolejnych równoległych Ziem, gdzie ewolucja fauny i flory poszła w różne nieprawdopodobne odnogi. Co istotne, na żadnej równoległej nie mieszkają ludzie. Z czasem okazuje się, że można też przekraczać do kosmosu…

Bohaterem łączącym wszystkie pięć tomów jest Joshua Valienté, początkowo nastolatek, w ostatnim tomie ponadsiedemdziesięcioletni mężczyzna, naturalny kroczący – nie potrzebuje krokera, by w jeden dzień znaleźć się na piechotę dziesiątki światów od Podstawowej. Wychowywał się w domu dziecka pod czujnym okiem siostry Agnes. Został bohaterem narodowym, gdy ludzie na potęgę zaczęli budować krokery i przekraczać, nie wiedząc, co ich czeka w wykrocznych ziemiach – to on ściągał ich z powrotem, ratując często przed śmiercią. A kiedy na drodze Joshuy staje Lobsang, sztuczna inteligencja uważająca się za reinkarnację pewnego mechanika motocyklowego z Tybetu, wszystkie światy stoją przed tą dwójką otworem – zdobywają je w statku powietrznym przypominającym niegdysiejsze zeppeliny, a nazywane twainami (tak, od nazwiska tego Twaina).

Przez kolejne tomy stopniowo poznajemy historię Joshuy i innych naturalnych kroczących, pojawiają się kolejne ważne dla rozwoju fabuły postacie: pionierka Sally Linsay (to właśnie jej ojciec wynalazł kroker, w trzecim tomie razem ruszają na wykrocznego Marsa), komandor twaina Maggie Kauffman (w drugim tomie jej wyprawa do wykrocznych światów miała zapobiec wojnie) czy Roberta Golding (przedstawicielka Następnych, nowego gatunku inteligentniejszych ludzi, który wyewoluował na Długiej Ziemi). Nieprzypadkowo wymieniłam same kobiety, bowiem wydaje mi się, że są one znacznie lepiej napisane niż męscy bohaterowie, zwłaszcza niedająca się zapomnieć siostra Agnes.

Przyznam, że do przeczytania całości skusiło mnie wybite wielkimi literami na okładce nazwisko Pratchetta. I faktycznie, jego poczucie humoru znacząco dodaje lekkości poważnym tematom egzystencjalnym poruszanym w kolejnych tomach. Ostatni tom do druku przygotował już sam Baxter, ale duch Terry’ego wciąż się nad nim unosi. Jedno z głównych pytań, które zostało mi w głowie po lekturze całości, brzmiało: czy człowiek, jeśli rzeczywiście dostałby szansę stworzenia wszystkiego od nowa, całej cywilizacji, wykorzystałby ją i nie popełnił tych samych błędów? Śmiem wątpić. W powieściowym świecie na Ziemi Podstawowej wybucha wulkan, co czyni ją niemal niezdatną do mieszkania. Ludzie migrują na wykroczne Ziemie i skutecznie je kolonizują, jednak na nowe terytoria niestety przenoszą się ze starą mentalnością i starymi nawykami. Mimo tej dość ponurej wizji ludzkości warto się zagłębić w to uniwersum.

Autor: Terry Pratchett, Stephen Baxter
Tytuł: Długa Ziemia, Długa wojna, Długi Mars, Długa utopia, Długi kosmos
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data: 2013–2017