Drzwi do wszechświata [Wrota Abbadona, James C.S. Corey]

Trzeci tom cyklu Ekspansja pt. Wrota Abaddona Jamesa C.S. Coreya bardzo wyraźnie utrwala trendy z poprzednich dwóch części – Jim Holden wpada w kłopoty a potem się z nich wydostaje…

Akcja bieżącego tomu cyklu dzieje się kilka miesięcy po poprzednim. Protomolekuła skolonizowała Wenus i wciąż jest postrachem dla ludzkości. Gdy gigantyczny okrąg odrywa się od wenusjańskich protomolekularnych zabudowań i przelatuje przez niemal cały układ słoneczny, zostają za nim wysłane okręty wojenne wszystkich frakcji – zarówno Ziemianie, Marsjanie, jak i SPZ lękają się, że to nowy rodzaj broni. Tymczasem jest znacznie gorzej – tajemniczy wróg ludzi zbudował wrota prowadzące do nieznanej części kosmosu, w której panują całkowicie inne prawa, niż w układzie słonecznym.

Wydawałoby się, że to już nie dotyczy Holdena i załogi Rosynanta. Przede wszystkim – zarabiają oni na transporcie i chcą zostawić wspomnienia protomolekuły za sobą. Poza tym marsjański rząd chce im odebrać statek, który w zasadzie faktycznie niegdyś był częścią zestrzelonego okrętu, ale Holden go sobie przywłaszczył. A do tego Miller wpada w odwiedziny, jakby nie został pochowany wraz ze stacją na Wenus, i ostrzega Holdena przed tym, co ma się zdarzyć, a jednocześnie przyciąga go do tajemniczego obiektu.

Autorzy podtrzymują zainteresowanie czytelnika, wprowadzając w kolejnych tomach ciekawe postaci. W poprzednim tomie prym wiodła niewątpliwie Avasarala, tutaj mamy więcej nazwisk, i choć chyba żadne nie może się poszczycić charakterem zastępczyni przewodniczącego ONZ, na uwagę zasługują z pewnością troje bohaterów drugi planowych: pastorka Anna, która nadaje nowy kontekst pojawiającemu się zjawisku; były żołnierz Byk wydaje się odpowiednikiem Holdena – zależy mu i ma podobne priorytety; natomiast Melba podporządkowała całe swoje życie jednemu celowi – zabiciu Holdena. Dzięki ukazywaniu wydarzeń z nowych perspektyw, czytelnik nie skupia się na przygodach załogi, lecz ma szerszy ogląd sytuacji.

Seria Ekspansja ma ciekawy potencjał, na razie są to solidnie napisane powieści bez większych dziur fabularnych (mniejszych zwykle nie śledzę z zapartym tchem), a jedyne czego brakuje, żeby się przywiązać do tej serii, to ukazanie motywacji bohaterów. Dotychczas nie mieliśmy okazji poczytać o osobistych wątkach tych postaci, podczas gdy poboczne znam bardzo dobrze. Seria nie zasłużyła na miano błyskotliwej, ale trzyma poziom.

Autor: James C.S. Corey
Tytuł: Wrota Abbadona
Tłumaczenie: Marek Pawelec
Wydawnictwo: Mag
Data: 2018

Dzień sztucznej inteligencji [Gambit, Michał Cholewa]


Pierwszy raz Gambit Michała Cholewy czytałam już dobre kilka lat temu i zapamiętałam, że to bardzo sprawnie napisana i przemyślana powieść. A skoro autor zapowiada że zbliża się do końca zapowiadanego cyklu, chcę być zwarta i gotowa, gdy wyjdzie ostatnia część.

Cholewa nie patyczkuje się z czytelnikiem, rzuca go w środek operacji specjalnej, mającej na celu zebranie fantów które zginęły w skutek nastania Dnia. Powieściowy czas akcji to 2211 rok a Apokalipsa dotyczyła wypuszczenia chińskiego wirusa, który doprowadził do buntu SI, tym samym pozbawiając ludzkość możliwości odbywania podróży międzygwiezdnych. Niestety, w wyniku tych okoliczności niektóre statki się zgubiły, nie mogąc wrócić do kosmoportów.

Można się domyślić, że Dzień był początkiem wyścigu do odzyskania armii i zasobów. Większość ludzkości zginęła, ci którzy przeżyli, nie ustają w wysiłkach, by kontynuować wojnę. Głównym bohaterem jest szeregowiec Marcin Wierzbowski z sił UE, który wraz z oddziałem został skierowany do walki z Amerykanami na New Quebec. Autor odkrywa przed czytelnikami kolejne elementy układanki nieskończenie powoli. To nie znaczy, że mało się w powieści dzieje – wręcz przeciwnie. Akcja toczy się równym tempem a narrator wprowadza detale w miarę jej rozwoju.

Czytając Gambit nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że ma wspólne punkty z dwiema innymi powieściami, które pojawiły się na moim blogu – Głębią i Distortion. Z pierwszą łączy ją fizyka. Co prawda Cholewa skąpi opisów przemieszczania się w przestrzeni kosmicznej, ale opisy przeliczenia skoków i namierzania boi lokacyjnych przywiodła mi na myśl znaną metodą pokonywania głębi. Z drugą powieścią punktem stycznym jest atmosfera wojny – bagno ze swoją żyjącą mgłą, której wpływ na psychikę stacjonujących tam żołnierzy jest podobny do pustyni szarpiącej nerwy stacjonujących na Distortion. Ma świadomość, przemawia do ludzi, wydaje odgłosy, oślepia, mami…

Gambit to bardzo solidna pozycja wśród rodzimych powieści fantastyczno-naukowych, jest niewątpliwym elementem proroctwa i zdecydowanie rokująca na przyszłość!

Autor: Michał Cholewa
Tytuł: Gambit
Wydawnictwo: Ender/War Book
Data: 2012

Na zakończenie [Zapach śmierci, Simon Beckett]

Ostatni tom serii Simona Becketta o Davidzie Hunterze, Zapach śmierci, przenosi nas na obrzeża Londynu i zupełnie inaczej niż dotychczas, nie zamyka czytelnika i mordercy w ograniczonej przestrzeni.

Scenografią dla najnowszej sprawy antropologa sądowego jest opuszczony szpital, który ma zostać zburzony, by na jego miejscu mógł wyrosnąć kolejny przeszklony biurowiec. Protestujący przeciwko nowej budowie sąsiedzi robią wszystko, by powstrzymać rozbiórkę. Podczas oględzin szpitala  zostają odkryte zmumifikowane zwłoki, a po zarwaniu się podłogi – kolejne, w zakamuflowanym pomieszczeniu.

Hunter w tym tomie musi się zmierzyć nie tylko z zagadką, którą kryją odnalezione zwłoki, lecz także bardzo amerykańskim tafonomem, młodym i zbyt pewnym siebie człowiekiem orkiestrą – któremu się wydaje, że pracując w sektorze prywatnym jest lepszy od antropologa sądowego z budżetówki, co odkrywa w Hunterze pokłady zazdrości. Jedynie namolny dziennikarz, próbujący przeprowadzić z nim wywiad, nieco głaszcze nadwątlone ego bohatera.

Dużo się dzieje w tym tomie, zarówno w kontekście sprawy, która ze strony na stronę się komplikuje, jak również finał znajduje sprawa ciągnąca się przez wszystkie tomy w tle – sprawa Grace Strachan, która wielokrotnie próbowała zabić Huntera.

Zapach śmierci jest świetnym zakończeniem serii i jedną z lepszych powieści kryminalnych w ogóle. Czytanie powieści Becketta to jak powrót do znajomych miejsc z ulubionymi ludźmi, czyli klasyczny procedural w książkowej formie. Ciężko mi się żegnać z tą serią, ale już czeka pierwszy tom kolejnej, której napięcie będzie groziło zatrzymaniem akcji serca!

Autor: Simon Beckett
Tytuł: Zapach śmierci
Tłumaczenie: Agata Ostrowska
Wydawnictwo: Czarna Owca
Data: 2019

Babciu, jak żyć? [Tyłem do kierunku jazdy, Sylwia Chutnik]

To nie jest łatwa i przyjemna lektura. I dobrze, bo w życiu nie zawsze bywa i łatwo, i przyjemnie – zwłaszcza gdy się jest osobą niebinarną, ma dysfunkcyjną, niewspierającą rodzinę, w której jedyną bliską osobą jest szalona babcia. Która niestety już się żegna z tym padołem.

Narratorki pierwszoosobowe mamy tu dwie: Stasia i Magda, babcia i wnuczka, warszawianki z dwóch różnych światów – babcia z jeszcze przedwojennego, a wnuczka z teraźniejszego, współczesnego do bólu, który jaki jest, każdy widzi. Babcia kończy już ziemską pielgrzymkę, wspomina ze szpitalnego łóżka (bez taryfy ulgowej dla żadnych świętości i barwnym językiem) swoją młodość i dojrzałość, a przysłuchująca się tym wspominkom niebinarna wnuczka ma dojmujące przekonanie, że wraz z babcią odchodzi jedyna rozumiejąca ją osoba. Burzliwa i kolorowa powojenna młodość babci poniekąd budzi zazdrość w Magdzie, która nie może nawet marzyć o tak swobodnym i radosnym podejściu do życia, jakie miała Stasia. I to nie tylko dlatego, że przeszła tranzycję, ale głównie z powodu homofobicznych czasów i miejsca, w którym przyszło jej żyć. Dla babci wiele rzeczy wydaje się wręcz banalnie proste, choćby to, jak się zakochać.

Rozdział 3
A więc jak się zakochać?
Wnusiu, no to trzeba po prostu znaleźć sobie drugą osobę, która lubi te same programy telewizyjne co my i sprząta po sobie, bo nie ma nic gorszego niż rozwalone graty naokoło i ciągle tylko „gdzie to jest, nic w tym domu nie mogę znaleźć, znowu mi położyłaś nie tam, gdzie trzeba”. I żeby ta osoba pamiętała o twoich urodzinach, ale też żeby wstawiała pranie albo zmywarkę. Żeby dawał prezenty bez okazji i przytulała w nocy, kiedy jest zimno. Tutaj ważny szczegół: żeby nie zabierała kołdry, bo to jest często początek końca.
Chodzi też o mniej więcej synchronizację zegarów biologicznych. To znaczy, żeby nie było tak, że ty chcesz spać o północy, a ona właśnie wtedy rozpoczyna imprezowanie. Albo chcesz wyjechać rano na wycieczkę, ale dla niej rano to jest jakaś dwunasta, i to też po dwóch kawach. No nie, to może być frustrujące, po co to komu. Mało to innych zmartwień wokoło? Jeśli chodzi nam tylko o wychodzenie do kina albo do knajpy, to należy wówczas zbadać, czy osoba lubi chrupać w czasie filmu i w ogóle jakie filmy lubi, bo ty kupisz bilety na Bergmana, a ona marzyła o nowym Marvelu i będzie kwas. A w restauracji to też dobrze, żeby wcześniej sprawdzić, czy je mięso czy nie. Bo miło sobie będziecie flirtować, a tu do kelnerki: „schabowy”. I czar pryśnie. Poza tym uciekać od nudziarzy. Tych bez uśmiechu omijać. Napieprzających na innych też raczej unikać, bo prędzej czy później nam również obrobią dupę, zdradzając nasze sekrety ku uciesze bandy żmij.
Jeśli chodzi o wygląd zewnętrzny, to różnie: bycie z kimś bez przyczyny wizualnej może być ryzykowne. Ale jeśli będziemy sobie nie wiadomo co wyobrażać, to w życiu się nie zakochamy, tylko będziemy porno oglądać i fajnie, no ale ile można?
Poza tym należy być pozytywnie nastawioną do życia, nic nie oczekiwać. Nie dziwić się i nie rościć pretensji do nie wiadomo jakiego Hollywoodu.
Okej, może pomyśleć o wybieleniu zębów. No i zainwestować w wyszczuplające gacie, chyba że jest ci to obojętne, to może wtedy wystarczy dużo mówić o samoakceptacji, ale nie ma gwarancji, że się w to uwierzy.
Nie no, to jest wszystko w ogóle banalnie proste. Czego nie rozumiesz? [s. 157–158]

Garść babcinych porad jako spadek wydaje się nic niewarta, jeśli nie ma się z czego spłacać kredytu i do kogo zagadać w pustym domu. Jednak życiowa zaradność babci Stasi na ostatniej prostej jeszcze potrafi zaskoczyć. Nie tylko wnuczkę, ale i czytelniczki i czytelników. Ta książka afirmuje życie z rozmachem, na swoich zasadach, zawsze pod prąd, by mieć jak najwięcej radości i przyjemności (i by nie oglądać się nigdy na to, co ludzie powiedzą). Toksyczne relacje, nawet jeśli z własną rodzicielką, nikomu nie służą, warto więc znaleźć grupę wsparcia wśród podobnie czujących i myślących. Nawet jeśli to największe kłiry i elgiebety w okolicy.

Autor: Sylwia Chutnik
Tytuł: Tyłem do kierunku jazdy
Wydawnictwo: Znak
Data: 2022

Drugie rozdarcie świata [Zimowe zaręczyny, Christelle Dabos]

Ofelia mieszka na arce zwanej Animą, jest czytaczką, potrafi powiedzieć wszystko o przedmiotach, których dotyka, i prowadzi muzeum. A teraz ma wyjechać na Biegun i poślubić tam nieznajomego, z którym wyswatały ją nestorki rodu.

Zaręczyny wydają się katastrofą, narzeczony to dzikus z daleka, który wpada na Animę jak po ogień, nie starając się zrobić wrażenia na rodzinie czy samej Ofelii. Łamie wszystkie zasady i sprzeciwia się obyczajom, po czym w zasadzie porywa dziewczynę i swatkę sterowcem na swoją rodzinną arkę, nieprzyjazną, mroźną i ciemną, zamieszkaną przez bestie. A i ludzie nie wydają się zbyt mili.

Historia świata, który pewnego dnia pękł i rozpadł na kawałki zamieszkane przez duchy rodzin, które udzielają swoim potomkom różnych mocy, jest niezwykle interesująca, mimo że trudno się oprzeć wrażeniu, że pierwszy tom to niezwykle długa ekspozycja. Choć myślę, że istotna, jako że świat w powieści Dabos jest trochę jak nasz, ale przekształcony. Czytelnik ma szansę zanurzyć się z Ofelią w całkowicie odmiennej i wrogiej kulturze, w której nie ma nic stałego, a wyrwana z korzeniami ze swoich tradycji nie wie, czego się trzymać i musi zbudować siebie i swoją tożsamość na zgliszczach starego życia. A wrogie są także najbliższe jej osoby: narzeczony, jego ciotka – dla których nie jest wystarczająco dobra. Dziewczynie trudno jest odgadnąć ich prawdziwe motywacje, bo są tak przyzwyczajeni do ich ukrywania, że nie są w stanie wyzbyć się starych nawyków ani względem siebie, ani jej.

Autorce dużo miejsca zajmuje opis przestrzeni, która jest niesamowita. Niby podobna do tej, którą znamy, a jednocześnie całkowicie odmienna:


O starych budynkach często mawia się, że mają duszę. Na Animie, arce ożywionych przedmiotów, stare budynki przede wszystkim mają paskudny charakter (s. 5).
Zupełnie podobnie jak Niebiasto, które (…) było piękne, ale jeszcze bardziej rzucała się w oczy jego osobliwość. Wieżyczki o różnorakich kształtach, raz opasłe, kiedy indziej smukłe albo koślawe, wypływały dym ze wszystkich kominów. Arkadowe schody niezdarnie zawisły nad otchłanią i bynajmniej nie zachęcały, żeby z nich skorzystać. Okna – wyposażone w witraże lub szprosy – pokrywały noc emalią źle dobranych kolorów (s. ).

Wydaje się, że Ofelia nie pasuje do tego miejsca, jednak żelazny charakter dziewczyny nie pozwala jej się poddać. Jedyny aspekt, w którym nie ma zamiaru już walczyć – to małżeństwo. Od razu sięgam po drugi tom, mając nadzieję na poznanie innych przestrzeni oraz obserwację zmian, które się dokonują w Ofelii i jej świecie

Autor: Christelle Dabos
Tytuł: Zimowe zaręczyny
Tłumaczenie: Paweł Łapiński
Wydawnictwo: Entliczek
Data: 2019

O zniknięciu połowy świata [Asystent czarodziejki, Aleksandra Janusz]

Gdy ktoś pyta o nietuzinkowe fantasy, zawsze w końcu pada tytuł: Asystent czarodziejki. To jedna z powieści, które długo czekały aż je przeczytam, ale gdy tylko oddałam egzemplarze do biblioteki, od razu kupiłam własne, choć nie ma ich już w księgarniach i musiałam szukać w drugim obiegu.

Vincent ma trzydzieści siedem lat i zdążył przywyknąć do myśli, że czarodziejem to on nie będzie a gdy wygaśnie mu kontrakt asystenta Szalonej Meg, osiądzie na prowincji, gdzie zostanie zielarzem i tak spędzi resztę życia z ukochaną Amandine. Jednak do końca kontraktu trzeba dożyć a to jeszcze kilka miesięcy, tymczasem Meg solidnie zapracowała na swój przydomek i jej najnowszym pomysłem jest pokonanie duszosmoka, przepotężnej kreatury pilnującej rozdarcia.

I tak oto Vincent dowiedział się, że nie został dotychczas pełnoprawnym magiem, bo dotychczas jego kanały energetyczne nie zostały wystarczająco napełnione, bo nikt nie miał aż tyle magicznej energii. I teraz stał się najpotężniejszym magiem ale czarowanie u niego jest na poziomie magicznego przedszkola.

Świat Vincenta został rozdarty przez magię kilka stuleci wcześniej i jakiś fragment Bretanii przepadł bez wieści. Można śmiało założyć, że nasz bohater jest predystynowany do jego odnalezienia, ale aktualnie ma innego rodzaju kłopoty, albowiem już na jego asystenckie miejsce przyjeżdża nowa czarodziejka, dziewięcioletnia dziewczynka spętana magicznymi kajdanami, żeby spontaniczne objawy jej magii nie zniszczyły wszystkiego wkoło.

Historia rozdartego świata wciąga od pierwszych stron i trudno się od niej oderwać. Wszystko w tej opowieści gra – bohaterowie są ciekawi, bardzo dobrze napisani, charakterystyczni i z charakterem. Światotworstwo jest znakomite – co prawda Janusz zaczyna opowieść w środku, ale robi to tak zgrabnie, że z narracji dowiadujemy się wszystkiego, co potrzebne. A magia to prawdziwy majstersztyk. Autorka zrobiła z niej naukę z pogranicza matematyki, fizyki, chemii i biologii i co prawda żeby zostać magiem, trzeba mieć pewne cechy wrodzone, ale sama nauka na pewnym poziomie działa i bez nich – co pokazuje przykład Vincenta.
No i język. Przywykliście do angielskiego języka elfów? Nie w Bretanii, s’il vous plaît. Tu rządzi francuski!

Jeśli jeszcze nie znacie książki Aleksandry Janusz, to prawdopodobnie musicie właśnie rzucić wszystko i poznać tę historię!
#rzucwszystkoiczytaj

Autor: Aleksandra Janusz
Tytuł: Asystent czarodziejki
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Data: 2016

Alternatywny PRL [Jak zawsze, Zygmunt Miłoszewski]

Co byś zrobiła/zrobił, gdybyś trafiła/trafił do alternatywnej wersji miasta (i lat) swojej młodości? Czy byłoby jak zawsze, czy jednak całkiem inaczej?

Zygmunt Miłoszewski, Jak zawsze

Ta powieść Miłoszewskiego, reklamowana na okładce jako komedia ironiczno-romantyczna o parze, która dostała szansę przeżycia jeszcze raz swojej miłości. I o narodzie, który dostał szansę przeżycia jeszcze raz swojejhistorii. I o tym, co z tego wynikło, była dla mnie dość zaskakująca. Nie dlatego, że spoza uniwersum Szackiego czy profesorki Lorentz, ale z powodu, że, w mojej skromnej opinii, wcale a wcale komedią nie jest. Owszem, są momenty komediowe już na samym początku, gdy główna bohaterka, 78-letnia Grażyna, kupuje erotyczną bieliznę na 50. rocznicę pierwszego razu z Ludwikiem (obecnie 83-letnim), wtedy, pół wieku temu, jeszcze nie jej mężem. Ale gdy siadają do kolacji i wspominają minione dekady razem, wzajemne pretensje sypią się jak z rękawa i ani ironicznie, ani komediowo już niestety nie jest. W zawiązaniu akcji mamy oto styczeń 2013 r. i na dobrą sprawę Grażyna i Ludwik są zadowoleni chyba tylko ze wspólnego syna Jacka – to ich zdaniem najlepsze, co im się przytrafiło. No i z seksu, bo na wzajemną fascynację erotyczną, mimo upływu lat, nie mogą akurat narzekać. Jednak gdyby tylko dane im było przeżyć młodość jeszcze raz, owszem, spędziliby życie razem, ale więcej by podróżowali, a mniej się przejmowali prozą codzienności.

I bum! Następnego dnia budzą się o pół wieku młodsi, w styczniowej Warszawie 1963 r., ale całkiem innej, niż zapamiętali z młodych lat. Trafili w moment czasowy, kiedy się jeszcze nie znali i nie byli razem: Ludwik ma wciąż pierwszą żonę, Iwonę, a Grażyna zastanawia się, czy nawiązać bliższe relacje z Adamem, dyplomatą ze świetlaną przyszłością. W pierwszej wersji swego życia zrezygnowała z niego dla Ludwika, ten zaś z kolei, wzięty terapeuta, zostawił Iwonę dla Grażyny właśnie. A za kilka miesięcy będzie ten moment, gdy poczęli Jacka…

Ponieważ, póki co, nie mogą (i chyba nie za bardzo chcą) być razem, postanawiają wykorzystać szansę od losu i sprawdzić alternatywne wersje życia, czyli spróbować z poprzednimi partnerami. Okazuje się, że w tej jakże odmiennej Warszawie Grażyna uczy w szkole dla panien, gdzie na lekcjach będzie starała się przemycić feministyczny światopogląd dziewuszkom żyjącym jeszcze przed rewolucją seksualną. Tymczasem Ludwik spróbuje wykorzystać XXI-wieczne metody terapii, m.in. leczenia PTSD, w latach 60. XX w. Ciekawie jest prowadzona ta dwutorowa narracja z punktu widzenia obojga bohaterów: o Ludwiku narrator mówi w trzeciej osobie, a Grażyna wypowiada się w swoim imieniu. W ogóle mocno feministyczna ta powieść:

Od wczoraj z tyłu głowy tłukło się we mnie pytanie: nie żyję, śnię czy zwariowałam? Słyszałam je cały czas, zamilkło w czasie prowadzenia lekcji i kiedy wróciło, zbyłam je machnięciem ręki. Co za różnica? Jest jak jest i tyle. Jeśli zaraz się skończy – pozostanie się cieszyć z fajnej przygody. Jeśli potrwa kolejne pięć dekad – trzeba się na to przygotować. A tym razem nie zamierzałam przeżyć tych lat cichutko i bezpiecznie, co to, to nie. Tym razem zamierzałam ruszyć z posad bryłę świata, zrozumiałam to w czasie tego jednego szkolnego dnia. Patrzyłam w oczy tych ślicznych, młodych dziewczyn i czułam, że dla wielu z nich to, co im powiem i jak im to powiem, może zmienić ich życie, przestawić zwrotnicę i przełożyć z toru „poniewierana kura domowa” na tor „mocna, pewna siebie, spełniona kobieta”. Jeśli zostanę w tej cudownej, nowoczesnej szkole dla panien – czyli muszę trochę wyluzować z feminizmem – jeśli przekabacę choćby dwadzieścia procent, jeśli one przekabacą swoje koleżanki, córki, wnuczki, Boże drogi, przecież ja mogę tysiące, dziesiątki tysięcy polskich kobiet ocalić! Buzowało to we mnie, gotowało się, widziałam prowadzone przez siebie wykłady, pisane przez siebie książki, odbierane nagrody, a w międzyczasie dalekie podróże – i to w czasach, zanim dzięki masowej turystyce każdy kawałek świata został zadeptany przez ludzi w klapkach.
Pomyślałam odruchowo, że muszę to opowiedzieć Ludwikowi, i od razu mnie szlag trafił, jak tylko sobie przypomniałam, co wczoraj wykręcił. Ciekawe, co teraz robi? Przyjmuje pacjentów? Wyszedł z żoną na spacer? Drzemie na kozetce? A chrzanić to, ja na pewno do niego w łaskę chodzić nie będę. Chce, to przeprosi, nie chce – droga wolna. Dobrze mówiłam w rocznicę, że za mało od siebie odpoczywaliśmy. Jeszcze zatęskni, dziad stary przynudzający. Jeszcze przyjdzie tłumaczyć, że „są pewne mechanizmy w tym całym układzie”, a ja mu wtedy powiem, że na kolana, całować stopy, to może się zastanowię. Tylko żeby w miarę szybko to zrobił, bo miałam mu ochotę opowiedzieć wszystko, kto mnie tutaj oprócz niego zrozumie? [s. 155–156].

Jakie przyniesie to skutki w całkiem innych niż znane obojgu realiach? Polska powojenna wciąż się odbudowuje, nawiązuje ścisły sojusz z Francją, staje się wręcz sfrancuziała. Po II wojnie prezydentem Polski jest Eugeniusz Kwiatkowski, ale w siłę rośnie Unia Słowiańska z Edwardem Gierkiem na czele, który ma wsparcie w rzutkim wojskowym Jaruzelskim. Niby całkiem inaczej, ale jednak jak zawsze. Miłoszewski w formie polemicznej, punktuje naszą rzeczywistość dość celnie, choć nie ze wszystkimi jego postulatami bym się zgodziła. Niemniej jednak lektura warta uwagi.

Autor: Zygmunt Miłoszewski
Tytuł: Jak zawsze
Wydawnictwo: WAB
Data: 2017

Zaginięcie królowej [Dom czwarty, Katarzyna Puzyńska]

Minęło dziewięć miesięcy od wydarzeń w Łaskunie, które otrzeźwiły Podgórskiego i wpłynęły na relacje wszystkich policjantów. I właśnie wtedy zostaje zgłoszone zaginięcie Klementyny, która miała po czterdziestu latach pierwszy raz odwiedzić rodziców.

Klementyna Kopp pojechała do rodzinnych Drozdów, by sprawdzić, czy za tajemnicze morderstwo sprzed dwóch lat odpowiedział sprawca, czy ktoś uznany tylko za winnego. Tymczasem słuch po niej zaginął. Daniel postanowił wykorzystać swój wolny dzień, by się rozejrzeć po okolicy, natknął się jednak na kilka innych tajemnic, skrywanych przez mieszkańców Złocin. A po Klementynie ani śladu.

Podziwiam Puzyńską za łatwość, z którą prowadzi czytelnika przez niuanse spraw i za sprawą wielowarstwowej narracji przedstawia detale w taki sposób, by odbiorca podejrzewał konkretne postaci. Ale koniec przeważnie jest zaskakujący, bo nawet jeśli prawidłowo wytypuje się sprawcę, jego motywacje mogą być całkowicie niespodziewane.

Tym razem Puzyńska postanowiła wrócić częściowo do czasów II wojny światowej, kiedy nad jeziorem Bachotek stacjonowali Niemcy. Ukazała zarówno kilka typów postaw Polaków, jak również kilka archetypów nazistowskich – i choć uległy oczywistym w warunkach literackich uproszczeniom, to na co dzień te uproszczenia idą jeszcze dalej i zwykle podział jest bardziej dychotomiczny.

Od dłuższego czasu autorka nie ma słabszych okresów, co bardzo mnie cieszy. Utrzymuje wyrównany poziom w warstwie fabularnej i narracyjnej, dzięki czemu stanowi solidną pozycję na rynku wydawniczym i świetny wybór, gdy przychodzi ochota na kryminał.

Autor: Katarzyna Puzyńska
Tytuł: Dom czwarty
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data: 2016

Duch w archiwum [Mój własny diabeł, Mike Carey]

Dokąd trafiamy po śmierci? To pytanie przyświeca serii książek Mike’a Coreya o Feliksie Castorze. Mój własny diabeł, pierwszy tom, wprowadza czytelników w tajniki zawodu egzorcysty.

Felix ma zmysł pozwalający widzieć zmarłych, mieszka z wiedźmą wicca a jego najlepszy przyjaciel wskutek nieszczęśliwego wypadku podczas eksperymentów z nekromancją został opętany przez demona i został zamknięty w ośrodku dla psychopatów. Od tamtej pory Felix nie zajmuje się czynnie odsyłaniem duchów na tamtą stronę, ale nie przeszkadza mu to w wykorzystywaniu ich do pogrywania kartą „duch” w dogodnym dla niego momencie. No, ale z zachowaniem zasad BHP, oczywiście.

Pewnego pięknego dnia bardzo zdesperowany brakiem płynności finansowej Castor otrzymuje zlecenie odesłania w zaświaty ducha, który zalągł się w archiwum Benningtona, jednocześnie dostaje ostrzeżenie od przyjaciela/demona, że to go zabije. Castor bierze więc swój flet i idzie sprawdzić, ile może wycisnąć za taką pracę. Jednak nic nie jest takie, jakie się wydaje. Oczywiście.

Castor zaczyna prowadzić śledztwo, bo odesłanie ducha wydaje się zbyt proste, a w śledztwie nic się nie zgadza.

Początek książki jest śmieszny jak żarty o blondynkach, jednak autor po jakimś czasie zmienia konwencję i redukuje ilość wysilonego sarkazmu oraz zoofilnych wstawek, od których nie wiadomo, gdzie oczy podziać, a poziom zagadki detektywistycznej i fabuła tylko na tym zyskują. Nie jest idealnie i trudno mi unikać porównań do Harry‘ego Dresdena, gdyż bohaterowie wydają się bliźniakami mentalnymi. Jednak sama refleksja nad życiem pośmiertnym już stawia powieść Careya ponad serią Butchera.

Jeśli szukacie miłej, niezbyt ambitnej serii urban fantasy, która nie spowoduje masowej egzekucji szarych komórek, sięgnijcie po Castora, choć wydana była już ponad dekadę temu i szukać jej należy raczej na bibliotecznych półkach.

Autor: Mike Carey
Tytuł: Mój własny diabeł
Tłumaczenie: Paulina Braiter-Ziemkiewicz
Wydawnictwo: Mag
Data: 2008

Ucieczka przed sobą [Metro 2033, Dmitry Glukhovsky]

Powieść Dmitryego Glukhovskiego stoi na mojej półce od ponad dekady i wciąż coś mi przeszkadzało po nią sięgnąć. Obecnie uniwersum Metra rozrosło się tak, że nawet nie mam ambicji sięgać po wszystkie tomy, jednak trylogia, która dała mu początek to obecnie w zasadzie klasyka post-apo.

Legenda głosi, że kiedyś można było przejechać moskiewskim metrem z jednego końca na drugi w niecała godzinę. Ale to było kiedyś, zanim bomby zmieniły powierzchnię w miejsce niezdatne dla ludzi, natomiast stacje przekształciły się ze schronów przeciwatomowych w samowystarczalne wioski, kryjące bladych ludzi, którzy rzadko pamiętają, jak było na powierzchni.

Artem mieszka z ojczymem na najdalej wysuniętej na północ stacji WOGN, znanej z produkcji herbaty z grzybów i podziemnej hodowli świń. Jego matka wiele lat temu była ofiarą ataku gigantycznych szczurów, podczas którego zginęli wszyscy mieszkańcy Timirjazewskiej. Oprócz Artema uratowanego przez młodego strażnika. Minęło kilkanaście lat, marzeniem chłopaka jest zostać stalkerem – człowiekiem, który wychodzi na powierzchnię, by szukać tam przedmiotów niezbędnych do przeżycia. I dostaje taką szansę a w zasadzie pretekst – ma udać się do legendarnej, największej stacji – Polis.

Miejscami powieść jest przesiąknięta poczuciem tęsknoty za korzeniami, historią, rodziną, emocjami głębokimi i przejmującymi ze wszech miar. A chwilę potem autor sięga po rozwiązanie boleśnie naiwne i wprost urągające zdrowemu rozsądkowi, ale pozwalające Artemowi przeżyć i kontynuować podróż. Wolałabym czasami, żeby autor nie szedł na łatwiznę, by przedstawić wszystkich mieszkańców metra, ale może Glukhovsky specjalnie postawił te przerwy od rozważań filozoficznych, żeby dać czytelnikowi chwilę oddechu?

Metro 2033 to powieść drogi, podczas której bohater poznaje ludzi, uczy się od nich, ale trochę mam wrażenie, że historia go niesie, natomiast Artem bezwolnie się jej poddaje. Trudno powiedzieć, żeby podjął jakąkolwiek decyzję – nawet tę o podróży podejmuje za niego gość ojczyma, wręczając Artemowi gotowy pretekst do opuszczenia rodzimej stacji. Podróż przez różne stacje pokazuje bohaterowi różne postawy wobec apokalipsy, różne systemy wiary, filozofii i radzenia sobie z życiem, stratą i pamięcią.

Być może wszystko, co pozostanie po naszej cywilizacji, po naszym świecie – to te torebki, nasze niepodlegające rozkładowi ekskrementy. Najlepszy nagrobek dla nas, miernot (S. )

Mam poczucie, że to bardzo smutna diagnoza naszego społeczeństwa i z czasem nabiera jeszcze więcej sensu na tle wydarzeń, które właśnie się dzieją w Polsce (wykorzystywanie wszelkich zasobów, wycinanie drzew, trucie rzek, zanieczyszczenie środowiska na ogromną skalę wbrew sprzeciwom społecznym).

Autor: Dmitry Glukhovsky
Tytuł: Metro 2033
Tłumaczenie: Paweł Podmiotko
Wydawnictwo: Insignis
Data: 2010