Nolite te bastardes carborundorum [Opowieść podręcznej, Margaret Atwood]

Zanieczyszczenie środowiska odbiło się na płodności ludzi. W wyniku tego doszło do walk na tle religijnym, które wygrała sekta interpretująca rzeczywistość z perspektywy Pisma. A Pismo mówi, że życie jest cenniejsze jeśli jest proste i owocne. A zatem obarczono kobiety odpowiedzialnością za zmniejszanie populacji, odebrano im wszelkie prawa, narzucono obowiązek rozmnażania się i oddano władzy do dyspozycji. Tak zaczyna się Opowieść podręcznej spod pióra Margaret Atwood, znanej feministycznej pisarki.

Bohaterką powieści Margaret Atwood pt. Opowieść podręcznej jest Freda. Podręczne to najcenniejszy skarb Republiki Gileadu – są ostatnimi płodnymi kobietami na świecie, a ich zadaniem jest dać dzieci bogatym i uprzywilejowanym. Freda należy do Komendanta, choć nie jest jasne, komendantem czego jest ów mężczyzna, ale prawdopodobnie Oczu – odpowiednika milicji. Należy to chyba właściwe słowo, skoro podręczne nie mają praw i w zasadzie nie są traktowane jak ludzie. Nie mogą czytać, nie mogą rozmawiać, są bez przerwy obserwowane i oceniane, a w przypadku niewłaściwego zachowania – znikają. Jedynymi momentami, gdy mogą nawiązywać relacje są modły, poród lub wybawianie. Wówczas wymieniają się plotkami i szukają informacji o ukochanych i zaginionych.

Freda jest pokoleniem przejściowym – nowa rzeczywistość pojawiła się na jej oczach. Wspomina czasy, gdy miała jeszcze swoje imię, pracę, własne pieniądze, męża i córeczkę. Ich nieznany los prowokuje bohaterkę do snucia domysłów na temat ich obecnego położenia. Z drugiej strony musi sobie układać życie tu i teraz, bez złudzeń, że coś się zmieni na lepsze.

Atwood pozostawia wiele kwestii w sferze domysłów. Koresponduje to z ogólnym nastrojem dzieła i jest znacznie gorsze niż gdyby wyłożyła wszystko explicite. Taki zabieg pozwala także czytelnikowi bardziej zidentyfikować się z bohaterką, która całe swoje życie, zarówno przeszłe, jak i teraźniejsze przeżywa w oparciu o przypuszczenia.

Na osobną wzmiankę zasługuje przepiękny przekład Zofii Uhrynowskiej-Hanasz – szczególnie doceniam tłumaczenie imion podręcznych. Pochodzą one od imion Komendantów. W oryginale Offred (of Fred – należąca do Freda), po polsku została oddana dopełniaczem tego imienia. 

Bardzo mnie ta powieść poruszyła, szczególnie wspomnienie, jak pokątnie została przeprowadzona rewolucja społeczna. Zmiany wprowadzano na tyle małymi krokami, że ani nie było przeciwko komu protestować, ani nie było komu tego robić.

A doszło do tego, kiedy zawiesili konstytucję. Powiedzieli, że to czasowe. Nawet nie było żadnych demonstracji. Ludzie siedzieli po domach i gapili się w telewizory, czekali na jakieś wskazówki. Nie było nawet żadnego konkretnego wroga, przeciw któremu można by się obrócić.

Ciekawe, jak wiele takich przemian zaszło, a zostaną odkryte jak zapiski Fredy – po latach.

To nie jest powieść łatwa i przyjemna. Jest przykra i nawet jej dobre momenty są podszyte lękiem, wyrzutami sumienia i poczuciem, że choć się układa, to wszystko jest bardzo nie w porządku. A jednak uważam, że jest to lektura obowiązkowa, choćby po to, żeby czytelnik miał szansę na refleksję, że nie zawsze zmiany są na lepsze.

Autor: Margaret Atwood
Tytuł: Opowieść podręcznej
Wydawnictwo: Wielka Litera
Data wydania: 2017

Krajobraz po trzęsieniu ziemi || spoilery z Szóstki wron i Królestwa kanciarzy

Leigh Bardugo na koniec tomu pierwszego zostawiła swoich bohaterów w bardzo niekomfortowym położeniu – Inej została porwana przez Van Ecka, a reszta Wron, bez pieniędzy, musi się ukrywać przed Staadtwachtą. 

W ten sposób razem z zakładnikiem mimo woli, Kuweiem Yul-Bo, zamieszkują zamknięty cmentarz i planują epicką zemstę na starym kupcu, chcąc odebrać mu fortunę, rodzinę i reputację. Ale Van Eck zdaje się też być zawsze krok do przodu i po kolei punktuje każdego członka gangu – oczywiście najwięcej wie o Wylanie, dzięki czemu może uderzyć najmocniej. Jego syn dowiaduje się prawdy o śmierci swojej matki, co pewnie zniszczyłoby go psychicznie, gdyby nie miał takiego wsparcia w przyjaciołach (a szczególnie w Jesperze), jakie otrzymał. W tym samym czasie Jespera odwiedził ojciec, który dostał nagle informację z banku o konieczności natychmiastowej spłaty długu. Początkowo Jesper próbował mydlić mu oczy, jakim jest biednym i oszukanym studentem, ale inteligencję odziedziczył nie tylko po matce i skromny farmer jurdy nie dość, że domyślił się prawdy, to jeszcze wspierał syna, gdy wpadli w większe tarapaty. Jeśli byłaby możliwość, żeby Colm Fahey mnie adoptował, to ja poproszę.

Nina przeżyła zażycie jurdy parem,  ale odstawienie kosztowało ją dumę i honor. Bardugo pięknie pokazała, jak reaguje narkoman, gdy nie ma dostępu do swojego obiektu uzależnienia i jest w stanie zrobić wszystko, by go zdobyć. A jednocześnie pokazała troskę, z którą obchodziły się z nią pozostałe Wrony. Ten moment był też sprawdzianem dla Matthiasa, który musiał przewartościować to, czym kierował się w życiu dotychczas i spojrzeć na grisze z zupełnie innej perspektywy niż mu pokazali druskelle. Okazuje się też, że jak było powiedziane w pierwszym tomie, nawet jednokrotne zażycie nie pozostaje bez konsekwencji – w ten sposób Nina dostaje od losu prezent, z którym nie wie, jak sobie poradzić – moc kierowania zmarłymi.

Postacią doświadczaną najbardziej, ale też chyba najsilniejszą i niosącą najwięcej nadziei jest Inej. W niewoli u Van Ecka nie traci nadziei i wykorzystuje każdą sposobność na ucieczkę. Jednocześnie uświadamia sobie, że o tyle stanowi dla Kaza wartość, o ile wciela się w swoją rolę. A żeby tę wartość zdewaluować, Pekka Rollins sprowadził Dunyashę, zwaną

Biała Klinga szkolona przez Mędrców z Ahmrat Jen. Najlepsza zabójczyni tej epoki.
– Nie przypominam sobie.
– Jestem nowa w mieście (…)

W ten sposób Inej, która jeszcze nie zdążyła dojść do siebie po postrzale z portu, porwana i przetrzymywana przez Van Ecka, musi się mierzyć z lepszą, zdrową i energiczną (i poważnie stukniętą) wersją siebie. Nie trzeba szerzej zarysowywać dysproporcji.

Szybko się także okazuje, że natura nie cierpi próżni – odkąd Kaz zniknął z Baryłki, trwa walka o zajęcie miejsca lidera wśród gangów. Na prowadzenie wysunął się w pewnym momencie Pekka Rollins, zaprzysięgły wróg Kaza, ale do wyścigu dołączył też promotor Brekkera, Per Haskell, który przypomniał sobie, że kiedyś rządził Baryłką i lubił się długo łudzić, że wciąż coś znaczy.

W powieści zauważyłam dwie wady fabularne. Pierwszą jest wprowadzenie postaci zwanych kherguud – żołnierzy z endozbrojami, stworzonych przez fabrykatorów. Ich pojawienie zwiastuje coś wielkiego, ale znikają tak szybko, jak się pojawiają i nic o nich nie wiadomo. Ani kim są, ani czy stanowią zagrożenie dla świata – pojawiają się w dwóch czy trzech scenach i ślad po nich ginie, a szkoda. Drugą wadą jest śmierć Matthiasa, która w moim przekonaniu jest zbędna. Spośród trzech par ginie jedna osoba, a pozostałe są… (powiedzenie o Kazie, że jest szczęśliwy byłoby nadużyciem, ale można zaryzykować stwierdzenie, że w perspektywie majaczy coś na kształt) i zostawia czytelnika z poczuciem, że jeśli zmienisz siebie i swoje myślenie, to spotka cię kara. A chyba nie do końca na takiej wymowie zależało autorce, sądząc po tym, jak do tych przemian Matthiasa dopingowała (choćby poprzez docinki Niny).

Wadom muszę przeciwstawić niewątpliwe zalety. Świat przedstawiony to mistrzostwo – nakładanie języków i mapy naszego świata na państwa opisane w powieści dodawały smaczku lekturze. Poza tym Ketterdam. Już poprzednio wspominałam, że jest bohaterem, ale tutaj nabiera charakteru na nowo, odkrywa nie tylko mroczne zakamarki Baryłki z Listewką na czele, ale dzielnicę portową, śródmieście czy okolice uniwersytetu. Nazwy są piękne same w sobie i przypominają mi lektury z pierwszej połowy XX wieku, a do nich mam wielki sentyment.

I jak poprzednio – wiem, to jest taka młodzieżówka, ale chyba jednak oszukana. No i napisana tak dobrze, że szkoda by było, gdybyście przeszli obok niej bez cienia zainteresowania. Jestem pod wrażeniem, jak autorka trzymała wszystkie wątki i niewiele jej umknęło. Jaką pracę musiała włożyć, by je wszystkie dopracować na takim poziomie i jednocześnie zbudować wszystkie relacje między bohaterami. Mam nadzieję na więcej takich historii.

Autor: Leigh Bardugo
Tytuł: Królestwo kanciarzy
Wydawnictwo: Mag
Data wydania: 2017

Polski wywiad [Nielegalni, Vincent V. Severski]

Moje wyobrażenia na temat szpiegów pochodzą z filmów o Bondzie. Tymczasem oficer polskiego wywiadu napisał powieść o tym, jak to wygląda bliżej. Przypuszczam, że gdyby napisał prawdę, ktoś musiałby go zabić, ale świat przedstawiony w powieści Nielegalni jest tak aktualny, jakby była napisana wczoraj, nie na początku dekady.

NIELEGAŁ to oficer wywiadu działający za granicą pod przybraną tożsamością. W odróżnieniu od oficerów legalnych rezydentur nie obejmuje go immunitet dyplomatyczny. Tożsamość nielegała budowana jest najczęściej na podstawie tak zwanych danych wtórnikowych, to znaczy „skradzionego” życiorysu autentycznej osoby, lub zgodnie z fikcyjnym, lecz wiarygodnym wzorem. Narodowość i – co za tym idzie – obywatelstwo dobiera się tak, by nie wzbudzał podejrzeń i mógł się swobodnie przemieszczać.

Tak właśnie działa osiemdziesięcioletni Hans Jorgensen, mieszkający w Szwecji od około sześćdziesięciu lat i jako wierny pracownik, wciąż wykonuje zlecenia wywiadu rosyjskiego.

W Polsce, pod szyldem firmy Vigo, funkcjonuje jedna z komórek polskiego wywiadu, w której główną rolę odgrywa Konrad Wolski, który właśnie wrócił z Dubaju. Pracował tam nad sprawą Safira as-Salama, Polaka, który został łącznikiem Al-Kaidy. Jednak w Polsce czekała na niego nowa sprawa – Agencja dostała informację, że na terenie Twierdzy Brzeskiej znajduje się zakopany skarb, zawierający archiwa NKWD. Ale nie tylko Polacy stają do wyścigu po dokumenty, szczególnie zacięcie walczą o niego Rosjanie, ale nagle pojawia się też Sepo.

Każdy bohater i każdy wywiad ma osobne wątki, które się misternie splatają. Do ogromnych zalet należy zaliczyć aktualność – co prawda powieść została wydana przed sześciu laty, ale rzeczywistość jakby taka sama. Powieść jest bardzo obszerna, ale wymaga tego cała plejada świetnie skonstruowanych bohaterów, z których każdy ma osobowość, historię i poczucie misji. Moimi ulubieńcami są Jagan i Tatar – ich relacja jest tak świetnie opisana i wprowadza element humoru, który mi odpowiada. To taka szorstka, męska przyjaźń, o której często się w powieściach czyta.

Jest to pierwsza część serii, dotychczas powstały cztery tomy. Uważam, że to świetna powieść w swojej klasie, świetnie wyważone elementy emocjonujące i humorystyczne, nawet językowo sprawnie – postaci mają zindywidualizowany język, na co zwykle początkujący autorzy nie zwracają uwagi. I muszę przyznać, że choć tak różni się od powieści Ludlama, to bardzo przyjemnie mi się ją czytało.

Autor: Vincent V. Severski
Tytuł: Nielegalni
Wydawnictwo: Czarna Owca
Data wydania: 2011

O bogowie [Szeptucha, Katarzyna Berenika Miszczuk]

Założenia Szeptuchy są dość podobne, jak innych książek o wielobóstwie, jednak u podstaw leży zasadnicza różnica – świat przedstawiony jest prawie taki jak nasz, więc jak to się stało, że jest tak odmienny?

Gosława Brzóska skończyła właśnie medycynę i zamierza ratować życia w wielkomiejskim szpitalu. Jednak zanim do tego dojdzie, musi odbyć przymusowe praktyki u wiejskiej szeptuchy. Jak wyjaśnia autorka na początku powieści, tego rodzaju powołanie to po prostu prywatna służba zdrowia.

Szczytem marzeń mojej mamy było, żebym została jedną z tych wsiowych bab, które robią podejrzane medykamenty. Na studiach tłumaczyli nam, że szeptuchy to bardzo ważny element medycyny w Królestwie Polskim. Prawie każde mniejsze miasteczko albo wieś miały przynajmniej jedną własną szeptuchę. Poza robieniem niedziałających kremów do twarzy odpowiadały za podstawową diagnostykę i szybkie udzielenie pomocy. To one decydowały, czy chory powinien jechać do przychodni lub szpitala. Stanowiły pierwszą linię obrony polskiej medycyny – sito, które odsiewa naprawdę chorych od pozorantów i hipochondryków.
Wiedziałam, że są bardzo potrzebne. Bez podstawowej opieki system medyczny w naszym kraju upadłby już dawno. Medycyna zrobiła się bardzo droga. Każde badanie i zabieg generuje ogromne koszty. Szeptucha, która sprawnie wyleczy sporządzaną przez siebie maścią albo kroplami, znacznie odciąża skarb królestwa.

Tak więc Gosia trafia do Bielin na kielecczyźnie, do lokalnej szeptuchy, zwanej czule Babą Jagą. Ma tam szansę poobcować z naturą i być bliżej swojej duchowości. Albowiem okazuje się, że Gosia jest predysponowana do odnalezienia kwiatu paproci, który zakwita raz na dwanaście tysięcy trzysta czterdzieści pięć pełni księżyca, tj. raz na circa about tysiąc lat. I każdy, dosłownie każdy ma interes w tym, żeby kwiat trafił do niego. Najbardziej zależy Swarożycowi i Welesowi, ale nawet Mokosz nie daje szybko za wygraną. Ciężko się uczyć na szeptuchę, gdy najbliższa przyjaciółkaokazuje się rusałką,  a w okolicy kręci się wyjątkowo przystojny uczeń żercy, który przypadkowo ciągle na bohaterkę trafia.

Gosia jest postacią w typie Bridget Jones. Jej repertuar potknięć i wpadek nie ma końca. Niby skończyła medycynę w Warszawie, a jest głupiutka jak stonoga i do tego nieprzeciętnie naiwna. Ma dwadzieścia cztery lata i jej jedyną ambicja jest wyjście za mąż, a plany życiowe nie wybiegają poza najbliższy dzień, a przyjaźń jest najpłytszą znajomością – ale może to tylko słabość warsztatu autorki.

W świecie Szeptuchy Mieszko I nie przyjął chrztu, porwał Dobrawę, zbałamucił Odę, kapłankę Swarożyca, i podbił pół Europy. O historycznym prawdopodobieństwie tych wydarzeń dyskutować nie podobna, ale fantastyka ma to do siebie – zawieszenie niewiary przede wszystkim. Komuś jeszcze nie odpowiada logika uniwersum? Odkłada tę książkę i oddala się czytać Marqueza (choć i tu może się potknąć), Fucoulta czy Ishiguro. Miszczuk nie produkuje prozy wymagającej intelektualnie, lecz rozrywkę w najczystszej postaci. I to mnie w tej powieści urzekło – kibicuję z całych sił, żeby Gosia zdobyła wreszcie doświadczenie i przestała się zachowywać, jakby właśnie skończyła podstawówkę
i trafiła w pierwszej gimnazjum na zielona szkołę. Shippuję ją  z całkiem nie tym facetem, z którym na siłę łączy ją autorka (wyjątkowo drewniany romans, ale może to podpałka pod ten płomień, co to ma się rozpalić), ale za to sprawia mi frajdę przełamywanie tego harlekinowego schematu. 

Wcześniejsze powieści Miszczuk były dla mnie nie do przebrnięcia, ale Szeptuchę kupuję i łykam jak młody pelikan, bo ma ciekawy pomysł na świat alternatywny.

Autor: Katarzyna Berenika Miszczuk
Tytuł: Szeptucha
Wydawnictwo: W.A.B.
Data wydania: 2016

Historia jednego bałwana [Film: Pierwszy śnieg]

O książkach Jo Nesbø już się rozpisywałam ponad dwa lata temu tutaj. Więc gdy się dowiedziałam, że zostanie zekranizowana jedna z najlepszych części, moje wzruszenie sięgnęło zenitu (jakby powiedziała Ciotka Pro: jarałam się jak tancbuda pełna dothrackich khali).

Harry Hole (Michael Fassbender) jest przede wszystkim alkoholikiem, a w drugiej kolejności – najlepszym oficerem policji w Oslo. Gdy pewnego dnia wraca po ciągu do pracy, zgłasza się do sprawy zaginięcia młodej kobiety, matki i nieszczęśliwej żony. W przesłuchaniach pomaga mu świeżo przeniesiona z innego miasta młoda policjantka, Katrine Bratt (Rebecca Ferguson). Okazuje się, że pokątnie pracuje ona nad sprawami zaginięć z innych części Norwegii i próbuje połączyć je w jedną sprawę, a wspólnym mianownikiem jest śnieżny bałwan, zostawiony w miejscach zbrodni.

W życiu Hole dużo miejsca zajmują była partnerka, Rakel (Charlotte Gainsbourg), i jej syn, Oleg (Michael Yates). Co prawda w ich życiu jest już nowy mężczyzna, ale oboje wciąż ciągnie do Harry’ego.

Mam wiele wątpliwości odnośnie do tego filmu. Nie rozumiem, co skłoniło twórców do sfilmowania siódmego tomu serii. Rozumiem, że jest najlepszy z literackiego punktu widzenia, ale to materiał na serial co najmniej. Albo do dobrego obcięcia wątków. Nie uważam jednocześnie, by pierwszy tom był lepszym wyborem, bo niestety, już trąci myszką. Jednak Karaluchy pod względem akcji, tempa, materiału i ekspozycji byłyby w moim przekonaniu idealne. Tutaj, jako widz, poczułam się wrzucona w historię, o której nic nie wiem. Jako wielbicielka prozy Nesbø też czuję się oszukana, bo dostałam dokładnie książkę przełożoną na film tylko w formacie pół do jednego z wyciętymi przypadkowymi scenami. Nie wątkami, scenami. I teraz konia z rzędem temu, kto mi wyjaśni obecność faceta od grzyba? Do czego miał poprowadzić jego wątek i dlaczego zakończył się brutalnie jedną sceną? Albo ten z ojcem Bratt, który nie został nawet dokończony, tylko słabo powiązany z innym wątkiem, ale w zasadzie nie wiadomo po co?

Śledztwo też toczy się niejako obok ekranu i w sposób dość przypadkowy. Jeśli Harry pojawia się w kadrze, to w sposób nonszalancki i od niechcenia, ale może to właśnie swoisty sposób na pokazanie geniuszu bohatera.  Wydaje się, że Alfredson zdecydował się na pokazanie jednego wymiaru życia Harry’ego i nie był to wątek związany z policją. A szkoda, bo przecież Hole w powieściach jest ożeniony z pracą, co właśnie powoduje najwięcej problemów w życiu prywatnym. O wódce też reżyser chętnie zapomniał i cały dramat z tym związany został ograniczony do dwóch scen, bardziej symbolicznych niż dosłownych, które można łatwo przegapić.

Jestem jednak zachwycona castingiem. To też mnie dziwi – jak aktor takiej klasy jak Fassbender, skończył w tym filmie. Ale to pytanie zadawałam sobie już przy X-Menach, bo, pardon, pasował tam jak kwiatek do kożucha. Ale zarówno tam, jak i tutaj dobrych aktorów jest więcej. Charlotte Gainsbourg, gdzie się nie pojawi, to wzbudza zachwyt interpretacją postaci, grą aktorską i nadaniem głębi drugoplanowej bohaterce. Z przykrością odnotowałam, że całkowicie i bez reszty przyćmiła Ferguson, która powinna była tu zagrać pierwsze skrzypce, a ledwo dała się zauważyć w chórkach. 

Ach, no i wydaje się, że reżyser nie do końca wiedział, co kręci. W jednej z pierwszych scen Harry oznajmia komisarzowi, że potrzebuje nieformalnego zespołu. A ostatecznie sam na ochotnika podczepia się pod Bratt, w tle kręci się przypadkowy młodzieniec, który przerzuca akta w jakiejś bibliotece. W jednej scenie. Hm…

Podsumowując – jako ekranizacja powieści ten film się nie broni. Nie jest to też film, na który szłam do kina. A jednocześnie wyszłam usatysfakcjonowana i dopieszczona obsadą, grą aktorską i klimatem, który jest dokładnie taki, jakiego się spodziewałam. Ciężki od śniegowych chmur, depresyjny, norweski. Nie mogę go jednocześnie ani polecić, ani nie polecić, bo fabularnie nie było fajerwerków, ale aktorzy mnie kupili w całości. 

Dajcie znać, czy widzieliście i czy Wam się podobał, bo mam wielki problem z tym filmem!

(Od)Chyłka po raz szósty [Oskarżenie, Remigiusz Mróz]

Po zakończeniu poprzedniej części dość niecierpliwie czekałam na kolejną. Może bez wypieków na twarzy, ale z pewnym napięciem, bo clifhangera nie powstydziłby się Bolesław Prus, wydając Lalkę w odcinkach. Ale to niesie ze sobą konsekwencje, a jedną z nich jest to, że będzie spojler już na początku.

Szczerze mówiąc myślałam, że atak napastnika z kwasem będzie wyjściem do poronienia i niszczenia człowieka w sądzie. To było rozsądne i logiczne założenie, ale w uniwersum Mroza logika nie bywa częstym gościem, więc szósta część zaczyna się niczym. Serio, nie pamiętam początku, a czytałam go dwa razy.

Chyłka dużo się nad sobą roztkliwia, jest bardzo w ciąży i nie może pić, palić i uprawiać seksu z przypadkowymi facetami. Najgorzej na świecie. Umartwia się na tyle, że nie pija nawet kawy (czego już nie rozumiem), ale dalej cierpi na bezsenność (to rozumiem). Nagle spada jej z nieba sprawa polityczno-kryminalna. Dawny solidarnościowiec, skazany za zabójstwo czterech nieletnich, zgłasza się do niej po pomoc, ponieważ pojawiają się dowody, że został wrobiony. Chyłka, drążąc sprawę, odkrywa, że… jedna z ofiar żyje.

W tym czasie Oryński dostaje spodziewane wypowiedzenie z kancelarii, wszak uciekł z egzaminu, po czym niespodziewanie zostaje aresztowany za zabójstwo matki. W areszcie spotyka starego znajomego – Gorzyma, który w pierwszym tomie pobił bohatera do nieprzytomności. I teraz też, działając na zlecenie tego samego klienta, zamierza najpierw Oryńskiego przecwelować, a gdy się nie udaje, ostatecznie zabić.

Tu wypada wspomnieć, że Kordianowi udaje się wymknąć z niebezpiecznych sytuacji dzięki Chyłce (zwanej czule przez mojego męża Odchyłką, a przez mojego syna ciocią), która podsuwa chłopakowi rozwiązania, na które sam by nie wpadł. Ich relacja opiera się na niedopowiedzeniach, co sprowadza ten romans do poziomu podstawówki – bohaterowie analizują, co które zrobiło, na kogo spojrzało. No są momenty, że miałabym ochotę wziąć za frak i zaciągnąć na terapię dla par.

Akcja jest jak zwykle prowadzona bardzo sprawnie, jednak fabuła się przez większą część nie klei. Pojawiają się donatorzy znikąd, po czym z postaci epizodycznych wyrastają do rangi  bohatera… Po czym na końcu autor, ustami swojego porte parole tłumaczy, o co chodziło przez cały czas i jakie są powiązania. Wygląda na to, że to już modus operandi Mroza, bo wcześniej też musiał wyjaśnić zagubionemu w meandrach fabularnych czytelnikowi, co się tam właściwie wydarzyło (np. w Czarnej Madonnie). Po kolei. Dwa razy. Wolę jednak kryminały, które pozwalają na wnioskowanie na podstawie quasi-sądów.

Emocje rozrywają tu czytelnika i bohaterów na strzępy. Wyjaśnia się sprawa ojcostwa (też deus ex machina). Oryński  po wyjściu za kaucją z aresztu nie jest już tym samym człowiekiem – niemal kogoś zabił, stanął po drugiej stronie krat, co pchnęło go do sięgnięcia po znieczulenie, z którego wcześniej hojnie korzystała jego patronka. Podobnie Chyłka, która także zostaje zmuszona stanąć po drugiej stronie – i działać jako oskarżyciel posiłkowy.

No i powoli dojechaliśmy do zakończenia. spodziewałam się tego o tom wcześniej, ale w obecnej sytuacji marnie widzę kontynuację serii. Wyobraźcie sobie: Zordon i Chyłka zapijają swoje smutki na ławce w parku, potem już nawet wychodzić z domu im się nie chce i ostatecznie kończą jako bohaterowie kolejnej serii kryminalnej – znalezieni zapici w melinie. Jak mi idzie prekognicja? Bohaterem następnej serii może być Kormak.

Autor: Remigiusz Mróz
Tytuł: Oskarżenie
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Data wydania: 2017

Jak sęp nad ofiarą [Film: Ptaki śpiewają w Kigali]

Rozczarowanie polskim kinem ostatnich lat spowodowało, że staram się nie bywać na polskich filmach. Jednak wiedziałam, że na Ptaki śpiewają w Kigali muszę iść.

Gdy Hutu zaczęli zabijać Tutsich, Anna (Jowita Budnik) zajmowała się badaniem populacji sępów w Afryce. Straciła współpracownika, którego zaszlachtowano na jej oczach, świat który znała, zamknęła w skrzyni i uciekła z Rwandy (daw. Ruandy). Do Polski przemyciła Claudine (Eliane Umuhire), córkę ornitologa, u którego mieszkała.

To nie jest film, który łatwo poddaje się opisaniu. Fragmentaryczna i chaotyczna budowa, brak linearnej fabuły, zdarzenia poza kadrem i epizodyczność powodują, że widz musi rekonstruować wydarzenia. A jednocześnie taki montaż buduje atmosferę i nadaje ciężar całości.

Bo nagle Claudine, wykształcona młoda kobieta, biegle posługująca się trzema językami, która zostawiła dosłownie wszystko w Afryce – tożsamość, kulturę, rodzinę, przeszłość i przyszłość – trafiła do polskiej rzeczywistości połowy lat 90. i została uzależniona od obcej w gruncie rzeczy kobiety. Film pokazuje, jak próbuje się przystosować do nowych warunków, jak się też buntuje, gdy sytuacja jest za ciężka, jak szuka śladów po rodzinie.  W tym wszystkim jest Anna – kotwica w rzeczywistości, ze swoją trudną przeszłością i niepewną przyszłością. Traumą nie do zaleczenia i jedynym lekarstwem na zaistniałą sytuację – alkoholem. 

Rzadko które sceny są kręcone tak, jak przyzwyczaiło nas amerykańskie kino. Tu dialog płynie z offu, a obraz pokazuje zupełnie co innego. Zbliżenia obnażają bezsilność, traumę, ciężar losu. Film epatuje przemocą na poziomie całkowicie symbolicznym, na poziomie meta. Gdy spodziewałam się scen rzezi, dostałam rozmazane kadry, ziarniste zdjęcia i przekaz audycji radiowych.

Dla Ptaków… ludobójstwo jest punktem wyjścia do ukazania relacji ja-Inny, która w obliczu exodusu afrykańskiego nabiera nowego wydźwięku, ale także do pokazania świata postapokaliptycznego – nie dziejącego się w odległej galaktyce i równie odległej przyszłości, ale tu i teraz, gdy sąsiad zabija sąsiada.

Tytuł: Ptaki śpiewają w Kigali
Reżyseria: Joanna Kos-Krauze, Krzysztof Krauze
Występują: Jowita Budnik,  Eliane Umuhire i in.
Rok: 2017

Czytaj, jeśli masz prąd [Blackout, Marc Elsberg]

Czy zastanawialiście się kiedyś, jak wyglądało życie bez prądu? Mnie się taka refleksja już zdarzyła tutaj, po obejrzeniu Revolution. O ile serial jednak pokazywał rzeczywistość z perspektywy niemal dwóch dekad od wyłączenia prądu, o tyle w powieści wszystko się dzieje na oczach czytelnika i zdumionych bohaterów.

Z niewyjaśnionych przyczyn w Europie zgasło światło. Jeden z bohaterów, Piero Manzano, doświadcza tego w wyjątkowo nieprzyjemny sposób – bierze udział w karambolu, gdy na skrzyżowaniu gasną światła drogowe. Jednocześnie jest on jednym z pierwszych, którzy orientują się, że całkowity blackout ogarniający kontynent to nie przypadek.

Pierwsze doby przebiegają spokojnie, ludzie sobie pomagają w miarę możliwości i czekają niecierpliwie, że stan rychło się poprawi. Straż pożarna uwalnia ludzi z metra, z wind, toalety spłukuje się wodą z butelki, a benzynę mają ci, którym się udało zatankować do pełna przed wyłączeniem prądu. Taksówki nie jeżdżą, telefony się rozładowują, pracownicy nie docierają do pracy i marzną w domach bez ogrzewania.

Jednak gdy sytuacja się przeciąga i prąd nie wraca, rośnie zagrożenie z różnych stron – co się dało sprzedać w supermarketach bez użycia prądu i za gotówkę – zostało wykupione. Żywność z magazynów pod miastem nie może dojechać na miejsce wykupionej, a bez chłodni się psuje. Kto ma jakieś zwierzęta – ma szczęście. Ale za dużo zwierząt też nie zapewnia komfortu – nie ma komu wydoić tysięcy krów, które zdychają w męczarniach. Brak możliwości zapewnienia prawidłowej obsługi elektrowni powoduje, że rośnie zagrożenie skażeniem jądrowym. Szpitale pracują na oparach ropy w zapasowych generatorach, ludzie umierają w domu z braku leków, mając na kontach pieniądze, by je wykupić, ale nie mają dokąd się udać – ani po pieniądze, ani po leki. Te warunki powodują, że po upływie pewnego czasu, przyzwyczajeni do pewnego poziomu komfortu ludzie stają przed dramatycznymi wyborami, a często czują się zmuszeni do podejmowania decyzji, o które by siebie nigdy nie podejrzewali.

W takich warunkach Manzano, uznany za współwinnego zaistniałej katastrofy, udaje się w podróż przez Europę, by wyśledzić, kto go wrobił i właściwie w co. Towarzyszą mu w tym różne osoby – stary sąsiad, który ma córkę w Brukseli, ambitna dziennikarka, która dotychczas robiła setki a marzy jej się materiał życia, czy szef niemieckiej sekcji Europolu, który czuje się w obowiązku dowieść, że Manzano to stary oszust i haker, który ma na sumieniu światło w Europie.

Do słabych stron powieści należy jednak zaliczyć Wielkiego Złego. Oczywiście ludzie walczą z brakiem prądu i to jest wspaniale opisane, ale nie będzie żadnym spojlerem, jeśli napiszę, że podejrzenia głównego bohatera co do genezy awarii potwierdziły się i stał za nią atak terrorystyczny. I niestety, motywacje, postępowanie, decyzje i pochodzenie grupy stojącej za zaciemnieniem są bardzo słabe, powiedziałabym, że jedynie powierzchownie opisane i trudno oprzeć się wrażeniu, że to jakaś grupa podrzędnych cieciów, której się udało. Jednak gdy Manzano zaczął rozszyfrowywać metody działania, okazało się, że wielcy terroryści mają metody działania rodem z grupy przedszkolnej Krasnoludki i czekałam w napięciu, kiedy się okaże, że w dalszym ciągu go wrabiają. I gdy się okazało, że nie, oni naprawdę nie zabezpieczyli sobie żadnego wyjścia awaryjnego, byłam bardzo rozczarowana. Niemniej wątek ludzki ostatecznie nie jest tak istotny, jak ta lawina, którą wywołali.

Nie jest to najnowsza powieść, ale rzeczywiście warto do niej wrócić.  Choć trudno mi było uniknąć porównania do powieści Dana Browna, w których jedynie profesor Langdon mógł uratować świat przed katastrofą, tak tu Piero dzielnie przemierzał Europę, by wreszcie kogoś zainteresować swoim niecodziennym odkryciem i uratować prąd. Niemniej postawiłabym jednak powieść Elsberga półkę wyżej niż serię Browna, nie tylko ze względu na stopień komplikacji, budowę charakterów i kwerendę, ale także z powodu głębokiej refleksji nad kruchością tego, co współcześnie uznajemy za oczywiste i należne człowiekowi.

Autor: Marc Elsberg
Tytuł: Blackout
Wydawnictwo:W.A.B.
Data wydania: 2015

Mroczna mozaika [Szóstka Wron, Leigh Bardugo]

Za powieść autorstwa Leigh Bardugo pt. Szóstka wron zabierałam się od dawna, mimo entuzjastycznych recenzji. Przede wszystkim miałam ochotę na coś ambitniejszego od przeciętnej młodzieżówki, z dobrym językiem i dobrze nakreślonymi bohaterami. Czytałam ją też długo. Nie dlatego, że nie jest wciągająca, bo jest, ale jest też brutalna (żeby nie powiedzieć naturalistyczna), szybka i smutna.

Ketterdam to miasto wyrzutków. Rządzą nim gangi, m.in. Szumowin, na którego czele stoi nominalnie Per Haskell, ale faktycznie rządzi Kaz Brekker, siedemnastoletni mistrz iluzji i ambitny złodziej.

– Kiedy wszyscy wiedzą, że jesteś potworem, nie musisz marnować czasu na popełnianie każdej potworności. (…) Chciwość kłania się przede mną. To mój sługa i środek nacisku.

Gdy Kaz dostaje propozycję nie do odrzucenia, by okraść niezdobytą twierdzę, zwaną Lodowym Dworem, zbiera niezbędną do wykonania zadnia ekipę – tytułową szóstkę wron. Wydawałoby się, że przypadkowa zbieranina ludzi, szczególnie takich, którzy mają ze sobą na pieńku, nie może niczego uzyskać. Ale Kaz okazuje się silnym przywódcą o wielkiej charyzmie, który ma plan i potrafi pociągnąć ludzi za sobą.

Książka ma ciekawą konstrukcję – z jednej strony ma ciągłą fabułę, która opowiada historię skoku skazanego na niepowodzenie, z drugiej – pewne wydarzenia uruchamiają mechanizm wspomnień i pojawia się epizod z przeszłości danego bohatera. Dzięki temu dowiadujemy się, jak Inej została Zjawą, Nina trafiła do Ketterdamu po wojnie, dlaczego Matthias jej nienawidzi, Jesper spędza całe dnie i noce przy stoliku do gry a Wylan uciekł z domu. Czytelnik ma szansę poznać motywacje każdej postaci, stają się bardziej prawdopodobne i dzięki takiej ekspozycji przywiązałam się do bohaterów i trzymałam kciuki za ich wyprawę.

Zanim się zabrałam za czytanie, wiele słyszałam od booktuberek o tym, że Kaz Brekker to ich mąż (!). Więc, Drogie Booktuberki, bierzcie go… Nie raz miałam ochotę nim potrząsnąć, był najsłabszą  postacią w całej ekipie i widać było, że ma się za lepszego od pozostałych. Nie zostawia się ludzi, którzy ufają przywódcy. I o ile Kaz jest sprytny, przebojowy i napędzany furią, o tyle jest także niedojrzały i wciąż napędzany furią – czyli działanie najpierw, myślenie o przyjaciołach potem. Z drugiej strony  daje to akcji pędu. Najpierw dostajemy wydarzeni, a później ich wyjaśnienie. Ta konstrukcja przypomina mi filmy z charakterystycznym montażem – Sherlocka (Moffat, Gatiss 2010) czy  Iluzję (Leterrier 2013). 

Szóstka wron jest na pewno odświeżająca po zalewie różnego rodzaju paranormal romance. Tu o uczuciach się mówi między wierszami, wcale lub półsłówkami:

– Szkoda, że do dziewczyn nie da się mówić równaniami.
Milczenie się przeciągało, aż w końcu Wylan, ze wzrokiem utkwionym w łańcuch, zapytał:
– Tylko do dziewczyn?

Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że kolejna część nie będzie odbiegała jakością od pierwszej – a już się za nią zabieram.

Czy ta powieść jest rzeczywiście młodzieżówką? Bohaterowie mają nie więcej niż siedemnaście lat, ale bohaterowie Władcy much też są mali, ale nie dałabym tego dziecku do czytania. Podobnie tutaj – klimat powieści przypomina historie o Kubie Rozpruwaczu czy (ponownie powołam sie na serial) Ripper Street (Warlow 2012) – w takich barwach widziałam Baryłkę. Opis tego, kim stał się Kaz przypominał mi najlepsze sceny z Germinal Zoli, a to tez raczej nie jest powieść dla młodzieży. Więc odcięłabym tu wiek bohaterów i skierowała powieść na półkę z fantastyką.

Autor: Leigh Bardugo
Tytuł: Szóstka Wron
Wydawnictwo: Mag
Data wydania: 2016

Ultimate Nemesis [Czarna Madonna, Remigiusz Mróz]

Jest coś ze mną nie tak, narzekam na Mroza, ale co wyjdzie, to przeczytam. Najnowsza powieść, Czarna Madonna, jest kategoryzowana jako horror religijny.  Religii tam dużo, elementy horroru są…

Filip miał lecieć z narzeczoną, Anetą, na zagraniczną pielgrzymkę, ale z powodu nawału pracy i lęku przed zwolnieniem, w ostatniej chwili rezygnuje i dziewczyna leci sama. Oczywiście kilka godzin po starcie samolot znika z radarów bez śladu. Filip wpada w rozpacz, śledzi doniesienia medialne, nie dowierza w to, co się dzieje i dużo czyta o wcześniejszych przypadkach zniknięć samolotów z radaru. Niespodziewanie lot zostaje zarejestrowany w kilku odległych od siebie miejscach na kuli ziemskiej – od razu dla wszystkich ekspertów i polskich „ekspertów od wszystkiego sprzed telewizora” staje się jasne, że samolot nie mógł się fizycznie w tych miejscach znaleźć ze względu na oddalenie, paliwo i wszystkie czynniki, które nie pozwalają samolotom stać się teleportami. Ale dla Filipa staje się też jasne, że za zniknięciem samolotu stoi diabeł.

Serio

Bo Filip był księdzem, ale zrzucił sutannę i próbuje sobie ułożyć życie na nowo, choć z zupełnie niewłaściwych powodów. Teraz stał się ofiarą gier między Dobrem a Złem. Mamy tu do czynienia z wrogiem ostatecznym. Bohater szuka pomocy w Piśmie, cytatach, historii Kościoła… Miałam wrażenie, że bohater się miota jak wolny elektron między Częstochową, Wrocławiem i resztą świata, nikomu nie ufa, a najważniejsze momenty przesypia/przesiaduje w fotelu/robi inne rzeczy, ale nie działa. Nie szuka pomocy u księży, egzorcystów, specjalistów wszelkiej maści, których powinien znać z poprzedniej pracy. Wykonuje detektywistyczną pracę zupełnie niepotrzebnie i wyważa otwarte drzwi. Filip jest o niebo bardziej kompetentny w kwestiach religijnych niż przeciętny człowiek, co po wielokroć udowadnia, uchodząc wśród znajomych za eksperta, długimi monologami wyjaśniającymi zawiłości historyczno-dogmatyczne. I tych fragmentów, wyjaśnień, jest dla mnie stanowczo za dużo. Pokazuje to tylko, że autor nie do końca wiedział, dla kogo kieruje swoją powieść (i to chyba jego stały słaby punkt) – ponieważ praktykujący katolik zna podstawy swojej wiary i nie potrzebuje całej tej ekspozycji, żeby się przestraszyć. Natomiast niepraktykujący katolik nie przejmie się straszeniem końcem świata, a elementy horroru rozmywają się w zalewie wyjaśnień.

No więc nie horror religijny, lecz horror dla katolika.
Jeśli chodzi o język – jest lepiej. Szkoda, że akcja nie idzie w podobnym kierunku, bo zostały jednak niezamknięte wątki, jest pewien chaos fabularny, a powieść jest przewidywalna do oporu. Do autobusu się nadaje, choć końcowe wyjaśnienie zabiło całego jej ducha.

Autor: Remigiusz Mróz
Tytuł: Czarna Madonna
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Data wydania: 2017