Dostałam to com chciała [Testament, Remigiusz Mróz]

Kolejny tom telenoweli w uniwersum Chyłki to krajobraz po katastrofie. Po tragicznym w skutkach pobiciu prawniczka wróciła do pracy, a jej ulubionym zajęciem jest myślenie o śmierci i zapracowywanie się, by udowodnić Oryńskiemu, że nie znalazł się na życiowym zakręcie, tylko na rondzie, z którego zapomniał zjechać.

W tych całkowicie niesprzyjających okolicznościach w kancelarii pojawia się ginekolog, który zajmował się ciążą Chyłki, Rafał Kranz. Oskarżony o morderstwo swojej pacjentki, potrzebuje gwałtownie pomocy i aby zachęcić prawniczkę do współpracy, obiecuje jej pomoc w sprawie Oryńskiego.

I to, co zakrawa na główny wątek, zostaje zepchnięte na boczny tor przez dramę Kordiana, który poddał się dobrowolnie karze i ustalił jej wysokość z prokuraturą na sześć miesięcy i w zasadzie byłoby mu całkiem luksusowo, gdyby nie widmo Gorzyma wiszące nad głową. Nie wiadomo jednak, czy to jest gorsze, czy plan Chyłki, aby go z więzienia wyciągnąć, albowiem chamski ginekolog wpada na znakomity plan – aby udowodnić prokuraturze, że należy zmienić kwalifikację czynu, bo Oryński nie zastosował eutanazji na cierpiącej matce, lecz zwyczajnie ją bestialsko zamordował.

W Testamencie Joanna poddaje się też myśli, że z Oryńskim to chyba na poważnie i pada z jej strony słowo na „z”, ale ani on, ani ja nie jesteśmy przekonani, czy to nie jej sposób na przetrwanie kary  i danie nadziei na to co potem. Przecież kiedyś pół roku minie. I właśnie z tym elementem powieści mam największy problem – że z thrillera prawniczego, jakim miała być seria w założeniu, dostałam łzawe romansidło z pretekstową sprawą, której realizacja skondensowała się na może pięćdziesięciu stronach, by resztę poświęcić na romantyczne sprawy bohaterów, które w gruncie rzeczy też sprowadzają się do niezbyt dojrzałych przemyśleń rodem z poradników. A najgorsze jest to, że właśnie tego chciałam – chciałam, żeby autor po kilku tysiącach stron w końcu pchnął wątek bohaterów do przodu, a gdy to dostałam… Wyszłam na marudną ciotkę.

No, a zakończenie powinno mieć osobną kategorię na nagrody Wisielca za to, co złego może jeszcze spotkać bohaterów. Już nie wspomnę o tych łopatologicznie wykładanych sprawach i traktowaniu Oryńskiego jak głupka przez wszystkich, z Chyłką na czele (może ma słabość jak Jenny do Gumpa). Oryński pozujący na Cybulskiego co najmniej, a najchętniej na Jamesa Deana – mroczna dusza wylewa się uszami, doświadczenia z więzienia… Ale ok, ja to kupuję, bo rzeczywiście tego chciałam, wątek poleciał do przodu, szkoda że kosztem fabuły i szkoda też tego, że zderzył się brutalnie ze ścianą clifhangera. Ale jest coś, co stawia tę powieść wyżej niż wszystkie inne – wykorzystanie motyli Alice’a Coopera i mojej ulubionej piosenki wszech czasów. Nie będę się oszukiwać, gdy wyjdzie następny tom, pozwolę Krzysztofowi Gosztyle wsączać to zło do mych uszu.

Autor: Remigiusz Mróz
Tytuł: Testament
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Data wydania: 2018

Konsolidacja i dezintegracja [Film: Avengers. Wojna bez granic]

Gdy w 2008 r. pojawił się na ekranach kin Iron Man, nie spodziewałam się, że dziesięć lat później filmowa saga będzie realizowana z takim rozmachem i będzie obejmowała tylu bohaterów. Avengers: Wojna bez granic jest próbą połączenia wszystkich postaci w spójnych ramach. 

Punktem wyjścia dla nowej historii jest dramatyczne zakończenie historii z filmu Thor: Ragnarok. Statek z ocalałymi Asgardczykami spotkał na swej drodze Thanosa (trójwymiarowa nakładka na Josha Brolina) – tego wroga, który był zapowiadany od początku, którego celem było zebranie Kamieni Nieskończoności – artefaktów, które pozwoliłyby mu wprowadzić w galaktyce szczęście i dobrobyt za pomocą anihilacji połowy istnień.  Jednak jak to bywa  z wizjonerami – niedoceniony i ogłoszony szalonym, postanowił zmusić do posłuszeństwa niechętnych do uszczęśliwiania ich na siłę dobrobytem ludzi. 

Na sygnał SOS odpowiadają Strażnicy Galaktyki, którzy zawsze chętnie służą radą i pomocą w zamian za szekle lub statki, za to posłańcem dobrej nowiny o przybyciu Thanosa na Zimi jest Bruce Banner (Mark Ruffalo), który wpadł z niezapowiedzianą wizytą do Dra Strange’a (Benedict Cumberbatch).

Losy wszystkich postaci misternie się łączą, by wspólnie mogli stawić czoła ostatecznemu wrogowi. Nie jest to proste, bo w ciągu dekady postaci marvelowskich, godnych pokazania w ostatecznej rozgrywce namnożyło się niemożebnie (próbowałam ich policzyć, ale w sumie nie wiem, czy na przykład brać pod uwagę takie postaci jak War Machine i Okoye?), a i tak jest to nikły procent całego komiksowego universum.   I jedyną postacią, która – już tradycyjnie – nie ma żadnej ekspozycji, jest Falcon (tradycyjnie tego nie rozumiem, bo mam poczucie, że jest tam na doczepkę). Pozostałe postaci mają szansę się wypowiedzieć, błysnąć na ekranie, pokazać się ze swojej charakterystycznej strony – nawet nie mam poczucia niedosytu czy chaosu, a tego bałam się najbardziej. 

Twórcom udało się stworzyć świat, gdzie magia, technologia, bogowie i podróże kosmiczne swobodnie współistnieją i pozostają w służbie ogólnie pojętego dobra. Bo przecież tematem filmu jest walka Dobra, ze Złem, prawda? Ano, siłą Thanosa jest to, że jego przekonania są zrozumiałe, a podbudowa ideologiczna konsekwentna i bez zarzutu. W tym tkwi problem, bo przecież było już kilku dyktatorów, którzy w swoich reżimach wprowadzili podobne rządy przymusowej szczęśliwości (od razu skojarzył mi się Pol Pot, któremu udało się przymusowo uszczęśliwić 60% społeczeństwa swojego kraju, a Thanos się ograniczył jedynie do połowy). Więc tematem filmu jest bardziej obrona naszych przekonań przed przekonaniami realisty (sam Thanos w pewnym momencie w rozmowie z Drem Strange’em mówi: I am survivor, co na polski zostało przełożone jako „Jestem pragmatykiem”). I jest na tyle charyzmatyczną postacią, że ma swoich wyznawców, takich jak Proxima Midnight, Corvus Glaive czy Ebony Maw. Jest jednak jedna scena, która budzi moje wątpliwości co do postaci tytana – przed pozyskaniem Kamienia Duszy w rozmowie z Gamorrą wyznaje, że raz już odpuścił realizacje swego przeznaczenia. I albo zrobił to poza kadrem, albo na tyle dyskretnie, że mi to umknęło. Cóż, jest to powód, by obejrzeć wszystkie filmy od nowa. 

Udała się konsolidacja wszechświata, udał się niepokonany wróg, więc co się nie udało? Nie udały się sceny walk zbiorowych. O ile dynamika, choreografia i ujęcia są podobne do tych z Zimowego żołnierza i uznaję je za lepsze niż gorsze, o tyle porównanie mocy różnych bohaterów rozjechało się całkowicie. Najdobitniej to widać w scenie, gdzie w jednej potyczce biorą udział Scarlett Witch, Black Widow, Captain America i Vision. Z jednej strony to niuans, z drugiej – jeśli nawet ja to zauważyłam, to chyba jest widoczne. Muszę jednak przyznać, że na tyle elementów, które mogły nie wypalić, to naprawdę niewiele rzeczy się nie spięło. Prościej – w moim przekonaniu film wyszedł naprawdę świetnie. Widać też, że Marvel od kilku filmów ma bardzo zwartą koncepcję serii, czego nie można było powiedzieć o jej początkach. Jednocześnie twórcy konsekwentnie i spójnie realizują wszystkie wizje, nie zostawiając marginesu na liczne błędy i nieścisłości. Za to naprawdę duże brawa*.

Tytuł: Avengers: Wojna bez granic
Reżysera: Anthony Russo, Joe Russo
W rolach głównych: Robert Downey Jr., Chris Hemsworth, Mark Ruffalo, Chris Evans i in.
Rok produkcji: 2018

* Straszne to czasy, gdy chwali się produkcję za brak błędów.

Zwłoki na plaży i trup w szafie [Trup na plaży i inne sekrety rodzinne, Aneta Jadowska]

Magda Garstka wróciła po latach do rodzinnej Ustki i pracuje w pensjonacie babci. Babcia, znana manipulatorka, namówiła dziewczynę podstępem, by razem przebiegły maraton, zatem codziennie bohaterka idzie na plażę, by potrenować. Aż pewnego dnia znajduje na falochronie zwłoki. 

Wuj Magdy – lokalny policjant, zajmuje się dochodzeniem, lecz bez sukcesów. Ponieważ ojciec dziewczyny także parał się tym zawodem, nie mogąc się wyprzeć takiego dziedzictwa, podejmuje ona własne śledztwo, zwłaszcza że z pensjonatu znika gość.

Natomiast babcia Magdy zatrudnia u siebie coraz to nowe kobiety, które niedługo później odchodzą. To dziwne zachowanie także zastanawia bohaterkę, szczególnie gdy dowiaduje się, że ma bezpośredni związek z faktem, że po śmierci ojca musiała opuścić Ustkę i udać się z ciotką do Łodzi, zamiast zostać z dziadkami.

To pierwszy kryminał Jadowskiej i po serii niefortunnych powieści fantastycznych dostałam nieco przynudnawą, ale sprawnie napisaną powieść obyczajową z wątkiem trupa w tle. Bo wbrew tytułowi zwłoki na plaży nie graja pierwszych skrzypiec, są raczej pretekstem do ukazania problemu przemocy domowej. Co prawda rozwiązanie zagadki jest rodem z powieści Mroza (żeby nie powiedzieć, że dość wymyślone, ponaciągane i nawet dość oczytany w kryminałach czytelnik nie bardzo ma szanse się domyślić, co się wydarzyło nieszczęsnemu nieboszczykowi z falochronu).

Sama bohaterka zdaje się dość nijaka – w porównaniu do SuperDory czy zabójczej Nikity a nawet do szarego (ale szamańskiego) Witkaca – to ta dziewczyna jest absolutnie bezpłciowa. Jakkolwiek to pierwszy tom, boję się, co z niej wyrośnie w szóstym, szczególnie że doświadczenie z poprzednimi bohaterkami Jadowskiej mówią mi, że rozwój eskaluje szybko i nigdy w dobrą stronę. Póki co jest idealną bohaterką harlekina – nie ma przyjaciół, tylko ukochaną babcię, która jest trochę stuknięta. Stereotyp na stereotypie. Tymczasem zbliża się lato i jeśli chcecie odpocząć od plagowej powagi, to na wakacje weźcie Trupa na plaży. Nawet okładka (czy tylko mnie ta stylistyka rysunku przypomina wydania Chmielewskiej?) kolorystycznie pasuje do morza.

Autor: Aneta Jadowska
Tytuł: Trup na plaży i inne sekrety rodzinne
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Data wydania: 2018

Życie cudzym życiem [Fałszywy pocałunek, Mary E. Pearson]

Księżniczka Lia jest zmuszona do poślubienia księcia z sąsiedniego królestwa. Na ślubie ma go zobaczyć po raz pierwszy i uważa go za nieudacznika, który nie był w stanie sobie ułożyć życia bez pomocy zaaranżowanego małżeństwa. I jak każda wyzwolona bohaterka Bildungs Roman – postanawia uciec w dniu własnego ślubu.

Lia jest też Pierwszą Córką, która ma mieć wyjątkowe talenty. Problem w tym, że ma już siedemnaście lat i nie przejawia żadnych szczególnych zdolności, oprócz tych do pakowania się w kłopoty.

Po opuszczeniu zamku Lia wraz ze swoją służącą, Pauline, udały się do wsi Terravin, gdzie obie podjęły pracę u ciotki Berdi, jowialnej właścicielki zajazdu nad zatoką. Usługując do stołu, sprzątając pokoje i wykonując podobne prace, obie starały się zapracować na kąt w chacie za zajazdem. Jednak za Lią rusza w pościg dwóch mężczyzn. Jeden z nich to porzucony książę, wiedziony ciekawością udaje się w pogoń za niedoszłą żoną. Drugi – zabójca wysłany przez ojca za córką, która zdezerterowała z posterunku i zhańbiła królestwo. Bo choć można by uważać, że księżniczka nie jest żołnierzem –

 – Nie jestem wojownikiem w armii ojca.
Matka przysunęła się bliżej, pogładziła mnie po policzku i odrzekła:
– Owszem, kochanie, jesteś. (13 s).

Ciekawym zabiegiem jest to, że narracja jest prowadzona z trzech punktów widzenia – Lii, księcia i zabójcy. Jednak rozdziały są tak napisane, że właściwie do końca nie wiadomo, który z mężczyzn jest kim i jakie ma intencje wobec bohaterki. Dzięki temu czytelnik może rozwikływać tajemnice ich tożsamości wraz z Lią.

Fałszywy pocałunek jest jedną z licznych powieści o wyzwolonych nastolatkach w świecie fantasy, kolejnym pierwszym tomem cyklu. Jej siła tkwi  w dobrze zarysowanych bohaterach, których losy chce się śledzić. Bo chociaż wydarzenia nie pędzą, a atmosfera jest przesycona klimatem prowincji i fabula skupia się na szczegółach życia na wsi oraz na codziennej rywalizacji księcia i zabójcy o względy księżniczki, to ani nie nudzi, ani nie przytłacza czytelnika wydarzeniami. 

O świecie wiadomo niewiele, ale jest on bardzo ograniczony – w zasadzie całość dzieje się w Terravin i daje to Lii pretekst do porównań z wcześniejszym, pałacowym życiem. Niemniej pokazuje to też, że doświadczenie dziewczyna ma dość ubogie, a świat (pomimo zdobytego wykształcenia) niewielki. i pomimo bycia księżniczką, nie zamierza dłużej żyć takim życiem.

Niech zachętą dla nieprzekonanych będzie fakt, że sięgnę po drugi tom, by się dowiedzieć, jak potoczyły się dalsze losy trójki bohaterów. Bo choć może opis nie brzmi zachęcająco, to książka pozostawia po sobie dobre wspomnienia.

Autor: Mary E. Pearson
Tytuł: Fałszywy pocałunek
Wydawnictwo: Initium
Data wydania: 2017

Ważny film popkulturowy [Film: Czarna Pantera]

W nawale komiksowych filmów do śmieszkowania, jak Thor: Ragnarok czy nawet Liga Sprawiedliwosci, Czarna Pantera wraca do korzeni poważnych filmów o odpowiedzialności superbohaterskiej. Czy takie filmy są jeszcze potrzebne?

Książę T’Challa (Chadwick Boseman) szybko zostaje koronowany po śmierci swojego ojca w zamachu na szczycie ONZ. Cały świat postrzega afrykańską Wakandę jako biedne, rolnicze państwo. Tymczasem za fasadą ubóstwa kryje się zaawansowany technologicznie i bogaty kraj o długiej, mistycznej tradycji, broniony przez opiekuńczego ducha Czarnej Pantery. A wszystko to dlatego, że Wakanda leży na żyle vibranium – najlepszego metalu na Ziemi, a być może i we wszechświecie.

Jednak Wakanda nie jest bezpieczna – już w czasie rytuału koronacyjnego T’Challa zostaje wyzwany na pojedynek przez przywódcę lokalnego plemienia. Jednocześnie z zewnątrz przychodzi inny wróg, który nie tylko zamierza zawładnąć tronem afrykańskiego państewka, ale przede wszystkim rudą vibranium.

Ukazanie podwójnego wroga to bardzo dobry zabieg. Klaue (Andy Serkis), znany już z Avengers: Czasu Ultrona jest mocnym punktem wyjścia do zbudowania przeciwnika jeszcze lepiej osadzonego w świecie Czarnej Pantery. Killmonger ma wakandyjskie korzenie, ale dorastanie w Stanach Zjednoczonych powoduje, że ma zgoła odmienne doświadczenia społeczne niż T’Challa. Dla Killmongera vibranium może być wybawieniem dla całej społeczności Afroamerykanów na całym świecie. Z jednej strony jest idealistą (zupełnie jak prawowity władca), a z drugiej – odartym ze złudzeń mordercą, który upamiętnia ofiary, które zabił, poprzez umieszczanie kolejnych skaryfikacji na swoim ciele. Jego motywacje są bardzo altruistyczne, choć wykonanie planu – egoistyczne i krótkowzroczne.

Budowanie bohatera jest proste, baśniowe i schematyczne. To nie jest wada, to część konwencji filmu ekspozycyjnego. T’Challa zwycięża w pojedynku podczas koronacji, jest uznany za prawowitego władcę, więc gdy pojawia się uzurpator, podejmuje wyzwanie. Dowodzi to jedynie, że jeszcze nie był gotów na odpowiedzialność, która łączy się z władzą.

Do niewątpliwych zalet filmu należy aktorstwo drugoplanowe. O ile pierwszy plan jest poprawny, ale nie zachwyca, o tyle drugi jest świetny – niezawodny Martin Freeman, który dla mnie jest jednym z najbardziej wszechstronnych aktorów i sprawdza się zarówno w rolach dramatycznych, jak i komediowych, a tu występuje jako jeden z dwóch białych aktorów (!). Z bardzo dobrej strony pokazał się też Michael B. Jordan w brawurowej roli Killmongera, który łączy w sobie intelektualne dziedzictwo Wakandy oraz brutalny sznyt z Bronxu.

Nie sposób w białej Europie środkowej oglądać tego filmu w oderwaniu od kontekstu ideologicznego (jak się go określa współcześnie w Polsce). Na pewno nie pomaga słuchanie przejaskrawionego akcentu, który ma robić Afroamerykanina bardziej afrykańskim. Myślałam, że to cecha Khandi Alexander (która gra matkę Olivii Pope w serialu Scandal), ale w Czarnej Panterze tak mówili wszyscy. I nie wiem, na ile był to efekt zamierzony, a na ile autotroll.

Dwa  inne minusy to: szarża nosorożców. I znowu poczułam się, jakbym oglądała trzecią część Hobbita i zobaczyła prosiaki na planie. Zwłaszcza, że w innej scenie widać, że konie nie są obce w Wakandzie. I trzecia wada – choreografia walk. Nie wiem, co się wydarzyło, ale nie wyglądało dobrze. Szczególnie w porównaniu do Zimowego żołnierza i innych filmów o Avengersach. Oby legendarna Czarna Pantera nie okazała się najsłabszym ogniwem w Wojnie bez granic.

Zabrakło mi też mistycyzmu Wakandy – wydawało mi się, że ta wędrówka po zaświatach będzie bardziej eksponowana, a doradztwo przodków istotniejsze. Być może krytyka za oddalenie się od konserwatywnych korzeni należy sie nie tylko władcy, ale i twórcom filmu

Trudno było oprzeć się wrażeniu, że to nie jest film o Afryce tylko o imperialistycznym spojrzeniu na Afrykę. Wygląda na to, że w tej kwestii jeszcze wiele przed twórcami, nim przestaną uprawiać coś na kształt dyskursu poskolonialnego w atmosferze wygenerowanej wiedzy zachodu na temat Czarnej Afryki. I tak, zapewne w kontekście filmu o zabarwieniu ściśle ludycznym w ogóle nie powinnam zwracać uwagi na kwestie poprawnościowe, niemniej uważam, że przedstawienie Wakandy na sposób zachodni szkodzi obrazowi Afryki w ogóle, choć w kontekście komiksowego multiwersum idealnie wpisuje się w superbohaterską sagę i naprawdę niewiele można mu zarzucić jako filmowi akcji.

Tytuł: Czarna Pantera
Reżysera: Ryan Coogler
W rolach głównych: Chadwick Boseman, Lupita Nyongo’o, Michael B. Jordan, Danai Gurira i in.
Rok produkcji:
2018

Stereotyp kobiety i mężczyzny w romansie [Felieton]

Przeczytałam ostatnio cztery romanse erotyczne pióra Vi Keeland. Trochę przeszarżowałam z tą higieną mózgu, ale poczułam się jednocześnie zainspirowana do napisania o rolach kobiet i mężczyzn w powieściach tego typu. Co mam na myśli, pisząc „tego typu”? Ano – właśnie nie bardzo wiem, jak to scharakteryzować. Jeszcze nie Pięćdziesiąt twarzy…, ale już daleko za romansem. 

Wszystkie przeczytane przeze mnie powieści (Gracz, Szansa, Walka, Przebaczenie) orbitują swobodnie wokół sportu – footballu amerykańskiego oraz MMA. Jednak pełni on funkcję pretekstową, ale o tym za chwilę. 

Już z okładki atakuje nas nagi model. Jedna z części pokazuje nawet twarz, ale ustalmy, nie jest ona najistotniejszym elementem. Tutaj kluczowe fragmenty zostały zasłonięte skromnie napisem, niemniej widać dokładnie, z czym mamy do czynienia. Nie będzie miejsca na wstyd i pruderię.

Standardowe romanse mają fabułę możliwą do opisania jednym zdaniem: ona jest wycofana, a on jest dominujący, piękny i bogaty (nie dotyczy powieści Nory Roberts, dlatego ją lubię), znęca się nad nią psychicznie, wywołując syndrom sztokholmski, powieść kończy się nim go dopadnie policja. W powieściach Vi Keeland mamy kilka modyfikacji. Zacznijmy od kobiet.

Delilah, bohaterka Gracza, jest bardzo ambitna i zdeterminowana, by osiągnąć sukces w typowo męskim świecie komentatorów sportowych –

Na moje nowe stanowisko reportera sportowego w World Media Broadcasting aplikowało ponad trzydzieścioro kandydatów. I to ja miałam dzisiaj po meczu porozmawiać z zawodnikami, nie oni. Tym się od siebie różniliśmy. I chociaż przez ostatnich kilka lat pracowałam po osiemdziesiąt godzin tygodniowo, by znaleźć się tu, gdzie teraz byłam, to faceci spędzający w pracy po trzydzieści godzin twierdzili, że dostałam tę robotę przez łóżko. Niech ich szlag trafi.

Jest dość niezależna i nawet najsłynniejszy sportowiec o ksywie Subway („Chodzi o skojarzenie z siecią sklepów z kanapkami Subway. No wiesz… od niego możesz dostać pyszną, trzydziestocentymetrową przekąskę!” – ta uwaga jest dla mnie w opór seksistowska i nie do przyjęcia) nie jest w stanie jej zawstydzić, a wyłazi ze skóry, by to zrobić.  Dość podobnie sprawa ma się z bohaterką Walki, Elle, która sama o sobie myśli co najmniej dobrze –

Jestem mądra, mam świetną pracę, długie nogi, sterczące cycki, a dodatkowo wszyscy ciągle mi powtarzają, że facet, z którym się spotykam, jest niezłą partią i zerwanie z nim byłoby prawdziwą zbrodnią.

Jest prawniczką, kobietą pracującą i nie ma pojęcia o sporcie, dzięki czemu sukcesy jej klienta nie robią na niej wrażenia, choć jest znany w środowisku MMA i ma bronić tytułu mistrza. Bardzo natomiast przeżywa zerwanie z dotychczasowym chłopakiem, ale nie z powodu uczuć, którymi go darzy, ale z powodu przykrości, którą mu tym sprawiła. Ten element bardzo przypomina klasyczne romanse, których bohaterki starają się zadowolić wszystkich, nawet kosztem własnych uczuć czy ambicji. Z całego cyklu najmniej ustawiona zawodowo jest Liv, bohaterka Szansy. Dziewczyna dopiero walczy o pracę, która wydawała jej się wymarzona, ma zostać dziennikarką, jeśli tylko sprzeda swoją prywatność. 

Moje CV mówi samo za siebie. W college’u i na studiach podyplomowych uzyskałam średnią cztery zero, zajmowałam się redakcją studenckiej gazety, a podczas studiów magisterskich byłam asystentką jednego z najlepszych profesorów języka angielskiego.

[*] Natomiast Lily z Przebaczenia jest  współwłaścicielką sieci siłowni, specjalizujących się w szkoleniu zawodników mieszanych  sztuk walk.

We wszystkich wspomnianych książkach pojawia się motyw mezaliansu. Ojciec Jaxa mówi mu, żeby pobawił się Lily, ale żonę wybrał ze swoich, wysokich i ekskluzywnych kręgów. Prawniczka nie powinna się interesować facetem, który zarabia biciem innych facetów… Inną sprawą jest, że wszystkie te kobiety zainteresowały się mężczyznami, ponieważ (tu język powieściowy nie przystaje do moich standardów mówienia o seksie) byli oni interesujący pod względem erotycznym. I nie, autorka niczego czytelnikowi nie oszczędza, a pary nie zwykły prowadzić rozmów. Nawet nie chodzi mi o ambitne dyskusje o literaturze, oni nawet o zakupach nie gadają. Seks, rozejście do narożników, trochę gapienia się na siebie (bo on taki piękny, wspominałam o tym?), zwarcie…

A co panowie? Mężczyźni, ale tylko sławni, bogaci i przystojni, mają prawo do traktowania kobiet przedmiotowo. I teraz specyficzne jest to, że są seryjnymi monogamistami, przy czym serie są bardzo krótkie, rzekłabym nawet, że epizodyczne. A więc autorka daje im prawo do męskich żartów takich jak rozebranie się przed dziennikarką, by ją zawstydzić. Albo daje im prawo do kategoryzowania kobiet na lepsze i gorsze – i te gorsze można bzyknąć w łazience, bo na to pozwalają. Mimo że moralnie te dwie kategorie kobiet się od siebie nie różnią, a jedyne co charakteryzuje bohaterki to pójście z bohaterem do łóżka więcej niż raz. I o najważniejsze, autorka daje pięknym mężczyznom prawo do zwierzęcych ataków zazdrości, bo to jest męskie i wspaniałe. Ale jeśli bohaterowie nie są piękni, to nie mają prawa do bycia męskimi.

Szczerze powiedziawszy te powieści zostawiły mnie z papką z mózgu. Nie mogę się pogodzić z tym, że wiele lat walk ze stereotypami, a jedyne co się udało osiągnąć w literaturze w tej kwestii to jej zwulgaryzowanie i sprowadzenie związków do erotyki. I tak, wiem że jest to tylko część rynku wydawniczego, niemniej liczba odbiorców powieści prostych i ze szczęśliwym zakończeniem wciąż przewyższa te ambitne, nawet niekoniecznie nagradzane Noblem.

Zamknięcie trylogii Dworów || Spoilery

Na zakończenie serii o Dworach, Sara J. Maas serwuje nam przygotowanie do epickiej bitwy. Ale zanim bitwa, najpierw trzeba zniszczyć trochę złudzeń.

Dwór skrzydeł i zguby czytałam bardzo długo. Początek, kiedy Feyra wraca na dwór wiosny i robi z Tamlina kretyna był dla mnie bardzo niski. W poprzedniej części, gdy bohaterkadokonała heroicznych czynów, byłam przekonana, że był to element dojrzewania. Jakież było moje zdziwienie, gdy jej głównym zadaniem jest zemsta.  I to nawet nie dlatego, że wsparł nie tego władcę i doprowadził jej siostry do Kotła, ale po to, by prawdziwe oblicze Rhysanda nie wyszło na jaw. 

W drugim tomie dużo było mowy o tym, jak to wspaniale, że są z Rhysandem, bo skoro już mają tę więź, to mogą tworzyć pełen radości i miłości związek. Ale co się dzieje, gdy jest sama więź, a na jej końcu taka Elaina? Albo co gorsze – Nesta? Ale mój ulubieniec, Lucien, trafił na Elainę, poznał ją, spakował się i wyjechał. I w zasadzie autorka zostawia czytelnika w błogiej nieświadomości, co to może oznaczać.

Hitem książki jest Tamlin, którego przykład dowodzi, że od miłości do nienawiści droga jest niedaleka. Faktem jest, że Feyra dała mu wszelkie powody, by pałał żądzą mordu, a ona wyskakuje z żądaniem, by stanął po jej stronie w wojnie. Więc tego. Chciałabym to skomentować, ale się nie da.

Maas w tym tomie wzięła się za retelling mitu chrześcijańskiego. Po co? Tego nikt nie wie, bo często są to jednozdaniowe wzmianki, niewnoszące niczego do interpretacji fabuły. Zresztą cała mitologia tej powieści to jakiś wesoły misz-masz:  * Kocioł pojawił się jako artefakt deus ex machina i tak samo zniknął. Nikt nie wie, co to, jaką mocą dysponuje (widać, że w każdej chwili inną), skąd się wziął, jaki ma cel istnienia – to takie bóstwo samo w sobie, które jest i ewentualnie go nie ma. * Feyra namawia Rzeźbiącego w Kościach i jego siostrę Tkaczkę, by wzięli udział w wojnie. Są oni prastarymi bóstwami śmierci z innych wymiarów, które hasają wesoło po Prythianie, ale ostatecznie okazuje się, że nie mają nad śmiercią żadnej władzy.

* Amrena, początkowo opisana jako wampir, w Dworze skrzydeł i zguby teraz zostaje spersonifikowana jako dziesiąta plaga egipska – sama śmierć. Z jednej strony rozumiem, że jest niebezpieczna, ale przecież mieszkańcy Velaris ją znali, ona znała ich, więc po co mieliby ją przebłagiwać krwią? 

* Rhys poświęca się dla całego Prythianu i jak ten mesjasz zmartwychwstaje… Zostawię to bez komentarza.

Jedno co wyszło, to scena batalistyczna. Oczywiście wydarzyły się tam rzeczy nieprawdopodobne, ale mimo to był to jasny punkt w końcówce, przez którą brnęłam. Brnęłam, bo cała powieść mogła się skończyć w jeden sposób i szczerze powiedziawszy, nie chciało mi się już tego czytać. Jednak w połączeniu z pierwszą sceną z powieści, gdy Rhys przechadza się po polu bitwy w poszukiwaniu skrzydeł, daje całkiem zgrabną klamrę. Szkoda, że są późniejsze wydarzenia, które rujnują dobre wrażenie. 

Nie mogę nie wspomnieć o tym, że  całkiem dziwne rzeczy dzieją się tez na poziomie językowym. Nie wszyscy bohaterowie  mogą latać, nie wszyscy umieją się teleportować. Ci, którzy potrafią, biorą pasażerów, by… ich przeskoczyć.

Jestem rozczarowana tym tomem, ale nie dlatego, że nie wszystkie wątki są pozamykane, bo już są zapowiedziane kolejne publikacje z tego uniwersum i mogę żyć nadzieją, że Lucien dostanie swoje pięć minut. Rozczarowało mnie, że budowana z takim wysiłkiem epicka historia nie udźwignęła swojej epickości i się zawaliła przed epickim zakończeniem*. Że autorka nie dała rady pociągnąć swoich pomysłów i gdzieś za połową tomu wypadły jej z ręki wszystkie sznureczki z wątkami. Nawprowadzała postaci i artefaktów (na przykład Bryakis czy ojciec, który nagle i niespodziewanie wyrósł na herosa, zwierciadło Uroboros), których nie potrafiła uzasadnić i wyprowadzić elegancko z fabuły. Z tego punktu widzenia lepiej byłoby zakończyć po spotkaniu książąt i lepiej porozkładać akcenty, zamiast przerzucać wszystko na bitwę opisaną na kilku stronach. Na pewno sięgnę po kolejne książki z cyklu, by zaspokoić swoją ciekawość, ale niesmak pozostał i nie wiem, czy cokolwiek będzie w stanie go zneutralizować.

Autor: Sarah J. Maas
Tytuł: Dwór skrzydeł i zguby
Wydawnictwo: Uroboros
Data wydania: 2017

* Nagromadzenie epickości zamierzone.

Miasto na księżycu [Artemis, Andy Weir]

Druga po Marsjaninie powieść Andy’ego Weira to gratka dla wielbicieli debiutu tego autora. 

Jazz Bashara mieszka w księżycowym mieście Artemis, gdzie wykonuje pracę kuriera. Jest skłócona z ojcem, klepie biedę, mieszka w najbiedniejszej dzielnicy, która charakteryzuje się tym, że jej mieszkańcy śpią w szufladach (podobny wynalazek mają w hotelach Japończycy dla pracowników korporacyjnych), prysznic na korytarzu, dzielony z innymi mieszkańcami, a na dodatek natrysk może trwać tylko chwilę.

Mam tu łóżko i półkę. Nic poza tym. Wspólna łazienka mieści się na końcu korytarza, a prysznice kilka korytarzy dalej. Moja trumna nieprędko zagości w programie Księżycowy dom marzeń, ale nie stać mnie na nic lepszego.

Weir dużo miejsca poświęca na opis budowy i konstrukcji samego miasta. Składa się ono z pięciu baniek o różnym poziomie luksusu. Same bańki są z aluminium:

(…) nie mamy tutaj czegoś takiego jak popołudnie w sensie astronomicznym. Co dwadzieścia osiem dni ziemskich słońce staje nad nami w zenicie, ale i tak go nie widzimy. Każda bańka ma dwie grube na sześć centymetrów ściany, między którymi znajduje się warstwa pokruszonych skał. Można by ostrzeliwać miasto z haubicy i nic by się nie stało. Światło słoneczne też nie przebije tego pancerza.
Więc skąd wiemy, która godzina? Używamy tego samego czasu co Kenijczycy. Jest popołudnie w Nairobi, więc w Artemis również.

Dlaczego Kenia akurat została  monopolistą usług zaziemskich też Weir wyjaśnia długo i dokładnie. A zatem zanim się na dobre zacznie akcja, najpierw mamy nakreślony (a właściwie odmalowany jak u van Gogha) świat przedstawiony. Trochę szkoda, moc Marsjanina właśnie tkwiła w tym, że pomiędzy akcją a odpoczynkiem była równowaga i autor – ustami bohatera – objaśniał czytelnikowi świat i aspekty naukowe na marginesie działań. W Artemis – w moim odczuciu – zabierają przestrzeń akcji. Ta zaczyna się na dobre, gdy Jazz dostaje propozycję nie do odrzucenia: za zniszczenie kilku koparek ma dostać milion gitów. Jednak okazuje się, że to tylko wierzchołek góry lodowej, z którą sama Jazz sobie raczej nie poradzi. 

Powieść zawiera uderzającą dawkę twardej nauki w bardzo przystępnej formie. Świat przedstawiony jest spójny, kompletny i widzę to, jak nasza rzeczywistość za 50 lat może stać się tamtą. Jednak całkowity brak kontroli nad tempem akcji był dla mnie ciężki do zaakceptowania. Najpierw do połowy książka się rozpędzała, by tuż przed końcem nie zwolnić ani na trochę i zderzyć się z końcem, który najwyraźniej nadszedł za szybko. Drugim elementem trudnym do zniesienia była bohaterka. Nawet nie chodzi o to, jakie podejmowała decyzje, ale ona się po prostu nie dawała lubić. Być może wpływ na to ma pierwszoosobowa narracja.

Uważam, że debiut był lepszy, ale i Artemis nie jest złą książką. Pokazuje, że życie na Księżycu (pomimo mniejszego przyciągania) potrafi być ciężkie). Książka traci na błędach redaktorskich, ale świat przedstawiony to majstersztyk, który ma solidne podstawy i nie każe czytelnikowi w nic wierzyć na słowo autora, co jest grzechem wielu współczesnych pisarzy. 

Aha, jest też jeden solidny i jeden mniej solidny ship. Oba mnie uszczęśliwiają!

Autor: Andy Weir
Tytuł: Artemis
Wydawnictwo: Akurat
Data wydania: 2017

Deus ex machina [Początek, Dan Brown]

Dan Brown nie słynie z błyskotliwych powieści  o głębokim przesłaniu. Jego historie są za to pełne zwrotów akcji, pięknych kobiet i elokwentnych mężczyzn Mam do nich słabość, bo są lekkie i przyjemne oraz nie wymagają specjalnie dużo myślenia. Początek to piąta książka, której bohaterem jest Robert Langdon, profesor semiologii z Harvardu. Lubię historię tej postaci i jej wcześniejsze przygody, bo chociaż są przegięte, to jednocześnie silnie wciągające.

W tej części Langdon dobiega sześćdziesiątki, a jeden z jego pierwszych studentów, Edmond Kirch, zamierza przedstawić odkrycie, które ma wstrząsnąć wszystkimi religiami w posadach, a może nawet je zniszczyć. Odkąd skonsultował się w tej sprawie z przedstawicielami różnych religii, dostaje pogróżki, ale milioner, wizjoner i futurysta nie zważając na konsekwencje, ma zamiar podzielić się śmiałymi tezami z szerokim gremium w Muzeum Guggenheima w Bilbao. Niestety, nie ma po temu okazji, ponieważ podczas transmisji na żywo, zostaje zastrzelony.

Langdon wraz z narzeczoną księcia Hiszpanii – Ambrą Vidal, i Winstonem, sztuczną inteligencją postanawiają zrobić wszystko, żeby jednak odkrycie Kircha trafiło do swoich odbiorców. I tu pojawiła się u mnie pierwsza wątpliwość – z kim miałabym go shippować? Wszak Langdon jest przeintelektualizowanym odpowiednikiem Bonda, a Bond ma zawsze kobietę. Ambra jest piękna, mądra i ma pozycję, ale jest też narzeczoną Don Juliana. Co prawda mu nie ufa i podejrzewa, że jako przywódca katolickiego kraju, stoi za śmiercią słynnego ateisty, ale   c h c e   mu wierzyć i szuka oznak dobra. Winston ma brytyjski akcent i nawet gdyby to miała być nowoczesna powieść z wątkiem homoseksualnym, to jednak o ciągoty do elektroerotyzmu Browna podejrzewać nie podobna. Właściwie cały wątek Ambry, księcia Juliana jest chybiony, a podkreślanie katolickości Hiszpanii jest jakieś niewłaściwe, podobnie jak mówienie tak o innych krajach, o ile nie są to państwa wyznaniowe.

Niestety, Brown nie silił się na żadne subtelności. A szkoda. Jest to powieść z tezą i autor nie pozwala o tym zapomnieć ani na moment. Wykształcony, mądry profesor z pamięcią ejdetyczną ma do czynienia po raz pierwszy ze sztuczną inteligencją i co robi? Ufa jej bezgranicznie, słucha we wszystkim i pozwala kierować swoimi krokami. I nic, absolutnie nic Langdona nie tknęło, gdy komputer mu wyjaśniał, że Kirch prosił SI o to, by zwiększyła mu zasięgi, że zostało mu kilka dni życia. Ale zapewne żadnemu z nich starszy brat nie powiedział tego, co mnie (a zapadło mi to w pamięć głęboko), że komputer robi to, co mu każesz, a nie to, czego chcesz. Ale nie tylko Langdon wypada blado w starciu z komputerem – absolutnie wszyscy zachowują się jak po lobotomii. Nie bez powodu uważa się czasy Mitnicka za słusznie minione i uczula ludzi, żeby się nie dawali łapać na metody na wnuczka czy inne oszustwa. Tymczasem ktoś dzwoni z dziwnym poleceniem i nikt go nie sprawdza, po prostu jest wykonywane – przez pracownika, biskupa, księcia – tam aż się roi od naiwnych ludzi. Mitnick miał rację, że najsłabszym ogniwem komputera jest człowiek.

A już wisienką na torcie był eksperyment myślowy w środowisku symulacji komputerowej. Nauka taka poważna, wnioskowanie takie prawdopodobne!

I jeśli odpowiedź na pytanie: „skąd przyszliśmy?” jest naprawdę fascynująca, to odpowiedź na pytanie o cel naszej podróży was zszokuje.

Mnie szokuje, że przez większość książki nikogo nie obchodziło złapanie mordercy Kircha. Na miejscu Langdona, którego policja ściga jako głównego podejrzanego po całej Hiszpanii, poświęciłabym choć jedną myśl, kto to zrobił i jakie miał motywy. Nope. Puszczenie w eter pośmiertnej kompromitacji futurysty i milionera wydało się istotniejsze.

Całość jest utopiona w sosie z Gaudiego. W zasadzie można by urządzić sobie wycieczkę śladami Langdona, odwiedzającego naznaczone Gaudim miejsca. Zapewne, podobnie jak Brown, można je zobaczyć w google maps. Takąż ma to wartość poznawczą.

Nie mogę powiedzieć, że mi się ta powieść podobała. Według mnie miała problemy z utrzymaniem tempa akcji, wkradało się mnóstwo dłużyzn, pseudofilozoficznych i pseudonaukowych rozważań. Nawet dialogi nie podtrzymywały iluzji dziania się. Nie rozumiem motywacji bohaterów (może poza Ambrą, którą mogłam zrozumieć w pewnych aspektach, ale był bardziej z tyłu niż tradycyjne kobiety Bonda, a nawet Langdona), nie rozumiem wymowy tej powieści, nie rozumiem do kogo jest w takim razie skierowana, ale z całą pewnością nie do mnie, choć rozumiem lęk przed postępującą komputeryzacją. Zastanawiam się, czy to dlatego, że to kolejna powieść o zagrożeniach płynących ze strony nowych technologii, czy po prostu temat został zrealizowany przez Browna wyjątkowo nieudolnie.

Autor: Dan Brown
Tytuł: Początek
Wydawnictwo: Sonia Draga
Data wydania: 2017

Kilka myśli po Ostatnim Jedi [Film: Gwiezdne wojny. Ostatni Jedi]

Beware! Nisko latające spojlery!

Po Przebudzeniu Mocy spodziewałam się tego, co zwykle – Nowy Porządek triumfuje, Rey biega z Lukiem na plecach po bagnach, a Snoke wysyła po nią Kylo. 

Generał Hux (Domhnall Gleeson) próbuje dobić pozostałą przy życiu garstkę rebeliantów, jednak naprzeciwko jego okrętu liniowego staje Poe Dameron (Oscar Isaac) w X-wingu i próbuje kupić czas pozostałym na skok. I byłoby to sensownie działanie, gdyby nie drobiazg – Porządek już ma już technologię, która pozwala namierzać statki w trakcie skoków. Więc nie dość, że Dameron naraził na straty rebeliantów, to całe poświęcenie poszło na marne.

Generał Hux to odpowiednik admirała Tarkina. Jest on taki biedny, że aż mi go żal. Choć nie, Tarkin był przerażający – albo ja byłam znacznie młodsza – Hux jest natomiast komiczny. Taki chłopiec do kopania. Niby jest dowódcą, ale zarówno Snoke (Andy Serkis), jak i Ren (Adam Driver) pomiatają nim na potęgę, wykorzystując najmniejsze słabości. O większej słabości – władzy, nie wspominając. 

W tym czasie Rey (Daisy Ridley) zostaje brutalnie odarta ze złudzeń. Staje twarzą w twarz z legendą, swoim idolem, podniosła scena, która była clifhangerem Przebudzenia mocy zostaje dosadnie dokończona – Luke wyrzuca miecz za siebie, prawdopodobnie mając nadzieję na to, że trafi do morza. Bo emerytowany Skywalker zamieszkał w Hobbitonie! Piękna wyspa, która skrywa tajemnice pierwszych Jedi i ich święte teksty, ale wygląda jak wyjęta z filmów Jacksona. Nie dość, że mistrz Jedi nie zamierza wrócić i wspomóc Rebelii, to jeszcze uważa, że zakon powinien umrzeć razem z nim. Wziął na swoje barki śmierć Hana, pogrążenie Republiki w mroku, stworzenie Kylo Rena –  wszystkie mroczne konsekwencje jednej myśli. Jednak cechami młodych są upór i nadzieja, więc zamiast uciec z planety, dzień w dzień stara się przekonać Luke’a do powrotu. On zaś jej udowadnia, że jedynym sensem jego resztki życia jest doczekać śmierci. Do momentu, w którym pojawia się więź mocy między Rey i Kylo. Jest to ten rodzaj więzi, który dotychczas Luke dzielił z Leią i miałam wrażenie, że jest to ich cecha jako bliźniąt, jednak nic nam nie zostanie oszczędzone.

Cały film przebiega pod hasłem nadziei. Gdy widzimy wykrwawiającą się Rebelię, najważniejsze jest, by choć kilku jej strażników zostało, by byli iskrą rozpalającą ogień w całej Republice (eksplicytnie!). Pod jej znakiem następuje największa przemiana bohatera, gdy Dameron z postrzelonego chłopaka, który bez planu, ale z dużą dozą huraoptymizmu stawał sam naprzeciw okrętu liniowego – w postać, która jest gotowa nieść otuchę innym z większą rozwagą i dbałością o zasoby, a także ponosić konsekwencje swoich czynów i brać odpowiedzialność za innych. Pomiędzy pierwszą sceną (w której nie tyle zniszczył okręt liniowy, co pozbawił się wszystkich bombowców. Biorąc pod uwagę w zasadzie nieskończone zasoby Nowego Porządku, poświęcenie zupełnie nieadekwatne do poniesionych strat) a ostatnią, w której już jawi się jako namaszczony przez Leię przywódca dojrzewa bardziej niż pozostali bohaterowie razem wzięci.

Druga przemiana należy do Kylo Rena, choć nie tak spektakularna. Zachowujący się jak rasowy piętnastolatek napędzany hormonami i nienawiścią do wszechświata Ben, odnalazłszy na drugim końcu łącza Rey – Yin dla swojego Jang, jasność dla swojego mroku, dopełnienie swojej pustki (aż mnie korci, żeby dopisać że zasmażkę do schabowego, ale boję się, że wyjdzie sprośnie) – staje się bardziej spójny, mniej rozchwiany emocjonalnie. To nie oznacza, że dojrzał, ale to nie jest wymagane dla czarnych bohaterów.

W Ostatnim Jedi jest też najpełniej podana doktryna mocy. Nie jest to naiwna alchemia dla ubogich, jak w pierwszej trylogii, gdzie nie masz dziedzictwa midichlorków, to giniesz. Nie jest to też tajemna magia, której zrozumienie przerasta chłopaka z farmy na pustyni. To potężna, mistyczna siła, napędzająca i przenikająca wszystko. Brak wcześniejszego usystematyzowania może i dodawał mistycyzmu, ale pokazywał też strony: jasną i ciemną jako wrogie. Tymczasem są dwiema stronami tej samej monety.

Nie wspomniałam dotychczas o Finnie (John Boyega), który leci do miasta-kasyna, by odnaleźć najlepszego hakera we wszechświecie, który złamałby zabezpieczenie Nowego Porządku i pozwolił odlecieć garstce rebeliantów. Ale ponieważ jest magnesem na kłopoty, znajduje jakiegoś hakera, wpada w ręce trooperów i przekonuje się, że wojna nie jest przygodą, nie jest powołaniem ani nawet złem. Wojna jest biznesem. Tak dobitnie gorzkiej refleksji nie spodziewałam się po filmie przygodowym, choć zwiastuny zmiany myślenia były widoczne już w Rouge One. 

Oczywiście – film bazuje na kliszach. Wszak tak właśnie działa kultura popularna – sięgając po nią, dostajemy to, co już znamy, choć ponownie przetworzone. Jednocześnie mam wrażenie, że jest bardziej odważny, pojawiają się te same toposy, ale pokazane inaczej niż dotychczas. Scenariuszowo – bez zarzutu. Takie Gwiezdne wojny chcę oglądać!

Tytuł: Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi
Reżysera: Rian Johnson
W rolach głównych: Daisy Ridley, Adam Driver, Oscar Isaac, Carrie Fisher, Mark Hamill i in
Rok produkcji: 2017