Tragedia na letnisku [Żmijowisko, Wojciech Chmielarz]

Wakacje z rodziną i przyjaciółmi powinny być czasem beztroski, jednak gdy znika dziecko, życie przeradza się w koszmar. Rodzice nie ustają w poszukiwaniach, a na znajomych to wydarzenie wywiera niezatarty wpływ.

W Żmijowisku rok temu doszło do tragedii i zaginęła nastoletnia Ada. Spędzała wakacje z rodziną i przyjaciółmi matki z czasów studiów, źle się czując pośród dorosłych i małych dzieci. Jedynym rówieśnikiem był syn właścicieli letniska, ale z nim również nie wydawała się bliżej zakolegować. Gdy zatem doszło do zaginięcia, wszyscy starają się odnaleźć dziewczynę. Dla mieszkańców to fatalna antyreklama, dla pozostałych – osobista tragedia.

Fabuła zaczyna się od przyjazdu do Żmijowiska zrozpaczonego Arka, ojca, który po roku pragnie wznowić poszukiwania córki na miejscu, jednak nie jest mile widzianym gościem. Na miejscu spotyka Adaomę, która również wróciła do letniska z powodu zeszłorocznego wydarzenia. Łączą siły, by po kolei odkrywać tajemnice, które skrywali ich przyjaciele oraz te, których wciąż strzegą mieszkańcy.

Narracja jest prowadzona w kilku płaszczyznach czasowych: rozpoczyna się rok po zaginięciu Ady, by wrócić do czasu bezpośrednio poprzedzającego wydarzenie oraz okresów pomiędzy i ta szarpana, epizodyczna struktura oraz przerzucanie osi bohatera między kilkoma postaciami nieco utrudnia odnalezienie rytmu. Powoli jednak widać dynamikę relacji pomiędzy poszczególnymi bohaterami oraz wpływ jaki na nie miała tragedia – jak rodzice nie potrafią się pogodzić z zaginięciem i oboje próbują sobie z nim radzić na różne sposoby.

Żmijowisko jest reklamowane jako kryminał, jednak nie mogę się zgodzić z tą oceną – większość książki to dogłębna analiza radzenia sobie z sytuacją, obyczajowy obraz tragedii  oraz ukazanie relacji w grupie i Chmielarz niewiele miejsca poświęca na prawdziwe kryminalne śledztwo. Nawet zmagania ojca z sąsiadami i ulotkami są podlane piwem, którym zapija swoją rozpacz i raczej próbuje uzasadnić swoje istnienie niż naprawdę coś zdziałać.

Do wad powieści muszę zaliczyć nierówne tempo. Ponad połowa książki ciągnie się jak leniwe, upalne lato, choć opowiada o wydarzeniach mocno dramatycznych. Jednak nie na sytuacji, a na jej konsekwencjach kładzie nacisk autor i poddaje wiwisekcji nie zdarzenia prowadzące do kulminacji, lecz relacje i ich rozpad. Po przekroczeniu dwóch trzecich książki nabiera ona rozpędu, liczba bohaterów się skraca drastycznie i zaczynamy dążyć do rozwiązania sytuacji.

Niewątpliwą zaletą jest jednak to, że nawet gdy już wydaje się czytelnikowi, że rozwikłał zagadkę, autor ciągnie go dalej ku prawdziwemu wyjaśnieniu.

Ze Żmijowiskiem łączą się nieprzyjemne emocje a tajemnica zaginięcia wydaje się znacznie gorsza przez to, że dotyczy jeszcze dziecka. Do  końca towarzyszyły mi strach, niepewność i obrzydzenie. Był też moment, gdy myślałam, że nie podołam lekturze – książkę zaczęłam czytać w wakacje, a skończyłam tuż przed końcem roku – bo jestem dość wrażliwa na nieszczęście, które przydarza się dzieciom.

autor: Wojciech Chmielarz
tytuł:
Żmijowisko
wydawnictwo:
Marginesy
data wydania: 2018

W zaklętym kręgu [Różaniec, Rafał Kosik]

Po tragicznym kataklizmie, który zniszczył Ziemię, ludzie przeżyli w miastach zawieszonych bezpośrednio w przestrzeni kosmicznej. Świat z poziomu globalnej wioski został zredukowany do niewielkie przestrzeni stacji kosmicznej. 

O samej katastrofie, która zmusiła ludzkość do porzucenia rodzinnej planety, atomizacji i radykalnego podziału społecznego, nic nie wiadomo, nazywa się ją Przemianą.

Kilkaset metrów na zachód od parku Moczydło Wola kończyła się Barierą, za którą rozciągały się tylko czerń kosmosu i gwiazdy. Odolany i Jelonki nie przetrwały Przemiany. Teraz, nocą Harpad nie czuł tu takiego przygnębienia, ale w ciągu dnia starał się unikać dzielnic granicznych. Poniżej pięćdziesięciu metrów od Bariery iluzja słonecznego nieba zaczynała znikać. Tafla widziana pod ostrym kątem nie odbijała błękitu. Rozmyta czarna dziura na pół nieba chyba u każdego powodowała niepokój. Jasno jak w dzień, a jednocześnie obok, na wyciągnięcie ręki gwiazdy świecą w idealnej czerni kosmosu. (Część I, rozdz. IV)

W tych okolicznościach największym problemem stała się przestępczość. Aby sobie z nią poradzić, został wprowadzony system działania prewencyjnego g.A.I.a., dzięki któremu można wyeliminować ludzi, którzy  mogliby zagrozić w jakiś sposób porządkowi społecznemu. Zlicza on Punkty Zagrożenia (PZ), które przyznaje na podstawie nieznanego nikomu algorytmu. Ludzie korzystają z usług nuzzlerów, hakerów będących w stanie odczytać poziom punktów poszczególnych obywateli, aby spróbować się w jakiś sposób uchronić przed zniknięciem z powierzchni pierścienia – choćby zamykając się w więzieniu.

Bohaterem powieści jest prawdopodobnie jedyny prawdziwy nuzzler, Harpad. Na pierwszy rzut oka jest podobny do Sneera z Limes inferior – są najlepsi w swoich nielegalnych zawodach, ślizgają po powierzchni normalnego życia. Harpada mocno przy normalności trzyma ośmioletnia córka. Choć z jej matką nie mają najlepszej relacji, to spotkania z Marysią są dla niego najważniejsze. To właśnie dla niej się poświęca, gdy mafia żąda od niego współpracy.

Obracał w dłoniach banknot sprzed Przemiany. Znad jedynki i trzech zer patrzył na niego Mikołaj Kopernik. Stary astronom nie uwierzyłby, co ludzie zrobili z Układem Słonecznym. (Część I, rozdz IV)

Technologia sterująca życiem jest już tak zaawansowana, że niedostrzegalna dla mieszkańców różańca. Systemy podtrzymywania życia, światło czy nawet sposób w jaki g.A.I.a identyfikuje i zarządza punktami, są całkowicie niedostrzegalne, zupełnie jakby były naturalnymi procesami. Co więcej, próby wzbudzenia dyskusji na te tematy są całkowicie ignorowane.

Przypomnę, że praktycznie biorąc, nie wiemy, czym jest Niesłońce.
Są takie tematy, które znikają, nim się na dobre pojawią. — Profesor podrapał się za uchem. — Nazywam je publicznymi czarnymi dziurami. Ludzie wykazują wręcz chorobliwy brak zainteresowania, jakby sama myśl o nich sprawiała przykrość.  (Część II, rozdz. VII)

Kolejnym podobieństwem do zajdlowskiej powieści jest to, że Harpad w pewnym momencie musi się dowiedzieć, co się dzieje z ludźmi po eliminacji, wyrusza na poszukiwania na kraniec znanego mu świata, przekracza granicę, by poznać prawdę. Spotyka całą społeczność ludzi żyjących poza marginesem normalności, których przydatności nikt nie zna – eliminacja pozostaje naiwnym procesem, który uznaje, że jeśli pozbawi się ludzi ich dotychczasowego życia, to przestają być niebezpieczni.

Zatem miał uszkodzony chip ID. Czy to w ogóle możliwe? Harpad nie miał pojęcia, kiedy ani gdzie był wszczepiany chip ID. Czy działo się to zaraz po urodzeniu, czy przy okazji któregoś z obowiązkowych szczepień? Chodziło o bezpieczeństwo. W chipie mieściła się cała zewnętrzna tożsamość człowieka, zatem jego kradzież oznaczałaby kradzież tej części tożsamości. (Część II, rozdz. III)

Wydaje się, że przejście Harpada z normalnego życia do świata po eliminacji jest też granicą dla autora, po której zaczął gubić wątki, umknęła mu logika, zostawił czytelnika z niewyjaśnionymi zagadnieniami. Pierwszym nasuwającym się pytaniem jest – kto w ogóle ma władzę w Warszawie? Politycy pozostają pod wpływem PZ, tymi steruje mafia, mafią zarządza g.A.I.a, a nad nią kto ma kontrolę?  Początkowo wygląda jak by to miała być mafia, ale ostatecznie nie ma co do tego pewności. Prawdę powiedziawszy na koniec zostałam z poczuciem, że prawdziwej władzy Kosik nie pokazał. Zajdel przewidziałby jeszcze ze dwa poziomy wtajemniczenia dla bohatera, dlatego wydaje mi się, że Różaniec kończy się za wcześnie. Czym tak naprawdę jest g.A.I.a, czy jest SI i czy jest samosterująca? Jak mafia zarządza nieistniejącym podziemiem, kto je karmi? Jak sąsiad z kiosku wrócił? O co chodziło z żoną Zdonka? Jakim sposobem nuzzler mógł stwierdzić, ile punktów za rozmowę dostał człowiek z odwirowaną krwią?

Rozumiem jednak i godzę się z tym, że nie odpowiedzi na powyższe (i wiele innych zapewne) pytania były kluczowe dla fabuły, a żądza poznania na nie odpowiedzi wynika z wrodzonej mojej ciekawości i gdyby została ona zaspokojona, zapewne oceniałabym książkę inaczej. Tymczasem autor przede wszystkim stawia pytania o bycie świadomym (także obywatelem), o mechanizmy zarządzania zasobami, o to, co robimy z wiedzą oraz o to, kto ją kreuje. Jesteśmy sterowani mniej lub bardziej subtelnie przez wiele różnych aspektów, między innymi media, technologię. A jeśli drążymy, porównujemy, staramy się wiedzieć i widzieć więcej?

Często wybierano niezależność, jakby w oczekiwaniu, aż dziwne czasy miną. Ale przecież one nie miną, pierścienie nigdzie nie dolecą. Kręcą się w kółko na słonecznej karuzeli. Karuzeli z diabelskich młynów. Różaniec miast nanizanych na nić grawitacyjną. Prędkość obrotowa dobrana tak, by udawać grawitację, czas obiegu wokół Słońca identyczny z dawnym rokiem ziemskim. Nie ma stąd ucieczki. (Część I, rozdz. IV)

autor: Rafał Kosik
tytuł:
Różaniec
wydawnictwo:
Powergraph
data wydania: 2017

Co Grindelwald ma ze zwierza? [Film: Fantastyczne zwierzęta. Zbrodnie Grindewalda]

Druga część Fantastycznych zwierząt przyniosła mi tyle radości, co cierpienia. Dlaczego? Dlatego, że spodziewałam się filmu o świecie dorosłych czarodziejów, a dostałam obraz napędzany tumblrem i stereotypami. 

Grindelwald (Johnny Depp) ucieka z transportu więziennego. Metoda tej ucieczki wskazuje na jego geniusz od razu od pierwszej sceny. To nie jest Voldemort, przed którym trzęsie szatami cała szkoła i rodzice uczniów Hogwartu. To jest czarodziej, przed którym drży cala Europa. On myśli wiele kroków do przodu, by rozegrać grę swojego życia i wyjść z niej zwycięsko. 

Tymczasem wszyscy pragną znaleźć Credence’a (Ezra Miller), a zwłaszcza on sam inwestuje wszystkie moce, by odkryć swą tożsamość. Aby tego dokonać, malowniczo rujnuje cyrk, w którym tymczasowo się ukrywał, aby łatwiej go było namierzyć. Porywa Naginię (Claudia Kim) i udaje się w podróż dorastającego chłopca ku dojrzałości. Jego tropem rusza Tina (Katherine Waterston), tropem Tiny – jej siostra Queenie (Alison Sudol)… Choć sam Albus Dumbledore (Jude Law) wyznaczył Newta (Eddie Redmayne) do tej podróży, nic by nie zmusiło naszego bohatera do opuszczenia swoich zwierząt oraz złamania nałożonego nań przez ministerstwo zakazu podróży zagranicznych. By nie zmusiło, gdyby nie zobaczył w podróży do Paryża pretekstu do spotkania z Tiną i wyjaśnienia z nią narosłych między nimi spraw.

W ten sposób wszyscy znajdują się w Paryżu, gdzie już króluje Grindelwald.

I choć fabularnie film zapowiada się na ucztę, pełno w niej bezzasadnych scen, postaci i zdarzeń. Niektóre mają uzasadnienie, ale przeważnie nie.  Po pierwsze – Newt Scamander jest strasznie irytującą postacią, która jest idealna – najlepsza do podejścia Grindelwalda, do szpiegowania, do bycia aurorem w departamencie brata, wszystkie kobiety go kochają (a przynajmniej połowa, bo trzy z sześciu występujących tam niewiast do niego wzdycha, i by nie być gołosłowną – Bunty, Tina i Leta (Zoe Kravitz). Nastomiast Queenie z oczywistych względów nie, Nagini i Vinda Rosier (Poppy Corby-Tuech) także nie) i generalnie jest takim Garym Stu, któremu nie daje się już przestrzeni do rozwoju.

Po drugie – film daje mi mnóstwo nowych postaci, które kradną czas ekranowy grupie przyjaciół. Jest tych ludzi tak wielu, że nic o nich nie wiem, nie dowiem się w tym czasie, a twórcy filmu każą mi się nimi przejmować. Ale nie, nie obchodzi mnie Nicholas Flammel (Brontis Jodorowsky), który ma być jakimś niby comic reliefem (czy naprawdę Jacob to mało?), co tam robi Nagini, tak bardzo out of charater w porównaniu z kanonem? Co tam robią Lastrange’owie (oprócz okupowania połowy filmu swoimi problemami rodzinnymi)? Po co tam się pojawił Tezeusz (Callum Turner)? Bo nie po to, bym mu współczuła w kluczowej scenie, bo on mnie nie obchodzi. Kim są ci przypadkowi wyznawcy Grindelwalda i dlaczego choćby dla pani zabijającej dziecko nie znalazła się minuta na opowiedzenie historii życia jej rodziny? I komu jeszcze zaginęło jakieś rodzeństwo??? Bo przepraszam, ale ostatnia scena była wyciągnięta z najmroczniejszych części… internetów, a Rowling niczego się nie nauczyła na podstawie Neville’a Longbottoma?

Wszystkie najmocniejsze punkty są związane z Johnnym Deppem i jego bohaterem. Grindelwald pokazuje tu, jakim jest silnym czarodziejem, jakim jest świetnym manipulatorem (z tym wiążą się moje nadzieje, że może jednak ta straszna ostatnia scena była tylko wybiegiem ze strony Grindelwalda, który przygotowuje Credence’a do final battle z wystawionym przez Dumbledore’a Scamanderem), jak porywa ze sobą tłumy i jak bezkompromisowo zamierza się rozprawić z non-majami.

I choć jest to film piękny,cyrk jest porywający, Paryż francuski, a znak Grindelwalda znacznie lepszy niż Mroczny Znak Czarnego Pana (te czarne całuny spowijające budynki), nie moge pozbyć się wrażenia, że ktoś sfilmował fanfik z tumblra, które zaspokaja wszystkie oczekiwania fanów, ale nie popycha akcji do przodu.

Tytuł: Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindewalda
Reżysera: David Yates
W rolach głównych: Eddie Redmayne, Katherine Waterston, Dan Fogler, Johnny Depp
Rok produkcji: 2018

Nowa fizyka [Głębia: Skokowiec, Marcin Podlewski]

Poczynania Podlewskiego zaczęłam obserwować od czasu, gdy publikował w wydawnictwie Studio Trusso, więc gdy na horyzoncie pojawiła się Głębia, natychmiast zamówiłam w zaprzyjaźnionej księgarni. A potem mnie wciągnęło.

Myrton Grunwald kupił Czarną Wstęgę pod wpływem impulsu. Statek-widmo zagubił się podczas skoku głębinowego i nigdy nie wrócił całkowicie, a to spowodowało, że narosło wokół niego wiele mitów i legend. Myrton to alkoholik, a jego załoga to… Dziwna zgraja podejrzanych indywiduów, jak to powiedziała kapitan Amelia w Planecie skarbów.

Przestrzenią, w której rozgrywają się wydarzenia jest Wypalona Galaktyka. To Mleczna Droga po tragicznych wojnach, po przejściu plagi, które ją całkowicie zniszczyły. Minęły tysiące lat od teraz. To, co przetrwało, jest zamieszkane przez kilka sekt – Elohim, Zbiór, Stripsów – które walczą o rząd dusz. Wszystkie są tak nieprawdopodobne, tak oderwane od współczesnych realiów, że mnie, jako czytelnika, skręcało z ciekawości, żeby dowiedzieć się, co się wydarzyło, żeby zapełnić jakoś tę lukę między dziś a czasem akcji. Bo to, co ukształtowało mieszkańców Wypalonej Galaktyki, to nie byle jakie tornado. Wszyscy ludzie są w jakimś stopniu cyborgami, nie mogą istnieć bez wspomagającej elektroniki, która – podobnie jak DNA – pochodzi od rodziców i buduje dzieci od czasów prenatalnych, by stać się niezbędnymi elementami ciała jak kończyny czy zmysły.

To co wyróżnia Głębię na tle innych space oper to bohaterowie. Od kapitana Grunwalda począwszy, na postaciach epizodycznych skończywszy. Każdy ma swoją historię, niezwykłą i wciągającą. Dzięki retrospekcjom czytelnik wie doskonale, jaką drogę przeszedł każdy, by znaleźć się w tym miejscu, w którym jest teraz – dlaczego Erin Hakl porzuciła karierę wojskową, Pinsleep Wise siedziała w psychiatryku, a Hub Tansky pali! W sercu statku! Prawdziwe neopety! A ostatecznie – jak Grunwald stracił poprzedni statek.

Na osobną wzmiankę zasługuje fizyka tego świata. Jeśli uważacie, że do pokonywania dużych kosmicznych odległości służą silniki nadświetlne, bo tak pokazywały Gwiezdne wojny i Star Trek, to porzuć wszelką nadzieję. Amerykańskie badania dowodzą, że wszechświat można pokonywać dzięki kieszonkom czy też zakładkom w nadprzestrzeni, dzięki którym dwa odległe miejsca znajdują się  przez chwilę na tyle blisko siebie, by po prostu statek przeniknął tam, gdzie powinien. Obowiązuje jednak jedna zasada – załoga musi być w tym czasie nieprzytomna. Bo jeśli widzisz Głębię, to Głębia widzi Ciebie. A Ty tego nie chcesz.

Podsunęłam książkę mężowi (nie wiem dlaczego on zawsze zabiera książki, które ja dzielnie kupuję) i też mu się spodobała – na tyle, by napisać kilka słów od siebie! Więc poniżej męskim okiem.

Dla mnie osobiście ważną cechą gatunku science fiction było zawsze szukanie odpowiedzi na pytanie jak ludzie czy ludzkość poradzą sobie w obliczu nowej, przełomowej technologii, odkrycia, lub na przykład kontaktu z czymś obcym i niezrozumiałym. Głębia zdaje się zaczynać w momencie, w którym odpowiedź na to pytanie już padła i stąd historia toczy się w świecie Wypalonej Galaktyki, cmentarzysku Drogi Mlecznej, skazanej już na śmierć w Wypaleniu.
Nie jest to jednak całkiem martwy świat i ludzkość powoli odbudowuje swoją cywilizację, czy raczej jej ośrodki, których jest więcej niż jeden. Lecz jak to z cmentarzyskami bywa, więcej tajemnic jest w nich pogrzebanych niż odkrytych. I w toku opowieści okaże się, że wszystkie one mogą wrócić i ugryźć rzeczywistość w tyłek i to w zaskakujących konfiguracjach.
W takim otoczeniu poznajemy Myrtona Grunwalda i jego dysfunkcyjną załogę. Muszę przyznać, że jest to ciekawa zgraja, w dodatku los (czy też może jest to czyjś głębszy plan) stawia ich w centrum wydarzeń, które powinny ich przerosnąć. Zarówno jako jednostki i przede wszystkim jako grupę. Ciekawie jest oglądać jak stawiają (lub nie do końca) czoło przeciwnościom, jednocześnie poznając ich historie.
A każda z nich jest ważna i to właśnie ten ludzki element w obliczu absolutów, których z czasem pojawia się coraz więcej czyni tę opowieść w moim odczuciu ciekawą.
Mocne wydają się też podstawy naukowe, nie jestem w stanie dokładnie tego ocenić ale większość „towaru” po prostu do siebie pasuje. Mamy tu i tytułową głębię i zagięcia czasoprzestrzeni. Ludzie poprzez technologię Personali, zakodowanego w DNA interfejsu do obsługi wszechobecnej technologii, są czymś więcej niż dzisiaj i jednocześnie (w większości, ale nie wszyscy) pozostają tacy sami jak my. Można by teraz wymienić wszystkie sekty ludzkości i opisać czym są, wspomnieć o SI, o Obcych oraz o istotach transgresyjnych, które osiągnęły wyższy stan świadomości i w jaki sposób wszystko to doprowadziło do powstania świata, który poznajemy oczami Myrtona i innych. Jednak uważam, że o wiele ciekawej będzie samemu odkrywać te wszystkie tajemnice. Dla mnie osobiście Głębia to zdecydowanie jeden z mocniejszych punktów ostatnim czasie na rynku wydawniczym.

autor: Marcin Podlewski
tytuł:
Glębia. Skokowiec
wydawnictwo:
Fabryka Słów
data wydania: 2015

Gdzie Bond nie może, tam Leskiego pośle [Zamęt, Vincent V. Severski]

Z Vincentem V. Severskim miałam już okazję się spotkać przy okazji tetralogii o polskich oficerach wywiadu, w skład której wchodziły powieści Nielegalni, Niewierni, Nieśmiertelni, Niepokorni. Autor sam jest po Starych Kiejkutach, więc wie co pisze, wie więcej niż może napisać.

Zamęt zaczyna się, gdy z pakistańskiego hotelu zostaje porwanych przez talibów czterech gości, a jednym z nich, obok Niemca, Anglika i Japończyka, jest polski przedsiębiorca, Henryk Olewski. Wszystkie kraje zostają postawione w stan gotowości. W tym samym czasie lecz w innej części świata ginie inny obywatel Polski, Adam Flint.  A to dopiero początek zdarzeń.

W sprawę angażuje się polski wywiad, szczególnie tajna Sekcja pod dowództwem Romana Leskiego, którego autor charakteryzuje:

Nikt go nie lubił. Przez lata narosło wokół niego mnóstwo mitów i tajemnic, a wszystkie podobne do siebie. Nikt sobie z niego nie żartował ani nie opowiadał o nim dowcipów, mimo że jego wygląd mógł do tego zachęcać. Kiedy ktoś mówił: „Bezpieka w bezpiece”, zapadało wymowne milczenie i każdy myślał: Leski…

Tak było i teraz, bo Leski nigdy nie uczestniczył w takich naradach – ani w żadnych innych – więc wszyscy, spoglądając na niego ukradkiem, czekali, czy się odezwie, a jeśli tak, to co powie.

W Sekcji pracują także Monika, Dima oraz dwoje starych znajomych – Ela i Witek (gdy o nich czytam, to mam wrażenie, że to moi starzy znajomi ze studiów, więc jeśli tak jest, to pozdrawiam serdecznie), którzy pojawili się w poprzedniej serii książek Severskiego. Być może dlatego nie poświęcił ich ekspozycji aż tyle czasu, ile pozostałym – Monika zajmuje się malarstwem i prowadzi galerię, natomiast Dima, głównie ze względu na nietypowe pochodzenie, dostał naprawdę dużo czasu antenowego, by wyjaśnić jak Grek z Ameryki Południowej został polskim szpiegiem.

Bohaterowie są bardzo mocną stroną powieści tego autora, który nie krył, że wzoruje ich na prawdziwych postaciach. To może być klucz do tego, że są prawdziwi, pełni życia, mają swoje nawyki, wady i zalety, zróżnicowany język. Dawno nie czytałam powieści z tak dobrze nakreślonymi postaciami. Jest to sposób bliski metodzie Stiega Larssona, ale bez przesady, w która popadał szwedzki dziennikarz. Drugą niewątpliwą zaletą jest fabuła – Severski misternie splata wiele wątków, które pozornie nie mają nic wspólnego, a początkowe cele poszczególnych postaci składają się na większy problem do rozwiązania. Ponadto problematyka podejmowana w książce jest bardzo prawdopodobna, wróg realny, opisane wydarzenia wynikają z obecnej sytuacji społeczno-politycznej i gdyby zaistniały w tej chwili – nie zdziwiłyby mnie. Po przeczytaniu pierwszej powieści byłam nawet ciekawa, czy autor, czerpiąc z doświadczenia w pracy, nie ujawnił zbyt wiele tajemnic, jednak jeśli dotychczas żyje i pisze dalej, to chyba mogę być spokojna. No i trzecia zaleta, to dobry język – już wcześniej pisałam o jego zindywidualizowaniu ze względu na postaci, jednak warstwa narracyjna także zasługuje na zainteresowanie – zgrabne zdania, bogate słownictwo (ciekawych dożyłam czasów, że za prawidłowo zbudowane zdania i użycie różnorodnego słownictwa można chwalić autorów), ciężko to opisać, ale powieść jest rytmiczna zarówno na poziomie zdań, jak i na poziomie fabuły.

Jest tylko jedna rzecz, która mi się nie spodobała, ale to już dla mnie bardzo poważny błąd, który powinien zostać wyłapany na poziomie redakcji – użycie nazwy Państwo Islamskie bez poprzedzenia jej zwrotem „tak zwane”. Robiąc kwerendę internetową, zauważyłam że  dziennikarzom brakuje konsekwencji w stosowaniu odpowiedniego nazewnictwa. O tym, dlaczego to ważne, można przeczytać i zobaczyć np. tu, tu i tu.

Podsumowanie może być jedno – czytajcie i cieszcie się dobrą książką na weekend.

Autor: Vincent V. Severski
Tytuł:
Zamęt
Wydawnictwo:
Czarna Owca
Data wydania: 2018

Corpora delicti [Kontratyp, Remigiusz Mróz]

Siódmy tom dramy prawniczej Remigiusza Mroza zostawił słodko-gorzki posmak i pytanie – czy Chyłka jest chora? Jak to wpłynie na jej pracę, relację z Zordonemi bliskimi?

Na odpowiedź przyjdzie jednak nam poczekać, bo między kolejnymi częściami minęło zbyt mało czasu, by wróciły wyniki przeprowadzonych badań w sprawie zabójczego wirusa. Więc zagryzamy zęby i czekamy w większym napięciu niż sama bohaterka, bo ona jest nie do zajechania. Nic jej nie może jej złamać, przynajmniej tak by się wydawało. Jednak to nie znaczy, że nie można próbować – i w tym tomie przeciwnik próbuje.

Do kraju wróciła Klara Kabelis, która właśnie próbowała zdobyć szczyt Annapurny. Wróciła pod eskortą policji, oskarżona o zamordowanie dwóch towarzyszy wyprawy, po czym miała uciec do Tybetu, lecz została ujęta na granicy. Dowody świadczą przeciwko oskarżonej, nie ma nikogo w kraju, kto chciałby się podjąć tej sprawy. Jednak tajemniczy ktoś wpada na pomysł, żeby to bohaterski duet zajął się tą ewidentnie przegraną sprawą i ma znakomity system motywacyjny dla Chyłki. 

Teraz nie tylko musi wyciągnąć dziewczynę z więzienia, znaleźć corpora delicti w sprawie, by obalić sfałszowane dowody oraz rozprawić się z przeszłością, która tradycyjnie ściga Joannę przez kolejne tomy. A wiecie, jak chce to zrobić? Wspinając się na Annapurnę.

Myślę, że można zaliczyć ten tom do wyjątkowo udanych. Można było obstawiać głównego antagonistę, motywy, chronologię. Oczywiście w kilku wątkach brak konsekwencji – na przykład w głównym, wszak seriale kryminalne zawsze mówią – śledź pieniądze. No i przepływ pieniędzy niby się zgadza, ale słupy, które płacą – są co najmniej zagadkowe. Na przykład jak udało się zwerbować płatnika poręczenia? Inwestora, który zagwarantował opłatę dla kancelarii? I nie są to błahe kwoty, więc jakie kwity miał na te osoby złoczyńca? A ojciec Chyłki? Gdzie on się podział? Przecież specjalnie przyjechał do Warszawy, by zacieśniać relacje rodzinne, o wszystkim wiedział z wyprzedzeniem, a gdy się źle dzieje, on znika. Absolutnie niezrozumiały był dla mnie epizod z awanturą w autobusie – przez chwilę myślałam, że może Uber przestał sponsorować Mroza, ale później się pojawił w tradycyjnej roli, więc nie potrafię zrozumieć, dlaczego Zordon postanowił wieźć oskarżoną z aresztu komunikacją miejską. Te wątki są zupełnie pomijane, a szkoda, sto dodatkowych stron zapewne nie zaszkodziłoby powieści, przecież to Mróz.

Pomimo tego, że autora momentami nieco poniosło, będę czekała na kolejny tom z wypiekami na twarzy, bo clifhanger, który znowu zakończył ten tom jest absolutnie niszczący.

Autor: Remigiusz Mróz
Tytuł:
Kontratyp
Wydawnictwo:

Data wydania:

Trudne miłego początki

Czytałam fantastykę od drugiej klasy szkoły podstawowej, wtedy trafiłam przypadkiem na Podróże Alicji Bułyczowa, więc nie byłam świeżakiem w popkulturze, gdy mąż zabrał mnie na Watchmanów do kina. Tak spektakularnie złego filmu nie oglądałam, choć dwa razy do roku oglądałam Sabrinę (tę z Harissonem Fordem) oraz pierwszą Tożsamość Bourne’a (z Chamberlaine’em). Ludzie myślą, że popkultura łatwa jest, przyjemna jest.

Ostatnio miałam dwie konsultacje na temat: od czego zacząć. Niestety, nie mogłam polecić mojej ścieżki, bo Podróże Alicji są w tej chwili niemal nie do zdobycia (apeluję do wydawnictw, żeby nie zostawiały wspaniałej Alicji w wydaniu z lat 80. jest naprawdę rewelacyjna, poczytałabym ją mojemu synowi), więc musiałam być kreatywna.

Kejs numer 1. Koleżanka poprosiła mnie o pożyczenie filmu Igrzyska śmierci. Nie to, że jej żałowałam, wszak film jak film, choć przypuszczałam, że wyrosła z młodzieżówek. Gdy zaczęłam drążyć temat, okazało się, że mąż jest obeznany z komiksami DC i Marvela oraz filmami na ich podstawie, a żona dotychczas żyła otoczona kulturą wysoką a popkulturę znała z reklam i dobrze nakręconego marketingu. I takie były efekty. 

Kejs nr 2. Ploteczki przy pazurkach – może jakiś serial… Rojst teraz wchodzi, a czy to będzie dobre (nie wiem, ale jeśli będzie takie, jak Brodka w reklamie, to klękajcie narody!), a w ogóle czy znam seriale? Największa aktywność w tym zakresie mam już za sobą, kiedy to potrafiłam organizować takie maratony (teraz się mówi binge watching, ale za moich czasów były maratony), ale takie…! To były czasy. Teraz czasy są takie, że dziecko, praca, nadgodziny, proza życia. Więc jeśli nie zasnę w ciągu pierwszych kilku minut oglądania odcinka, to zasnę po następnym kwadransie. Tak to wygląda. Ale teraz oglądam tylko te świetne. Tak samo miało być z książkami, ale zdarzają mi się odstępstwa.

Jak zacząć romans z popkulturą?

1.  Klasyka

Nie wiem dlaczego ludzie myślą, że popkultura to wymysł ostatniej dekady. Już tu pokazywałam, że w poszukiwaniu klasyki musimy sięgnąć nieco głębiej.Rzecz oczywista, w przypadku audiowizualnych doznań nieco sobie ograniczamy czas akcji, niemniej w dalszym ciągu możemy się cofnąć co najmniej o trzy dekady.  W przypadku seriali muszę wskazać dwie produkcje, które były przełomowe i po nich srebrny ekran już nie był taki sam: Miasteczko Twin Peaks. Pamiętam, że miałam sześć lat, gdy serial był w Polsce, a po jego nadaniu Jason Donovan śpiewał Sealed with a kiss. I po trzydziestu latach (ekhm! W USA minęło trzydzieści od publikacji, ale minął dobry rok, zanim się serial przebił przez żelazną kurtynę) znowu był szał na Twin Peaks, ponieważ to jeden z nielicznych seriali, które wskrzeszono po tylu latach (nieco mniej lat hibernował Dr Who, ale nie jestem whoowianką, żeby się wypowiedzieć wiążąco).

Drugi serial, który wpłynął na kształt obecnej telewizji to Z archiwum X. Przede wszystkim dlatego, że miał mnóstwo czasu na to, by eksperymentować z formą. O ile pierwsze cztery sezony są poważne i nacechowane spiskową teorią dziejów, o tyle widać, że w dalszych twórcy zaczynają mocno sobie folgować, w związku z czym wkradają się elementy pastiszu, co sprawia, że serial tak bardzo zyskuje! Jednak nie jest dla wszystkich i czasem mam wrażenie, że bardziej go doceniłam, widząc jak inne seriale budowały na nim swoją narrację.

Co ciekawe, klasyczne filmy SF  to te, które się haniebnie starzeją. Gdzie technologia wzbudza co najwyżej uśmiech politowania. Dobrze starzeją się te pozycje, w których ponad sztafaż SF stawia się rozwój społeczny, np. Odyseja kosmiczna, Blade Runner… Ale ja też z rozrzewnieniem wspominam nieksiążkowe pozycje –  drugiego Terminatora, serię Robocop, Mad Maxa.

2. Nagrody

Jeśli nie klasyka, to zawsze warto spojrzeć przychylnym okiem na te seriale, które dostały Emmy, Złote Globy (w kategorii serial dramatyczny). Pewnie są w czymś lepsze od innych. Przygotowując ten wpis, spojrzałam na rankingi i nieco mnie to zdeprymowało, bo Złotymi Globami były nagrodzone takie seriale jak Chirurdzy czy CSI – i oczywiście na tym się wychowałam, ale żeby je od razu uznawać za wybitne?  Ale bądźmy sprawiedliwi – The X Files dostał trzy Złote Globy.  

I Emmy – liczba kategorii tej nagrody prawdopodobnie dorównuje liczbie kategorii, w których się przyznaje Oscara. Oczywiście najważniejsza jest główna – najlepszy serial. I faktycznie – wszystkie od roku 1985 widziałam (Cagney&Lacey) i polecam, choć liczba kryminałów dorównuje liczbie S-F&F. Popkultura to szeroka dziedzina.

Patrząc na wyniki rozdań Oscarów, można  z dużą dozą pewności powiedzieć, że mamy do czynienia  w znacznej mierze z popkulturą. Za 2017 r. w kategorii głównej wygrał Kształt wody mamy do czynienia z realizmem magicznym/oniryzmem. Za 2004 – Władca Pierścieni, fantasy; 1999 – Zakochany Szekspir  – słabiutki romans z rzeczywistości alternatywnej; 1977 – Rocky… Patrząc na to zestawienie, dochodzę do wniosku, że granica między popkulturą a kulturą wysoką potrafi być bardzo płynna.

3. Rankingi

Ludzie oglądają i głosują na najlepszy w ich mniemaniu serial. A ponieważ ludzie to ludzie, de gustibus non disputandum est, dzielę te opinie przez cztery. Ale jeśli coś jest wysoko, to nie znaczy, że muszę to obejrzeć – traktuje to jako wskazówkę. Gdyby nie ranking, raczej bym nie spojrzała w stronę The Crown – wszak ani nie przepadam za brytyjskimi serialami, ani za historią, ani za monarchią… Jednak oglądam. Za to mimo zachwytów płynących ze wszystkich stron internetu, nie dałam rady Black Mirror – pokonał mnie i za nic do tego nie wrócę. 

4. Polecajki 

Mam dwa zaufane źródła, które zawsze mi mówią, które filmy i seriale oglądać. To dwa kanały na You Yube, które cenię za jakość wypowiedzi. Za seriale odpowiadają jakbyniepaczec, za filmy Sfilmowani. Mam też osoby, z którymi rozmawiam po to, by się zorientować, czego nie tknę kijem, bo wiem, że to, czym się zachwycają, leży bardzo daleko poza kręgiem moich zainteresowań. To też bardzo cenne informacje, pozwalają mi oszczędzić czas, który bym zmarnowała, oglądając pierwszy odcinek. Ostatnio zaczęłam też słuchać podcastów na temat popkultury – hurtem zapoznałam się z CzytuCzytu, Masą kultury – jeśli możecie mi polecić słuchanki o podobnej tematyce, to będę wdzięczna.

5. Zaufane źródła
Są tacy twórcy, którzy cokolwiek by zrobili, wiem, że zawsze będzie to znakomite. W ten sposób obejrzałam całą filmografię Toma Hanksa, który występował w różnych filmach, a we wszystkich był co najmniej świetny (ciężko co prawda ocenić go w roli profesora Langdona, ze względu na ograniczenia scenariuszowe, ale nawet tymi filmami nie byłam za bardzo rozczarowana). Drugą postacią jest Joss Whedon, który czego się nie dotknie, to złoto:  Buffy, Dollhouse, Dom w głębi lasu, Avengers, Firefly, nawet jak robił Ligę sprawiedliwości, to jak na DC – to mu wyszło. To samo Abrams – The Office, Alias, a Star Treki, a Gwiezdne wojny?  Duet Kurtzman i Orci – Fringe, Star Trek, Niesamowity Spiderman, ale i ich osobne scenariusze (Star Trek: Discovery i zaraz mi ktoś powie, że to nie jest dobre a w ogóle to nie Star Trek. O rany, ja wiem, też się wychowałam na Next Generation, ale ustalmy – spoista struktura z głównym wątkiem, znana już od Babylonu5, to krok w dobrym kierunku).

A Wy gdzie szukacie informacji o filmach i serialach?  I co ważniejsze – co teraz oglądacie?

Ogień w górach [Zerwa, Remigiusz Mróz]

W ostatnim tomie o przygodach byłego komisarza, a teraz działającego w sektorze prywatnym,  Forsta, znajdujemy go w szpitalu, gdzie próbuje sobie przypomnieć, jak się w nim znalazł. Jednak odpoczynek od świata nie może trwać długo, przecież wracamy w Tatry, gdzie znaleziono kolejne ciało. Tym razem zwłoki znajdują się na granicy polsko-słowackiej.  

Amnezja Forsta nie jest powodem, by się wylegiwał w szpitalnym łóżku, gdy rozgorzał spór kompetencyjny między funkcjonariuszami obu krajów, do kogo należy większa część ciała, a na szlaku znajduje się groźba, że jeśli Wiktor zejdzie na polską stronę, zaczną ginąć ludzie. Oczywiście przekorny bohater postanawia przetestować tę teorię. Nikt nie mówi tego głośno, ale wszyscy są przekonani, że Bestia z Giewontu wróciła…

Powieść, podobnie jak poprzednia część, ma narrację prowadzoną na dwóch płaszczyznach czasu. Wszechwiedzący narrator przybliża czytelnikowi to, co działo się z Forstem od czasu Deniwelacji, podczas gdy współcześnie mamy do czynienia z narracją o fokalizacji wewnętrznej – czyli poznajemy świat z perspektywy bohatera, choć nie jest w formie pierwszoosobowej. I co ciekawe, postacią, z którą utożsamiamy wiedzę narratora nie jest Forst, a Wadryś-Hansen. I jest ona w tej serii postacią tragiczną – nie dość, że po raz kolejny nieodpowiednio lokuje uczucia, to jeszcze każda decyzja pociąga za sobą fatalne konsekwencje.

Oczywiście powieść, jak trzy pierwsze tomy, jest oparta na schemacie rywalizacji Forsta z mordercą z Tatr. W powieści popularnej jest to tym cenniejsze, że sięgając po nią, oczekujemy powtarzalności, toposów, znanych motywów. Dlaczego Deniwelacja jest uznawana za najsłabsze ogniwo tej pentalogii? Dlatego, że autor w niej zrywa ze znanymi z trylogii wątkami i zastąpił je innymi (równie popularnymi, ale nieprzynależnymi do danej konwencji).

Muszę się też przyznać, że wymyśliłam rozwiązanie całej zagadki. Posiłkując się danymi z Deniwelacji, poukładałam fragmenty układanki i to, co mi wyszło, było znacznie bardziej mroczne niż prawdziwy finał. Niemniej ten też zrobił na mnie wrażenie, ze względu na precyzję, z jaką autor zaplanował  i pospinał wątki. I jakim psychopatą otchłannym i absolutnym okazał się Forst. I co lepsze – nigdy tego nie ukrywał, od pierwszego tomu twierdził, że nie jest normalny, a gdy wyszło na jaw, jak bardzo, ja wciąż byłam zaskoczona. Każdy, z Osicą na czele, miał rację, mówiąc że powinien siedzieć. Bo czymże różni się od Bestii?

Wątki historyczne, które są przywołane w całej serii to ten okres, którego już się nie nadąża uczyć w szkołach. Przynajmniej nie za moich czasów. Szczerze mówiąc z okresu po powstaniu styczniowym niewiele pamiętam. Jeśli możecie mi polecić jakieś opracowania historyczne, które nie zalatują komuną, to wpiszcie w komentarzach. Może na własną rękę przynajmniej poczytam o czasach trochę bardziej współczesnych.

Uważam, że Mróz był w dobrej formie, gdy wymyślał postać policjanta wyjętego spod prawa, a Zerwa jest godnym zakończeniem  jego historii. Od niej zaczęła się moja przygoda z Mrozem i mam nadzieję, że wraz z serią nie skończą mu się pomysły na nieco lepsze historie.

Autor:Remigiusz Mróz
Tytuł: Zerwa
Wydawnictwo:
Filia
Data wydania: 2018

Wpływ pszczół na życie człowieka [Historia pszczół, Maja Lunde]

Całkiem niedawno czytałam powieść o pszczołach, Rój. Wiele slyszałam o kolejnej powieści ze świata tych zwierząt, poczułam się zachęcona do kupienia audiobooka i wysłuchania Historii pszczół Mai Lunde. 

Historia dzieje się na trzech płaszczyznach czasowych – w latach 1852, 2007 oraz 2098. Dlaczego akurat wtedy? Te lata według autorki były kluczowe dla historii pszczół. Powieść ma też trzech narratorów, z których perspektywy poznajemy fabułę, a każdy z nich ma do dyspozycji podobną liczbę rozdziałów, by przedstawić czytelnikowi swój wkład w opowieść.

Czytelnik najpierw zapoznaje się z elementami futurystycznymi – oto Tao u schyłku XXI wieku wykonuje pracę pszczoły. Te wyginęły w Chinach jeszcze w latach 80. XX wieku, ale nikt się tym nie przejmował, siły roboczej było wystarczająco dużo, gorzej z jedzeniem, aby ją wykarmić. Rośliny nie chciały rosnąć, a aby drzewa rodziły owoce, należało je zapylić:

Stąd dosięgnę znajdujących się najwyżej kwiatów. Niewielki plastikowy pojemnik pełen jest leciutkiego złota, starannie odważonego i przydzielanego nam na początku dnia, dokładnie tyle samo dla każdej. Jakby w stanie nieważkości próbuję czerpać niewidzialne porcje z pojemnika i przenosić ponad gałęziami. Wszystkie bez wyjątku kwiaty należy zapylić owym małym pędzelkiem z kurzych piór, od kur wyhodowanych specjalnie w tym celu. Żadne pióra ze sztucznych włókien nie okazały się nawet w przybliżeniu tak skuteczne. Testowano je i testowano, bo czasu mieliśmy dość, w moim dystrykcie tradycja liczy sobie ponad sto lat. Tutaj pszczoły zniknęły już w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku (…).

Tao robi wszystko, by zapewnić lepsze życie niż jej samej swojemu trzyletniemu synkowi. I choć wraz z mężem nic nie mają, wszystkiego brakuje, począwszy od żywności, nie ustaje w wysiłkach, by w tym świecie, w którym przyszło im żyć, przynajmniej Wei-Wen miał lepiej. Jednak w pewnym momencie ta siła napędowa, która zmusza Tao do nadludzkiego wysiłku, znika – z nieznanych powodów zostaje wciągnięty w tryby politycznej maszyny . I o ile jej mąż, Kuan, zdawał się pogodzić z losem, o tyle zdesperowana matka robi wszystko, by odnaleźć swoje dziecko. 

Bohaterem w 2007 roku jest George. Jest farmerem, zajmującym się hodowlą pszczół i w jego życiu siłą napędową też jest syn, student Tom. George scedował na swoje dziecko marzenia o rozwoju farmy, zainwestował całą swoją wiedzę, zbieraną od pokoleń, po czym okazało się, że ani Tom, ani jego matka, nie widzą w pszczelarstwie swojej przyszłości. Bohater ma bardzo radykalne poglądy i jest zadowolony tylko wówczas, gdy wszyscy żyją zgodnie z tym, co jemu wydaje się właściwe. I gdy Tom wraca na czas ferii do domu, ojciec nie jest zachwycony zmianą, która nastąpiła w synu odkąd wyjechał do college’u. Tom pragnie zrobić doktorat z literatury, być dziennikarzem i jest świadomy swoich wyborów zarówno życiowych, jak i konsumenckich. I gdy namawia ojca, by przeszedł na ekologiczną hodowlę, ten się irytuje, ponieważ wysyłając go po nauki, chciał co prawda zapewnić mu lepsze życie, ale pośrednio chciał tego także dla siebie. George ma również problem z komunikacją z otoczeniem. Uważa, że skoro coś wymyślił, to tak ma być. Nie rozmawia z synem, żeby nie usłyszeć czegoś, na co nie jest gotowy, a gdy żona jasno komunikuje swoje potrzeby, udaje że ich nie słyszy, bo wtedy ich konfrontować ze swoim światopoglądem. W życiu George’a liczy się tylko George. I trochę pszczoły.

Natomiast William cierpi na depresję i nie wstaje z łóżka od wielu miesięcy.

Dla mojego cierpienia nie ma diagnozy, choć nadaje mu się wiele nazw: czarnowidztwo, smutek, melancholia. Ale nikt z mojego otoczenia nie ma odwagi tych słów wypowiedzieć. Nasz lekarz domowy długo udawał, że nie rozumie, długo posługiwał się jedynie terminami medycznymi, mówił o dyskrazji, o zaburzeniach gospodarki płynami w organizmie i o zbyt dużej ilości czarnej żółci. Na początku mojej choroby próbował stosować upuszczanie krwi, następnie środki przeczyszczające, które uczyniły ze mnie bezradne niemowlę, a teraz, zdaje się, brakuje mu już odwagi.

Jego cale życie to jedno wielkie rozczarowanie – miał być wielkim naukowcem, który dokona niesamowitego, wiekopomnego odkrycia. Tymczasem po daniu jednego, kompromitującego wykładu na temat pszczół, szybko się ożenił i spłodził gromadkę dzieci, na które zarabiał jako właściciel sklepu z roślinami. I o ile córki traktował jako dzieć, o tyle syn, Edmund, był spełnieniem marzeń i William oczekiwał po nim, że pójdzie w ślady ojca i będzie z odpowiednim zapałem studiował to, co mu w swej łaskawej miłości podrzuci. Oczywiście o pszczołach. Postać Williama jest niezwykle irytująca, ponieważ jest on uzależniony od zainteresowania i akceptacji innych. Jego wielka melancholia została spowodowana faktem, że promotor nie zachwycił się jego pomysłem na życie. Dopiero nieco zainteresowania ze strony syna zdołała go wyciągnąć z łóżka i zmobilizować do działania. 

Ktoś mądry (internet mówi, że Einstein, ale kto by wierzył internetowi) powiedział, że jeśli wymrą pszczoły, to ludzkość przetrwa jedynie kilka lat – tą tezą kieruje się Lunde, gdy rozpościera przed czytelnikiem wizję rozwoju pszczelarstwa, jego obecnej kondycji i perspektyw. Od wielu lat się alarmuje o niebezpieczeństwach związanych ze zmniejszaniem się populacji pszczół – zarówno dzikich, jak i hodowlanych. Ta powieść zmobilizowała mnie do założenia balkonowego ogródka z roślinami, które lubią pszczoły, by miały miły przystanek podczas przelotu z łąk.

Powieść zrobiła na mnie ogromne wrażenie nie tylko z powodu swojego ekologicznego wydźwięku, lecz także ze względu na to, że bardzo mocno zidentyfikowałam się z Tao – matką, która zrobi wszystko, by odzyskać zaginione dziecko. Napięcie związane z błądzeniem po Pekinie oraz wizja systemu, który tam rządził, był dla mnie najmocniejszym punktem w Historii pszczół. Poza tym uważam, że każda powieść, która zmusza do refleksji na temat kondycji współczesnej ekologii, jest wartościowa, nawet jeśli jest pisana pod tezę i trudno się opędzić od niezbyt dobrze ukrywanego dydaktyzmu.

Autor: Maja Lunde
Tytuł:
Historia pszczół
Wydawnictwo:
Wydawnictwo literackie
Data wydania: 2017

Mit, który się czyta [Mitologia nordycka, Neil Gaiman]

Był taki czas, kiedy Gaiman był jednym z  czołowych autorów w moim życiu i prowadziłam długie dysputy na temat wyższości Amerykańskich bogów nad Nigdziebądź i odwrotnie. Tom Dym i lustra towarzyszył mi w bardzo ciężkim momencie podczas pobytu w szpitalu (obok Kronik Amberu Zelaznego). Ale w pewnym momencie zaczęłam tracić do niego szacunek.

Z autora rzeczy ambitnych, przenikliwych i zachwycających spadł do ligi drugorzędnych rzemieślników, którzy nawet na wprawkach literackich chcą zarobić. Owszem, większość opowiadań był ciekawa, ale niektóre były tak niedopracowane, że aż żal czytać. Geniusz nieco przyblakł, zachwyt przeminął. Nie zmienia to faktu, że wciąż czytam niemal wszystkie powieści, które wydaje. Dlatego z radością powitałam Mitologię nordycką na swojej półce. Jakkolwiek nie mogłam się opędzić od myśli – jak można napisać mitologię?

Mity w swej strukturze są przecież nielinearne, wywodzą się bowiem z tradycji oralnej. Zapisane stają się uporządkowane pod względem narracyjnym, temporalnym, fabularnym – za przykłady mogą służyć Edda poetycka, Biblia, mity Greków i Rzymian zbierane przez Owidiusza, Homera, Hezjoda i innych. Bronisław Malinowski pisał w swoim eseju: W kulturze pierwotnej mit jest nieodzowny: wyraża, wzbogaca  i kodyfikuje wierzenia; chroni i wzmacnia moralność; gwarantuje skuteczność rytuału i zawiera reguły praktyczne, którymi człowiek powinien się kierować (…). Nie jest rozumowym wyjaśnieniem ani wyobrażeniem artystycznym. jest natomiast pragmatycznym dokumentem pierwotnej wiary i mądrości moralnej [Mit w psychice człowieka pierwotnego: B.  Malinowski]. Nie powinny więc dziwić dążenia współczesnych literatów do zebrania materiału, uporządkowania go na nowo i ukazania w przystępnej formie szerszej publiczności.

Gaiman za punkt wyjścia wybrał… komiksy Marvela. Uzupełniał wiedzę dzięki lekturze Eddy poetyckiej oraz Eddy prozaicznej, by ostatecznie dać czytelnikowi zbeletryzowaną historię asgardzkich bogów w formie opowiadań (lub bardzo epizodycznej powieści). To ciekawy zabieg, który powoduje, że autor mógł ograniczyć porządkowanie materiału do niezbędnego minimum i nie uzupełniać luk, które musiały powstać na skutek zanikania wątków w tradycji oralnej. Ramy historii nakreśla Gaiman iście dramatyczne, zaczynając od przedstawienia bohaterów, a kończąc słowniczkiem, a pomiędzy nimi umieszcza historie o powstaniu świata, o tym że wszystkie przygody zaczynają się od psot Lokiego, a szkody są naprawiane kolejno przez wszystkich pozostałych bogów.

Czyta się te opowieści szybko, sprawnie, mając przed oczami marvelowskich bohaterów, choć nie udało się uniknąć wpadek stylistycznych i nie wiem, czy to kwestia autora czy autorki przekładu (zdaje się, że Paulina Braiter jest już etatową tłumaczką Gaimana). Narracja z poziomu wielkiej epiki, a dialogi spod budki z piwem:

Choć Balder istotnie jaśniał urodą, gdy podniesiono zasłonę, Skadi odkryła, że wybrane przez nią stopy należą do Njorda, boga rydwanów, ojca Freja i Frei. Poślubiła go bezzwłocznie, lecz podczas uczty weselnej twarz miała najsmutniejszą ze wszystkich oglądanych przez Asów.
Thor szturchnął Lokiego.
– No dalej – rzekł – rozbaw ją. To przecież twoja wina.
Loki westchnął.
– Serio? (s. 148)

Lub fragment, gdzie tłumacz/redaktor nie poradził sobie z wyzwaniem onomastyczno-fleksyjnym:

Frejr, brat Frei, był najpotężniejszym z Wanów. (…) Frejr zatem przyjrzał się swemu dobytkowi. Miał miecz tak potężny i niezwykły, że sam umiał walczyć. Miecz jednak nie uszczęśliwiał Freja.
Miał Gullinburstiego, dzika o złotej szczecinie stworzonego przez karła Brokka i jego brata Eitriego. Gullinbursti ciągnął wóz Freja. (…) Jednakże i Skidbladnir, ten najlepszy ze statków, nie uszczęśliwiał Frejra. (s. 153).

W drugim fragmencie widać nawet próbę pozostawienia charakterystycznej dla mitu oralnego redundancji i powtórzenia, jednak brak w tych próbach konsekwencji. Z drugiej strony Malinowski ostrzegał:

Ograniczenie badania mitu wyłącznie do analizy tekstów miało fatalne skutki dla rozumienia istoty mitu. Formy mitu, które pochodzą z klasycznej starożytności, które znamy ze starożytnych świętych ksiąg Wschodu i innych podobnych źródeł, zostały nam przekazane bez kontekstu żywej wiary, bez możliwości uzyskania komentarzy od osób głęboko wierzących, bez wiedzy o ich organizacji społecznej, przestrzeganych przez nich zasad moralnych i powszechnie wśród nich funkcjonujących obyczajach, a więc bez informacji łatwo dostępnych współczesnemu badaczowi terenowemu. Ponadto obecna  literacka  forma tych opowiadań jest bez wątpienia wynikiem bardzo istotnych przekształceń pod wpływem ręki pisarza, komentatora, uczonego, księdza czy teologa  [Mit w psychice człowieka pierwotnego: B.  Malinowski].

Mitologia jest bardzo sprawnie napisaną historią, czyta się świetnie, moje wątpliwości odnoszą się do podjętej tematyki i wtórności tematu (o tym, że odczuwam ogromny dyskomfort, nie mogąc do końca zdiagnozować gatunku, nawet nie wspomnę). Czekam na Gaimana w takiej formie, jak przy Gwiezdnym pyle i Księdze cmentarnej z nowym i świeżym tematem jak w Nigdziebądź i Amerykańskich bogach – wtedy będę w siódmym niebie, a póki co – 7/10!

Autor: Neil Gaiman
Tytuł: Mitologia nordycka
Wydawnictwo: MAG
Data wydania: 2017