Seks i flaki, czyli powieść dla młodzieży [Nibynoc, Jay Kristoff]


Jak to możliwe, że powieść ma niesamowicie długą i zniechęcającą ekspozycję oraz wysoki próg wejścia jednocześnie? Też nie wiem, ale spróbuję to przeanalizować.


Przede wszystkim Nibynoc dzieje się w niezwykle ciekawym i przemyślanym świecie oświetlanym przez trzy słońca, gdzie zmrok zapada niezmiernie rzadko i jest powodem do świętowania. Jednocześnie ów świat jest wzorowany na renesansowej Wenecji – wyczekiwany arcymrok jest karnawałem a ten wiąże się ze świętowaniem krwi, mordami, rzeziami zwierząt…

W tym świecie mieszka Mia, która w wieku dziesięciu lat, wskutek politycznych knowań, została pozbawiona rodziny, a sama trafiła pod opiekę shahiida Czerwonego Kościoła, pod którego okiem ćwiczyła, by wywrzeć zemstę na ludziach odpowiedzialnych za śmierć ojca i wtrącenie matki z maleńkim bratem do więzienia.
Po sześciu latach nauk udała się do Czerwonego Kościoła – instytucji, która szkoli płatnych zabójców, ochronę dla możnowładców.

Początek – opis świata i wydarzeń przed akademią są niezmiernie chaotyczne, plany czasów się niezgrabnie nakładają, trudno ocenić, kiedy mamy do czynienia ze wspomnieniami, a kiedy z główną linią fabularną, autor dodaje mnóstwo przypisów, które mają chyba być dowcipnymi wtrętami. I ten wstęp zajmuje tyle miejsca, aż straciłam nadzieję na rozwój fabuły.

Gdy jednak bohaterka dociera do tej szkoły, widać że autor nabiera wigoru, ma pomysł na wszystkie postaci, wątki się splatają i choć bohaterka staje się od razu omnipotentna, to na tle swoich kolegów wypada przeciętnie, gdyż wszyscy zabójcy (zwani tam przyszłymi zabójcami, ale przecież musieli dostarczyć dowód, że już kogoś zamordowali, aby się do szkoły dostać) są świetnie wyszkoleni do wykonywania nowego zawodu, a szkoła w zasadzie jest związkiem zawodowym, szlifującym nabyte wcześniej umiejętności.

Postacie są naprawdę solidnie zarysowane, każda ma ciekawą przeszłość, każda ma mroczną tajemnicę i do samego końca nie wiedziałam, kto stoi za zabójstwami w akademii, co dobrze świadczy o konstrukcji samej zagadki kryminalnej.

Z drugiej strony – po raz kolejny mam do czynienia z powieścią, która wciska naturalistyczne opisy seksu i gore do książki młodzieżowej, której bohaterka ma szesnaście lat i nie jestem w stanie zrozumieć po co. Ani opis wypadających flaków, ani stosunków płciowych nie poprawiają treści, czynią ją jedynie bardziej kontrowersyjną. I zdaję sobie sprawę z tego, że brzmię jak przedpotopowa ciotka, za której czasów czasy się nie zmieniały a teraz to nie ma czasów… I widzę przemiany w romansach – jakoś się z nimi godzę, ale w literaturze młodzieżowej?

Niemniej – Nibynoc jest całkiem godna polecenia, a czytanie jej latem to doświadczenie z poziomu meta.

Autor: Jay Kristoff
Tytuł:
Nibynoc
Tłumaczenie:
Małgorzata Strzelec
Wydawnictwo:
Mag
Data:
2017

Nic śmiesznego [Funny Story, Emily Henry]

Powieści Emily Henry są moją stałą pozycją na wakacje – od kilku lat wydaje w okolicy końca roku szkolnego romans i go biorę w ciemno, bo ostatnio pisze ona moje ulubione historie miłosne.

Bohaterką Funny Story jest Daphne, która czeka na swój ślub, gdy narzeczony oświadcza, że jednak kocha swoją przyjaciółkę z dzieciństwa, którą właśnie zabiera w podróż przedślubną, a Daphne ma tydzień, żeby spakować swoje życie i znaleźć sobie inne.

Bo w momencie autorefleksji Daphne dochodzi do wniosku, że zbudowała całe swoje dotychczasowe życie wokół byłego narzeczonego i po rozstaniu niespecjalnie zostało jej cokolwiek własnego. Aby szybko zakończyć upokarzający związek, wynajmuje pokój u byłego partnera obecnej dziewczyny swojego byłego narzeczonego (brzmi to cudownie po polsku). I w pijackim amoku dochodzą do wniosku, że mogą udawać parę, choć nic o sobie nie wiedzą.

Henry pisze ten rodzaj ciepłych, niosących nadzieję powieści, od których trudno się oderwać a ich narracja sobie powoli płynie, a w tle pojawia się przemyślenie, próba odnalezienia siebie, poznania kogoś. I może punkt wyjścia nie jest najmądrzejszy, ale za to dość prawdopodobny. Wszak podejmowanie w życiu niezbyt mądrych decyzji nie jest domeną książkowych bohaterek, a robienie tego pod wpływem alkoholu powinno być w Polsce sportem narodowym zaraz obok robienia promocji na mocne alkohole z powodu braku okazji.

Muszę przyznać, że czytanie powieści Emily Henry jest ciekawe, ponieważ lubi ona obracać te same motywy w kolejnych powieściach, jakby chciała powiedzieć, że nie ma wzoru na miłość – tu wyszło, tam nie wyszło, tu jest możliwe takie rozwiązanie – gdzie indziej nie.

Autor: Emily Henry
Tytuł:
Funny Story
Tłumaczenie:
Monika Skowron
Wydawnictwo:
Poradnia K
Data:
2024

[Loba Negra. Czarna wilczyca, Juan Gòmez-Jurado]

Drugi tom Czerwonej królowej jest wieloaspektową historią o stracie i poszukiwaniu. Wprowadza też element zagrożenia, którego nikt się nie spodziewał. A jednak – choć jest proceduralem, nie unika błędów typowych dla drugiego tomu.

Antonia Scott jeszcze nigdy nie stała przed tak trudną decyzją.

Dla innych osób taki dylemat mógłby być czymś nieznaczącym.

Nie dla Antonii. Powiedzmy, że jej umysł może pracować na wielu poziomach w przyszłości, lecz głowa Antonii nie jest jak kryształowa kula. Powiedzmy, że potrafi zwizualizować dziesiątki jednostek informacji równocześnie, lecz umysł Antonii nie funkcjonuje tak jak w tych filmach, w których widać całe mnóstwo liter na twarzy bohatera, gdy ten myśli (s. 7).

Antonia znowu się ukrywa, nie przyjmuje nowych spraw, jej uwaga jest całkowicie skupiona na rozwiązaniu zagadki – kim jest kobieta, podająca się za Ezequiela. Śledztwo na własną rękę tak ja pochłania, że przekracza wszelkie granice – intelektualne, fizyczne, wytrzymałościowe. Jon tylko stara się utrzymać po akceptowalnej stronie tych granic. Jednak zostają wezwani do znalezienia żony zamordowanego skarbnika rosyjskiej mafii, ta sprawa jest dla nich sprawdzianem duetu w pracy i przyjaźni.

Sprawa jest poprowadzona bez zarzutu, autor świetnie odkrywa po kolei karty, zachowując idealny balans pomiędzy zagadką a jej rozwiązaniem i pozostałymi elementami. Natomiast mam zastrzeżenia do opisu i prowadzenia samych bohaterów – na przykład ciągłe żarty z tuszy Jona były śmieszne w pierwszym tomie. W drugim tomie pierwsza wzmianka była jak puszczenie oczka. Ale żart powtórzony kilkakrotnie staje się karykaturą. Podobnie zostaje potraktowana Antonia. Jest do bólu zero-jedynkowa. Ona nie popada w uzależnienie, ona od razu wskoczyła w nie na główkę i się w nim pławi. Wydaje się, że autor za bardzo postawił na opisywanie zagadki kryminalnej, uznając że bohaterów ma z głowy, bo ich już załatwił w pierwszym tomie. Pojawiają się też emocje i element opuszczenia, charakterystyczne dla drugiego tomu, ale zaraz też zostają przykryte kolejnym elementem sprawy.

Również wątek czarnej wilczycy pozostawia wiele do życzenia i jego rozwiązanie wydaje się absolutnie bezsensowne, ponieważ element osobisty, pragnienie wywarcia zemsty na mafiozie, nie wymaga takich zabiegów, które zastosował autor. Gdyby poprowadził temat czarnej wilczycy bez zwrotu akcji, miałby on tyle samo sensu, a nie wprowadzałby niepotrzebnej konfuzji. Z drugiej strony uważam że uczynienie z mafijnej zabójczyni osoby z problemami z kręgosłupem, zdejmuje ja z piedestału i czyni bardziej ludzką.


Generalnie Czarna wilczyca wciąż jest świetna w swojej klasie, a wszystkie moje uwagi wynikają z porównania z pierwszym tomem, który wydaje mi się bardziej dopracowany w kilku aspektach. Ale na trzeci tom czekam z niecierpliwością.

Autor: Juan Gòmez-Jurado
Tytuł: Loba Negra. Czarna wilczyca
Tłumaczenie: Barbara Bardadyn
Wydawnictwo: SQN
Data: 2023

Ty Polaku! [Nie jestem twoim Polakiem. Reportaż z Norwegii, Ewa Sapieżyńska]

Kiedy myślisz o Norwegii, jakie masz skojarzenia? Zimno, piękne fiordy, zorza polarna, Saamowie… A przyszłoby ci na myśl, droga czytelniczko i drogi czytelniku, że norweskie słowo polakk (czyli Polak) jest w Norwegii grubą obelgą?

Autorka przeprowadziła się do Norwegii w 2004 r., ale już wcześniej tam bywała podczas wakacji, odwiedzając poznanego na studiach Norwega Arego (który później został jej mężem). Kiedy już zdecydowała się zamieszkać w Oslo, języka uczyła się z radia i książek, bo na studia magisterskie jej nie przyjęto (skoro już miała tytuł magistra z Polski…). A potem zaczęło się poszukiwanie pracy, mieszkania, swojego miejsca w nowym środowisku.  I unikanie odpowiedzi na pytanie Norwegów „skąd jesteś?”. Bo prawdziwa odpowiedź, że z Polski, natychmiast kończyła dalszą rozmowę i sprawiała, że rozmówca/rozmówczyni prędko podawał/a tyły.

Ewa Sapieżyńska skonstruowała swój reportaż właśnie z takich historii, jak jej osobista – oraz z doświadczeń wielu innych rozmówców. Próbowała zrozumieć przyczyny, jak sama pisze otwarcie, rasizmu Norwegów w stosunku do jej rodaków. W 2022 r. wydała w Norwegii (i po norwesku) swoją książkę, która, o dziwo, okazała się na tyle dobra, że jej fragment włączono do platformy edukacyjnej dla norweskich szkół średnich, a Norweska Rada Kultury zakupiła reportaż do wszystkich bibliotek w kraju. Polskie wydanie Nie jestem twoim Polakiem przełożyła Ilona Wiśniewska, reportażystka i fotografka od 2010 r. mieszkająca na Spitsbergenie (pisząca swoje książki po polsku). Jej doświadczeniom w Norwegii również poświęcone jest kilka stron reportażu Sapieżyńskiej, m.in. jest mowa o debiutanckiej książce Wiśniewskiej Hen. Na północy Norwegii, która opowiada o najbardziej północnym norweskim regionie, Finnmarku, o dyskryminacji jego mieszkańców przez tych z południa kraju oraz o przymusowej norwegizacji Saamów.

A zatem, jakie, według Sapieżyńskiej, są przyczyny, że Polacy w Norwegii traktowani są tak źle? Do jakich wniosków dochodzi autorka? Otóż sporą winę za ten stan rzeczy niestety muszą wziąć na siebie norweskie media…

Słowo „polakk” (Polak) mieści w sobie o wiele więcej niż tylko fakt bycia z Polski. „Polakami” określa się w Norwegii często wszystkich pracowników z Europy Wschodniej, cudzoziemców, którzy podejmują się gorzej płatnych prac, albo tych, którzy „kradną nasze miejsca pracy”. W języku norweskim istnieją określenia jak „polakkjobber” (polskie zawody, czyli murarz, stolarz itp.) albo „polske arbeidstimer”(polskie godziny pracy, czyli długie dniówki). W autobusach i tramwajach słyszę czasami, jak ludzie wypowiadają „polakk” z pogardą. Także w mediach i w debacie publicznej słowo to ma często negatywny wydźwięk. Za każdym razem robi mi się nieswojo, kiedy słyszę „polakk” (brzmiące przecież niemal tak samo w moim języku), ale użyte w znaczeniu „podklasa”, „wykorzystywany”, „gorszy”, „niechciany”.
Jak do tego doszło?
W 2005, rok po wejściu Polski do Unii Europejskiej, w Norwegii było zarejestrowanych 8000 Polaków. Rok później było nas już niemal 11 000, a w 2007 roku przeszło 17 000. W 2008 roku 30 000 mieszkających w Norwegii Polaków stało się najliczniejszą mniejszością, bijąc na głowę Pakistańczyków i Szwedów. Badania z 2007 roku pokazują, że polscy migranci trafiali przede wszystkim do branż budowlanej albo sprzątającej, charakteryzujących się niepewnością i tymczasowością, a ich możliwości awansu lub znalezienia innego zatrudnienia były nikłe. Media prześcigały się w tłumaczeniu norweskiej publiczności, skąd nagle wzięli się ci wszyscy Polacy i jakie jest ich miejsce na rynku pracy, aktywnie przyczyniając się w ten sposób do takiego, a nie innego stosunku do tej grupy [s. 58–59].

Mimo trudnych doświadczeń dyskryminacyjnych Sapieżyńska czuje się w Norwegii jak w domu. Dla Krytyki Politycznej w 2020 r. przeprowadziła wywiad ze swoim 9-letnim wówczas synkiem Lukasem – chłopiec, porównując życie w Polsce i w Norwegii, podsumował tę rozmowę tak: W Norwegii jest więcej wolnego czasu. Mniej się tutaj pracuje. I krócej się jest w szkole. I ludzie mają chatki w lesie, i jeżdżą tam w weekendy i w wakacje [s. 147] (cały wywiad jest dostępny tutaj: https://krytykapolityczna.pl/swiat/norwegia-ewa-sapiezynska-lukas/). Ale niestety nawet przytulna chatka w lesie nie pomoże, jeśli właściciele do jej posprzątania, pomalowania czy naprawy kranu będą szukali nisko opłacanych Polaków…

Autor: Ewa Sapieżyńska
Tytuł: Nie jestem twoim Polakiem. Reportaż z Norwegii
Wydawnictwo Krytyki Politycznej
Data: 2023

Kosmiczna gra [Inwit, Michał Cholewa]

Michał Cholewa dostarczył czwarty tom historii o Wierzbie z cyklu Algorytm wojnyInwit, pierwszy w którym oficjalnie jego oddział jest częścią oesów. Czy ta zmiana była warta dla bohatera zerwania relacji z Kicią i porzuceniem swoich ideałów?

Wierzbowski wraz z oddziałem trafiają na planetą Liberty, która jest zasobna w caelium, a jej położenie było owiane tajemnicą, a więc od Dnia jej mieszkańcy nie mieli z nikim kontaktu. Odnalezienie planety od razu kusi wszystkie strony konfliktu a miejscowi włodarze potrzebują ochrony, ale nie zamierzają się tanio sprzedać.

Jeśli wydaje Wam się, że to już było w poprzednim tomie, że ile można pisać o tym samym – to spokojnie, podobieństwo fabularne jest złudne i oesy to nie walka, to zdecydowanie więcej polityki, knucie, intrygi, przekupstwa i świetne fabularne mięso. Na mojego ulubionego bohatera powoli wyrasta kontradmirał Kuerten.

Tradycyjnie jest też temat przewodni, który jest prowadzony bardzo subtelnie, i dotyczy człowieczeństwa w wojsku ogólnie:


– Przepraszam, poruczniku?
– Tak? – Ferguson zwrócił się w jego stronę.
– W jaki sposób zachowywałem się inaczej? – spytał Polak. – pytam z ciekawości.
Oficer pomyślał chwilę.
– Chód. Zachowanie w wolnym czasie. Dynamika ruchu, trochę gęsty. – skrzywił się i potrząsnął głową, jakby nie mógł znaleźć słów. – nic znaczącego, ale sporo detali. Da się zauważyć (s. 32).

W kolejnym tomie mam nadzieję, że zobaczę szerszy kontekst i więcej polityki, choć mam świadomość, że z perspektywy porucznika nie za dużo widać…

Autor: Michał Cholewa
Tytuł: Inwit
Wydawnictwo: Warbook
Data: 2016

Ta niesamowita Słowiańszczyzna [Chąśba, Katarzyna Puzyńska; Sąpierz, Katarzyna Puzyńska]

Fantasy w stylu starosłowiańskim, w dodatku z odwołaniami do mistrzów i mistrzyń gatunku? Proszę bardzo, oto świat wąpierzy, leszych, rusałek i strzyg staje przed nami otworem.

Autorka, znana głównie z serii o policjantach z Lipowa oraz z trylogii wywiadów poświęconych służbie prawdziwych polskich stróżów prawa, tym razem spełniła swoje młodzieńcze marzenie i napisała dwie powieści o słowiańskim grodzisku. W planach zapewne kolejne tomy, bo seria ma się rozrastać. Tom pierwszy, Chąśba, zaprasza czytelników do grodu zarządzanego przez Dargorada z pomocą dowódcy Wartowników Ciechomira i żercy Bofała. Dodajmy, że wydarzenia rozgrywają się w ulubionych okolicach autorki, czyli miejscach znanych już z sagi o Lipowie (czyli na Pojezierzu Brodnickim). Na pierwszy plan zdarzeń wysuwają się kat Zamir, karczmarka Gruba Bolemira i jej młody mąż Strzebor, jego matka Dobrowoja i… Marzanna. Tak, to ta, którą corocznie trzeba spalić na stosie, a potem utopić, żeby w końcu nadeszła upragniona wiosna. Początkowo mamy intrygę kryminalną: ze świątyni Jarowita zostaje ukradziona jego tarcza (to właśnie ta tytułowa „chąśba”, czyli kradzież), a, jak wiadomo, bóg wiosny i wojny nie może się bez niej obejść. Do jej odnalezienia wyznaczony zostaje kulawy kat Zamir – niespodziewanie splot zdarzeń przydaje mu do pomocy nieopierzonego Strzebora, niechętnego jakimkolwiek przygodom, i boginkę zimy (i śmierci) Marzannę. Jednak same wątki kryminalne to tylko powierzchnia zdarzeń. Oto bowiem światy ludzi i bogów przenikają się, a kiedy przyjaciele okazują się wrogami (i na odwrót), nastrój powieści zagęszcza się i wydarzenia nabierają tempa.

Warto zwrócić uwagę na to, jak skonstruowana jest ta powieść. To gawędziarska forma hipertekstu: kolejne rozdziały nazwane są bowiem gawędami, a na końcu książki mamy anegdoty, czyli rozwinięcia różnych wątków powieściowych i historie z życia poszczególnych bohaterów. Po niektórych gawędach (a nawet w ich trakcie) dostajemy drogowskazy, które pozwalają czytelnikom na wybór: albo podążać linearnie za opowieścią, albo zajrzeć do innej gawędy lub anegdoty, by pogłębić któryś z wątków. To pozwala na indywidualny wybór sposobu lektury i przyznam, że po początkowej lekkiej konfuzji wciągnęło mnie w świat opowieści. I przygotowało na to, co się wydarzy w tomie drugim – Sąpierz bowiem opowiada o zderzeniu Starego Świata słowiańszczyzny z Nowym Światem po apokalipsie sprowadzonej przez ludzkość. Tutaj bohaterowie grodziska dosłownie wpadają w sam środek walki między Federacją, kierowaną przez despotycznego prezydenta Sokołowa, a Wspólnotą, zarządzaną przez przewodniczącą Helenę Dahl. Obu światom grozi katastrofa, zwłaszcza że Obrończynie tego nowego już nie mają sił i następczyń, by go chronić przed przenikaniem magicznych stworzeń ze Starego Świata… I na to całe zamieszanie czeka właśnie tytułowy Sąpierz, ostateczny niszczyciel wszystkiego…

Przyznam, że w drugim tomie wydarzenia pędzą i zapętlają się – jakby pierwszy tom był tylko wstępem do tego bałaganu, jaki wydarzy się w tomie kolejnym. Jednak opowieść wciąga, bohaterowie i ich motywacje działań intrygują, a zakończenie Sąpierza jest po prostu jak rasowy cliffhanger! Chociaż Stary Świat i opowieść o nim bardziej przypadła mi do gustu, to jego zderzenie z Nowym Światem nadało całkiem inny sens całej opowieści. Ja dałam się jej porwać bez reszty.

Autor: Katarzyna Puzyńska
Tytuł: Chąśba [tom 1]; Sąpierz [tom 2]
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data: 2021; 2022

[Imperium złota, S.A. Chakraborty]

Zamknięcie Trylogii Dewabadzkiej to historia, w której strata gra pierwsze skrzypce. Zaczyna się od utraty miasta, by płynnie przejść do utraty tożsamości, by na koniec stracić pozostałego przy życiu przyjaciela. Jednak gdy z życia odchodzi jedno, robi się miejsce dla czegoś innego. Natura nie cierpi próżni.

Poprzedni tom skończył się zsynchronizowaną zagładą – podczas gdy Ali chciał przeprowadzić swój mały przewrót, do Dewabadu wkroczyła Maniże, nie biorąc jeńców. Gdy wybiła już wszystkich z dynastii rządzącej, Ali salwował się ucieczką przy pomocy magii, której sobie do tej pory nie uświadamiał. Jedyne, czego nie przewidział, to że przy okazji porwie Nahri. W ten sposób, wraz z pieczęcią Sulejmana, trafili do Egiptu, do życia, za którym przez cały zaś Nahri tęskniła.

I jest to najdłuższy, najbardziej ciągnący się fragment powieści, w którym oboje bohaterowie dochodzą do wniosku, do którego czytelnik już doszedł wcześniej – że służba krajowi jest najistotniejsza. I jeśli dotychczas traktował ich podle, to jest to moment, aby  go odbudować na własnych zasadach. Gdy już podejmują mozolną wędrówkę i zbierają drużynę, powieść nabiera rozpędu znanego z poprzednich tomów i jest na bogato, w żadnym wypadku nie spodziewałam się wydarzeń, o których czytałam i z całą pewnością nie brałam pod uwagę takiego zakończenia.

Cała trylogia jest (z mojej, europocentrycznej perspektywy) przesiąknięta egzotyką, orient wylewa się z każdej strony, mitologia islamska (w zasadzie przedislamska) dodaje powieści niesamowitości. Trochę miałam nadzieję, że podany okres historyczny wojen napoleońskch będzie miał dla powieści większe znaczenie i żałuję, że podczas pobytu Nahri w Egipcie jego dzieje znowu zostały wspomniane jedynie jednym zdaniem. Niemniej uważam, że całość trzyma bardzo dobry poziom i nawet jeśli gra schematami, znanymi z powieści młodzieżowych, to ich wydźwięk jest ostatecznie nieco inny.

Autor: S.A. Chakraborty
Tytuł: Imperium złota
Tłumaczenie: Maciej Studencki
Wydawnictwo: We need YA
Data: 2022

Szpiedzy z dawnych lat [Martwe lwy, Mick Herron]



Powrót do Slough House jest odwiedziny u starych znajomych – czas płynie powoli, nikt się nie spieszy, aż nagle jeden dawno zapomnianych kulawych koni niespodziewanie umiera w autobusie, a łysy facet zapomina kapelusza.

Nikt nie wchodzi do Slough house głównym wejściem; jego więźniowie wpuszczają się zapuszczonymi przejściami na brudne podwórko, otoczone zawilgoconymi murami, wchodzą drzwiami, które w większość poranków, gdy wypaczy jej wilgoć, zimno albo upał, wymagają solidnego kopniaka. Jednak łapy naszego kota są zbyt delikatne na taką przemoc i koty w mgnieniu oka Przemyka drzwiami i biegnie po schodach do dwóch biur (s. 18).

Już myślałam, że River Cartwright jest filarem Regent’s Park, jednak okazało się, że dalej grzeje krzesło wśród kulawych koni. Jednak gdy wychodzi na jaw śmierć w podejrzanych okolicznościach pomniejszego współpracownika, Dickiego Bowa, w Slough House dochodzi do wrzenia. Nikt nie wierzy w przypadkową śmierć, z mroków pamięci wygrzebują legendarnego szpiega, a dziadek Cartwrighta naprowadza go na sprawę dawno zapomnianego radzieckiego arcyszpiega. Cartwright dostaje życiową szansę i udaje się na pierwszą misję pod przykrywką. Trafia do sennego, małego rolniczego miasteczka, w którym pozornie nic się nie dzieje.

Tymczasem w Londynie wszyscy spodziewają się wielkiego ataku terrorystycznego na miarę 9/11 (11 września) i wszystkie ślady prowadzą za radzieckimi szpiegami do miejsca zwanego ZT/53235. Ale tak naprawdę wszystkie gry rozgrywają się w prawdziwym MI5, tym na Regent’s Park, i są to nie tylko gry o wysoką stawkę, ale i niesamowicie subtelnie rozgrywane, planowane na lata kampanie.

Jak wspominałam przy okazji pierwszego tomu, Herron ma doskonałe wyczucie proporcji i stylu, dlatego narracja w jego powieściach jest bardzo poważna z lekką nutką sarkazmu, fabuła ma świetnie rozłożone kontrapunkty a budowa bohaterów ma więcej subtelności niż się początkowo zdawało – choć zmiany są niemal niezauważalne, gdzieś przemycona w dialogach troska, w innym miejscu spostrzegawczy narrator wszechwiedzący dopowie jakąś kwestię, aby uwiarygodnić przemiany postaci.

Drugi tom z całą pewnością trzyma poziom pierwszego. Brakuje mi śmiałości, żeby powiedzieć, że chyba nawet podnosi poprzeczkę. W pierwszym tomie dopiero poznawaliśmy bohaterów, obecnie autor pozwolił sobie na żonglowanie osobowościami, co dało świetny efekt. Z całą pewnością będę kontynuować przygodę z Riverem Cartwrightem.

Autor: Mick Herron
Tytuł:
Martwe lwy
Tłumaczenie:
Alka Konieczka
Wydawnictwo:
Insignis
Data:
2021

Magia słowa [Czaropis, Blake Charlton]


Magia w świecie fantasy zwykle po prostu się dzieje. Wystarczy pomyśleć, zażyczyć sobie czegoś, ewentualnie zebrać moc, odtworzyć rytuał, by uzyskać pożądany efekt. Jednak moją ulubioną formą magii jest ta, która sytuuje się na granicy nauki, tej której jeszcze nie rozumiemy, ale jest usystematyzowana i ma solidne naukowe podstawy. Na tej zasadzie działa magia w świecie stworzonym przez Blake’a Charltona – Czaropis.

Gramatyczka dławiła się własnymi słowami. Śmiertelnie.
Były to napisane w magicznym języku długie, ostre słowa, zgniecione w małą kolczastą kulkę. Nogi się pod nią ugięły, padła na kolana.
Przez prowadzący od wieży most powiał zimny jesienny wiatr.
Stojąca obok niej stwór ukrywał twarz pod obszernym białym kapturem. (…)
Gramatyczka walczyła o oddech. Miała głową lekką jak jedwab i płonące oczy. Dobrze znany świat stał się obcy (s. 11).

Materia języka to moje ulubione tworzywo, więc gdy autor opisuje magię słowa, a gramatyka ma siłę oddziaływania, akapity magicznych tekstów spoczywają w bibliotekach, można za pomocą przepisania struktury nadać komuś lub odebrać świadomość, zdrowie, umiejętności – zmienić czyjeś życie, to oczekuję czegoś naprawdę spektakularnego. Same opisy językowej magii i języków magicznych są bardzo zajmujące – dla mnie dalece bardziej od fabuły, która aż tak pociągająca nie jest i nie mogę odżałować, że te dwie sfery nie idą równolegle.

Fabularnie powieść jest historią młodego kakografa, wychowanka jednego z mistrzów magii w akademickim światku. Kakograf to odpowiednik dyslektyka, który wprowadza do czarów i bytów zmiany, których nie da się przewidzieć. W pewnym momencie wszyscy zaczynają podejrzewać, że Nikodemus jest postacią z legendy, która będzie odgrywała kluczową rolę w wojnie, która nadchodzi.

To nie jest książka dla każdego. Mnie urzekły opisy, jak niuanse gramatyki mogą subtelnie zmieniać zaklęcia, były niezwykle przyjemne, choć wyobrażam sobie, że dla osób, które szukają porywającej fabuły, to nie będzie satysfakcjonująca powieść, więc nie będę jej polecać z czystym sumieniem. Wolałabym, żeby autor nieco popracował nad wydarzeniami oraz postaciami i opisywał je z podobnym entuzjazmem jak rzucanie czarów i przerzucanie się klątwami.

Autor: Blake Charlton
Tytuł:
Czaropis
Tłumaczenie:
Marek Pawelec
Wydawnictwo:
Prószyński i S-ka
Data:
2010

O kobietach z Teksasu i magii [Płoń dla mnie, Ilona Andrews]

Małżeństwo Ilony i Andrew Gordonów to fabryka powieści urban fantasy. Ponieważ wciąż szukam godnych następców Łukjanienki i Gaimana, znowu dałam się złapać w pułapkę romansu z homeopatyczną ilością magii w Teksasie.

Ludzie kłamią z najróżniejszych powodów: żeby ocalić własną skórę, wywinąć się z kłopotów, oszczędzić komuś przykrości. Manipulator kłamie, aby osiągnąć swój cel. Narcyz – aby urosnąć w oczach innych i w swoich. Niepijący alkoholik o zszarganej reputacji – aby odzyskać dobre imię. A najbardziej okłamują nas ci, którzy nas kochają, ponieważ życie jest wyboiste, a oni pragną je nam maksymalnie ugładzić (s.17-18).

Nevada Baylor prowadzi agencję detektywistyczną. Jest zadłużona po uszy, jej babka jest co najmniej ekscentryczna a matka wyszła z wojska z uszkodzoną nogą, ale dalej jest znakomitą snajperką. Gdy firma zostaje wynajęta do odszukania faceta bez koszulki, odpowiedzialnego za spalenie banku z ochroniarzem w środku, Nevada ukrywa to przed rodziną, żeby nie umarli ze zmartwienia. Świat powieściowy jest niemal identyczny z naszym, jednym wyjątkiem – magia istnieje, a magiczne lobby jest bardzo silne. Nevada ukrywa swoje niezwykle rzadkie zdolności, w obawie że zostałaby wykorzystana przez niecne korporacje lub armię. tu kryje się słabość fabularna, bohaterka jest teoretycznie niezwykle silna, magia jest ważnym elementem życia wszystkich mieszkańców tego uniwersum, ale rodzice nie zadbali o to, by zdobyła podstawowe umiejętności; w związku z czym ten przystojny bohater, o którego nagim ciele ona marzy, ma szansę wyjaśnić jej świat, w którym oboje żyją, a ona może być mu dozgonnie wdzięczna.


Książka jest miła, z pewną dozą świadomej autoironii, którą doceniam w prostych historiach. Niestety, jest to kolejna historyjka, siedząca korzeniami mocno w latach 90. – kobieta musi udowadniać swoją wartość w twardym świecie męskiego biznesu i byłych wojskowych, feminizm to synonim fanaberii a bohaterka musi być twardsza niż stal, żeby w ogóle startować w konkurencji z prawdziwymi mężczyznami (ale oni istnieją, po to, by ją chronić, nawet jeśli ona niespecjalnie tego chce, ale na koniec oczywiście jest wdzięczna).

Mam wrażenie, że ta książka została wydana jakieś dziesięć lat za późno, tak głęboko siedzi w stereotypach i motywach z ubiegłego stulecia. Niemniej jest dość zabawna, akcja jest dynamiczna, narracja nadrabia braki fabularne – nie nazwałabym tego pozycją obowiązkową, ale przeczytać można.

Autor: Ilona Andrews
Tytuł:
Płoń dla mnie
Tłumaczenie:
Dominika Schimscheiner
Wydawnictwo:
Fabryka słów
Data:
2022