Książkowy romans [Book Lovers, Emily Henry]

Do powieści Emily Henry nie trzeba mnie specjalnie przekonywać – dają mi dokładnie to, czego oczekuję od wakacyjnych romansów. A ponadto Book lovers porusza tematykę wydawniczą!

Pierwszy raz Nora spotyka Charliego w Nowym Jorku na spotkaniu służbowym, na którym oboje widzą, że nie dojdzie do żadnej współpracy. Ona jest agentką bardzo dobrej powieściopisarki, on brutalnie odmawia redagowania najnowszej powieści. Charlie nie wie, że pięć minut przed spotkaniem Nora została rzucona przez telefon przez chłopaka, który – jak w komedii romantycznej – postanowił osiąść na prowincji w towarzystwie kobiety, którą poznał kilka dni wcześniej. I że Nora czuje się jak negatywna bohaterka we własnej opowieści. Gdy się spotykają dwa lata później, życie Charliego właśnie się całkowicie zmieniło – osiadł na prowincji, choć wcale tego nie chciał.

Jednak ta powieść ma dla mnie zasadniczą wadę, o której muszę wspomnieć, ponieważ chodzi o niedomknięty wątek – i jest to niedopatrzenie z mojego punktu widzenia niedopuszczalne. Chodzi o powieść, którą bohaterowie razem redagują i Nora odnosi wrażenie, że jest to powieść o niej. Uważam, że to fantastyczny haczyk, na który się złapałam, ale brakuje mi wyjaśnienia, skąd pomysł (bardzo by mnie satysfakcjonowało, gdyby rozmawiała z Charliem i na przykład chciała dać Norze happy end na papierze). Ale z nieznanej przyczyny autorka porzuca wątek Nory i jej domniemanego występowania w powieści… Tak się nie robi.

Tym, co doceniam w powieściach Henry to przedstawienie motywacji obu stron w nieco bardziej pogłębiony sposób, niż zwykło się przyjmować w powieściach z kręgu literatury kobiecej. Do tego tchną takim ciepłem i łagodnością wobec własnych bohaterów, że miałabym ochotę wskoczyć do środka fabuły, żeby doświadczyć właśnie takiego traktowania.

Autor: Emily Henry
Tytuł:
Book lovers
Tłumaczenie:
Agnieszka Patrycja Wyszogrodzka-Gaik
Wydawnictwo:
Wydawawnictwo Kobiece
Data:
2023

Zupełnie inny świat [Pamięć Babel, Christelle Dabos]

Minęły trzy lata od zniknięcia Thorna i karnego powrotu Ofelii na Animę. Jednak niespodziewanie, podczas święta zegarów, Ofelia zostaje wezwana i stawia się na nową przygodę. Podejrzewa, że Thorn przebywa na arce Babel i tam właśnie się udaje, umykając Nestorkom oraz Obserwatorce.

Mocną stroną serii Lustrzanna jest światotworstwo. W trzecim tomie autorka przeszła samą siebie, budując alternatywną Amerykę lat 50., podkreślając różnice kulturowe językiem – dla nas angielskie wstawki są bardziej niż czytelne, a w zestawieniu z relacjami z innych arek nabierają nowych znaczeń.

A zatem Babel to arka najbardziej rozwinięta, głównie za sprawą automatów Lazarusa, które zastępują ludzi na coraz większej ilości stanowisk – od udzielania informacji, sprzątania, po prace dziennikarsko-śledcze. Babel jest jednocześnie głęboko sformalizowany i to zderzenie kulturowe jest dla Ofelii źródłem początkowych kłopotów. Przyjmuje bowiem przykrywkę słabej animistki, a zatem osoby niemal pozbawionej mocy, powinna zatem nosić białą tunikę, a długa, wiktoriańska suknia z animy może ściągnąć na nią kłopoty. A przecież miała szukać Thorna swojego męża, który zniknął z celi na Biegunie.

Napędzana jedynym celem Ofelia zapisuje się do kompanii zwiastunów, by tam – w ostatnim miejscu, które ostało się ze starego świata, i o które upomina się jej pamięć – szukać zbiega z Bieguna.

Pamięć Babel, podobnie jak wcześniejsze powieści, nie unika pewnych błędów, niedopowiedzeń, a jednocześnie jest wciągającą historią, która przynosi kilka odpowiedzi na pytania z poprzednich tomów, ale rodzi też wiele więcej nowych pytań i powoduje, że czekam z niecierpliwością na tom zamykający tę niezwykłą serię.

Autor: Christelle Dabos
Tytuł:
Pamięć Babel
Tłumaczenie:
Paweł Łapiński
Wydawnictwo:
Entliczek
Data:
2020

Karta w rękawie [Forta, Michał Cholewa]

Trzeci tom serii Algorytm wojny Michała Cholewy pt. Forta otrzymał nagrodę Zajdla za najlepszą powieść 2014 roku i muszę przyznać – jak najbardziej zasłużoną. Oddział Wierzbowskiego zbliża się do linii frontu, a to co widzą, wcale im się nie podoba.

Gwiazdy nad głową Marcina Wierzbowskiego drgnęły i runęły w dół, zmieniając się w błękitnawe smugi gazów wylotowych. Promy desantowe opadły ku bazie Churchill niczym rój szerszeni, prosto do celu, w ogłuszającym hałasie pracujących pełną mocą silników. Pośród morza komunikatów korekt kursu i wyznaczania stref lądowania ich załogi odliczały ostatnie sekundy, czekając na moment, kiedy podwozia maszyn dotkną gruntu i opadną wrota desantowe. Garnizon Churchill był doskonale przygotowany. Od zejścia z orbity zbliżające się promy były bacznie obserwowane przez operatorów sieci sensorycznej placówki. Kadra oficerska wymieniała ostatnie uwagi przed lądowaniem, a zgromadzeni na stanowiskach naziemnych specjaliści czekali w napięciu na stworzone przez człowieka spadające gwiazdy. Jeszcze pięć minut. Jeszcze trzy. Jeszcze jedna. Żołnierze –zarówno ci na promach, jak ci oczekujący na powierzchni planety –odliczali czas prawie równocześnie (s. 27).

Wierzbowski i jego drużyna trafiają do bazy EU Churchill niedaleko frontu i tam widzą dramat żołnierzy, którzy wracają z pola bitwy na tarczy. Medycy nie wyrabiają się ze składaniem ich do kupy, plotki mówią o podpaleniu atmosfery na jednej z planet, na której odkryto bogate złoża caelium. Korzystając ze starych znajomości, próbują wykombinować jakikolwiek inny przydział niż frontowy, co może pójść źle? To pytanie zadają sobie, gdy oesy zabierają ich z aresztu, by stanowili podstawę wsparcia dla kolonii Atropos, która została zapomniana po Dniu i od tamtej pory nikt się o nią nie zatroszczył.

Cholewa buduje historię wielopoziomową, jest tu trochę kryminału (bo szukają przestępców, grabiących regularnie kolonię), mocny dramat kolonistów, gdy złamani buntem maszyn i wieczną burzą na planecie muszą się mierzyć z głodem. Gorycz wylewa się ze stron, poczułam się bardzo poruszona atmosferą powieści, ale końcówka po prostu mnie zamurowała. Cholewa wyrasta na naprawdę świetnego pisarza, który potrafi połączyć skomplikowaną fabułę, emocjonujące opisy bitew z konstrukcją znakomitych bohaterów. W Forcie spotykamy po raz kolejny postacie oesów, którzy stają się coraz bardziej znaczący dla fabuły i choć ich relacje z oddziałem Wierzby są bardzo napięte, to są doskonałe umotywowane.

Nie jestem wielką fanką opisów bitew kosmicznych, ale wydaje mi się, że w tej serii są na tyle przystępnie napisane, że nawet je rozumiem. Niemniej uważam, że to powieść wyrastająca ponad przeciętność i od razu sięgam po kolejny tom!

Autor: Michał Cholewa
Tytuł: Forta
Wydawnictwo: Warbook
Data: 2014

Gra ze żywymi inaczej [Przebierańcy, Mike Carey]

Trzeci tom przygód Felixa Castora pt. Przebierańcy zaczyna się od pogrzebu starego kumpla głównego bohatera, kolegi po fachu. Wydarzenie kieruje myśli Fixa ku własnej śmiertelności, ale co dziwi egzorcystę, to że wytyczne kumpla dotyczące własnego pogrzebu zmieniły się na chwilę przed samobójczą śmiercią, a jego duch zgeistował.

Jak wiemy choćby z serialu Supernatural, łowcy duchów powinni zostać po śmierci spaleni i tego właśnie zażyczył sobie John Gittings, ale nie byle gdzie, on pragnął kremacji w wybranym ośrodku.

Drugim problemem, z którym zmaga się Castor jest opieka nad Rafim, opętanym przez demona przyjacielem, nad którym opiekę chce przejąć szalona naukowczyni, by prowadzić badania nad rzadkim przypadkiem. Ludzie zaczynają przebąkiwać o wojnie, że duchy to forpoczty demonicznej armii, która niedługo rozpęta piekło na ziemi. A do tego zgłasza się do Felixa żona mężczyzny oskarżonego o napaść seksualną i morderstwo. Jest ona przekonana, że za czynem stoi nieżyjąca od czterech dekad zabójczyni na zlecenie.

Powieści Careya wydają się dopracowane – wątki się splatają i choć niektóre rozwiązania wymagają wyjaśnienia, nie mam wrażenia, jak w przypadku innych autorów, że moja inteligencja jest stale obrażana i wystawiana na pośmiewisko. Zadbał o komplikacje prawne związane z powracającymi z zaświatów, zadbał o ideologię prolife (ten wątek jest szczególnie zacny, chodzi o sektę Tchnienie Życia, walczącą z egzorcystami o możliwość pozostania duchów na ziemi – czekam na jego rozwinięcie, bo jest jedynie wspomniany, szkoda byłoby go pominąć). Autor zachowuje swobodny balans między kryminałem a elementem paranormalnym (nasuwa mi się nazwa romans paranormalny, ale to znowu przywodzi na myśl znakomity Zmierzch, a nie w tę stronę zmierzamy, raczej nonszalancko się od niego oddalamy), co pozwala trzymać w odpowiednim napięciu. Wszystko wskazuje na to, że w dalszych tomach Rafael Ditko będzie odgrywał istotniejszą rolę i nie ukrywam – czekam niecierpliwie na rozwiązanie jego sprawy!

Autor: Mike Carey
Tytuł: Przebierańcy
Tłumaczenie: Paulina Braiter-Ziemkiewicz
Wydawnictwo: Mag
Data: 2009

Ave, Satan! [Skóra i ćwieki na wieki. Moja historia metalu, Jarek Szubrycht]

Co łączy następujące zespoły: Metallica, Iron Maden, Behemoth, Vader, TSA, Black Sabbath? Wiadomo, sława i rozpoznawalność na pewno, ale i obco brzmiące nazwy. Wśród tych gigantów szeroko pojętego metalu są trzy polskie formacje, które mają oddanych fanów (i renomę) na całym świecie.

Chociaż muzyka metalowa nie jest mi w żaden sposób bliska, to z wielką ciekawością przeczytałam tę książkę. Autora znam bowiem jako dziennikarza piszącego o (pop)kulturze i z bogatą wiedzą w tej dziedzinie. W Skórze i ćwiekach mnóstwo jest elementów autobiograficznych, choć autor wiele razy się zarzeka, że autobiografii napisać nie zamierzał. Jednak już na samym wstępie (czyli w Intro) jasno deklaruje, że, po pewnej przerwie od słuchania metalu, grania metalu i pisania o metalu, wrócił do niego, bo to jego muzyka, jego ludzie i jego miejsce na ziemi.

Nie wszystko mi się tu podoba, ale lepszego [miejsca] nie znam, a poza tym to dom – innego nie miałem (s. 8).

Zatem jeśli jako laiczka w tej dziedzinie mam poznawać mroki metalowego undergroundu, to Szubrycht jest tu odpowiednim przewodnikiem.

Zaczyna się ta opowieść od początków metalu w Polsce w latach 80. XX w., co ściśle się wiąże z nastoletniością autora i jego dorastaniem w niewielkim podkarpackim miasteczku. Każdy rozdział ma swoją ścieżkę dźwiękową, np. pierwszemu patronuje TSA i jego „Heavy Metal World”. Jeśli więc ktoś oglądał Akademię Pana Kleksa (1984 r., reż. Krzysztof Gradowski, muz. Andrzej Korzyński) i pamięta (bo tego nie da się zapomnieć!) scenę z maszerującymi z pochodniami wilkami, to właśnie towarzyszył jej utwór w wykonaniu TSA i Marka Piekarczyka. I to też był metal!

Ci, którzy wyłącznie zamykali wtedy oczy, chowali się pod fotelami albo zwiewali z kina, kilka lat później zostawali fanami zespołu Wilki, a ci, którzy może i się bali, ale też trochę chcieli się do tej sfory przyłączyć, zaczynali słuchać metalu. Tak, to musiał być ten moment, w którym wykuwał się nasz los (s. 13).

Ja raczej byłam w tej pierwszej grupie, ale dziś potrafię w końcu docenić Marsz wilków jako utwór słowno-muzyczny.

Szubrycht fascynująco i ze swadą opowiada nie tylko historię metalu w Polsce i na świecie, ale i ewolucję podgatunków, metalową modę, onomastykę, powiązania między poszczególnymi twórcami i wątkami – i jest to naprawdę ciekawie podane, z dużą dozą humoru i dystansu. Oczywiście po lekturze tej książki nie nawrócę się na tę muzykę, ale trochę zaczynam rozumieć tak emocjonalny stosunek autora do metalowego świata. Zwłaszcza gdy przeczytałam takie jego wyznanie:

Zaryzykuję jednak teorię, że dla wielu tekściarzy, zwłaszcza tych, którzy piszą dla siebie, słowa ekstremalnego utworu metalowego mogą być jak modlitwa, jak oczyszczające wyznanie na kozetce terapeuty, jak zaklęcie tajemnego rytuału. Nikt nie musi rozumieć, nikt przecież nie musi wiedzieć, co zawarłeś między wierszami, na kogo i dlaczego krzyczysz, byś mógł razem z tym krzykiem wyrzucić cały swój ból, krzywdę, nienawiść, strach. Mnie to pomagało. Być może uratowało mi to życie. Wchodziłem w dorosłość w maleńkim miasteczku na Podkarpaciu w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych – to nie był ani odpowiedni czas, ani  miejsce, żeby szukać fachowej psychologicznej pomocy do walki z osobistymi demonami, a o stabilizującej emocje farmakologii, dziś tak powszechnej, nawet nie wspomnę. Mogłem chlać, ćpać albo… rzucać swoje zaklęcia, wzmocnione porywającą muzyką kolegów. Być może z tego samego powodu przestałem. Nigdy nie zostałem profesjonalnym piosenkarzem metalowym, a funkcja terapeutyczna, związana z tworzeniem nowych utworów i przede wszystkim ich wykonywaniem na koncertach, przestała mi być tak bardzo potrzebna. Dojrzałem, poznałem siebie i z powodzeniem zacząłem stosować inne metody stabilizowania wewnętrznych burz i naporów. Ale przyznaję, jeśli czasem brakuje mi zespołu, to tego właśnie najbardziej – scenicznego katharsis, otwarcia się na siebie samego i wyrzucenia tej energii w świat, ponad głowami ludzi [s. 253–254].

Na koniec jednak łyżeczka dziegciu. Zabrakło mi ilustracji w książce: rozumiem, że mamy pod ręką internet i wszystko można sobie wyguglać, jednakowoż gdyby autor zdecydował się np. na faksymile swoich fanowskich zinów albo nawet reprodukcje niektórych okładek płyt, o których wspomina, zanurzenie czytelnika w metalowy świat byłoby pełniejsze. I przydałby się indeks nazwisk albo choćby samych nazw zespołów, mnie by on znacznie ułatwił lekturę. Ale przecież nikt nam nie obiecywał, że w życiu będzie łatwo i miło, prawda? A już zwłaszcza twórcy metalowego uniwersum.

Autor: Jarek Szubrycht
Tytuł: Skóra i ćwieki na wieki. Moja historia metalu
Wydawnictwo: Czarne
Data: 2022

Miejska wiedźma [Kołysanka dla czarownicy, Magdalena Kubasiewicz]

Gdy pojawia się na rynku nowa urban fantasy, trudno mi się oprzeć, więc po trylogię Magdaleny Kubasiewicz o Jagodzie Wilczek także musiałam sięgnąć. Pierwszy tom, Kołysanka dla czarownicy wprowadza czytelnika (a w zasadzie czytelniczkę) w świat warszawskich enklaw magicznych.

Czarownice w świecie Kubasiewicz mają specjalizacje i Jagodzie nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności trafiła się magia klątw – ani specjalnie pożądana, ani ceniona w magicznym świecie. Zostaje wezwana do wydziału miejscowej magicznej policji do ekspertyzy klątwy, rzuconej na znalezioną na cmentarzu kobietę.

Powieść bazuje na baśni o śpiącej królewnie ze zbioru Grimmów, a jej rozwinięcie jest dość zaskakujące. Kubasiewicz tworzy warszawski magiczny światek ukryty przed oczami zwykłych ludzi, ale wpleciony w strukturę miasta. Opisuje go jednak dość mętnie – światotwórstwo nie jest mocną stroną tej historii. Zaczynając czytać miałam też wrażenie, że trafiłam w środek historii i nie dlatego, że miała wysoki próg wejścia, tylko odnosiła się dużo do wydarzeń z niedalekiej przeszłości, jakby autorka odnosiła się do pierwszego tomu opowieści. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że właśnie czytam pierwszy tom.

Autorka stworzyła bezpretensjonalną historię, która niczego nie udaje i jest prostą historią o czarownicy we współczesnym świecie. Brakuje mi w niej błyskotliwości, jakiegoś haczyka, który pozwoliłby mi się zakotwiczyć w tej opowieści, ale nie – przeleciałam przez nią i z całą pewnością nie zostanie we mnie na dłużej. To oczywiście nie jest wada, ale dla mnie ważne są emocje, które wzbudza opowieść. No więc Kołysanka nie wzbudza żadnych.

Z jednej strony ciężko mi polecić tę książkę, z drugiej – mam nadzieję, że drugi tom będzie godnym rozwinięciem.

Autor: Magdalena Kubasiewicz
Tytuł:
Kołysanka dla czarownicy
Wydawnictwo:
Sine Qua Non
Data:
2022

Przemocą [Babel, Rebecca F. Kuang]

Babel to jedna z najgłośniejszych powieści fantastycznych tego roku oczywiście musiałam ją przeczytać, bo kwestie przekładu, zaginionego w tłumaczeniu, tłumaczeń pięknych lub wiernych, gwałtów na oryginałach oraz drugim autorze spędzały mi sen z powiek przez jakieś 10 lat studiów filologicznych.

Robin pochodzi z Kantonu, z którego zostaje wyrwany, gdy ma kilka lat. Wychowywał się pod nadzorem angielskiej niani, a teraz trafia do Anglii, gdzie pod kuratelą oksfordzkiego profesora filologii uczy się języków klasycznych i pielęgnuje chiński, by w przyszłości wstąpić w mury Instytutu Translatoryki – słynnego Babel. Tam bowiem wykuwa się talenty do podboju świata, gdyż pierwszą zasadą zawłaszczenia kulturowego jest wyrugowanie języka. A Anglia ma ogromny apetyt na cały świat.

Element fantastyczny jest bardzo subtelny, albowiem autorka podmieniła maszyny parowe na sztabki srebra, działające na zasadzie magii słowa – używającej mocy utraconego w przekładzie znaczenia. I chociaż w mojej głowie w dalszym ciągu Oksford w moim wyobrażeniu wyglądał jak z obrazków z czasów rewolucji przemysłowej, teoretycznie powinno być czyste i wolne od dymów spalanego węgla. Praca nad słowem w przekładzie jest najwyższym stopniem wtajemniczenia i wszyscy studenci marzą, by trafić do pracowni srebra. Jednak Robin ma wątpliwości i na każdym kroku widzi, że nawet będąc studentem prestiżowego kierunku, jest elementem inwentarza Babel a nie człowiekiem.

To bardzo, bardzo smutne, że w XXI wieku wciąż muszą powstawać książki, w sposób prosty i od podstaw ukazujące przywilej białych ludzi (wiem, zaraz ktoś postanowi mi wyjaśnić, że przecież są też imperia niebiałe – zgadza się, trzymajmy się jednak treści, gdzie jest mowa o imperium brytyjskim; choć co do zasady – każde imperium jest zbudowane na wyzysku słabszych) i zmagania o tożsamość wszystkich innych. Znamienne jest to, że próbują oni dyktować warunki i nie rozumieją, dlaczego pozostali nie są im wdzięczni!
Gdy na horyzoncie pojawia się wojna o opium w Kantonie i Robin nie chce być jej przyczynkiem, jego brytyjska przyjaciółka po wielokroć wmawia mu, że to nie jest jego ojczyzna. I faktycznie, Robin, pozbawiony korzeni, nie należy do Kantonu, ale przez swoje mieszane pochodzenie, nie jest też nikim innym. Biali mężczyźni z Anglii mogą go traktować jako maskotkę z egzotycznego kraju, ale nigdy nie uznają go za równego sobie.

Tytułowa potrzeba przemocy tkwi w fabule na wielu poziomach – od wyrwania przemocą z ojczyzny, po (o ironio) gwałt zadany na oryginale, byśmy mogli poznać go w rodzimym języku. Jednak głównie wypływa z potrzeby, by ukonstytuować własną tożsamość, przemocą wyrwać ją tym, którzy jej zaprzeczają, każą zapomnieć ojczysty język, stosując przemoc za zachowania niezgodne z ich kanonem. I owszem, tłumacze z rodzimym językiem są niezbędni, jednak mają się zachowywać jak brytyjscy lordowie, by tej przemocy uniknąć. Rozmowy prowadzone przy herbacie o nieuświadomionym przywileju białych są kwitowane śmiechem, natomiast wprowadzenie elementów przemocy do dyskursu upewnia tychże o własnej wyższości moralnej, chociaż sami nie unikają używania pogrzebacza jako argumentu o własnej racji. I tak ten zaklęty krąg trwa.

Kuang próbuje pokazać, że podobnie sprawy się mają z kobietami, ale mam wrażenie, że robi to niezdarnie, wciskając na siłę rozdział o białej studentce i jej motywacjach. I nie przeszkadza mi on na poziomie fabularnym, choć prawdopodobnie nie powinnam mieć wątpliwości co do powodów jej działań wynikających z treści, ale wprowadzenie kolejnego problemu (nawet ściśle powiązanego z podstawowym), mogłoby wydłużyć już i tak sporą objętościowo powieść.

Autor: Rebecca F. Kuang
Tytuł: Babel, czyli o konieczności przemocy
Tłumaczenie: Grzegorz Komerski
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data: 2023

Walka z samym sobą [Punkt cięcia, Michał Cholewa]

Przed zapowiedzianą premierą ostatniego tomu serii Michała Cholewy, Algorytm Wojny, przypominałam sobie jedną z lepszych serii polskiej militarnej SF. Przed Wami drugi tom, Punkt cięcia, w którym autor w prowadza dużego gracza!

Świtało, kiedy wahadłowiec admirała Liao Tzu osiadł na płycie lądowiska Tian‘anamen, na granicy wewnętrznej strefy zakazu lotów cesarskiego pałacu. Lekka mgiełka spowijała wiecznie zielone ogrody, a blask porannego słońca wydobywał jasne refleksy z żółtych dachów odległego o kilka kilometrów Zakazanego Miasta. Wybudowana w centrum Imperium idealna kopia pałacu z czasów dynastii Ming robiła jak zawsze monumentalne wrażenie. Liao potrafił sobie wyobrazić, jak powalający efekt musiał wywierać pierwowzór Zakazanego Miasta w czasach, kiedy ludzie nie kroczyli pośród gwiazd. Siedziba cesarza z pewnością wydawała się wtedy centrum świata (s. 6).

Imperium jest zbudowane na wzór starego cesarstwa chińskiego, w którym cesarz równy bogu jest nieomylny w swoich planach. Z jednej strony jest to przeciwnik, który zbudował dwa nadajniki czasu rzeczywistego, może więc przekazywać rozkazy z jednego krańca na drugi bez opóźnień, z drugiej – krańcowo skodyfikowane zachowania oraz społeczeństwo kastowe utrudniają jakąkolwiek komunikację, zarówno wewnętrzną, jak i zewnętrzną.

Oddział Wierzbowskiego wreszcie został ewakuowany z New Quebec, choć nie wszyscy mieli szczęście – cześć transportu została porwana, pozostali byli poddani niekończącym się przesłuchaniom pod przykrywką ewaluacji psychologicznej, by na koniec pojawił się pułkownik Brisbane, który ze smutnym uśmiechem zaproponował, że zainterweniuje przy wymianę jeńców za jedną, malutką przysługę – udział w akcji jako wsparcie operacji specjalnych.

Mam jedno zastrzeżenie do Punktu cięcia i jest to zarzut do wydawnictwa, które niespecjalnie dużo wagi przyłożyło do redakcji powieści. Nie sposób nie zgrzytać zębami przy kolejnych powtórzeniach i niezręcznościach, które naprawdę łatwo byłoby wyrugować przy uważnej lekturze. Na szczęście Cholewa nadrabia fabułą. W drugim tomie mamy szansę poznać lepiej członków zespołu, choć wciąż mają swoje tajemnice, które chciałabym rozgryźć w kolejnych tomach.

Autor: Michał Cholewa
Tytuł: Punkt cięcia
Wydawnictwo: Ender
Data: 2013

Pilchu w sensie ścisłym [Pilchu, Witold Bereś]

Powiedzieć, że Jerzy Pilch wielkim twórcą był, to nic nie powiedzieć. Był twórcą w sensie ścisłym. Tak oto, nieudolnie naśladując charakterystyczną Pilchową frazę, chcę pochylić czoło w hołdzie nad trudem Witolda Beresia, który na ponad 700 stronach próbował się zmierzyć z fenomenem swego przyjaciela nie tylko po piórze.  

Nieznane teksty. Tajemnica kobiet. Literatura, życie i cała reszta. Tak streszcza te 700 stron hasło na okładce – i w sumie wypada się z tym zgodzić. Niemal każdy rozdział kończy się passusem pt. Pilch nieznany, czyli tekstem albo nigdy niepublikowanym, albo publikowanym gdzieś w niszowym piśmie studenckim, albo jakimś znaczącym fragmentem wywiadu, który rzuca nowe światło na zagadnienia poruszane w tymże rozdziale. W sumie każdy rozdział ma podobną budowę: 21 gramów prywatności, czyli odautorskie wynurzenia Beresia na tematy wszelakie, jednak zawsze powiązane z tematem głównym rozdziału; Pilch do smaku – zdanie lub dwa z rozmaitych wypowiedzi Pilcha, taki Pilchu w pigułce. Poza tym każdy rozdział obfituje w cytaty z wywiadów i utworów pisarza, naświetlając w ten sposób zagadnienia ze wszystkich niemal stron. Cenne są też zdjęcia kończące rozdziały, pokazujące różne etapy „życia i twórczości” pisarza.

Książka jest ułożona w zasadzie chronologicznie, tak z grubsza oczywiście, bo rozdziały poświęcone są też wielkim i stałym tematom Pilcha. Zatem mamy rozdziały m.in. o PRL i Pilchowym debiucie, wojnach felietonistów, które autor toczył na łamach gazet, w których publikował, „Tygodniku Powszechnym”, filmach i teatrze, sporcie, papieżu Polaku i wierze ewangelickiej, o portretach trumiennych zmarłych przyjaciół… Chociaż trudno te pozycje nazwać biografią w sensie ścisłym, to jednak sporo w niej opowieści biograficznych o Pilchu i jego autobiofikcji (tytuł jednego z rozdziałów, oznacza tak pokrótce pisanie autobiograficznej fikcji). Autorem tegoż dzieła jest wieloletni przyjaciel Jerzego Pilcha (od studiów na krakowskiej polonistyce, po redakcje – nie tylko Tygodnika Powszechnego – a na słynnych wyjściach w miasto, że tak rzecz ogólnie ujmę, skończywszy). Witold Bereś objaśnia nam Pilcha z jednej strony literacko, z drugiej obyczajowo i życiowo: nie unika trudnych tematów z osobistego życia pisarza (relacje rodzinne, damsko-męskie, alkoholizm, choroba Parkinsona), docieka źródeł rozmaitych konfliktów w środowisku literackim oraz stara się rozeznać przyczyny (i skutki) transferu pisarza z Krakowa do Warszawy (i ze środowiska Tygodnika Powszechnego do środowiska Polityki).

Poświęca też sporo miejsca na próbę opowiedzenia o tym, jak w pewnym momencie ukazały się niemal jednocześnie dwie biografie Pilchowe – jedna zakontraktowana przez autora u znajomej dziennikarki, a druga w formie wywiadu-rzeki z byłą partnerką… Zamiast bibliografii też mamy smaczek – Bereś ułożył quasi-bibliograficzny przewodnik po Pilchu, dzieląc go na trzy kategorie, od kompletnie początkujących do psychofanów:

– etap pierwszy (dla początkujących),
– etap drugi – ligowy średniak,
– etap trzeci – kadra.

Na koniec, jako opus magnum Pilchowe, dał Dzienniki i Wiele demonów. Ten ostatni tytuł zalecił czytać razy dwa albo lepiej – trzy.

Nie będę zbyt bezstronną recenzentką tej pozycji, ponieważ Pilcha pisarza bardzo sobie cenię, zaś Pilcha felietonistę uwielbiam. Ponadto o jedynej sztuce, którą popełnił, Narty Ojca Świętego, mam dobre zdanie (Bereś niekoniecznie) i jej realizacja sceniczna w warszawskim Narodowym bardzo mi się podobała (z fantastycznymi rolami Janusza Gajosa i Władysława Kowalskiego). Dlatego na koniec, zamiast błyskotliwej puenty recenzentki, fragment Beresiowych rozważań z rozdziału Autobiofikcja:

Problemy kreacji – Pilch a Pilch wymyślony – powtarzały się w większości rozmów, rozważań. Nawet jego „Dziennik”, który wszak teoretycznie, z założenia, mógłby być czystym diariuszem sugerującym, że liczy się tylko prawda, to przecież poza przepuszczona przez nieskończoną liczbę filtrów i gustów.

Jednak dla wielu czytelników nadal jest ważne – nawet gdy dzieło zalatuje na kilometr fikcją i literackością – czy i w jakim stopniu ma ono związek z rzeczywistością. Niemal zawsze frapująca jest kwestia pierwowzoru: literaturę traktuje się jako medium, które szyfruje inną rzeczywistość. Czyta się więc poprzez deszyfrację i szuka odpowiedzi na pytanie, kto się kryje za fikcyjną postacią, jakie prawdziwe wydarzenia za opisywanymi wydarzeniami, ile wypitych flaszek wódki za flaszkami, które występują w tekście. I to jest taki trywialny rodzaj czytania, który jest dla autora irytujący. Literatura tymczasem jest oczywiście zazwyczaj połączeniem fikcji i rzeczywistości, zmyślenia i prawdy. A fikcja bywa prawdziwsza od prawdy [s. 355].

Autor: Witold Bereś
Tytuł: Pilchu
Wydawnictwo: Wielka Litera
Data: 2021

Jak ojciec z córką [Nakurwiam zen, Maria Peszek]

Rozmowa dwojga bliskich sobie ludzi, obojga spełnionych artystów, zilustrowana zdjęciami z domowego archiwum rodziny. Zdawać by się mogło, że to czytelniczy przepis na sukces. A jednak ta lektura pozostawia po sobie jakiś mrok.

Ciekawa byłam tego pokoleniowego dialogu, więc niepomna ostrzeżenia umieszczonego na początku, że Ta książka może zranić twoje uczucia. Jeśli nie chcesz, nie czytaj – przeczytałam. Zaiste, rozmowa Marii Peszek z jej tatą Janem toczy się bez żadnego tabu i owijania w bawełnę: rozmawiają i o trudach życia artysty (oraz artystki), blaskach i cieniach tego zawodu, rodzicielstwie, byciu córką znanego aktora, i o tym wszystkim, co aktualnie dzieje się wokół nas. Zdecydowanie nie dla wrażliwych uszu to pozycja, bo grube słowa padają co chwila. Patrząc z nieartystycznego punktu widzenia, ogromnie mi szkoda, że ktoś miał takie niełatwe dzieciństwo: nie dość, że w czasach braków i niedoborów, to i zanurzone w lęku o rodzinę, o czym Maria otwarcie Janowi mówi. 

Z drugiej jednak strony relacja córki i ojca jest naprawdę partnerska, nie ma wyrzucania sobie zaszłości i wzajemnych pretensji, psychoanalizowania przeszłości i dokonanych wyborów. Są za to czułość, miłość, bliskość i troska. Są podziw oraz ogromny szacunek dla osiągnięć artystycznych. To na pewno wartość tej rozmowy, a raczej rozmów, które odbyły się w latach 2017–2019. Ich punktem wyjścia został… zawał Jana Peszka, który miał miejsce w Boże Narodzenie, a pięć dni później odbyła się pierwsza rozmowa do książki Marii. Kończy się zaś ten dialog prośbą Marii, czy po śmierci Jana będzie mogła przejąć i grać jego Scenariusz dla nieistniejącego lecz możliwego aktora instrumentalnego, monodram napisany przez Bogusława Schaeffera w 1963 r. specjalnie dla Jana Peszka i grany przez niego do tej pory. Dla Jana to wzruszająca i ważna prośba.

Rozmowy przetykane są wspomnieniami Marii o różnych wydarzeniach z rodzinno-artystycznego życia Peszków. Takich jak np. to o czesaniu przez Jana córki do szkoły, które mnie ujęło właśnie swoją czułością:

Nie zawsze było tak, że Jan był sławny. Kiedy byłam mała, był nikim i nikt go nie chciał. Byłam szczęśliwa. Robił mi śniadania w naszej kuchni na Traktorowej 1a. Kromki chleba z miodem kroił w kwadraciki, takie na jednego gryza. Mieszkaliśmy wtedy w Łodzi w bloku na Teofilowie. Wyprawiał mnie do szkoły; byłam w pierwszej klasie. Ubierał mnie i czesał.
Nie umiał pleść warkoczy, więc tamtego dnia zrobił mi kucyki. Lewy był tam, gdzie powinien, ale prawy wyszedł na czole. Przeczesywał parę razy, ale ciągle wychodziło tak samo. Obydwoje mieliśmy łzy w oczach. Pomięte wstążki, podrażniona skóra, czas się kończył. „Symetria jest pięknem idiotów”, nie wytrzymał w końcu tata. I uratował ten dzień. I uratował mnie. Z kucykiem na czole poszłam w świat [s. 242].

Na drugim biegunie są trudne historie alkoholowe Jana, niedostatki ich codziennego życia rodziny, wspomnienia z trudnego dzieciństwa Jana i powracające pytanie Marii, skąd on czerpie siłę m.in. do codziennego wstawania z łóżka i mierzenia się ze światem. Jan nie daje na to jasnej i konkretnej odpowiedzi. Podpowiedzią za to może być tytuł książki, zaczerpnięty z rapu Marii, powstałego w ramach #hot16challenge2 (czy ktoś to jeszcze pamięta?) – wykonują go z Janem, siedząc w saunie, a słowa lecą tak:

Wszyscy w zakręcie wszyscy w zakręcie
od Tatr do Bałtyku od Zako po Hel
kraj pod napięciem co z nami będzie
zasięg się zrywa kończy się tlen (…)
nie ma już nic skończył się tlen
nakurwiam zen nakurwiam zen
nakurwiam zen nakurwiam zen

Szkoda również, że nie każdemu było dane przeprowadzić taką rozmowę z bliskimi – dlatego, mimo wszystko, warto zajrzeć do tego spotkania Peszków, pamiętając jednakowoż o ostrzeżeniu na temat ranienia uczuć. A w wersji audiobookowej Maria i Jan czytają tę rozmowę niemal jak scenariusz przedstawienia…

Autor: Maria Peszek
Tytuł: Nakurwiam zen
Wydawnictwo: Marginesy
Data: 2022