Gdzie lata Strzygonia [Strzygonia, Sławomir Mrugowski]

Pierwszy tom trylogii Strzygonia wydawnictwa Fabryka Słów to najlepsza książka, jaką czytałam w ostatnim roku i raczej jej nikt nie zdetronizuje. Możemy się czarować, że ma wady (ma), ale one nie przesłaniają naprawdę rewelacyjnie zarysowanej fabuły. 

Autor tego dzieła (ponad 600 stron), Sławomir Mrugowski, pochodzi z Bydgoszczy i zajmuje się wszystkim – malarstwem, poezją (ma na koncie tomik wierszy), budownictwem (ukończył studia o tym profilu i pracuje w Castoramie), tańczył i śpiewał.

Powinnam nazwać powieść „epicką” zgodnie z trendem, że jeśli autor ogarnia więcej niż jednego bohatera, to jest to „epickość”. No to Mrugowski ogarnia tych bohaterów całe armie. Ale spoko, żaden nie żyje długo (komuś przypomina to Martina?). Ciekawe, kim zapełni resztę trylogii.

Powieść jest utrzymana w tradycji romantycznej – tzn. motywy folklorystyczne stanowią podstawę tego dzieła i są naprawę zacnie użyte. Zastanawia mnie tylko plącząca się tam bez ładu i składu Balladyna. Tzn. jest silną postacią, dobrze użytą i z odpowiednio zapożyczoną ze świata lektur. Do tego romantyczna miłość, która nie może zostać spełniona, bo pewnej bogini podoba się zabrać komuś ciało. Dzieje się, po prostu się dzieje. 

Co do wielości bohaterów – ich liczba zostaje poważnie zredukowana, nie można się za bardzo do nikogo przywiązywać, ale początkowo ciężko ich zapamiętać. Dobra, do końca ciężko ich zapamiętać, szczególnie że nie wiadomo, kto z kim i dlaczego. Tu wejdziemy z kimś w konszachty, tam go zdradzimy, nie ma się czym przejmować, codzienne życie polityka i dowódcy kilku tysięcy rycerzy – trzeba dobrych ziem i płodnych kobiet. Albo odwrotnie.
Jedyną i niezmienną bohaterką jest słowiańska puszcza z jej nieprzewidywalnymi i dzikimi mieszkańcami. Niektórzy z nich są również pochodzenia nadnaturalnego. Czymże byłaby słowiańska puszcza bez odrobiny magii. Albo dużej ilości magii. I kilku wodnic. I wilkołaków.

Najważniejsze w tej powieści jest, że nie da się jej zostawić. Wciąga i wsysa tak, że jeśli znajdziesz się w gałęziach starożytnego dębu, obserwując krew i strach bitew – nie zdziw się. 
To magia książki. 

Autor: Sławomir Mrugowski
TytułStrzygonia
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: 2012

Być dzieciakiem [Film: Felix, Net i Nika oraz teoretycznie możliwa katastrofa]

Wczoraj byłam na nowym polskim filmie młodzieżowym – Felix, Net i Nika oraz Teoretycznie Możliwa Katastrofa. Poświęcenie to było dla mnie nie lada, bo jestem wciąż rzężąca, charcząca i w ogóle, ale jestem wielką fanką żony autora powieści (i jego samego trochę też, ale nie przez wzgląd na książki akurat).

Tata tytułowego Felixa pracuje w tajnym laboratorium i wysyłają go do pracy nad Bałtyk – dają także mieszkanie w przedwojennym domku na uboczu, gdzie jedynym sąsiadem jest opryskliwy rybak. Wiadomo, jak się ma chatę na odludziu, dobrze zabrać dzieci, a zatem towarzyszą mu syn i jego przyjaciele ze szkoły – Net i Nika. Szybko się okazuje, że tata pracuje nad rozwikłaniem zagadki tajnej bazy III Rzeszy i jeszcze bardziej tajnego Pierścienia. Skoro ma być to supertajne, to nie ma nic lepszego od opowiedzenia o tym dzieciom, które są wścibskie i sprytne, a potem wprowadzić je do tej bazy, żeby mogły dokonać większych zniszczeń – co oczywiście natychmiast robią. A to dopiero początek przygód…

W tym filmie o dziwo grają nastolatkowie (zupełnie nie wzorem Beverly Hills) i o ile panowie robią to całkiem zgrabnie, to dziewczyna startuje na miss drewna. No ale cóż, podobno nie było ją łatwo wybrać i dopiero w trzecim castingu udało się wyłonić tak sztuczną i drętwą postać.

Film, jak na polskie warunki, zrobiony naprawdę bardzo dobrze. Mamy wynalazki, mamy mnóstwo efektów specjalnych (jak po pokazie powiedział reżyser, 75% scen było obrabianych w postprodukcji, żeby dodać im efekty specjalne) i co prawda budżet nie był wielki i nie ma co porównywać z superhitami z Hollywood, to jednak polecam zobaczyć – po pierwsze dlatego, że to fajny film, ciepły i sympatyczny, o przyjaźni, wariackich przygodach z dzieciństwa. Po drugie – żeby zobaczyć, że Polacy potrafią zrobić film na poziomie i nie musi być o papieżu czy innym świętym (lub odwrotnie – o nieświętym). A po trzecie dlatego, że filmów dla młodzieży jest mało.

TytułFelix, Net i Nika oraz teoretycznie możliwa katastrofa
Reżysera: Wiktor Skrzynecki
W rolach głównych: Klaudia Łepkowska, Maciej Stolarczyk, Kamil Klier i in.
Rok produkcji: 2012

Babska fantasy [Sebastian, Anne Bishop]

Sebastian to pierwsza książką Anne Bishop, z którą się zapoznałam, choć gdy pracowałam w empie, nastolatki zaczytywały się w trylogii Czarnych Kamieni. Podeszłam do książki jak do jeża, wszystko przez fatalną okładkę, która plasuje dzieło nieco poniżej harlekinów i obiecuje nadzwyczajne rozkosze z facetem w rozchełstanej koszuli i o mrocznym spojrzeniu. Tył okładki nie poprawia sytuacji, bo Sebastian jest półinkubem, szukającym miłości.

Na szczęście nie o to idzie w książce. Sebastian istotnie jest półinkubem, rzeczywiście przebłyskuje mu myśl o tym, że mógłby się zakochać, ale póki co uszczęśliwia swoją obecnością spragnione ryzyka niewiasty (umówmy się, „obecność” to mocne niedopowiedzenie), które trafią do Gniazda Rozpusty. I dochodzimy do sedna (przy czym „dochodzimy” należy akurat traktować dosłownie), czym jest Gniazdo Rozpusty. 

Świat, w którym mieszka Sebastian, Gniazdo Rozpusty, jest tak zwanym krajobrazem, częścią Efemery. Została ona podzielona na małe fragmenty po tym, jak została zaatakowana przez demona – Zjadacza Światów, który żywi się negatywnymi emocjami, wzbudza je i dzięki nim niszczy wszystko. Wtedy udaje się go zamknąć w niedostępnym krajobrazie, dzięki połączonym mocom magów i krajobrazczyń. Niestety, właśnie mit o niedostępności krajobrazu został obalony i Zjadacz znowu grasuje. A najczęściej wybiera Gniazdo Rozpusty, za które jest odpowiedzialny Sebastian.

Co gorsza, w Gnieździe pojawia się kobieta.

Sebastian jest pierwszym tomem, czyta się całkiem przyjemnie, jednak autorka nie uniknęła niezrozumiałych kwestii jak na przykład rezonowanie serca – nie rozumiem, na czym miałoby polegać. Ponadto akcja rozkręca się całe wieki, dopiero w połowie powieści dochodzi do zawiązania akcji, wcześniejsze opisy zupełnie nic nie wnoszą. Powieść jest pełna dłużyzn, które mają tłumaczyć mechanikę świata, ale przytłaczają, szczególnie na początku. Kiedy jednak akcja nabiera rozpędu, to na całego.

Na początku myślałam, że z radością przeczytam pornucha fantasy. Potem się okazało, że seks występuje homeopatycznie, za to podany jest naprawdę w zabawny sposób, jest za to dużo refleksji o tożsamości, odrzuceniu, samoakceptacji oraz akceptacji swojego brzemienia.

Autor: Anne Bishop
Tytuł: Sebastian
Wydawnictwo: Initium
Data wydania: 2012

Czy kiedykolwiek w północ się odzieję? [W północ się odzieję, Terry Pratchett]

O Pratchetcie krąży opinia, że jego powieści są zabawne i choć próbowałam się o tym przekonać, nie rozbawił mnie bagaż ani pierwsze dwa tomy serii o Świecie Dysku. Po latach wróciłam do W północ się odzieję – spin-off o Tiffany Obolałej, nastoletniej czarownicy. 

O ile po kilku tomach odpuściłam Pratchetta, uznając, że jego humor mi nie odpowiada, o tyle zawsze byłam przekonana, że gdzieś ta śmieszność musi być. Jakież było moje zaskoczenie, gdy ta powieść przywitała mnie ciosem w splot słoneczny. Otóż Tiffany musi się uporać z problemem ojca, który tak pobił swoją trzynastoletnią córkę, że ta poroniła. 

Nie znam dobrze twórczości Pratchetta, ale gdy czytałam Kolor Magii, nie o to tam chodziło. Spodziewałam się wybuchów śmiechu sto razy na stronę, a dostałam skrzywienie warg na 81 stronie. 

To był moment, w którym diametralnie zmieniłam nastawienie do tej książki i zaczęłam ją traktować jako powieść o trudnym i przedwczesnym dorastaniu (coś jak współczesny Bildungsroman), braniu odpowiedzialności za swoje czyny (rzecz nie tak znowu oczywista we współczesnym świecie). 

Fabuła zaczyna się ostro a potem przyspiesza – to znaczy – coś zaczyna ją ścigać, jakaś nadprzyrodzona siła powoduje u ludzi bezpodstawną nienawiść do czarownic i wszystko się skupia wokół Tiffany. A najgorsze ze wszystkie jest to, że ukochany znalazł sobie nową narzeczoną. Jak szesnastolatka ma sobie z tym wszystkim poradzić, a do tego wykonywać normalne obowiązki – pielęgnować starszych, tamować krew i osuszać łzy? Ale od czego ma się przyjaciół – Nac Mac Feagli – malutkie lecz waleczne istoty posługujące się gwarą góralską, które w żadnym razie nie powinny bohaterki śledzić. 

Z tej perspektywy książka może odkrywcza nie jest, ale zawiera kilka prawd o dorastaniu, odpowiedzialności, konsekwencjach swoich czynów i nauce zwanej życiem. 

Żeby dopełnić dla kogo jest ta książka – dałam ją bratu, to jego pierwsze spotkanie z Pratchettem i ostatnie, jak zapewnił. 

Autor: Terry Pratchett
Tytuł: W północ się odzieję
Wydawnictwo: Prószyński Media
Data wydania: 2011

Smutno mi Boże [Fausteria, Wojciech Szyda]

Fausteria (powieść antyhagiograficzna) to historia studentki sztuki, która robi karierę, malując różne konfiguracje diabła. Dostaje się na studia, bo igra z konwencją komiksową, wygrywa konkurs, bo maluje wizje kolegi na haju, a jak nie ma się czym inspirować, to ma swoje wizje – tętniak, którego jest nieświadoma, powoduje u niej przepływ obrazów – brać i malować. 

Autor miał jakiś pomysł. Począwszy od imienia, dziewczyna jest kreowana na antytezę św. Faustyny Kowalskiej. Podkreśleniem tego faktu niech będzie zestawienie obrazu ww. świętej (której portret Fausta ukradła z kościoła) i odbicia samej Fausty – im bohaterka bardziej się stacza (a jednocześnie im większy komercyjny sukces odnosi), tym piękniejszy robi się portret Faustyny (działa jak zaprzeczenie portretu Doriana Graya, na który zresztą powołuje się autor). No właśnie – rozumiem, że współcześnie ciężko wymyślić coś nowego i nowatorskiego, ale już przywoływanie na zasadzie „mogłeś się czytelniku nie zorientować, że tu piszę o „Fauście” a tam o „Doktorze Faustusie”, to albo Ci pokażę palcem, albo dodam przypis”. I jedzie na sprawdzonych pomysłach. To już nawet nie palimpsesty, to przepisywanie Manna na nowo. 

Przy czym nie jestem w stanie uchwycić antyhagiografii – czy ma polegać tylko na antytezie? Jako filolog i wielbicielka metody filologicznej chciałabym czegoś więcej – antycudu! A tu nic. Fausteria w potrójnej roli (studentka, oficerka w świecie alternatywnym i religiancka graficiarka z kolejnej rzeczywistości) mnie nie przekonuje. A ponieważ wiarę straciłam już wcześniej, nie pozostało nic, poza niesmakiem. 

Wiara to kolejny element, który nie wyszedł. Osobiście uważam, że wiara lub jej brak jest prywatną sprawą każdego człowieka. Dostał łaskę wiary, nie dostał, utracił – jego sprawa. Tu natomiast dostałam taką dawkę katechizacji, że to aż nieznośne. Nawołuje tu do modlitw o miłosierdzie, a jednocześnie pokazuje, co czeka kogoś, kto się nie modli o zbawienie. I tak w katolickim, łagodnym duchu – bohaterka zapada w śpiączkę. 

Najgorszy jest chyba język. Widać tu zarówno rejestry niskie (a nawet wulgarne), jak i wysokie (także biblijne). Przez to nie za bardzo wiadomo, do kogo jest skierowana książka (między innymi przez to). Szczególnie że nie jest to żaden zabieg stylistyczny – po prostu od czasu do czasu, zwykle pisząc o kulturze popularnej (Wiedźmin), Szyda schodzi do języka sarkazmu i mowy marginesu. 

Zło ma wiele twarzy, ale czasem trzeba brać odpowiedzialność za swoje czyny, a mam wrażenie, że ta książka preferuje logikę zerojedynkową – modlisz się, więc będzie dobrze, nie modlisz się, więc idziesz do piekła. A wszystko, co się dzieje wokół, to nieistotna otoczka. Nie zgadzam się z tymi poglądami, szczególnie, jeśli ta otoczka towarzyszy człowiekowi przez całe życie. No ale może czasem trzeba obarczyć Boga winą za złe decyzje i mieć siłę wyższą, aby prosić o pomoc i zbawienie. 

Ostatnia kwestia: Jak się ma do tego obraz Jezusa Miłosiernego?

Autor: Wojciech Szyda
Tytuł: Fausteria
Wydawnictwo: Narodowe Centrum Kultury
Data wydania: 2012

Uzasadniona arachnofobia [Film: Niesamowity Spider-Man]

Uwielbiam prawdziwie złe filmy. Dlatego poszłam na nową odsłonę Spider-mana w reżyserii Marca Webba. Nie spodziewałam się zbyt wiele, ale i to co dostałam, o mało nie wygnało mnie z kina w piątej minucie. Nie wyszłam tylko dlatego, że mąż z kluczykami do samochodu w kieszeni siedział twardo zafascynowany. 

Co dostałam? Andrew Garfield i Emma Stone w high school dramma z alternatywnym geniuszem w tle. 

Koniecznie młody (grany przez trzydziestolatka – mania z czasów niezapomnianego serialu Beverly Hills) i zbuntowany fotograf-stalker odnajduje teczkę swego ojca (tenże zginął w katastrofie samolotu). Teczka ma tajny schowek, w tajnym schowku są drobniaki, kalkulator, zdjęcie z gazety i tajemniczy wzór na szybkość rozpadu czegoś-tam. Cóż więc czynić z takim znaleziskiem? Udać się do całkiem obcego faceta ze zdjęcia, najpierw do biura – do którego wkrada się jako stażysta i chodzi swobodnie, nienękany przez ochronę czy choćby pracowników, którzy mogliby się zainteresować, po co ktoś chce się dostać do ściśle strzeżonej strefy. Ale Peter Parker umie w uniki, idzie do zmutowanych pająków, dzieją się rzeczy straszne i gorsze. 

Nie udało się w biurze, to w domu dopadł domniemanego przyjaciela ojca. Chyba nigdy nie oglądał telewizji, skoro nie podejrzewał, że dr Curt Connors może być osobą, która w jakiś sposób była zamieszana w śmierć rodziców. Nie, Peter Parker jest na tyle zdesperowany, że gdyby Connors go nie wpuścił, pajączek wypisałby mu chyba wzór na rozkład czegoś-tam na drzwiach garażu. A Connors, bez ręki, jest na tyle zdesperowany, aby ją odzyskać, że niemal natychmiast wstrzykuje sobie gen jaszczurki, biega po Manhatannie i robi demolkę pod hasłem wzmożonej inteligencji, podczas gdy Spider-man próbuje go złapać, odziany w trykot i zaopatrzony w fancy wyrzutnie nici zmutowanych pająków (pomysł ze wczesnych serii o Spider-manie, w tych nowszych ma naturalne możliwości wyrzucania pajęczyn). 

Pomiędzy ratowaniem świata a awanturami z szalejącą z niepokoju ciotką Mae, robi z siebie idiotę na korytarzach swojego high school i próbuje poderwać Gwen Stacy (pierwszą dziewczynę pajączka, też z wczesnych komiksów), która zapewne rychło zginie (jak to było w komiksie). Podobno dialogi są mocną stroną filmu, ale chyba nie pomiędzy tą dwójką bohaterów – eee… no to może… tak, może… aaa… no to ok… ech… no… 
Ja wiem, hormony zalewające mózg w tym wieku nie pomagają w myśleniu, ale przecież to co oni tam prezentują to jakieś poważne zmiany, kwalifikujące się do leczenia. Naturalne? Raczej nie. Sceny szkolne są tak żałosne, że nie wiem, jak się broni reszta filmu. Dodatkowo aktorka grająca amantkę ma głos jak piła mechaniczna. Ktoś mi mówił, że to z powodu choroby, ale mnie to strasznie przeszkadzało w oglądaniu.

Prawdziwymi bohaterami byli oczywiście budowlańcy, którzy w środku nocy ustawili wszystkie dźwigi wzdłuż ulicy, żeby Spider-man mógł szybko dotrzeć na pajęczynach z punktu a do punktu b. W Polsce to by wyglądało tak: Zenek? Nie ma, już po 16, poszedł do domu. Dźwig? Dźwig ukradli na złom w 1999. 

Dla mnie ten film wyznaczył całkiem nowe granice złego filmu. Wiem, nie jestem targetem. 

Na dwójkę też pójdę.

Tytuł:  Niesamowity Spider-Man
Reżysera: Marc Webb
W rolach głównych: Andrew Garfield, Emma Stone, Rhys Ifans, Sally Field i in.
Rok produkcji: 2012

Przyjaciel do końca świata [Film: Przyjaciel do końca świata]

Gdy zbliża się nieodwołalny koniec świata, ludzie chętnie podejmują radykalne decyzje. Żona Dodge’a postanowiła go opuścić. Zostawszy sam, próbuje popełnić samobójstwo za pomocą płynu do mycia okien, ale gdy budzi się z maligny, okazuje się właścicielem brzydkiego terriera. W domu znajduje płaczącą sąsiadkę. Na ulicach są zamieszki, szerzy się sodomia i ogólna degrengolada, wszyscy którzy mogli, umknęli spotkać się z rodzinami, pożegnać i spędzić miło pozostały czas do końca świata. 

Splot niezwykłych okoliczności powoduje, że we trójkę wyruszają w podróż w rodzinne strony Penny. Po drodze spotykają dziwnych ludzi, innych spotkać nie są w stanie… 

Fabuła nie jest najambitniejsza, wątek fantastyczny – homeopatyczny. Natomiast bardzo mocną stroną filmu jest główny bohater.  Steven Carrel, który zawsze kojarzył mi się z niskiej klasy żartami waginalnymi, pokazał ogromną klasę i talent – całkowicie mnie zauroczył.  Mistrzowski jest epizod Williama Petersena, który monologuje nt. świadomości zbliżającej się śmierci. 

Film porywający nie jest, ale jest co najmniej estetyczny, przyjemny i akurat na letni wieczór lub rozkoszną randkę.

TytułPrzyjaciel do końca świata
Reżysera:  Lorene Scafaria
W rolach głównych: Steve Carell, Keira Knigthley i in.
Rok produkcji: 2012

Alka [Alkaloid, Aleksander Głowacki]

Książka autora, kryjącego się pod nazwiskiem Aleksandra Głowackiego jest palimpsestem na wielu poziomach. Głównym bohaterem jest Imć Stanisław Wokulski – Hermenegauta. Jeśli ktokolwiek spodziewałby się ostatniego romantyka, spotkałoby go srogie rozczarowanie. Wokulski jest tu cynicznym kupcem, któremu nie w głowie miłość, za to zmonopolizowanie rynku Alki to i owszem. 

Tak naprawdę oś fabularna kręci się wokół tego specyfiku. Czym jest? Wszystkim. Dekoktem, lekiem, środkiem na odchudzanie i na podniesienie poziomu inteligencji, a także napojem, dzięki któremu można widzieć wielowymiarowo, i w czasie. Dla ciała także robi wiele – wzmaga szybkość, wspomaga bilokacje i polilokacje. Czasem tez zabija. Jak zażywać? Często. W postaci napoju, proszku, ampułki wstrzykniętej w oko, fajki lub oparów.

Autor: Aleksander Głowacki
TytułAlkaloid
Wydawnictwo: Powergraph
Data wydania: 2012

Niedorobiony bóg napada zawsze z kosmosu [Film: The Avengers]

Marvel (A w zasadzie Disney!!!) po kilku gorszych produkcjach jak nieszczęsna trzecia część Ghost Ridera czy Daredevilu, uznało że trzeba jednak zatrudnić kogoś, który wie, co robi. W ten sposób Joss Whedon wrócił w chwale (po Thorze, którego stworzył z etatowym filmowcem od Szekspira – Kennethem Branaghiem), serwując wyśmienitą shwarm^w produkcję. 

Ponieważ Avengersi to nie film, tylko Wydarzenie, do którego Marvel starannie przygotowywał widzów, wypuszczając takie zwiastuny jak Thor (2011), Iron Man (2008, 2010), wymagania miałam wysokie. 
I od razu muszę zaznaczyć – pierwszy seans zaliczyłam w Cinema City. Drugi w Multikinie. I o ile wcześniej tego nie dostrzegałam, to teraz widzę wyraźnie różnicę na korzyść CC – mają większe ekrany, lepsze okulary i ciemne sceny były mimo wszystko widoczne, podczas gdy w Multi – niekoniecznie. 

UWAGA! Tu będą spojlery, zwane psujami. Jeśli ich nie lubisz, nie czytaj dalej! 

Film zaczyna się od potężnej dziury w Ziemi (większej niż w Thorze), a potem (zgodnie z prawem filmowym Hitchcocka) napięcie ciągle rośnie. Pamiętana z Thora niebieska kostka (wielki artefakt nie-z-tego-świata) jest badana w S.H.I.E.L.D. jako potencjalne źródło energii. Cóż za zaskoczenie, gdy niespodziewanie na granego przez Stellana Skarsgårda – profesora Erika Selviga wyskakuje nagle Loki. W końcu zdradzony bóg kłamstwa, oszustwa i pijaństwa uznał, że skoro nie może być władcą Asgardu, to zrobi awanturę w Midgardzie. Porywa przy okazji Hawkeye’a i Selveiga i odjeżdża w siną dal, aby knuć.

W tym czasie szef S.H.I.E.L.D. – Nick Fury (grany przez wymarzonego przez postać Samuela L. Jacksona. Jest scena w Ultimate, gdy Nick Fury, zapytany, kto by go grał, odpowiedział – Jak to, oczywiście SLJ. Ultimate to jedyna seria, której Fury jest czarny) gromadzi ludzi do zawieszonego projektu Avengers. Dlaczego Avengers? Bo, jak mówi Tony Stark do Lokiego – Możesz podbić Ziemię. Ale my ją pomścimy. 

No więc w ekipie mamy Pierwszego Avengersa – Kapitana Amerykę (te pośladki w obcisłych gatkach!), profesora Bannera (poszukującego fal gamma, aha, jasne, a przy okazji od czasu do czasu zmieniający się w Hulka, który lubi się czasem poprztykać z Thorem), Czarną Wdowę (Wdowa? A po kim nosisz tę żałobę, pyta Banner), Tony’ego Starka, który ma kilka Iron Manów w szafie, na wypadek gdyby któryś się zarysował. Więcej nie mamy, bo licencję na nich mają chwilowo inne wytwórnie (X-Menów na przykład). Smutne, że Thor na początku znowu udaje boga, przez co wychodzi na totalnego buraka, bo nie odzywa się do nikogo i uważa, że Loki nie może zostać ukarany na Ziemii. Do tego politycznie poprawna Maria Hill (ach, co by było, gdyby Morena Baccarin wygrała tę rolę – Whedon i Baccarin w kolejnym filmie!), wstrętny Loki, który ma nieco więcej do powiedzenia niż w Thorze, ale niewiele, bo Hulk go podsumowuje jednym jedynym zdaniem, które wypowiada.
Ale jakie to zdanie! 

Trochę się bałam, że Stark zdominuje film, ale nie, okazało się, że twórcom udało się stworzyć zbalansowany film, pokazać i przedstawić wszystkich bohaterów i każdy wykorzystał swoje 155 minut najlepiej jak potrafił. Oczywiście sarkazm wylewał się z ekranu wiadrami, ale to tylko dodaje mu uroku. 

Zastrzeżenia? 

Kilka. Jest postawionych mnóstwo pytań, większość przez Starka, na które nie ma udzielonych odpowiedzi, a sądząc po zapowiedzi następnej części, w której głównym bad guyem będzie Thanatos, nie będą mieli czasu roztkliwiać się nad szczegółami z pierwszej części. 

No więc do czego Loki potrzebował Hulka? Sądząc po scenie zamieszczonej powyżej – raczej nie miał szans okiełznać go siłowo, a ponieważ Hulk jest mindless beast, nie miał też możliwości go do niczego przekonać. I nikt mi nie powie, że tylko do tego, aby skłócić ze sobą Avengersów. 

I dlaczego Fury badał Tesserect zamiast przyjść do Starka po arch reactor? A ten niebieski badziew faktycznie trzeba było dać Hulkowi do zjedzenia. To by się Loki zdziwił. 

A co mnie zirytowało ostatecznie? Dlaczego w Polsce wycięli ostatnią scenę??? WTF? Może i nie ma nic ciekawego w tym, że Thor spożywa shwarmę, ale do licha, czuję się oszukana!

Tytuł: The Avengers
Reżysera: Joss Whedon
W rolach głównych: Robert Downey Jr., Chris Evans, Mark Ruffalo, Chris Hemsworth i in.
Rok produkcji: 2012