Kapitan Ameryka [Film: Kapitan Ameryka. Zimowy Żołnierz]

Zbieram się do tego wpisu jak pies do jeża. Tyle recenzji widziałam i żadna nie oddała moich spostrzeżeń na temat tej produkcji. Zacznę od tego, że Disney, który wykupił Marvela, umie robić filmy. Po wielokroć to udowodnił wcześniej, teraz to już wisienka na torcie.

Fabuła kontynuuje wątki z pierwszej części Kapitana Ameryki z uwzględnieniem filmów w uniwersum Marvela, które pojawiły się po niej. Steve Rogers (Chris Evans) próbuje żyć normalnie, na tyle, na ile pozwalają mu siły, S.H.I.E.L.D., zagubienie w świecie i dawne przyzwyczajenia. Wykonuje też randomowe zadania dla S.H.I.E.L.D. i próbuje unikać randek, na które namawia go Black Widow (Scarlett Johansson) podczas kopania tyłków wrogom. To się nazywa multitasking. Jednocześnie jednak mierzy się z własną legendą. Jest jedną z nielicznych osób, które przeżyły własną śmierć i mają muzeum za życia. W takim stanie ducha będąc, znajduje w swoim mieszkaniu rannego Fury’ego (Samuel L. Jackson). Okazuje się, że istnienie S.H.I.E.L.D. jest zagrożone i jedynie dream team Kapitan Ameryka&Black Widow są w stanie z tym walczyć.

Chciałabym tylko, żeby serial, który jest teraz emitowany, bardziej nawiązywał do wydarzeń, które zostały przedstawione w filmie.

Film mi się bardzo podobał – spójność fabuły, przemyślani bohaterowie, wszystko co najlepsze w komiksach, porządny bad guy i twardy villain powodują, że dużo się dzieje na ekranie, widz odkrywa świat wraz z bohaterem, jak to w dobrym kryminale być powinno.

Nie mogę się jednak zgodzić z wieloma recenzjami, mówiącymi że jest to zwykła rozpierducha i bohaterskie wyczyny są niepotrzebne. Bynajmniej, wydaje mi się, że jest to właśnie ten moment, który buduje bohatera (w tym przypadku Kapitana Amerykę), który z przebrzmiałej legendy, stworzonej w próbówce, staje się świadomym bojownikiem o wartości, które są mu bliskie.

Tytuł: Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz
Reżysera: Anthony Russo, Joe Russo
W rolach głównych: Chris Evans, Samuel L. Jackson, Scarlett Johansson i in.
Rok produkcji: 2014

Tego po prostu sobie nie rób [Film: Stowarzyszenie umarłych poetów]

Dzisiaj rano postanowiłam zobaczyć film, którego nigdy do tej pory nie widziałam w całości. Jest kilka filmów, m.in. legendarna Tożsamość Bourne’a z Richardem Chamberleinem, które chciałam zobaczyć, ale długo nie było mi dane. Tożsamość przed każdymi świętami brat obiecywał wypożyczyć na VHS, nigdy tego nie zrobił, aż po kilku latach puścili w święta na jednym z nielicznych naonczas kanałów telewizji naziemnej. Ponieważ czytałam książki, piękny Richard w doskonałej roli był dla mnie objawieniem.

Niestety, ze Stowarzyszeniem umarłych poetów był inaczej. Oczywiście przeczytałam książkę, była dla mnie zupełnie niesamowita, marzyłam o obejrzeniu filmu i gdy go wreszcie puścili w telewizji o jakiejś barbarzyńskiej porze, okazało się, że antena nie wytrzymała napięcia i było widać przekaz z kosmosu i nieliczne sceny. Potem na długo zapomniałam o książce i filmie, aż kilka dni temu przeglądałam profil Josha Charlesa na filmwebie i okazało się, ze grał jednego z uczniów. Trzecim bodźcem była intelektualna wymiana zdań (nie nazywajmy tego kłótnią) z Boromirem, który oskarżył Keatinga o złe rzeczy. To mi się nie spodobało, gdyż zawsze marzyłam o inspirującym nauczycielu i, co gorsza, miałam jedną. Prawdopodobnie przez nią zostałam polonistką i nikt nie wie, po co.

Już nawet nie chodzi o to, kto był winien śmierci. Zimny chów bydła przy tym, co jest pokazane w filmie, to pełna ciepła i miłości pedagogika stosowana. I gdy się zjawia nauczyciel z pasją, myślący i uczący myśleć (zamiast wkuwać), to oczywiście że porywa młode serca i umysły. Każdy stoi przed wyborem: to, co ciekawe vs. to, co pożyteczne.

No ale zafundowałam sobie pierwszą śmierć na śniadanie. A za oknem deszcz pada, deszcz pada… 

Ale to nie koniec. Przecież miałam też do obejrzenia ostatni odcinek Dollhouse. Fran Kranz przeszedł samego siebie w tym odcinku. Piękny był, ale nie obeszło się bez kolejnej śmierci. No nie wiem, powinnam oglądać więcej bajek Disneya, czy jak? 

TytułStowarzyszenie umarłych poetów
Reżysera: Peter Weir
W rolach głównych: Robin Williams, Ethan Hawke i in.
Rok produkcji: 1989

Dobre złego początki [Serial: Star Trek. Enterprise]

Wczoraj skończyłam Star Trek: Enterprise. Ostatni odcinek postanowił mnie zabić. Ale po kolei.

Początki

Star Trek: Enterprise jest ostatnim serialem z serii, ale opowiada o początkach eksploracji kosmosu. Ruszają statkiem, który osiąga szaloną prędkość warp 5 (dla porównania – Voyager osiąga nawet warp 10) i z naiwną nadzieją na spotkanie przyjaznych kosmitów i poczynienie nowych aliansów. Pomaga im pierwsza obca rasa – Wolkanie (pisownia inspirowana amerykańską), która rozpieściła ludzi i uznali, ze wszyscy obcy będą logiczni, przyjaźni i będą mieli dużo zrozumienia i cierpliwości do innych kultur. Jakież było zdziwienie wszystkich, gdy już kolejne rasy (m.in. Klingoni czy Sulibanie) są tak odmienni, że kapitan statku, Jonathan Archer, dochodzi do wniosku, że trzeba specjalnego podejścia. Oczywiście podłożem pod pierwszą dyrektywę są jego przemyślenia, jednak jej ustanowienie zajmuje dziesięć lat. 

Jeśli jesteście przyzwyczajeni do luksusowych, pięknych statków kosmicznych, w którym na 10 decku jest bar, to się zdziwicie. Ten statek wygląda jakby warp core był zespawany, a schody mógł rozbić byle młotek. Mostek ma aż cztery stanowiska i nie można się po nim swobodnie poruszać. W maszynowni, która ma kilka poziomów, królują pomosty i schody z metalowej siatki – niczym na łodziach podwodnych w filmach z lat 90. Chcesz się przedostać od jednego panelu do drugiego? Biegaj! Podobnie spartańsko wygląda przesyłanie ludzi – „beam me up, Scotty” jest na dźwignię. Nic dziwnego, że załoga woli się przemieszczać innymi środkami transportu.

W dobie fotokomórki (nie mówię już o drzwiach do każdego sklepu, ale nawet moja lampa do robienia paznokci jest na fotokomórkę) drzwi otwierane guzikiem powodują, że podświadomie spodziewałam się w ładowni ekipy na rowerach produkującej prąd.

Załoga

Oczywiście załoga to „jak to dzisiaj ujęłam przy kawie? A tak – podejrzana zgraja indywiduów*”. Kapitan jest porywczy (jak to w Star Treku), ale starannie dobiera sobie ekipę. W zasadzie na pierwszym miejscu powinnam wymienić Portosa – psa kapitana. Powiedzmy sobie szczerze, przepiękny beagle owinął sobie kapitana (a potem mnie) wokół ogona. I tak na dobrą sprawę to on rządzi Archerem, a ten statkiem. Prawdopodobnie, gdyby miał taką fantazję, Portos podbiłby galaktykę. Jednak póki co, bardziej jest zainteresowany zajadaniem się serem. 

Archer jest otwarty na kontakty z innymi rasami, przez co niejednokrotnie wpada w tarapaty. Jednak widać też jego dojrzewanie, jak zmienia się jego podejście do pierwszego kontaktu i obcych ras w ogóle. Wciąż jest gotów ruszyć z pomocą każdemu, ale też wszystkich uważniej obserwuje.

Całkiem odmienne podejście ma Wolkanka, T’Pol, która trafiła na Enterprise jako obserwatorka. Wolkanie mają ogromny dystans do wszystkiego. Nie ciągnie ich do zawierania znajomości z każdą rasą, którą napotkają – najpierw ją długo obserwują, zanim się w ogóle zdecydują zainicjować spotkanie. Tak było z ludźmi, dopiero gdy nasza rasa doszła do poziomu warp, Wolkanie uznali nas za godnych poznania. T’Pol początkowo bardzo cierpi na statku wypełnionym ludźmi – począwszy od tego, że dla Wolkanów ludzie cuchną, skończywszy na nielogicznej porywczości, której nie potrafi w żaden sposób zrozumieć i przyswoić. Po jakimś czasie jednak zaczyna rozumieć załogę i być jej lojalna.

Główny inżynier, Trip, jest przyjacielem Archera i geniuszem śrubokręta i wiertarki. Może obce są mu subtelności polityki, a akcent sugeruje, że urodził się na zadupiu południowych stanów, to gdyby nie on, musieliby odbywać podróż autostopem przez galaktykę.

Szefem ochrony jest Malcolm Reed. Brytyjczyk, który ma problem ze słuchaniem rozkazów. Nie, to w zasadzie nie oddaje jego charakteru, ale nie ukrywa własnego zdania.

No i najlepszy bohater drugoplanowy, etatowy lekarz, doktor Phlox. Denobulanin, który postanowił pracować na Ziemi. Mąż trzech żon (które także mają swoich trzech mężów, a co mają po trzy żony…), wielbiciel fauny z rożnych gatunków i różnych planet. Doskonały lekarz i lokalny psycholog.

Świat

W Enterprise urzekła mnie dbałość o szczegóły. W innych seriach wystarczy kilka sztuczek, żeby po wielkiej bitwie, w której statek poniósł olbrzymie straty, poleciał dalej z warp 9. Jeśli Enterprise ma dziurę w kadłubie, to giną ludzie, załoga musi czekać na części zamienne lub przelatujący statek, który się nimi zainteresuje, a ostatecznie naprawy trwają miesiącami i niektóre funkcje nie mogą być przywrócone, bo zniszczenia były zbyt poważne. 

Początkowo odcinki są utrzymane w klimatach typowo star trekowych. Eksploracja, zabawne sytuacje, mniej zabawne spotkania, problemy z komunikacją i tak dalej. Jednak późniejsze odcinki są bardziej mroczne, okazuje się, że są uwikłani w temporalną zimną wojnę, muszą zapobiec zniszczeniu Ziemi i wysłać rasę, która pragnie podbić galaktykę, z powrotem do podprzestrzeni.

Ostatni odcinek nawiązuje do kolejnego serialu – Nowego pokolenia. Nie podobał mi się (powód byłby spoilerem, więc nie napiszę, ale ogólnie odcinek był dobry, a nie podobał mi się z powodów subiektywnych).

_______

*Z filmu: Planeta skarbów

Dobra żona po latach [Serial: Żona idealna]

Wciągnęła mnie ostatnio produkcja Żona idealna. Historia jest banalna – Alicia (Julianna Margulies) była przez piętnaście lat żoną swego wpływowego męża Petera (Chris Noth). Oskarżony o korupcję i skandal obyczajowy trafia do więzienia, natomiast żona zostaje z dwójką dorastających dzieci. Wyrwana ze środowiska po sprzedaży domu, musi się jakoś utrzymać. Otrzymuje pracę po znajomości, gdyż współczesna ekonomia (czy my tego nie znamy?) nie pozwala jej podjąć normalnie godnej pracy.

Nie mam pojęcia, dlaczego mi się ten serial podoba, bo nie chodzi o fabułę (część odcinków w ogóle nie ma zamknięcia sprawy. Na pierwszym planie są sprawy osobiste bohaterów, m.in. napięcie między Willem (Josh Charles) i Alicią. Ta zaś uwiązana węzłem małżeńskim i dziwnym poczuciem obowiązku z mężem, który ją zdradził. Will będący wspólnikiem Diane (Christine Baranski, pamiętna matka Leonarda z TBBT). Kalinda (Archie Panjabi), która jest filarem firmy, a jednocześnie ma powiązania z Alicią i jej mężem. Cary (Matt Czuchry), podrywający Kalindę i walczący z Alicią o miejsce w firmie. 

Mężczyźni

Chyba każda kobieta marzy o tym, by istniał ktoś, kto patrzył na nią tak, jak Will patrzy na Alicię. Może to coś w układzie brwi? W każdym razie myślę sobie, że na miejscu Alicii kopnęłabym niewiernego męża na orbitę i zajęła się przystojnym kolegą. Co prawda amerykańskie przysłowia są mądrością narodu i jedno z nich mówi don’t shit where you eat, ale dla takiego faceta można nagiąć kilka zasad.

Drugi w kolejce jest Cary. Chłopaczkowaty, na wszystko reaguje krzywym uśmiechem. Chyba mam słabość do facetów z seplenieniem 🙂 W każdym razie próbowałam go znielubić, ale nie udało mi się. Czy jest człowiekiem-kwadratem?

Postacie

Pojawiające się w serialu postacie są niebanalne. Wystarczy spojrzeć na te epizodyczne, jak sędziowie Abernathy (Denis O’Hare) czy Lessner (Ana Gasteyer). Ale i drugoplanowe – Jackie (Mary Beth Peil), Eli Gold (Alan Cumming) mają rozbudowywane role i coraz większy wpływ na bohaterkę. Gry polityczne i biurowe są pięknie pokazane. 

Czasami tylko myślę, że jest to serial o ludziach, którzy zapomnieli, jak ze sobą rozmawiać i umieją tylko uprawiać gierki.

Seriale w sezonie 2014/2015

Jestem potworem, połykającym seriale. Ponieważ mam dużo czasu i mój mózg się powoli degeneruje, pozwalam sobie przyspieszyć proces. W końcu nie mogę być świetna ze wszystkiego, choć akurat oglądanie seriali idzie mi naprawdę doskonale, to są mistrzowie, których nigdy nie dogonię.
 
 
 
Co lubię
 
Ze spoko seriali z zimowego rzutu było kilka, które zajęły specjalne miejsce w moim sercu. Kolejność jest całkowicie przypadkowa.
 
Masters of Sex. Serial oparty na faktach o lekarzu, którego dręczy pytanie o seksualność człowieka. Dodajmy do tego purytańskie lata 50. w USA i mamy przepiękny temat tabu podany wyjątkowo estetycznie. 
 
Arrow. Cóż tu się rozpisywać. Drugi sezon znacznie lepszy od pierwszego. Piękni ludzie, z czego jeden ludź ma do tego łuk, czarnego szofera i wianuszek wielbicielek. #TeamSmoake!
 
Almost Human. Spoko debiut. Wiem, że są przeciwnicy zatrudnienia Bonesa w roli głównej (tak Adi, Ciebie mam na myśli), ale akurat uważam, że Karl Urban to kolejny piękny człowiek (i co z tego, że kwadrat???). Policjanci muszą współpracować z androidami. W drugim sezonie zamawiam bunt maszyn 😉
 
Person of Interest. Gdy wchodził na ekrany, jakoś go pominęłam. Szybko nadrobiłam ten błąd, dzięki galopującej bezsenności. Były informatyk i były agent CIA w parze. Lubię bromance, dwa sezony czystego dobra! Potem dorzucili byłą agentkę HGW i jest ciut gorzej, ale musieli czymś przyciągnąć męską widownię (wszak nic tak dobrze nie robi jak ciało Sary Shahi). I Amy Acker, byłabym zapomniała. Mnie się podobają okulary Michaela Emersona. No ship there, a szkoda.
 
The Blacklist. Chyba pierwszy serial, w którym jest zawieszona tajemnica i scenarzyści nie wyjaśniają jak przeciętnemu Amerykaninowi, kto co zrobił i dlaczego. Agentka FBI zostaje zawezwana do współpracy z przestępcą. Jego wiedza jest na tyle ważna dla agencji, że pozwalają mu dyktować warunki. A ma ich sporo i zawsze jest krok przed wszystkimi. Zacny i tyle.
 
Supernatural. Co prawda mieli już ze dwa sezony, w których dogorywali, no plot, no ship i oglądałam bo Dean. To zresztą doskonały powód. Obecnie trochę wrócili do metodologii z pierwszego i czwartego sezonów. A więc znowu w tendencji wzrostowej.
 
The Big Bang Theory. Mimo że zaliczają spadek, dalej są dobrym serialem ze świetnymi postaciami. Niektóre odcinki są przaśne i kwaśne, ale miewają doskonałe gagi. No niestety, od czasów Friends  nie było tak dobrego serialu komediowego.
 
The Orphan Black. Gdy jesteś na bakier z prawem, a twój sobowtór na twoich oczach popełnia samobójstwo, wiedz że coś się dzieje. A dzieją się takie rzeczy, że sobowtórów jest więcej, kule latają nisko i blisko, a facet samobójczyni jest wyjątkowo przystojny.
 
Star Trek. Enterprise. Mam słabość do Next Generation, bo się na nim wychowałam. Ale Enterprise jest naprawdę świetnie zrobiony. Takie początki Star Treka do mnie przemawiają. Mostek rodem z łodzi podwodnej, mała załoga, pies na pokładzie, drzwi na guzik, warp na korbę, kombinezony z drelichu, wszystko się świeci i jak odpadnie coś od ściany, to trzeba to dwa tygodnie naprawiać. Lekarz jest moim ulubieńcem – jest wyluzowany (pewnie mając trzy żony jest to obligatoryjne) i bardzo denobulański. 
 
Oglądam, bo wypada
 
W tej kategorii znajdą się doskonałości, które oglądam, jednocześnie grając w Avengers Alliance na Facebooku. Oglądam, bo mąż lubi. 
 
Marvel’s Agents of S.H.I.E.L.D. Nudny jak flaki z olejem, a szkoda, bo budżet na jeden odcinek mają taki, jak niektórzy twórcy na cały sezon. Mogli więc zatrudnić kogokolwiek z jajami, kto stworzy ciekawe postacie, a nie parę z piekła rodem i głupią nerdkę. Oglądam tylko dla agenta Coulsona. No ship, no plot, no interest.
 
The Walking Dead. Mam ambiwalentne uczucia względem tego serialu. Jak na tak powolną, sielską poetykę (ogródek z ziołami, kurczaczki, mała społeczność), to rotacja bohaterów jest porażająco szybka. A myślałam, że w Dynastii mieli z tym problem. Niemniej scenariusz rozwija się ciekawie, choć jest strasznie jednowątkowy. Na przykład znaleźli laboratorium, ale nie poszli dalej tym tropem, tylko porzucili wątek naukowy, przenieśli się na Burmistrza. Ale i Burmistrz zniknął z pola widzenia, bo są w więzieniu… Oglądam rzutami po kilka odcinków, bo inaczej urywa mi się wątek. Bez przerwy daję mu szansę, bo widzę możliwość poprawy.
 
Intelligence. Serial, w którym Czerwony Kapturek z OUaT pilnuje Sawyera z Lost na zlecenie brzydkiej kobiety z CSI, leczy ich dr Phlox z Enterprise, a za wywiad robi Micah z Emily Owens M.D.
 
Oglądam z rozpędu
 
CSI, Bones, Criminal Minds. Jeśli nie obejrzę 5 odcinków to nic się nie stanie. A jak obejrzę, to jednocześnie poskładam pranie, sprzątnę, pogadam przez telefon, odpowiem na maile, a w tle leci. Do tego ostatniego mam szczególnie ciepły stosunek, ponieważ kilka lat temu, po wielu latach niepamiętania żadnych snów, pierwszym zapamiętanym był ten, w którym agent Hotchner odbijał mnie z trzeciego piętra polonistyki. I miałam za niego wyjść 😉
 
White Collar. Po gorszym sezonie trzecim, zaliczyli lepszy moment w czwartym. No i piękny Matt Bomer i co sezon nowy ship. 
 
Grey’s Anatomy. W gruncie rzeczy nawet nie wiem, po co go jeszcze oglądam. Shit storm has just hit the fan all over again. Chyba w ma to jakieś znaczenie terapeutyczne, że innym jest gorzej 🙂
 
 
Na co czekam
 
Suits. Gdyż Harvey i Mike. No i court drama. Nie chcę niczego więcej, a już szczególnie nie chcę, żeby mi rozbili ship (Mike/Rachel i wiem, że to się stanie). 
 
Heroes. Reborn. Lubiłam Heroes i było mi smutno, gdy ich tak brutalnie scancelowali. Więc zacieram łapki już teraz, choć dopiero za rok będzie powrót. i to jest dopiero zombie show.
 
Oglądam, bo wow
 
Dollhouse. Whedon i serial o wszczepianiu osobowości. Nieco zapomniany i niedoceniony przez mnie na początku, obecnie oglądam, mimo że nie lubię Elizy Dushku (zniszczyła ją dla mnie rola w Buffy), choć w Dollhouse gra świetnie. No i jak to u Whedona – starzy znajomi 😉
 
The Good Wife. Tu obsada też znana z wcześniejszych seriali. Ale nie przeszkadzają mi crossy, mogę shippować siostrę Carol z Dougiem Rossem oraz Alicię z Willem  😉 
Natomiast prawdopodobieństwo nastąpienia podobnej sytuacji w realu jest przerażająca (tzn. mniej prawdopodobne jest to, że mój mąż będzie prokuratorem stanowym, ale że po 15 latach bezrobocia będę musiała zarabiać na utrzymanie rodziny – już bardziej). No i ship.
BTW, śniło mi się, że ukradłam motorynkę z Willem Gardnerem na pokładzie. Nie miał nic przeciwko temu 😉
 
Chyba nie wyczerpałam kategorii i seriali, które oglądam. Zarzuciłam w tym sezonie Lost Girl, Once Upon a Time, Homeland i House of Cards. Kilku rzeczom jeszcze nie dałam szansy. I właściwie całe lata 90. przede mną – Star Treki, Babylon 5 (kolejny raz), Tek War, ER
 
 

Ramiona trójkąta równobocznego [Mechaniczna księżniczka, Cassandra Clare]

– Jest pani zabawną istotą – stwierdził. – Powiedziałbym, że wiem, co ci dwaj chłopcy w pani widzą, ale… – Wzruszył ramionami. Jego żółty szlafrok był rozdarty i poplamiony krwią. – Nigdy nie rozumiałem kobiet.

– A co jest w nich tajemniczego?

– Przede wszystkim sens ich istnienia*.

Zwieńczenie trylogii Diabelskie maszyny jest bardzo przewrotne, czego można się spodziewać po zakończeniu drugiego tomu. Pierwsze wow: Will nie był przeklęty. Drugie wow: nie zdążył o tym powiedzieć Tessie, ponieważ ta zdążyła się zaręczyć z Jemem. Trzecie wow: ale to nic, prawdopodobnie wszystkich bardziej zaskoczyła siostra Willa, która ni z tego, ni z owego pojawiła się w Instytucie, oznajmiając, że jej pragnieniem jest zostanie Nocnym Łowcą.

W świecie Nefilim krąży legenda o demonicznej ospie. Okazuje się, że w każdej tkwi ziarno prawdy, a młodzi łowcy dowiadują się o tym, gdy Benedict Lightwood zmienia się w wielkiego robala. A zatem cały świat chorób wenerycznych przed Wami.

Jego synowie, odpowiedzialni także za uśmiercenie ojca-czerwia, znajdują schronienie w Instytucie. Charlotte lubi zresztą przygarniać bezdomnych i ufać im bez zastrzeżeń. Być może tym właśnie zdobywa ich dozgonną przyjaźń. Jedyna osoba, która nie ufa Charlotte, to oczywiście Konsul. Wcześniej sam ją popierał i wskazał jako godną następczynię ojca na stanowisku szefowej Instytutu, tymczasem szuka wszelkich potknięć. Werbuje do tego braci Lightwoodów, aby pisali raporty na temat złych nawyków ich opiekunki. Oni starają się z całych sił oczerniać Charlotte w swoich listach do Konsula.

Mortmain wierzy, że Tessa pomoże mu połączyć armię diabelskich maszyn z demoniczną mocą. Dziewczyna po śmierci brata nie ma już nikogo poza narzeczonym. Ten zaś postanawia żyć dla niej jak najpełniej (choć dla niego oznacza to także, że będzie żył krócej). Niestety, na czarnym rynku nie ma w ogóle narkotyku, który jest Jamesowi potrzebny do życia. Kontrolę nad zapasami przejął Mortmain, sądząc, że w ten sposób zmusi Łowców do współpracy. Jednak decyzja Jema w tej sprawie jest kolejnym zaskoczeniem.

Dochodzi do ostatecznego starcia z Mortmainem. Jego maszyny sieją śmierć i zniszczenie. Zakończenie tego starcia, choć przewidywalne, przynosi kilka niespodzianek, których się nie spodziewałam. Jednak nie jest to koniec historii, wszak nie o wielkiego złego chodziło w całej opowieści. Jednej rzeczy tylko żałuję – że autorka nie skończyła o jeden rozdział wcześniej. Ale widać zdecydowała się na populistyczne zagranie, które z jednej strony – spodoba się czytelnikom; z drugiej strony – pozostawiło u mnie smutek i ślad niesmaku. Dlatego nie polecam ostatniego rozdziału wrażliwcom.

Autor: Cassandra Clare
Tytuł: 
Mechaniczna księżniczka
Wydawnictwo: 
Mag
Data wydania:
2013

Szpieg po polsku [Film: Jack Strong]

Jack Strong to historia pułkownika Ryszarda Kuklińskiego (Marcin Dorociński), jednej z najbardziej kontrowersyjnych osób w Polsce. Trudno sobie wyobrazić historię szpiegowską pokroju Bonda w szarych czasach PRL-u. Ojciec Kuklińskiego był w AK, więc może bohaterskie zrywy ojczyźniane Ryszard miał we krwi. W każdym razie błyskotliwą karierę w wojsku zaczął od pomocy w organizowaniu tłumienia zrywu w Czechosłowacji. Potem już było z górki – kariera w ludowym wojsku stała przed nim otworem. Ewidentnie otwór ów nie zachwycił bohatera, ponieważ podczas wykonywania tajnych misji dla kontrwywiadu postanowił nawiązać łączność z CIA. Historycy twierdzą, że był podwójnym agentem, że równolegle donosił dla GRU, ale dowodów nie ma. Jeśli natomiast szpiegował tylko dla CIA, to należy przyznać, że jaja miał jak słoń*. Konsekwencje pokazane zostały w pierwszej scenie filmu, w której młody Sasza Iwanow (Dimitri Bilow) pozbywa się Olega Pieńkowskiego (Eduard Bezrodnyi, ta scena też jest tylko wizją reżysera, bo jak zginął Pieńkowski – nie wiadomo).  

Kukliński stoi ością w gardle Putkowi (Mirosław Baka), który początkowo uważa, że wycieczki jachtem są nienormalne, później na fali nienawiści śledzi bohatera na każdym kroku. Sasza Iwanow nie podejrzewa jednak o zdradę swojego kolegi, z którym był w Wietnamie.

W momencie, w którym w Warszawie wszyscy wiedzą, że w ich szeregach jest szpieg, Kukliński próbuje się przyznać. Scena jest fantastycznie rozegrana i wprowadza element humoru do filmu, który jednak mocno trzyma w napięciu, choć historia jest doskonale wszystkim znana, bo co jakiś czas (zwykle w okolicy rocznicy śmierci pułkownika) media przypominają jego historię.

Film jest bardzo dobrze zagrany, oprócz wymienionych aktorów występuje plejada gwiazd polskich i zagranicznych aktorów, m.in. Ostaszewska, Globisz, Małaszyński czy Zamachowski. Jest też zrealizowany z rozmachem, dbałością o szczegóły historyczne (ok, może scena pościgu jest trochę przesadzona, ale nawet jeśli go nie było, to z oszałamiającą prędkością 40 km/h po zaśnieżonej Warszawie pościg opla recorda i milicyjnych dużych fiatów mógłby tak wyglądać, jak pokazano w filmie). No, ale ja uwielbiam PRL, stylistykę tamtego okresu i Krzysztofa Pieczyńskiego (który pojawił się w dwóch scenach), więc mnie kupili.

W każdym razie, jeśli się wahacie, czy iść, to ja polecam. 

Tytuł: Jack Strong
Reżysera: Władysław Pasikowski
W rolach głównych: Marcin Dorociński, Maja Ostaszewska, Patrick Wilson i in.
Rok produkcji: 2014

Złamany trójkąt [Mechaniczny książę, Cassandra Clare]

Mechaniczny książę, drugi tom trylogii Cassandry Clare Demoniczne maszyny, skupia się zasadniczo na relacji Jema i Tessy oraz na tajemnicy Willa. Pojawia się Magnus Bane, mój ulubieniec (być może, niczym inżynier Mamoń, lubię osoby, które już znam), który odgrywa zasadniczą rolę. Okazuje się bowiem, że Will został przeklęty przez demona, którego ojciec trzymał w szufladzie. To wydarzenie wpłynęło nie tylko na niego, ale i na bliskich oraz wszystkich ludzi, których spotkał. Niespotykane konsekwencje spowodowały też, że mimo uczuć, którymi darzył Tessę, postanowił ją potraktować przedmiotowo i odtrącić. Ma jednak nadzieję, że Bane odnajdzie demona i zmusi go do cofnięcia klątwy.

Tymczasem Jem odżywa. W pierwszej części często nie miał wystarczająco sił, by brać udział w wyprawach na demony, a jeśli już wyszedł na nocne łowy, cały dzień musiał odpoczywać. Jednak wyraźne zainteresowanie uroczym gościem powoduje zryw. Obwozi Tessę po Londynie, pomaga jej się zaaklimatyzować, organizuje wyprawy do miejsc, które dziewczyna pragnie zobaczyć.

W powieści dużą rolę odgrywają palimpsesty. Clare często odwołuje się do innych powieści i poematów. Pojawiają się cytaty na zasadzie mott – wprowadzają do treści, stanowią podsumowanie lub nawiązują do rozmów Willa i Tessy. Tych dwoje przerzuca się cytatami z dziewiętnastowiecznych dzieł. Tessa uwielbia literaturę, natomiast Will zapamiętuję wszystko dzięki Znakowi. Tu pojawia się niekonsekwencja, ponieważ Jem też powinien mieć ten Znak, natomiast nie bierze udziału w cytowaniu. Jest to o tyle dziwne, że jest wykształconym młodym człowiekiem i z pewnością zaznajomionym ze współczesną mu literaturą.

Mistrz buduje armię robotów. Charlotte dowiaduje się, kim jest wróg i prosi pozostałych Nocnych Łowców o pomoc w pokonaniu wroga, spotyka się jednak ze zdecydowaną odmową i dodatkowo groźbą odwołania ze stanowiska.

Drama trójkąta wygląda smakowicie (w zasadzie czworokąta, jeśli sobie przypomnimy, że Jem będzie żył raczej krócej niż dłużej), szczególnie przy wysiłkach Bane’a. No i są jeszcze bracia Lightwoodowie, narzuceni Instytutowi, by szpiegowali. Całe szczęście lojalna i urocza służba, która pilnuje interesów swoich rozkojarzonych przełożonych.

Na koniec w Instytucie pojawia się dziecko-niespodzianka. I szczerze mówiąc, nie jest najbardziej zaskakującą kwestią, która pojawia się na koniec tej części. Zapewne dlatego Mechaniczna księżniczka była bardzo oczekiwanym zwieńczeniem trylogii.

Autor: Cassandra Clare
Tytuł: 
Mechaniczny książę
Wydawnictwo: 
Mag
Data wydania:
2013

Książki w serialu, czyli autotrolling stosowany cz. 2 – Bones [Felieton]

Część II

Drugim serialem połączonym bezpośrednio z serią książek jest show Kości. Produkcja jest oparta luźno na serii powieści autorstwa Kathy Reichs, która jest antropologiem klinicznym (antropolożką…?) i pracuje zarówno w USA, jak i w Kanadzie. W tej ostatniej zresztą dzieją się częściowo powieści z cyklu Kości.

Bohaterka jest antropolożką i na tym kończą się podobieństwa z serialową Brennan (Emily Deschanel). Pierwowzór literacki ma byłego męża, studiującą córkę, relaksuje się czerwonym winem (problem alkoholowy nie jest obcy, jest DDA), a współpracuje z detektywem Claudelem, natomiast w domu czeka na nią kot. Niczym nie przypomina serialowej trzydziestokilkulatki z zespołem Aspargera (jest jakaś szalona moda na bycie wyrzutkiem społecznym – dr House, dr Cooper, dr Brennan – znajdź pięć podobieństw) lub po prostu głęboko zakorzeniony social awkwardness, która pomimo swojej niezręczności i nieumiejętności pracy zespołowej, jest cenionym specjalistą, a od pierwszego odcinka wszyscy shippują agenta FBI Seeleya Bootha (David Boreanaz).

Doskonały autotroll przewija się przez wszystkie sezony. Otóż Tempe jest także autorką bestsellerowej serii książek, której bohaterką jest antropolog – Kathy Reichs. W siódmym odcinku dziewiątego sezonu, Brennan wraz ze świeżo poślubionym Boothem udają się w podróż poślubną Buenos Aires. Tam Bones zostaje rozpoznana jako świetna autorka, której książki są znane, cenione i cytowane, a w jej mężu rozpoznają bohatera książek, agenta Andy’ego, który pomaga bohaterce… dr Reichs!

Autorzy serialu puszczają do widza oczko i jeśli ktoś czytał książkowy pierwowzór, doceni żarcik. Oczywiście bez znajomości tych szczegółów, serial wciąż jest czytelny na poziomie zagadek kryminalnych.

Zarówno książki, jak i serial mają pewne wady. Powieści mnie zirytowały ze względu na pierwszoosobową narrację (którą uważam za najłatwiejszą, stąd moje uprzedzenia) oraz wielce szczegółowe opisy wszelkich procedur – pozyskiwania danych dentystycznych do identyfikacji, pozwoleń na różne działania… Ponadto często wydaje mi się, że wyczuwam zniecierpliwienie autorki do jej własnych bohaterów. Sądząc po tym, jak blisko jest z Brennan (bohaterka jest alter ego autorki), można sądzić, że opisane w powieściach postaci również bazują na prawdziwych. Można się domyślić, kogo nie lubi.

Serial natomiast powinien był się skończyć kilka sezonów temu. Obecnie wydaje się już strasznie wymuszony. Jest to przykład, do czego prowadzi nieprzemyślana realizacja shippu i jak serial może zostać zrujnowany przez półczłowieka, który nawet nie potrafi mówić, ale wprowadza atmosferę jednorożców patatajających po tęczy oraz różowych baniek. Dziecku w serialu mówię stanowcze raczej chyba prawie na pewno… ale jednak nie. 

Wszystkie elementy trójkąta [Mechaniczny anioł, Cassandra Clare]

Przed świętami Mag wydał Mechniczną księżniczkę, zamykającą trylogię Diabelskie maszyny. Ponieważ jest to kolejna historia o Nocnych Łowcach, tym razem z wiktoriańskiej Anglii, nie mogłam się powstrzymać i przeczytałam całość za jednym zamachem.

Zamach pierwszy

W londyńskim instytucie, prowadzonym przez Charlotte i Henry’ego (to były czasy, gdy mężczyzna i kobieta byli jednym i był to mężczyzna, a zatem ustalmy fakty – kobieta szefowała instytutowi, a jej mąż był figurantem), szkolą się młodzi Nocni Łowcy – Will i Jem. Mieszka tam także Jessamine – jej rodzice byli Nefilim, lecz nie chcieli, by ich córka poszła w ich ślady, w więc wychowali ją na małą damę (czyt. zadufaną w sobie pannicę, która istnieje po to, by uprzykrzać innym życia). Jest też wierna służba. Do tego Instytutu trafia Tessa, młoda imigrantka, która na angielskiej ziemi została przywitana przez Mroczne Siostry. Torturowana przez nie dziewczyna odkrywa swoją drugą naturę – nie jest człowiekiem, jak zawsze sądziła, lecz czarownicą, zdolną zmienić się w osobę, której własność trzyma w ręce. Zostaje w ostatniej chwili uwolniona z rąk oprawczyń, gdyż planują one wydać Tessę za Mistrza. Jest on właścicielem Klubu Pandemonium – elitarnego miejsca, w którym ludzie i nieludzie mogą pooglądać, jak się torturuje wrogów, poobcować z demonicami, lub pograć w karty (o ile nie jest się godnym, by dostąpić uczestnictwa w ww.).

Tessa znajduje zatem azyl u Nocnych Łowców, co się kłóci z poprzednimi częściami – przecież wyraźnie jest tam napisane, że Przyziemni i Podziemni nie mają wstępu do Instytutu. I nie jest to jedyna sprzeczność.

Mistrz ma plan, jak odzyskać niedoszłą pannę młodą. Jest budowniczym demonicznych maszyn, robotów na ludzkie podobieństwo. Ponieważ nie są one demonami, Nefilim nie mogą używać swojej tradycyjnej broni na potwory, lecz próbować je zniszczyć innymi metodami.

Ale tak naprawdę nie o tym jest ta książka. Wyszedł bowiem romans. O ile w poprzednich książkach Clare o Nefilim był jakiś wróg, była jakaś walka, to tutaj wróg jest bardzo efemeryczny (choć w zamyśle jest nawet lepszy niż Valentine), najbardziej straszny jest bowiem strach przed wrogiem, przynajmniej przez 4/5 książki. Daje to jednak pole do rozbudowywania postaci i ich relacji. Zatem Tessa na początku wydaje się niezniszczalna. Nie boi się Mrocznych Sióstr, nie boi się iść z obcym młodzieńcem, który niezapowiedziany wpada do jej sypialni. Nie boi się mroku ani Mistrza. Natomiast w Instytucie pokazuje inną twarz – jest rodzinna, troskliwa i dobra. Pomaga wszystkim, nie zniechęca się i ogólnie idzie na świętą.

Jem jest tajemniczy. Chorowity, blady, siwy, choć jeszcze niepełnoletni. Często nie ma nawet siły, by uczestniczyć we wspólnych posiłkach. Niewiele zresztą traci, bo Henry zwykle jest pochłonięty myśleniem o nowym wynalazku, Charlotte wpada jak po ogień, zbyt zajęta sprawami Instytutu, Will i Jessamine sobie dogryzają. Oczywiście jest dobry, kochany, wyrozumiały, kocha Willa, są parabatai więc Jem wszystko mu wybaczy. Jest okropnie mdły i nijaki, a swoje cechy ukazuje tylko w towarzystwie Tessy lub Willa.

Ten ostatni jest jedną z dwóch krwistych postaci (obok Charlotte). Przypomina charakterem Jace’a, jest m(h)roczny, zbuntowany, a jego miłość nie może się wypełnić. Dlaczego? Nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że jego zainteresowanie Tessą nie jest czysto przyjacielskie.

Tom pierwszy kończy się w momencie, gdy na scenę wkracza nasz dobry znajomy: Magnus Bane.

Trudno jest wymyślić cokolwiek nowego w temacie powiastek dla kategorii wiekowej YA i NA, Clare się na to nawet nie sili. Ale jej mocną stroną jest umiejętność ciekawego opowiadania historii, ponadto ogromną rolę odgrywają w jej powieściach emocje, których nie brakuje. No i sama historia całkiem dobrze się broni.

Autor: Cassandra Clare
Tytuł:
Mechaniczny anioł
Wydawnictwo: 
Mag
Data wydania:
2013