Jak trudno być bogiem [Film: Bogowie]

To nie będzie o książce Strugackich. To będzie o filmie, polskim. Samo w sobie jest to ewenement, ponieważ po kilku porażkach, obiecałam sobie, że nigdy nie pójdę do kina na polski film. Pominęłam takie arcydzieła jak Kac Wawa, ale i takie, jak Czarny Czwartek, niemniej – zachęciły mnie obrazki w kinie i żeśmy poszli. 

Sprawy sercowe są mi dość bliskie, bo miałam mały epizod w CZD – więc widziałam różne ciekawe przypadki, z których każdy jest dramatem. I rozumiem potrzebę rozwoju medycyny, eksperymentowania i wdrażania nowych metod leczenia. Dlatego podziwiam ludzi, którzy maja wizję.

Zbigniew Religa (Tomasz Kot) ma misję, ale czuje się przytłoczony przez ciasne środowisko lekarskie. Wyrusza więc z Warszawy do Zabrza, by własnymi rękami budować klinikę, w której chce dokonywać rzeczy wielkich. Zostawia żonę (Magdalena Czerwińska) i dzieci (w filmie nawet nie są wspomniane), zbiera młodych gniewnych lekarzy z porządnym wykształceniem i otwiera szpital.

Środowisko dalej pragnie powstrzymać Religę przed obrazoburczymi działaniami na sercu, bo o ile przeszczep nerek jest już uznany za normę, o tyle serce – jak mówi jeden z lekarzy – jest w Polsce relikwią, nie mięśniem.

Jest to historia jednej osoby, która zmaga się z okolicznościami, sobą i ludźmi – łącznie z tym, że pacjenci pytają, czy po przeszczepie się zmienią, czy serce można kupić na czarnym rynku. Tomasz Kot znakomicie podołał odegraniu osoby, która jest odpowiedzialna za ludzkie życia, próbującym utopić ból istnienia w alkoholu, a jednocześnie jest cholerykiem, ciepłym przyjacielem, odpowiedzialnym szefem.

W filmie ujęły mnie dwie rzeczy oprócz aktorstwa – scenografia i dialogi. Pierwsza chwyciła mnie za serce peerelowskim urokiem, który działa na mnie nieodmiennie pociągająco. Architektura użytkowa, szklanki w koszyczkach czy takie szczyty osiągnięć techniki jak polonez czy telewizor rubin – nie wiem dlaczego, ale mają większe znaczenie niż współczesne płaskie gadżety. Natomiast dialogi to majstersztyk i trzeba je obejrzeć – scena przyjmowania lekarza do pracy czy rozmowa z kolegami przed hotelem, w którym odbywa się konferencja przynoszą skrzydlate słowa, które maja szansę przejść do obiegu podobnie jak teksty z komedii Machulskiego.

Polskie filmy naprawdę mogą być dobre. Mam nadzieję, że pójdzie dalej w tę stronę.

TytułBogowie
Reżysera:  Łukasz Palkowski
W rolach głównych: Tomasz Kot, Piotr Głowacki, Szymon Piotr Warszawski i in.
Rok produkcji: 2014

Seriale na sezon zimowy 2014 – cz. 2

Dodaję dwa seriale, które są kluczowe dla tego sezonu, a ja je wyparłam (bo jeszcze nie wspomniałam, że seriale są teraz do zasypiania)!

1) Forever W życiu są dwie pewne rzeczy – śmierć i podatki. Chyba że jesteś Henrym, który tylko płaci podatki. Za każdym razem, kiedy umiera, wypływa z rzeki, niczym nowo narodzony. Czyli goły.

Henry uważa, że jest przedwieczny, bo ma jakieś 200 lat. Ale jest gościu, Adam, który ma jeszcze jedno zero na koncie. Mój mąż mawia, że ludzki mózg nie jest stworzony do wiecznego życia i człowiek żyjąc zbyt długo, oszalałby. Adam potwierdza tę regułę – jak mawiają Litwini – stogas jam nuvažiavo (dach mu odjechał).

Z rzeczy fajnych – gra Ioan Gruffudd, który otwiera szerokie możliwości crossowania. Mnie urzekł jako psychopatyczny mąż w Ringer oraz niezapomniany Reed Richards z Fantastic Four (a z drugiej strony – nie mogę na niego patrzeć). Gra też ojciec Eppsa z Numb3rs oraz Colin Fisher z Bones. czyli znane twarze.

Z rzeczy gorszych – fabuła. No ale, jak się rezygnuje z sił napędowych serialu (śmierci i kolesia z telefonem), to trzeba się liczyć ze spadkiem.

2) GothamAnd last but not least. Miasto Batmana jest na razie miastem rozszarpywanym przez trzy frakcje mafię i policję na jej usługach. Rodzice Wayne’a (David Mazouz) giną, Selina Kyle (Carmen Bicondova) jest sierotą na permanentnym gigancie, a wrogowie Batmana właśnie wyrastają z tych środowisk, uczą się i bacznie obserwują miasto. 

James Gordon (Ben McKenzie) jest młodym detektywem, nie wie zbyt wiele o życiu, ale ma ten moralny kręgosłup, którego brakuje wszystkim innym glinom w Gotham. Partneruje mu Harvey Bullock (Donal Logue), który jest apoteozą skorumpowanego gliny. 

Aktorstwo – perełka. Fish Mooney (Jada Pinkett) to moja faworytka, Bullock super, przyszły Pingwin – rewelacyjny. Akurat sam Gordon wypada blado, już nawet Alfred prezentuje się lepiej. Ale jak się nie ma co się lubi, to się nie ma, co się lubi.

Seriale na sezon zimowy 2014 – cz. 1

Nowe seriale na nadchodzący sezon to mieszanka ilustracji komiksowych i produkcji oryginalnych. Z czym mamy do czynienia?

1) The Flash Oparty na komiksie DC serial o chłopaku, który szybko biega. Barry Allen (Grant Gustin) pracuje jako CSI. W odcinku Arrowa zapowiadającym spin off, zamącili mi w głowie jakimś love interestem z Felicity Smoak, który nawet nie trwał czterdziestu minut. Teraz mam za to – kazirodztwo, podróbkę Fitz-Simmons z Agents of S.H.I.E.L.D. i marne aktorstwo (oj, marne). Jedyną osoba, z którą wiążę jeszcze jakieś nadzieje jest Harrison Wells (Tom Cavanagh), ale powiedzmy sobie szczerze – nie ma między nami przyciągania.

2) Constantine
Geniusz, który wpadł na pomysł, że przyda się serialowy reeboot filmu z 2005 roku, powinien do końca życia łupać orzechy. Serial, o którym słychać przed premierą jedynie, że bohater nie pali (polityka stacji telewizyjnej mu zabrania), choć komiksowy pierwowzór mógłby mieć ksywę „Komin” i odpalony papieros jest jego znakiem szczególnym – nie zapowiada dobrze. Wyciek pilota w okolicy Comic Conu nie poprawił PR-u. Może drugi odcinek poprawi im notowania, ale sorry – walijski aktor (Matt Ryan), znany z bycia wieśniakiem w Wikingach w roli głównej… Czyż nie zapowiada się znakomicie? To dodajmy do tego przetartą miejscami fabułę.

3) How to get away with murder
Pięć obejrzanych odcinków  mówi mi, że jest lepiej niż z poprzednikami, ale to nie znaczy, że dobrze. Na plus należy zaliczyć aktorstwo drugoplanowe (Viola Davis) i fabuła, która jest prowadzona dwutorowo – dzięki temu mam ochotę obejrzeć kolejny odcinek i dowiedzieć się, co doprowadziło studentów prawa do popełnienia morderstwa.

4) Scorpion
I znowu nie jest dobrze. Pomysł na serial o geniuszach – niesamowite. Spotykają blondynkę – odkrywcze! Zaleciało komuś Big Bangiem? Nie, Scorpion jest na poważnie. O ile na poważnie może być serial o ludziach, którzy hakują samoloty, o ile wystarczająco nisko latają.
Główny bohater, Walter O’Brien (Elyes Gabel) ma 197 IQ i powiedzenie, że jest introwertykiem, byłoby sporym niedopowiedzeniem. Emocje mu na plaster. W jego grupie jest też matematyczny geniusz, laska głosie, jakby wpadła do beczki z helem w dzieciństwie oraz psycholog, który irytuje ludzi. Jeśli oni mają ratować świat, to chyba wolę, żeby go szlag trafił raz  a dobrze.

Lata tak bardzo 90. [Film: Krocząc wśród cieni]

Film Krocząc wśród cieni został nakręcony na podstawie dziesiątego tomu cyklu o Metthew Scudderze autorstwa Lawrance’a Blocka. Jego powieści nie są specjalnie popularne, a w księgarniach brak wcześniejszych tomów z serii – dziesiątka sprzedaje się wystarczająco dobrze.

Matt Scudder (Liam Neeson) jest emerytowanym policjantem. Obecnie prowadzi nieoficjalne śledztwa z polecenia – dostaje za to prezenty i daje możliwość porzucenia śledztwa w dowolnym momencie, jeśli nie spodobają mu się wyniki dotychczasowego dochodzenia. Tak jest też w przypadku porwania żony potentata budowlanego Kenny’ego Krista (Dan Stevens), który od początku kłamie w tej sprawie. Od swojego zawodu, poprzez powody porwania, aż po dramatyczny koniec historii. Tymczasem po okolicy pęta się dwóch psychopatycznych morderców, których kręci obcinanie porwanym kobietom różnych części ciała.

Akcja toczy się w 1999 roku, z jednej strony malowniczym, z drugiej  – przepojonym dramatycznym lękiem spod znaku fin de siècle. Jest to chyba zresztą jeden z ostatnich okresów, gdy ludzie obchodzili się bez komórek, komputerów i po prostu rozmawiali z innymi ludźmi, gdy chcieli się czegoś dowiedzieć. Scudderowi pomaga młodociany TJ (Astro), który mimo młodego wieku ma bardzo określone poglądy na wiele współczesnych mu tematów. Postacie są mocnym akcentem, mają kawałek ciekawej głębi (choć muszę powiedzieć,że jełop, który zrobił spoiler filmu w zajawkach, powinien mieć ucięte ucho za karę). Poza tym sporo roboty robi mrok, miejscami przegięty, jakby wyjęty z Sin City. Twórcy się z widzem nie patyczkują – obcięte części ciała, krew zestawione z wiekiem niewinności jednej z porwanych, niewinnością sceny otwierającej – to wszystko robi wrażenie. 

Mimo obsadzenia w głównych rolach dość przypadkowych i mało znanych aktorów (Liam Neeson jest tam gwiazdą, ale reszta ludzi nie ma wielkich osiągnięć na koncie), obsada się sprawdza. Jest miedzy nimi chemia, tarcia i przyjemnie się je ogląda. Ujęło mnie też to, że nawet wtedy, gdy już zdawałoby się, sprawa została rozwiązana i zakończona, reżyser pociągnął sprawę dalej.

Wyszłam z kina w poczuciu, że obejrzałam kawałek przyzwoitego, trzymającego w napięciu kina, a nie czułam tego już od pewnego czasu. Więc jeśli macie ochotę na powrót do starego, dobrego kryminału z lat 90., to polecam Krocząc wśród cieni.

TytułKrocząc wśród cieni
Reżysera: Scott Frank
W rolach głównych: Liam Neeson, Dan Stevens, David Harbour i in.
Rok produkcji: 2014

Thriller bez dreszczu [Film: Zanim zasnę]

Co jakiś czas aktorki się żalą, że nie ma dobrych ról dla kobiet po 40. Może dlatego, że nie ma dobrych aktorek w tym wieku? To luźna dygresja po obejrzeniu Zanim zasnę.

Christine Lucas (Nicole Kidman) codziennie budzi się, sądząc że ma dwadzieścia lat. Jak bardzo się myli, przekonuje się, widząc w łóżku starego rupiecia (Colin Firth), który codziennie cierpliwie wyjaśnia jej, że od czternastu lat jest jej mężem Benem. W łazience czeka ja kolaż ze zdjęć ślubnych, potem mąż wychodzi do pracy. Dzwoni telefon i głos w telefonie każę bohaterce szukać aparatu, na którym nagrywa swoje wspomnienia, które traci po przebudzeniu.

Okazuje się, że Christine poddaje się terapii na pamięć. Okazuje się, że jej stan jest wynikiem pobicia, nie wypadku samochodowego, jak mówił wcześniej mąż. Jest zresztą więcej niezgodności między tym, co mówi mąż, a tym, co Christine nagrywa lub sobie przypomina.

Film ma jedną, choć zasadniczą wadę, która powoduje, że jest przewidywalny i akurat na obejrzenie jednym okiem podczas malowania paznokci – jeśli w thrillerze występują trzy osoby, bardzo szybko wychodzi na jaw, kto jest złym, kto dobrym i o co w zasadzie chodzi.  To nawet nie jest temat na jeden odcinek Criminal Minds.

Z radością obejrzałam film wyłącznie dla Colina Firtha, który był jedynym powodem dreszczy. Ani fabuła, ani Nicole Kidman ich nie przyczyniły się do ich powstania.

TytułZanim zasnę
Reżysera: Rowan Joffé
W rolach głównych: Nicole Kidman, Colin Firth i in.
Rok produkcji: 2014

Kolejne post-apo – tym razem dla chłopaka [Film: Więzień labiryntu]

Do obejrzenia Więźnia labiryntu zachęciły mnie kinowe zajawki. W końcu nie może być złe coś, co jest nastoletnim post-apo, w dodatku z gościem grającym w Teen Wolfie i drugim w Gry o tron.

Wypadłam trochę z czytania każdej młodzieżówki, która się pojawi, więc kilka filmów zaskoczyło, że są na podstawie bestsellerów. Nie wiem, ile trzeba mieć sprzedanych egzemplarzy, ale chyba niezbyt wiele, skoro czytelnictwo nie przestawia się najlepiej, a każda książka jest bestsellerem. Mniejsza o to. Film zrealizowano na podstawie powieści Jamesa Dashnera pod tym samym  tytułem. Historia zaczyna się tym, że chłopak, który nie pamięta swojego imienia, wyjeżdża klatką z zaopatrzeniem z podziemi na powierzchnię. Cierpi na amnezję, lecz na powierzchni czekają na niego inni młodzieńcy.

Wszyscy mieszkają w centrum wielkiego labiryntu, który co noc zmienia swoją strukturę. Nie ma z niego ucieczki, choć tzw. biegacze codziennie przemierzają cal po calu, by znaleźć wyjście. Bezskutecznie.

Raz w miesiącu skrzynka wyjeżdża spod ziemi, przywożąc zaopatrzenie i kolejnego nastolatka. Wielu z nich ginie niedługo po przybyciu, więc czekają na dostawy. 

Thomas (Dylan O’Brien) przeżywa ciężkie chwile po wyjściu z klatki. Nie dość, że niczego nie pamięta, to jeszcze od razu wdaje się w konflikt z Gallym (Will Poulter), biegaczem. Ponadto jest przekonany, że musi istnieć jakieś wyjście z labiryntu. Gwoździem do trumny dzielnych młodzieńców jest to, że w klatce wyjeżdża… dziewczyna.

W zasadzie nie mam zastrzeżeń do realizacji, gry aktorskiej czy fabuły. Jedyne, co mnie głęboko zastanawia, to kto i dlaczego na spalonej planecie wybudował oazę i trzymał chłopców przez kilka lat. Ale skoro to trylogia, to dowiemy się zapewne za sześć lat.

TytułWięzień labiryntu
Reżysera: Wes Ball
W rolach głównych: Dylan O’Brien, Aml Ameen, Ki Hong Lee i in.
Rok produkcji: 2014

Jak wykorzystać dziecko – manual [Film: Dawca pamięci]

Znam kung-fu.

Dawca pamięci to historia Jonasa (Brendon Thwaites), nastolatka, który stoi u progu dorosłości. Przejmuje się, bo ma poznać swoje przeznaczenie – starsi, którzy zarządzają osiedlem, mają mu przydzielić przyszły zawód. O ile jest w stanie przewidzieć, jakie przydziały dostaną jego znajomi, zdradzający talenty bądź zainteresowania w konkretnych dziedzinach, o sobie nie jest w stanie tego powiedzieć. jakież jest zaskoczenie (ojej), gdy na wielkiej uroczystości otrzymuje przydział biorcy pamięci – to oczywiście ogromny zaszczyt i przywilej. Ma się kształcić u obecnego biorcy (Jeff Bridges), który pragnie już odpoczynku.

Jak każdy rówieśnik, Jonas dostaje listę niezbędnych rzeczy do nauki. Jakieś jest jego zdumienie, gdy okazuje się, że dostaje pozwolenie swego mentora na to, by kłamać, wypytywać ludzi o dowolne sprawy i być nieuprzejmym. Jest to sprzeczne ze wszystkim, czego Jonas został w życiu nauczony. A jego szkolenie odbywa się w siedzibie mentora – domu na urwisku. Pierwsze, co zaskakuje chłopaka to książki – jedyne dozwolone w osiedlu to informacje o osiedlu. Natomiast biorca miał ich gazyliony, które oczywiście kazał młodemu czytać. Ponadto – przekazywał swojemu podopiecznemu wiedzę sprzed początku ich osiedla, sprzed pokoleń, sprzed przemian, które przeszło społeczeństwo. Albowiem świat, w którym żyje Jonas jest inny – regulacja pogody powoduje, że nigdy nie ma zmian atmosferycznych, krajobraz jest płaski jak deska (przynajmniej ten, znany bohaterom), bo pagórki przeszkadzały jeździć ciężarówkom z żywnością. powody tych przemian zostały tak przedstawione, że wyszłam z kina z przekonaniem, że głoduję, bo jest śnieg.

Rola biorcy pamięci nie jest jasna. Starszy biorca nazywa siebie dawcą – wszak oddaje swoje zasoby pamięci.

Zapytany, kim w zasadzie jest, odpowiada, że doradza starszym. Jednak w czasie filmu został przez starszyznę tylekroć skarcony, że można przypuszczać, że nie wykonywał swoich obowiązków najlepiej.

Jest też rodzina Jonasa – matka (Katie Holmes), która udaje, że z synem wszystko jest w porządku i wystarczy go porządnie skarcić, by wrócił na dawne tory. Ojciec (Aleksander Skargård – deamn you, dziwaczne literki) jest opiekunem noworodków. Z jednej strony jest słodką pierdołą (gdzie się podział mroczny urok Erica z True Blood???), ciumkającą do dzieci, z drugiej – bezlitosnym mordercą, który odbiera życie, jeśli nie przybywa ci wystarczająco wagi. Wrzucenie ciała do zsypu to według niego taka norma. Zmiana nomenklatury powoduje, że śmierć nie jest przerażająca, a zwolnienie to tylko przejście w inny stan. Siostra jest nijaka i w zasadzie jest z przydziału. Jak wszystkie dzieci w osiedlu.

No właśnie, cała ta dramatyczna historia zmienia się, gdy Jonas zaczyna Widzieć. Cudze wspomnienia robią takie spustoszenia, że postanawia zmienić cały ustrój. Aby tego dokonać, porywa dziecko i ucieka na pustynię. Ma zamiar uwolnić wspomnienia, przy czym zostawia dawcę pamięci w osiedlu, żeby pomógł wszystkim, gdy odzyskają pamięć. Szkoda, że nie przemyśleli, jak miałby to zrobić, skoro przekazał wszystkie wspomnienia młodemu i sam już ich nie ma. Ale są to szczegóły, nad którymi żaden szanujący się dwunastolatek nie będzie się rozwodził, to i ja nie będę. Aby powstrzymać Jonasa, starszyzna (ok, niech będzie – Meryl Streep) wysyła zespół trooperów. I teraz, niech mi ktoś wyjaśni, po co zespół trooperów w osiedlu, gdzie nigdy nie było śladów przemocy, a wszyscy są grzeczni i przepraszają się, że za często przepraszają? Być może został powołany dziesięć lat wcześniej, gdy zdarzyły się Rzeczy, o których wszyscy milczą. Ale drugie pytanie brzmi, po co na popierdkach (bo troopersi jeżdżą na jakich motorowerach) troopersów trzymadło na koszyk z niemowlakiem???

Próbowałam przed obejrzeniem przeczytać książkę. Inaczej – pozwalałam ją czytać Jackowi Kissowi (drażni mnie, odkąd kojarzy mi się z narratorem Traktatu o łuskaniu fasoli). Najistotniejszą różnicą jest wiek – w książce bohater jest dwunastolatkiem. Jego naiwne spostrzeżenia mnie tam tak nie rażą. W sumie w filmie Jonas nie ma żadnych spostrzeżeń, więc czepiam się. Natomiast cała akcja z przywracaniem pamięci społecznej w filmie jest tak od czapy, że szkoda gadać. Deus ex machina – ratujemy świat, który tego nie chce.

Czy film powiela schemat Equilibrium? Poniekąd –  zasadnicze zręby fabularne są podobne, tutaj mamy pokazane z perspektywy dziecka. Jednak w Equilibrium dziecko było jakieś strawniejsze. Natomiast schemat przekazywania pamięci był jak z Matriksa. Wgram sobie wspomnienia i mam.

Powinnam też zrobić cykl o postaciach filmowych, które podobno są ważne dla filmu, ale mnie one nie obchodzą. Dzisiaj w cyklu superistotna dziewczyna, która nic nie robi i nie wnosi niczego do fabuły: Fiona (Odeya Rush).

Na pocieszenie: Aleksander Skargård. Widok tulącego dziecko – rozmaślił mnie na amen.

P.S. Mój mąż twierdzi, że film gorszy od Watchmen. Przesadza.

TytułDawca pamięci
Reżysera: Philip Noyce
W rolach głównych: Jeff Bridges, Meryl Streep, Brenton Thwaites i in.
Rok produkcji: 2014

Piękna kobieta, silny mężczyzna [Willa, Nora Roberts]

Wróćmy do książek. Zawsze przed rozpoczęciem większych badań czytam romanse. Lubię to, odpręża mnie. Niemniej nie czytam Danielle Steel, Diane Palmers czy zupełnie przypadkowych nazwisk – czytam powieści Nory Roberts.

Dlaczego Nora Roberts? Ze względu na bohaterki. Po wielokroć powtarzam, że bohaterkami romansów są zwykle bezwolne niewiasty, które „go” kochają, choć „on” jest brutalem i sadystą, uzależnia ją od siebie (finansowo, emocjonalnie, seksualnie), po czym na koniec mówi, że kocha i ona „mu” wszystko wybacza. Znajomy psycholog mawiał, że to są najczęściej jego pacjentki, gdy już zdecydują się na rozwód.

Natomiast u Roberts bohaterki mierzą się ze swoim przeznaczeniem i nie opiera się na facecie, licząc na jego majątek i to, że będzie ją pchał przez życie. W jej powieściach znajduję humor, który jest mi bliski, dystans do życia, który podzielam i podejście do facetów rodem z Dlaczego mężczyźni kochają zołzy.

Czytałam powieści Nory Roberts już wcześniej, ale miałam zabawny przypadek, kiedy to… mój promotor wyciągnął jej romans na zajęciach z teorii literatury. Była to Willa. Tym razem tez się skusiłam, by przypomnieć sobie losy winnic Giambellich i McMillanów.

Co łączy wino z morderstwami?

Sophia Giambelli  ma 26 lat, jest piękna, jest szefową działu marketingu wielkiej winnicy, kiedy jej babcia, włoska signora i niekwestionowana przywódczyni klanu, podejmuje decyzję o tym, że dziewczyna powinna pobrudzić ręce ziemią, natomiast jej rówieśnik, Tyler McMillan, odpowiedzialny bezpośrednio za winorośle – powinien uruchomić komórki mózgowe. Ta zabawna w gruncie rzeczy zamian, a raczej trudna współpraca dzieje się na tle dziwnych morderstw związanych z winami Giambellich.

O dziwo, główny romans nie zdarza się parze wchodzących w życie młodych ludzi, lecz matce bohaterki – Pilar. Zostawionej przez męża-lekkoducha kobiecie trafia się szansa na bycie kochaną. Problemy oczywiście mnożą się same – mężczyzna po przejściach, kobieta z przeszłością. On ma nastoletnie dzieci, jest od niej młodszy, ona ma kompleksy i cellulit.

Jak to dobrze, że książkowe dzieci przechodzą bunt tak lekko, cellulit schodzi po jednej sesji na rowerku, faceci uprawiają tylko zwierzęcy seks a życie płynie winem lub doskonałym winem.

A teraz wyznajcie mi swoje guilty pleasueres.

Autor: Nora Roberts
Tytuł: 
Willa
Wydawnictwo: 
Data wydania:

Zawartość mózgu w zupie [Film: Lucy]

Ostatnio mąż mnie namówił na Lucy. Żadne z nas nie zwróciło uwagi, że reżyserem tego dzieła jest Luc Besson (ach, gdzież czasu Leona Zawodowca, czy choćby Piątego elementu???). Mnie nawet nie tknęło, gdy zobaczyłam na zaprzyjaźnionych stronach mem: Podobno reżyser użył 1% mózgu.

Film opiera się na starej hipotezie, że człowiek używa kilka procent swojego mózgu i byłoby w pytę, gdyby używał całości. Pamiętam, jak Brat mój przyszedł (ze studiów?) z tą ciekawostką, więc wiecie – prehistoria. Teoria została szybko obalona, bo już za moich studiów nikt tych bzdur nie powtarzał (powtarzali inne, ale o tym kiedy indziej). Luc Besson zabawił się w eksperyment myślowy, co by było, gdyby to była prawda. Nowy narkotyk (enzym/hormon odpowiedzialny za wzrost kości w okresie prenatalnym) wchodzi na rynek europejski z Tajwanu. Mułami są turyści porwani przez narkotykowego bossa – mają przewieźć kilogramowe paczki w brzuchu. Nie, nie połknięte. Ja nie wiem, o czym myślał Besson, ale po operacji nosa dochodziłam do siebie przez miesiąc, a on kazał bohaterce wstać i pójść z dodatkowym kilogramem w rozciętym brzuchu. Ok, science fiction, rozumiem.

Ale ona wstała i została zabrana nie wiadomo dokąd, bo przecież power of montaż, po czym zostaje tak skopana, że połowa towaru wchłania się od razu do organizmu. W związku z tym jesteśmy świadkami scen jak z Egzorcysty, jest dużo ślinienia i latania. Ogólnie gorsza była tylko scena śmierci Mirandy Tate z Dark Knight Rises. 

Zużycie mózgu wzrasta. Jak myślicie, czym może się objawiać? Otóż u Luca Bessona Lucy: 1) przestaje mrugać, 2) przestaje odczuwać ból, 3) zaczyna zabijać.

I nie, nie rozumiem, dlaczego. Cała fabuła jest tak rozłażąca się w szwach, że szkoda mi było to oglądać. Taka zupa epizodów, które prowadzą do bezsensownego celu.

Po aktorach też spodziewałam się znacznie więcej: Scarlett Johansson, która nieźle radzi sobie w innych filmach, powinna zostać przy kopaniu tyłków i przesłuchiwaniu ruskich w filmach Marvela, bo tutaj jedyne co pokazała, to pory na twarzy (nie wspomniałam o tym, ale styl filmowania niczym z młodzieżowych post-apo – dużo zbliżeń… bardzo szczegółowych). Ale dla mnie całkowity brak ruchu gałek ocznych jest wspomnieniem z doskonałego serialu lat 90. – Nikita, w którym grała drewniana Peta Wilson i partnerował jej nieruchomy Roy Dupuis, ale ani wtedy, ani teraz nie miało to nic wspólnego z aktorstwem. 

Trochę lepiej poradził sobie grający prof. Normana Morgan Freeman, choć trudno to nazwać szczytem możliwości. Po prostu przy Johansson wypadł wprost błyskotliwie, ale mniej więcej tak samo się zachowuje, prowadząc Zagadki Wszechświata z Morganem Freemanem.

Jedyna osobą, która się sprawdza jest Amr Waked – gra on policjanta, który z nieznanych przyczyn pomaga tytułowej bohaterce, ale jako jedyny zadaje sobie pytanie – co ja tu właściwie robię. To samo pytanie zadawałam sobie przez cały film.

Czuję się zubożona intelektualnie i oszukana po całości. Dziękuję za uwagę i życzę miłego tygodnia.

TytułLucy
Reżysera: Luc Besson
W rolach głównych: Scarlett Johansson, Morgan Freeman i in.
Rok produkcji: 2014

Na ratunek… komukolwiek [Film: Strażnicy galaktyki]

Strażnicy galaktyki to film, który wzbudzał mnóstwo emocji jeszcze przed wejściem na ekrany. A po obejrzeniu  – można go kochać lub nienawidzić, nie spotkałam się z opiniami, że może być, albo podobał się, był ok. Nie – albo świetny, albo – straszny.

W pierwszej scenie mały chłopiec, Peter Quill (jego dorosłą wersję gra Chris Pratt) zmaga się ze śmiertelną choroba matki. Wszyscy go zmuszają do oglądania z bliska tego widowiska śmierci, więc gdy puszczają mu nerwy i wybiega ze szpitala, następuje plot twist – zostaje porwany przez kosmitów (so 80’s!).

W ten sposób poznajemy nieustraszonego Star Lorda, który obok nieustraszonej Gamorry, nieustraszonego szopa i nieustraszonego drzewa podbił moje serce (sorry guys, I’m married). Peter Quill nie jest najpoważniejszym bohaterem – ma cięty język, nawet jeśli coś bierze na poważnie, to nie pokazuje tego po sobie i z całą pewnością nie jest typem bohatera-obrońcy galaktyki. Ani nawet bohatera-obrońcy własnego podwórka. To taki rozkoszny Han Solo z walkmanem – tu ukraść, tam przekombinować. Więc gdy trafia w jego ręce kula, której pragną w zasadzie wszyscy wielcy i pomniejsi bossowie, zaczyna się robić dziwnie. Na szczęście od czego są piękne, zielonoskóre kobiety, które najpierw kopią ci tyłek, a potem całują (tu np. Zoe Saldana), kosmici, wyglądający jak szopy (Bradley Cooper) strzelające z armaty (w tym filmie szopy są jak mrówki i noszą gnaty, które ważą więcej niż ich właściciele) oraz inni kosmici o wyglądzie i intelekcie pieńka (Vin Diesel).

Jeśli chodzi o aktorów, to oglądając trailery, miałam wątpliwości, czy Chris Pratt podoła roli superbohatera. Moje obawy okazały się przesadzone – nie jest on wyrazistą osobowością w stylu Kapitana Ameryki o solidnych amerykańskich wartościach, ale raczej uroczym łobuziakiem, któremu najbliżej do Hana Solo. Nie ma co prawda nadprzyrodzonych mocy, ale jego superpower jest wychodzenie cało z każdej opresji.

Zielona Zoe Saldana bynajmniej nie jest atrakcyjnym dodatkiem do bohatera. To znaczy atrakcyjna jest, ale po wielokroć próbuje ukraść mu szoł. I prawdopodobnie by jej się udało, gdyby nie to, że rabunku dokonuje para niepozornych kosmitów. Rocket i Groot, dwa wygenerowane komputerowo stworki po prostu chwytają widza za jaja i ściskają mu serce. O ile ten pierwszy nie jest w żaden sposób słodki – raczej zgorzkniały, doświadczony przez życie, złośliwy, ironiczny i prewencyjnie strzelający do wszystkiego, co narusza jego przestrzeń społeczną. Z drugiej strony Groot – wielki jak drzewo, wyglądający jak drzewo i wygadany jak drzewo, a jednocześnie otwarty, sympatyczny i czekający na akceptację. Z tego, co można wywnioskować po zachowaniach społecznych na tumblrze – wszystkie laski się w nim zakochały.

Ok, podobno jest tam jeszcze jakiś niebieski gościu, ale jest tak nieznaczący i randomowy, że nie ma co się rozpisywać. Prawdopodobnie będzie istotniejszy w kolejnych częściach, póki co – rola-cień. No i badguy. o jakie to zabawne. Nie.
Nie mam pojęcia, dlaczego kusili mnie wizerunkiem Tanosa, który pojawił się w dwóch scenach. Rozumiem, musi zostać go trochę na następne części, a podczas użycia, jego wizerunek się trochę niszczy za każdym razem. Opatruje. No więc zostaje jakiś nawiedzony  Ronan (Lee Pace, ukochany haker z Halt and Catch Fire, nie rozpoznałam go), który jest marną atrapą wroga. Na szczęście nie jest sam i wspomaga go kilka zakazanych ryjów galaktyki.

Słyszałam o ludziach, którzy wyszli z kina rozczarowani, ale są w zdecydowanej mniejszości. Wszakże znakomite oceny na filmwebie nie wzięły się znikąd. I odpowiadając na palące pytanie wszystkich w kinie – oczywiście, że tańczący Groot jest słoooodki!!!

TytułStrażnicy galaktyki
Reżysera: James Gunn
W rolach głównych: Chris Pratt, Zoe Saldana i in.
Rok produkcji: 2014