Dojrzewanie superbohatera [Film: Spiderman. Daleko od domu]

Po wielkim finale z ostatniej części Avengers, MCU potrzebowało dobrego startu. Czegoś lepszego niż Kapitan Marvel, co nie tylko utrzyma zainteresowanie dalszymi losami uniwersum, lecz także w jakimś stopniu wskaże kierunek, w którym sprawy się toczą. Moim zdaniem to ostatnie się udało, i o ile dobrze odczytuję to co chcą nam powiedzieć scenarzyści – to przyszłość jest niepewna i pomimo zwycięstwa pozostaje więcej pytań niż odpowiedzi: bohaterowie uratowali świat, lecz co dalej? Bez Kapitana Ameryki i Irona Mana powstała próżnia, którą nie wiadomo kto mógłby wypełnić. Gdzie są i co robią Avengersi? Kto im przewodzi? Czy nad bezpieczeństwem Ziemi czuwa jakaś zorganizowana struktura? Kto obroni Ziemię przed następnym galaktycznym niebezpieczeństwem? Pytaniom właściwie nie ma końca. 

Far from home ma tę zaletę, że przedstawia te dylematy ale nie robi tego tak do końca wprost – bo to jest film o Spidermanie, nastolatku z Queens, obdarzonym wielką mocą i inteligencją, ale wciąż „tylko” przyjaznym człowieku-pająku z sąsiedztwa, który co prawda był w kosmosie, ratował świat, ale wciąż chciałby przynajmniej od czasu do czasu móc być zwykłym nastolatkiem, na którego barkach nie spoczywa przyszłość Ziemi. 

I powiedzmy sobie szczerze – nie jest gotowy na tę odpowiedzialność, która zostaje na niego nałożona. Przed nim długa droga, ale nie zdradzę tutaj tajemnicy, stwierdzając że Tony Stark się co do niego nie pomylił, to w końcu Peter Parker. Jedna z ikon świata superbohaterów. Tylko wciąż dzieciak. 

Tak więc z jednej strony mamy tu opowieść o odpowiedzialności za świat i związanej z nią władzy, oraz o tym kto ma ją podjąć, zaś z drugiej taką trochę klasyczną amerykańską komedię o wycieczce do Europy, a wszystko to podlane sosem historii superbohaterskiej. Jest zwyczajowe promo turystyczne kolejnych miast, do pewnego stopnia nawet twórcy potrafią sobie z tego żartować. 

Na ekranie pojawiają się niemal wszyscy znajomi Parkera ze szkoły i poprzedniego filmu (Homecoming) i od razu uspokajam – każda z postaci jest fajna, oczywiście w pomieszanej konwencji, o której pisałem wcześniej i pasuje do opowieści, coś do niej wnosząc, bo w jakiś sposób wpływa na wybory głównego bohatera. Jak choćby wtedy, gdy z powodu szczeniackiej rywalizacji o mało nie dochodzi do tragedii. Bo pamiętajmy, to historia o Peterze Parkerze, nastolatku, a więc mamy tu teen dramę – niezręczne romanse i komedię pomyłek. Widać, że młodzi aktorzy rozwinęli swój warsztat, lub może po prostu reżyser (Jon Watts) potrafił im dobrze przekazać czego od nich i ich postaci oczekuje. Tom Holland nie tylko pasuje do swojej roli, widać, że potrafi grać, a to dobrze rokuje na kolejne filmy, których ma być podobno jeszcze cztery! 

Jake Gyllenhall w roli Mysterio jest w porządku. Jest i ciężar emocjonalny wynikający z relacji międzyludzkich, i stawka (która za sprawą Starka) jest bardzo wysoka. Spiderman w ogóle ma szczęście do sprzątania bałaganu po Tonym Starku. 

Elementami spajającymi ten film z resztą (poza domyślnym kontekstem) są Nick Fury, Happy Hogan i unoszący się nad wszystkim duch Iron Mana. Fury przez cały film wydaje się być nieco zagubiony, co szczerze mówiąc trochę kole w oczy, ale spokojnie – ma to sens, w końcu przez pięć ostatnich lat pozostawał wyłączony, a świat przecież nie stał w miejscu. Zresztą to nie jedyny powód. Widać, że relacja Petera z Happym ewoluowała, obaj stracili kogoś dla siebie wyjątkowego. To zresztą ciekawy zabieg, w toku opowiedzianej dotąd opowieści postać Iron Mana stała się dla Petera Parkera niemalże odpowiednikiem postaci Wuja Bena z kanonicznej historii o człowieku pająku. 

To odróżnia tę wersję Spidermana od poprzednich (z Tobeyem Maguirem oraz Andrew Garfieldem), i mimo czerpania ze znanych wątków, to wciąż potrafi zaskakiwać. Nie wiem, czy gdybym po raz trzeci musiał oglądać umierającego wuja Bena, mówiącego że z wielką mocą przychodzi wielka odpowiedzialność – czy bym to zdzierżył. Różnic jest więcej, choćby odświeżająco energiczna postać cioci May, czy nowatorsko zbuntowana MJ, które zsumowane nadają tej wersji powiew świeżości. 

Z powodu tych różnic Spiderman Toma Hollanda bardziej niż poprzednie ekranizacje odchodzi od kanonu opowieści o człowieku pająku. A tych przecież i tak jest całe mnóstwo i to bardzo różnych. Chociaż większość elementów składowych jest na miejscu, to jednak są na tyle pomieszane lub pozmieniane, że różnice potrafią zaskoczyć. Jedno nawiązanie jest moim zdaniem warte odnotowania, dotyczy zresztą jednej z moich ulubionych serii (ale to już byłby zbyt wielki spojler, gdyż dotyczy pierwszej sceny po napisach i tym samym bardzo mocnego zakończenia filmu). 

A to zakończenie to jednak coś zupełnie innego, mocnego – prawdziwe trzęsienie ziemi, rozwalające, przewracające do góry nogami świat głównego bohatera. I to w momencie, w którym wydawało już się, że najgorszy kryzys został zażegnany. 

Mocne zakończenie i otwarcie dla następnego filmu, powodujące, że nie mogę się doczekać kontynuacji. 

Tytuł: Spiderman: Daleko od domu

Reżyser: Jon Watts

W rolach głównych: Tom Holland, Zendaya, Jake Gyllenhaal

Rok: 2019

SPOJLER ALERT 

Seria komiksowa o której wspomniałem wcześniej to Civil War, a konkretnie wątek, w którym Peter Parker w ramach poparcia dla rejestru superbohaterów postanawia ujawnić publicznie swoją tożsamość, co oczywiście wkrótce powoduje gwałtowne konsekwencje. Tak więc, choć przyczyna jest zupełnie inna, to skutek może być podobny.  Czyli jak to w komiksach – biedny Spidey, jak zawsze ma przerąbane…

Biblioteka istot potępionych [Czarownica, Deborah Harkness]

Gdy Zwierz poleciła Discovery of Witches, nie ukrywała, że głównie ze względów estetycznych (w serialu gra piękny Matthew Goode) a względami estetycznymi nie należy przedwcześnie gardzić. Pełna zapału zaczęłam oglądać serial, ale entuzjazm szybko mnie opuścił i nawet wdzięk głównego bohatera nie utrzymał mojej uwagi przy produkcji, która okazała się później prezentem dla zagorzałych fanów Zmierzchu.Gnana ciekawością postanowiłam sprawdzić, czy literacki pierwowzór zawiera taką samą solidną dawkę paranormal romance.

Czarownica, pierwszy tom sagi Debory Harkness Księga wszystkich dusz, jest jednocześni tym samym i innym utworem. Oczywiście jest on – mroczny i przedwieczny wampir, który pragnie pewnego manuskryptu. I jest ona – młoda czarownica, która zaprzecza swemu wrodzonemu dziedzictwu i niczego bardziej nie pragnie, jak tylko prowadzić ułożone życie post-doca. Jednak podczas studiów nad historią alchemii trafia na rękopis, który był uznany za zaginiony, a jej życie zmienia się nieodwracalnie. Zwraca to uwagę wszystkich studentów i pracowników naukowych oraz istot nadprzyrodzonych – demonów, wampirów i czarownic. Diana staje się szczególnym obiektem zazdrości tych wszystkich, którzy dostali rewers zwrotny z informacją – egzemplarz zaginiony. Ale jedyne, co zakłóca sen niczego nieświadomej Diany, to  myśl o nadciągającej konferencji naukowej i brak pomysłu na błyskotliwe wystąpienie. 

Dopóki powieść toczyła się jako satyra na środowisko akademickie i opowieści o wampirach i dziewicach – czytało się tak jak złoto i diamenty. Ale co dobre musi się skończyć i po pod koniec ona wącha jego, on ją i od tej pory powieść z potencjałem przeistacza się magicznie w klasyczny paranormal z lekkim zabarwieniem Zmierzchem i jego bękartami. Żeby nie być gołosłowną:

Wszyscy czytelnicy kieszonkowych bestsellerów lub choćby miłośnicy telewizji wiedzą, że wampiry to istoty zapierające dech w piersiach, ale spotkanie z nimi jest zawsze zaskakujące. Ich kostna struktura jest tak doskonała, że zdają się dziełem doświadczonego rzeźbiarza. A gdy zaczną się poruszać lub mówić, wasz umysł nie jest w stanie pojąć tego, co widzi. Każdy gest jest uosobieniem wdzięku, każde słowo muzyką. Ich wzrok przykuwa, i właśnie w ten sposób chwytają swoje ofiary. Jedno powłóczyste spojrzenie, kilka spokojnych słów, dotknięcie dłoni…

Matthew jest oczywiście wegetarianinem, je orzechy i jagody, sporadycznie posilający się carpaccio lub jelonkiem z podnóża gór. Nie przeszkadza mu jednak futrować ukochanej angielskimi śniadaniami, ponieważ zapach jedzenia przyprawia go o mdłości i pozwala nie myśleć o jej zapachu (sic!). Może problem sam by się rozwiązał, gdyby nie zabierał jej prosto z kajaka po treningu na Tamizie. A co mówi zakochany wampir do swej oblubienicy?

– Diano Bishop, jestem zszokowany faktem, że masz tak ograniczone horyzonty – orzekł z poważną miną. – Istoty, które sporządziły manuskrypt, mogły nie wiedzieć o DNA, ale jaki masz dowód na to, że nie zadawały tych samych pytań o istotę stworzenia, jakie zadają dzisiejsi naukowcy?

Ponadto nie przeszkadza mu to wciąż od nowa udowadniać swojej wyższości nad czarownicą, a jej zakochiwać się w bucu coraz bardziej – przecież drań kocha najmocniej.

Kiedy patrzę z perspektywy na ten pierwszy tom, żałuję, że nie jest krótszy o te ostatnie 20 procent, które zniszczyły mi całkiem nieźle zapowiadającą się historię o poszukiwaniu początków stworzenia. Może pójście w stronę thrillera w typie Dana Browna mogłoby uratować tę historię. 

Niedługo będzie wznowienie i zastanawia mnie stan literatury, skoro niezbyt lotne powieścidełka są wpychane ponownie na rynek, na którym już jest sporo niespecjalnie udanych historii on-ona, wampir-czarownica-demon-wilkołak, prostych jak kij od miotły. Szkoda, że humoru i dystansu wystarczyło na nieco ponad połowę tomu, bo powaga niszczy temat i zniechęca do sięgnięcia po kolejne tomy.

Autor: Deborah Harkness

Tytuł: Czarownica

Wydawnictwo: Amber

Data: 2011

Każdy koniec jest początkiem czegoś nowego [Film: Avengers. Koniec gry]

Uwaga, będą spoilery.

Na ten film szedłem spokojny. To przed Infinity War byłem pełen obaw, co do tego czy nie okaże się wielkim rozczarowaniem. Przed Endgame miałem poczucie, że sprawą zajmują się odpowiedni fachowcy i że wiedzą co robią. Jednak kończenie złożonych opowieści to niełatwe zadanie, co wszystkim niedawno udowodnili D&D z Grą o tron na HBO. Czy po mocnym wstępie jakim był Infinity zakończenie okaże się równie satysfakcjonujące? Owszem. Czy warto poświęcić trzy godziny życia na ten film? Owszem, pod warunkiem, że oglądało się co najmniej większość wcześniejszych filmów z MCU.

Jeśli nie, to śmiało można powiedzieć, że ¾ frajdy z filmu po prostu nas ominie – bo to jest film od i dla fanów.

Początek jest dla bohaterów ciężki i taki powinien być. Ciężar klęski kładzie się cieniem na wszystkich i mamy tu przekrój wszystkich stadiów żałoby: zaprzeczenie, gniew, targowanie się, depresję i akceptację.

Oczywiście dość szybko pojawia się wątek nowej szansy, bo przecież o to w tej opowieści chodzi – ta jedna wersja przyszłości o której mówił doktor Strange. Lecz przynajmniej na początku twórcy potrafią oddać ciężar tego, co się wydarzyło i chwała im za to.

Potem zaczyna się robić dziwnie i zaczyna się prawdziwe złoto – ta część filmu, w której bohaterowie cofają się w czasie żeby zebrać z przeszłości zniszczone w ich teraźniejszości przez Thanosa kamienie nieskończoności jest zdecydowanie moją ulubioną. Pomysł na wykorzystanie wydarzeń z przeszłości i dopowiedzenie ich z udziałem tych samych bohaterów z przyszłości to jak dla mnie przebłysk prawdziwego geniuszu scenarzystów.

Zdecydowanym wygranym jest tutaj Steve Rogers aka Kapitan Ameryka, którego sceny są po prostu świetne – „hail hydra” w windzie (Zimowy Żołnierz) i wisienka na torcie – kiedy musi walczyć z samym sobą. Cudo.

Ale nie tylko Rogers ma swoje pięć minut, są wzruszenia i gagi, poświęcenie i nadzieja przemieszana z groźbą – w końcu zabawa z czasem to niebezpieczna rzecz.

Wszyscy aktorzy grający od lat swoje postacie prezentują się znakomicie, jednak moim zdaniem na wyróżnienie zasługuje tu Robert Downey Jr. On pasuje do swojej roli, która jednak nie zawsze była zbyt wymagająca. Tym razem twórcy zbudowali opowieść, w której ma on szansę pokazać zdecydowanie więcej, i ją wykorzystuje.

Wątków i mniejszych, osobistych opowieści jest tyle, że nie sposób je wszystkie opisać w recenzji, nie opowiadając całego filmu. Najfajniejsze jest w nich to, że stanowią naturalną część większej całości, opowiadanej na przestrzeni tych dwudziestu jeden (sic!) wcześniejszych filmów. I nie mam poczucia żeby to było wymuszone, ani stanowiło zapchajdziurę, film i tak trwa ponad trzy godziny.

Trzeci akt to kulminacja i wielki finał. Wielki to słowo adekwatne, bo o ile można było trochę się podśmiewywać z Wojny bohaterów, że wielka wojna domowa to raptem ustawka pod hangarem, to tutaj jest już epicko i to tak, że aż ciary przechodzą po plecach.

Wszystkie chwyty dozwolone, to walka o wszystko i nie ma zagrań zbyt dziwacznych, rozwiązań zbyt nieprawdopodobnych ani ryzykownych żeby nie spróbować wszystkiego. Wszystkie ręce na pokład.

I trochę tylko rozczarował mnie Thanos, a przynajmniej ta jego wersja. W poprzednim filmie wydał mi się trochę mniej prymitywny niż tutaj, ale to może tylko poszukiwanie dziury w całym.

Na koniec dostajemy zdrową dozę epilogu, który pozwala nam ochłonąć i przyswoić sobie nową rzeczywistość, w której znalazł się ten świat. Bo choć słowa Thanosa z poprzedniego filmu się sprawdzają: „Tym razem nie będzie wskrzeszeń”, to zabawa z czasem ma to do siebie, że tworzy paradoksy i to też jest ciekawe na przyszłość.

TytułAvengers: Koniec gry

Reżyseria: Anthony Russo, Jeo Russo

W rolach głównych: Robert Downey Jr, Chris Evans, Mark Ruffalo

Rok: 2019

Patologia czy patomorfologia – close enough [Listy zza grobu, Remigiusz Mróz]

Remigiusz Mróz nie zwalnia tempa i kuje żelazo póki gorące, serwując swoim najwierniejszym czytelnikom nową serię o patologu, Sewerynie Zaorskim. Bohater wraca do rodzinnego miasteczka po dwudziestu latach i w remontowanym domu znajduje dyskietki z tajemniczą zawartością. Oddaje je prawowitej spadkobierczyni (i całkowitym zbiegiem okoliczności – swojej szkolnej, nieszczęśliwej, niespełnionej miłości), Kai Burzyńskiej. Dramatu dopełnia fakt, że została ona żoną najlepszego przyjaciela Seweryna ze szkoły.

Mało tej Dynastii? A nie ciekawi Was, co się stało z żoną bohatera i matką jego dwóch córek?

Reszta leci normalnie – jak u Mroza. Zmarły dwie dekady wcześniej ojciec Burzy wysyła jej co roku listy, w których snuje rozważania o życiu. Na dyskietkach są zaszyfrowane informacje o wielkiej tajemnicy. W nocy zostaje zamordowana nauczycielka z okolicznej podstawówki, a gdy atmosfera gęstnieje jak kisiel – znajdują starą księgę i zwłoki dawno zaginionego mężczyzny.

Jeżeli ktokolwiek miał cokolwiek do czynienia z pocztą, od początku się zorientuje, jaki wałek się tam kręci. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby poczta czekała dwadzieścia lat z wysłaniem jakiegoś listu. Owszem, zdarzały się opóźnienia w doręczeniu korespondencji, które można w dziesiątkach lat liczyć, ale nie planowane zawczasu.

Jak myślicie – jak trwałe są informacje na dyskietkach? Nie aż tak – doświadczenie mi podpowiada, że prace zaliczeniowe zapisane w czasie studiów, już po pięciu latach były nie do odtworzenia (a szkoda, uważam, ze poczyniłam w nich kilka błyskotliwych uwag). Po dwudziestu latach w skrytce (choćby i murowanej) nie wróżę sukcesu z odczytaniem treści, nawet jeśli ktoś jeszcze ma stację dysków.

Kolejna niekonsekwencja wiąże się z samym bohaterem – autor próbuje mnie przekonać, że Seweryn jest winien rozlicznych zbrodni, ale dałam się przekonać napisowi na okładce „Nowa seria!” – nikt nie stanowi bohaterem serii człowieka, którego zamierza się pozbyć w pierwszym tomie (o ile to nie jest, oczywiście, G.R.R. Martinem). I gdy pozostałe snujące się po kartach powieści postaci poznają prawdę o przeszłości Zaorskiego – nic nie zamierzają z tym faktem zrobić, zatrzymując prawdę dla siebie. Policjantka i jej mąż – burmistrz! Tak by właśnie było.

Zgodnie ze starożytnym powiedzeniem – dzieci i ryby głosu nie mają – trzy nieletnie postaci mają bardzo ograniczone role do odegrania na kartach powieści. Nie rusza ich trup w szkole ani śmierć nauczycielki – ich rodzice chyba już zbierają na terapeutę, bo w ogóle nie rozmawiają o dramatycznych wydarzeniach, które dotykają dzieci bezpośrednio.

Zakończenie, jak na Mroza, nawet nie jest szczególnie zaskakujące. Owszem, ma podwójne dno, ale do podobnych fikołków fabularnych przyzwyczaił mnie już Zajdel, więc przejrzałam mrozową ekwilibrystykę.

Jeśli macie ochotę na pierwszy tom, to należy on do jaśniejszych punktów w twórczości tego autora i choć doświadczenie pozwala mi przewidzieć Sewerynowi przyszłość na miarę Forsta, trzymam kciuki za lepszą!

Autor: Remigiusz Mróz

Tytuł: Listy zza grobu

Wydawnictwo: Filia

Data: 2019

Morderstwo w czasach komuny [Wiara, Anna Kańtoch]

Anna Kańtoch była mi dotychczas znana z powieści i opowiadań fantasy – czytałam zarówno cykl o medyku Domenicu Jordanie, jak i Przedksiężycowych, którzy zostali nagrodzeni Zajdlem, ale od 13 Anioła się odbiłam.Ponieważ pierwsze spotkanie z Kańtoch było emocjonujące tylko na krótką metę, drugie mnie do niej zniechęciło, a do trzeciego była zmuszona, ale zostało ze mną na dłużej, chciałam zobaczyć, jak się sprawdza w kryminałach. I tak doszło do czwartego spotkania – tym razem z Wiarą.

Rokitnica jest przeklęta. Tak przynajmniej uważa proboszcz, który znalazł na torach zwłoki młodej kobiety. Nie pomaga też budowa elektrowni jądrowej, przeciwko czemu protestują młodzi ekolodzy, którzy mają bardzo silny argument – nie minęły jeszcze dwa miesiące od awarii w Czarnobylu. Zło nadeszło od wschodu, a śmierć przyszła o świcie.

Do śledztwa został oddelegowany z komendy głównej kapitan Witczak, na miejscu wspomagają go starszy sierżant Waśkowiak, kapral Synowiec oraz starsza szeregowa Gierasówna z Żywca. Cechą pisarstwa Kańtoch jest tworzenie dobrych, osadzonych w przedstawionej rzeczywistości postaci – mają historię, cechy charakterystyczne, solidne charaktery. I tak Witczak to prawdopodobnie jedyny niepijący milicjant w 1986 roku, za to Waśkowiak wyrabia normę swoją, jego i kilku innych, mając w piwie wyjątkowego przyjaciela. Synowiec to młody człowiek, który próbuje się podlizać swoim przełożonym, a stres powoduje u niego silne ataki jąkania, zaś Gierasówna jest brzydka, bystra a stresowe sytuacje ją paraliżują. I to oni są oddelegowani, by odkryć tajemnicę śmierci nieznanej kobiety, zadźganej i porzuconej na torowisku.

Jak na niewielką miejscowość, Rokitnica ma ogromny współczynnik makabrycznych zdarzeń: dwadzieścia lat wcześniej brat zarąbał siekierą matkę i rodzeństwo. Później pijany proboszcz utopił się w stawie. A śmierć młodej kobiety to dopiero początek tragedii, a jedno zdarzenie wywołuje lawinę kolejnych morderstw. Zegar tyka.

Kańtoch wspaniale oddała duszny klimat lata w miejscowości wypoczynkowej w połowie lat 80. Opisy są gotowymi obrazkami, portretującymi niewielką społeczność, w której każdy zna każdego, a nieufność wobec obcych wzrasta z każdym niepokojącym wydarzeniem:

– Myśli pan, że morderca może być stąd? To nie jakiś turysta? 

– Nawet jeśli turysta, nie jest powiedziane, że już tu nie przebywa – odparł ostrożnie. Chyba wszyscy w Rokitnicy mieli nadzieję, że zabójcą okaże się ktoś z zewnątrz: przyjechał, zabił, wyjechał, jest trup, ale nie ma większego problemu (s. 34).

Bohaterowie Wiary są ciekawymi postaciami, a narracja płynnie choć leniwie niczym milicyjny polonez prowadzi czytelnika przez zakamarki fabuły. W moim przekonaniu Kańtoch na tyle sprawdza się w kryminałach, że już sięgnęłam po jej kolejną powieść tego rodzaju – Łaskę.

Autor: Anna Kańtoch

Tytuł: Wiara

Wydawnictwo: Czarne

Data: 2017

Medycyna w służbie kobiet [Ginekolodzy, Jürgen Thorwald]

Najpierw przypomniałam sobie Stulecie chirurgów Jürgena Thorwalda, ale gdy zobaczyłam, że ten sam autor napisał też o pionierach leczenia kobiet „tam na dole” – musiałam po tę książkę sięgnąć! Wiedziałam, że ginekologia nie zawsze była dana, ale jej droga rozwoju była trudna i wyboista.

Jürgen Thorwald był dziennikarzem i jego książkę czyta się jak świetny, trzymający w napięciu reportaż.  Zaczyna opowiadać historię gdzieś w XVIII wieku, gdy obcy mężczyzna gmerający brudnymi rękami w okolicach intymnych kobiet był nie do pomyślenia, wszak jak wiadomo do dziś – w pochwie mieszkają demony.  zatem robili to w przepasce na oczy, pod osłoną kołdry, którą wiązali sobie na szyi. A to i tak wielki postęp w stosunku do czasów wcześniejszych, gdy jedynie akuszerki mogły pomagać kobietom, a w pojęciu medycznym ciało kończyło się w talii.

Nie bez powodu gorliwi teologowie wczesnego chrześcijaństwa wywnioskowali z historii o Adamie i Ewie, iż podbrzusze kobiety jest siedzibą zła. Nie bez powodu głosili naukę o tym, że powtórzenie grzechu pierworodnego, to znaczy każdy rodzaj seksu i żądzy, zasługuje na potępienie; i tylko wtedy można go usprawiedliwić, gdy służy prokreacji (w sensie boskiego „rozmnażajcie się” (…)

Obecnie nie wyobrażamy sobie prowadzenia ciąży bez dostępu do lekarza, wiele kobiet boi się porodu (i – jak się dowiadujemy z książki – jest to lęk dziedziczny), a szmer aparatury KTG, kroplówki ze znieczuleniem i kojąca obecność lekarza zdają się nieodzowne. Tymczasem największy rozwój medycyny w ogóle, ale kobiecej szczególnie przypada na XIX oraz XX wiek. Prawdą jest, że medycyna ma największe osiągnięcia w służbie wojny, to właśnie podczas ich trwania umocniły się chirurgia oraz medycyna ogólna. Kobiety zatem naturalnie pozostawały w domach oraz poza kręgiem zainteresowań lekarzy. W milczeniu cierpiały na torbiele, wypadanie macicy, zagrożone ciąże i wszystkie przypadłości, które obecnie leczy się łatwo, a wówczas stanowiły śmiertelne zagrożenie.  I tak kobiety orientowały się, że nie są w ciąży, gdy po odpowiednio długim okresie, odkąd zaczynał im rosnąć brzuch, nie powiły różowego (ani żadnego) bobasa.

Nie stosując narkozy i aseptyki, McDowell otworzył jamę brzuszną wzdłuż linii, którą wcześniej narysował atramentem. Jane w tym czasie śpiewała psalmy, aby złagodzić ból. Wypełniona galaretowatym płynem, ponaddziewięciokilogramowa cysta była tak duża, że wypchnęła wnętrzności. (…) Kilku Anglików wpadło na pomysł, aby w opróżnione torbiele wstrzykiwać wodorotlenek potasu, niszcząc je od wewnątrz. W ten sposób wykańczali pacjentki szybciej niż cysty.

Teraz taki obraz nawet nie postaje w naszej wyobraźni, bowiem kobieta, nawet korzystająca z dobrodziejstw publicznej służby zdrowia, zaniepokojona pierwszymi oznakami braku zdrowia, dostanie się do specjalisty i otrzyma stosowną pomoc. I jedynie oglądając Chirurgów, możemy zobaczyć skrajne przypadki zaniedbania zdrowia. Świadomość ciała, choć zdawałoby się, że powinna być już przyzwoita (wszak od czasów starożytnych, przez oświecenie – było poddawane badaniom), tymczasem dowiadujemy się, że:

Zgodnie z ówczesnym wyobrażeniem o wnętrzu niewieściego ciała macica składała się z wielu przegród, połączonych kanałami z jamą ustną i piersiami. Przez owe kanały płynęły mleko i powietrze.

Będąc w połogu nasłuchałam się takich rzeczy, że teraz wydaje mi się, że nic się w tym zakresie nie zmieniło od XVIII w. – mam na myśli dietę matki karmiącej, obejmującą parowaną pierś kurczaka i duszoną marchewkę, żeby dziecko nie dostało kolki. I byle nie jeść owoców, bo pestki (na przykład z arbuza) przedostaną się do pokarmu i dziecko się zadławi! Mam dużą wyobraźnię, ale w żaden sposób nie byłam w stanie zrozumieć, jakim cudem ta pestka miałaby zaatakować moje dziecko przez kanalik. O takich luksusach jak kanapka, czekolada czy kawa powinnam zapomnieć do matury dziecka.

Ale medycyna nie stoi w miejscu, a kobieta od zawsze musiała znosić największe upokorzenia, toteż nadszedł moment – już w połowie XIX w. – kiedy pewien lekarz postanowił zbadać kobietę rozebraną:

W pośpiechu (a może dlatego, że poczucie wstydu u Murzynów i tak się wtedy nie liczyło) zapomniał o tak ważnej zasłonie. A kiedy wziął do ręki jedną z dużych, srebrnych łyżek Teresy, wygiął ją w dźwignię, a następnie rozsunął na boki krocze i wargi sromowe niewolnicy, ujrzał „wszystko, czego wcześniej nie widział żaden mężczyzna”. Przetokę było widać jak na dłoni. James Marion Sims, purytanin, otworzył drzwi do kobiecego sromu.

Przełomowy moment w historii ginekologii rozpoczął okres galopującego rozwoju tej nauki. Już tylko 100 lat dzieli nas od pierwszej udanej operacji macicy i jajników oraz badania seksualności kobiet oraz 150 od rozpoczęcia leczenia raka. Ale to, że lekarze mają mniejsze lub większe sukcesy w tym zakresie, nie znaczy, że kobiety przestały się borykać z kluczowym problemem – brakiem kontroli urodzeń.

Zaprzątnęła go jedna myśl: ustrzec przepracowane i chore matki przed kolejnymi ciążami. Nie obejmował katedry położniczej, nie miał kliniki ani asystentów. Jego fotel do badań był drewniany. Podczas badania pacjentek narzędzia podawali mu ich mężowie. Był świadkiem, jak później napisał, „parady kobiecych losów, które nigdy nie przedarły się do katedr uniwersyteckich, gdzie zajmowano się chorobami, ale rzadko ludźmi”.

Jak myślicie, kiedy Mensingę nachodziły te myśli? Nie, to nie ciemne wieki średnie, to przełom XIX i XX w. Już po wynalezieniu prezerwatyw, stosunku przerywanego oraz bardzo nieudanej próbie wprowadzenia przez Kościół regulacji urodzeń przez abstynencję w dni płodne, które na podstawie błędnych badań zostały nieprawidłowo określone, a zatem przyczyniły się do wielu nieszczęśliwych urodzeń. Thorwald zresztą się nie sili na wyrozumiałość wobec roli Kościoła ingerującego w zdrowie, samopoczucie i seks kobiet. Na kartach Ginekologów można przeczytać jego gorzkie refleksje o tym, dlaczego kobiecy orgazm jest grzechem a gwałt nie (ale tylko pod warunkiem, że siłą sprawczą gwałtu jest mężczyzna), regulacja urodzeń jest powodem do spowiedzi, ale śmierć przy piętnastym porodzie oraz życie w nędzy i głodzie to norma, o której decydują biali starsi panowie z wyższych sfer, którzy o biedzie słyszeli zabawne dykteryjki na przyjęciach, wypowiadane z odpowiednią dozą pogardy.

Ale niech Was nie zwiedzie niedola kobiet, wszak mężczyźni też potrafią cierpieć otchłannie, niech przykładem będzie Charles Knowlton, którego smutna historia także znalazła się w tej książce, być może dlatego, że to opowieść z morałem:

Urodzony w 1800 roku syn farmera z Massachusetts między szesnastym a dwudziestym pierwszym rokiem życia omal nie skończył w szpitalu dla obłąkanych. Pewnej nocy zaobserwował u siebie coś, co w dzisiejszych czasach nosi nazwę polucji i jest uważane za zupełnie normalny wytrysk nasienia u mężczyzn zachowujących wstrzemięźliwość seksualną. Jednak lekarze z jego rodzinnej miejscowości Templeton przepowiadali mu śmierć z wyczerpania. W latach 1816–1821 odbył konsultacje u dziesięciu doktorów, którzy leczyli jego mokre sny opium, pryszczelami lekarskimi (znanymi szerzej pod nazwą hiszpańskiej muchy), plastrami gorczycowymi, pijawkami i setki razy upuszczali mu krew.

Dopiero kiedy w 1821 roku, gnany strachem, Knowlton dostrzegł swoją ostatnią szansę w elektrowstrząsach, został uzdrowiony. Jednak nie przez prąd elektryczny, tylko za sprawą siedemnastoletniej córki lekarza. Skusiła go do grzechu, a on ją poślubił, jeszcze zanim rozpoczął studia medyczne.

I nawet jeśli dwudziestowieczna lekarka chciała dokonać czegoś wbrew utartym schematom, nie mogła zrobić tego sama, bez wsparcia szanowanego ginekologa płci męskiej. I tak było w przypadku zakazanej prawem i moralnością aborcji, która nieraz była jedyną możliwością przeżycia matki kilkorga starszych dzieci, żywicielki rodziny. Ale szlachetniej jest umrzeć w imię nienarodzonego dziecka niż żyć dalej z piętnem dzieciobójczyni. Tymczasem:

Po Grekach, a jeszcze przed Rzymianami to Żydzi od 1000 roku p.n.e. po raz pierwszy przeciwstawiali grecko-rzymskiemu politeizmowi jednego i niewidzialnego Boga z jego moralnymi przykazaniami. Do tych przykazań należało również idealistyczne „Nie zabijaj”. Zarazem jednak nie faszerowali religijną ideologią zjawisk biologicznych, jak seksualność, ciąża i poród. W wyniku poczęcia powstawała istota ludzka, chroniona piątym przykazaniem, jeżeli mogła się poruszać, dając oznaki życia, lub jeśli większa część ciała noworodka opuściła łono matki. To, w jaki sposób odnoszono się do niej wcześniej, było kwestią matczynego uczucia i świadomości wspólnotowej.

Szach-mat. Być może jednak kobieta może podejmować decyzje za siebie? No nie, nawet nie w XX w., gdzie prawa wyborcze kobiet w większości krajów są dalej tylko mrzonką (w Polsce nie, ale dlatego, że większość mężczyzn zginęła, a pozostali przeprowadzili się na Syberię, zostali jedynie nieletni, którzy mieli marne szanse w pajdokratycznym kraju, więc aby wyciągnąć kraj z kryzysu, mniejszym złem okazało się przyznanie praw wyborczych niewiastom), a o dobrostanie wciąż decydowali mężczyźni. Ich decyzje były zgodne z naukami Kościoła, ale nie miały nic wspólnego z szeroką perspektywą, co Thorwald podsumował:

Takie osoby nie powinny być lekarzami. Jeżeli można uratować życie kobiety przez aborcję, a lekarz nie dokonuje jej z powodu przekonań religijnych, mogłoby go czekać oskarżenie o umyślne zabójstwo.

Mogłoby. Ale z różnych przyczyn wciąż (w XXI w.) pomimo dostępności leków, rozwiązań kosmicznych i daleko posuniętej medycyny, w dalszym ciągu lekarze uznają za stosowne skomentować każdy aspekt życia kobiety. Dzisiaj trafiłam na twitta, pod którym ponad 200 kobiet skomentowało haniebne i skandaliczne zachowania oraz decyzje swoich lekarzy ginekologów. Współcześnie. W Polsce. Gdy już widzę, jak długa droga jest za nami, wciąż nie mogę się nadziwić dysproporcji między rozwojem nauki medycznej a poczuciem godności kobiet. A zatem walka wciąż trwa.

Autor:  Jürgen Thorwald

Tytuł: Ginekolodzy

Wydawnictwo: Marginesy

Data: 2016

Młodszy brat Harry’ego Pottera [Wołanie kukułki, Robert Galbraith]

Gdy Harry Potter wysłał swego pierworodnego do Hogwarthu, kończąc definitywnie serię swoich przygód, JK Rowling napisała swoją pierwszą dorosłą powieść. Trafny wybór nie był takim objawieniem jak debiutancka seria i nic nie wskazywało, by autorka miała powtórzyć swój sukces.

Tymczasem brytyjski pracownik służby cywilnej wydał kryminał, którego bohaterem był  weteran wojny w Afganistanie. Jej sprzedaż utrzymywała się na normalnym, przyzwoitym jak na debiutanta poziomie i wyniosła półtora tysiąca egzemplarzy. Wówczas doszło do wyjawienia niesamowitej prawdy: to Rowling napisała nowa powieść pod nowym pseudonimem! Sprzedaż skoczyła, jedne źródła mówią, że oburzona autorka pozwala kancelarię prawną, która dopuściła się niedyskrecji (tu), inne natomiast, że to dziennikarze odkryli nieprzypadkowe podobieństwa i zmusili opierającą się Rowling do wyznania prawdy (tu).

Czy ten rozgłos przyczynił się do popularności powieści? Bez wątpienia. Jako kryminał autorstwa nieznanego Brytyjczyka książka sprzedawała się przeciętnie, a sama Rowling przyznała, że kilka wydawnictw odrzuciło kryminał, którego bohaterem jest niezbyt przystojny prywatny detektyw:

Jej przypadkowy napastnik okazał się olbrzymem. Wzrostem i ogólną włochatością połączoną z lekko wystającym brzuchem przypominał niedźwiedzia grizzly.

Akcja nabiera tempa, gdy w biurze Cormorane’a Strike’a niespodziewanie pojawia się sekretarka na zastępstwo, Robin. Natychmiast dostają sprawę do rozwikłania – stroskany brat szuka pomocy w udowodnieniu, że jego siostra, znana modelka Lula Landry, nie popełniła samobójstwa.

Powieść jest napisana w starym stylu, można by powiedzieć – retro. Jej akcja rozwija się równomiernie, w żadnym momencie nie przyspiesza nadmiernie ani nie zwalnia. Ponieważ bohater ma protezę nogi, brak w niej spektakularnych pościgów, a jeśli już zdarzy mu się długotrwałe chodzenie – zawsze jest okupione bólem. Jest natomiast dużo prowadzenia przesłuchań oraz włączenia czytelnika w odkrywanie prawdy. Podobnie autorka traktuje swoich bohaterów – poświęca dużo na charakterystykę. Ona wie, że nie wystarczy zewnętrzny opis, a ekspozycja wymaga głębszego tła, toteż powoli poznajemy kluczowe momenty w życiu Cormorane’a i Robin, które spowodowały, że są tymi osobami, które właśnie poznajemy.

Twarz, która na niego patrzyła, nie była przystojna. Strike miał wysokie, wypukłe czoło, szeroki nos i gęste brwi młodego Beethovena, który zasmakował w boksowaniu, a coraz bardziej spuchnięte i sine oko tylko wzmacniało to skojarzenie. Przez gęste kręcone włosy, sprężyste jak dywan, miał w młodości mnóstwo przezwisk, wśród których był „Łonogłów”. Liczył sobie trzydzieści pięć lat, ale wyglądał starzej.

Wołanie kukułki to nie tylko kryminał sięgający korzeni gatunku, lecz także spojrzenie na brytyjskie społeczeństwo – wciąż żywy podział na klasy społeczne, od wyższej i aspirującej, poprzez średnią na dorobku po niziny,z której transgresja jest w zasadzie niemożliwa. 

Jeśli miałabym opisać ten kryminał jednym słowem, powiedziałabym: dojrzały. Autorka prowadzi czytelnika tam, gdzie chce; myli tropy, podstawia podejrzanych, a w zeznaniach liczą się słowa. Na pewno będę śledzić tę serię (Rowling podobno zaplanowała ucztę na dziesięć lub więcej tomów). A jeśli nie macie ochoty czytać książki, to mam dobrą wiadomość – została ona zekranizowana na małym ekranie jako miniserial HBO i również jest bardzo dobry.

Autor: Robert Galbraith

Tytuł: Wołanie kukułki

Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie

Data: 2013

Czy to Superman? Nie, to Kapitan Marvel! [Film: Kapitan Marvel]

Szedłem na ten film mając w pamięci czarną kampanię dotyczącą metascoringu, która rozpętała się jeszcze przed jego premierą, a więc nie bez wątpliwości i obaw. Czyżby ze stajni MCU w końcu po paru świetnych i całej serii co najmniej porządnych filmów (licząc od Avengersów, a więc już po Hulku i pierwszym Kapitanie Ameryce) w końcu nastąpił koniec dobrej passy?

Teraz jestem już po seansie i z ręką na sercu mogę powiedzieć, że całe to zamieszanie to albo robota konkurencji, albo zwykły trolling.

Film się broni, nie jest  najlepszy z MCU, ale też nie jest zły. To po prostu dobry średniak ze stajni, będący de factoprequelem do najbardziej interesujących nas wydarzeń (już niedługo koniec gry, tadada dum), więc też i nie mogący zbyt wiele wnieść do rozwoju całej historii.

To czym może za to być, to świetnym polem do całej masy mrugnięć okiem, dopowiedzeń wcześniejszych smaczków (postaci, ich tło i niektóre wydarzenia), oraz okazją do przybliżenia szerszej widowni paru ważnych elementów galaktycznej układanki. I na tym polu moim skromnym zdaniem wygrywa na całej linii. Chodzi mi tu o cywilizację Kree i o to czym są Skrulle. Dwie bardzo ważne rasy w historii komiksowego uniwersum, a co za tym idzie, również i Ziemi. I choć jest to przedstawienie trochę naiwne i jednostronne, to jednak jak na materiał,  który można zmieścić w jednym filmie – dość porządne.

To czym może za to być, to świetnym polem do całej masy mrugnięć okiem, dopowiedzeń wcześniejszych smaczków (postaci, ich tło i niektóre wydarzenia), oraz okazją do przybliżenia szerszej widowni paru ważnych elementów galaktycznej układanki. I na tym polu moim skromnym zdaniem wygrywa na całej linii. Chodzi mi tu o cywilizację Kree i o to czym są Skrulle. Dwie bardzo ważne rasy w historii komiksowego uniwersum, a co za tym idzie, również i Ziemi. I choć jest to przedstawienie trochę naiwne i jednostronne, to jednak jak na materiał,  który można zmieścić w jednym filmie – dość porządne.

Jeśli więc kogoś interesuje o co chodzi z Ronanem Oskarżycielem z pierwszej części Strażników Galaktyki, to tutaj co prawda nie poznacie jego historii, ale chociaż będziecie mogli poznać tło, z jakiego się wywodzi. I to już jest coś, jeśli chodzi o budowanie większego uniwersum.

Sama Brie Larson jako Kapitan Marvel nie zawodzi, może nie jest to oskarowa kreacja, ale osobiście nie mam większych zastrzeżeń. Może chodzi bardziej o to, że rola po prostu nie jest zbyt wymagająca. Nie ma zbyt wielkiego pola do rozwoju postaci, a i jej wybory są w gruncie rzeczy dość oczywiste i mało zaskakujące, za mało w nich prawdziwych dylematów. Choć, swoją drogą jestem ciekaw jak w tej roli wypadłaby Katheryn Winnick (Wikingowie).

I tu dochodzimy do tego co uważam za zmarnowany potencjał. Na początku filmu Vers (Carol Danvers, aka Kapitan Marvel) funkcjonuje w grupie elitarnych komandosów imperium Kree. Aż się prosi o zarysowanie prawdziwych przyjaźni wykutych w ogniu bitwy, braterstwa broni, może nawet zalążka (tylko) jakiegoś małego romansu. Po prostu grupy osób, które w kuźni wojny stały się dla siebie rodziną. Gdyby coś takiego w fabule istniało, to cała trzecia, końcowa część filmu, niosłaby ze sobą zupełnie inny ciężar emocjonalny. Również i wybory tytułowej bohaterki byłyby dużo bardziej ciekawe bo i o wiele trudniejsze. Tego niestety zabrakło.

Film jest zabawny. Zwłaszcza dla kogoś, kto lata dziewięćdziesiąte przeżył jako nastolatek – to jeden wielki sentymentalny trip z jajem. Nie wszystkie gagi będą pewnie od razu czytelne dla młodszej widowni, ale tych bardziej uniwersalnych jest i tak całe mnóstwo. Zresztą MCU już przyzwyczaił nas do tego, że potrafi traktować siebie nie do końca na poważnie, co nie znaczy – głupio.

Reasumując, dla kogoś, kto śledzi MCU i chce poznać nieco szerzej ten świat (a niekoniecznie zna go z komiksów) to jest film, którego po prostu nie powinno się omijać ze względu na trolling i czarny PR. Dla kogoś, kto chce się dobrze bawić i pośmiać to jest to po prostu dobry wybór na weekendowy seans. No i ostatnia scena po napisach… ludzie, którzy robili ten film nie mają ani krztyny wstydu i chyba nieźle ich to bawi. I to też szanuję.

tytuł: Kapitan Marvel
reżysera: Anna Boden, Ryan Fleck
w rolach głównych: Brie Larson, Samuel L. Jackson, Jude Law
rok produkcji:
2019

Boli bardzo, panie doktorze [Będzie bolało, Adam Kay]

Byłam pewna, że już o tej książce pisałam – była bardzo popularna u schyłku 2018 roku. Będzie bolało Adama Kaya to zbiór historii z życia lekarza napisany po latach, gdy autor zdecydował się porzucić wykonywany zawód na rzecz pisania scenariuszy programów rozrywkowych.

Mieć w rodzinie lekarza to marzenie każdego w Polsce – ale nie tylko. Jak  się okazuje, w Wielkiej Brytanii również. Adam Kay napisał swoją książkę na podstawie dziennika z czasów, gdy robił specjalność.

Lekarzom zaleca się, żeby prowadzili dziennik, w którym w ramach tak zwanej autorefleksji opisują przypadki wszystkich swoich pacjentów. Przeglądając to portfolio po tylu latach, doszedłem do wniosku, że cała moja autorefleksja sprowadzała się do pośpiesznego zapisywania w dyżurce, co średnio interesującego przydarzyło mi się danego dnia.

Początkowo zabawne anegdotki z izby przyjęć o tym, jak głupota, nieświadomość i wypadki powodują trwałe okaleczenia u ludzi – z czasem tracą humor na rzecz bardzo trzeźwego spojrzenia od wewnątrz na pracę szpitala, na przygotowywanie się do do zawodu lekarza. Obciążenia, które są z tym związane, są niewyobrażalne dla człowieka z zewnątrz. Na każdym kroku lekarz może popełnić błąd, a później patrzeć na konsekwencje swoich czynów: śmierć lub co gorsza – okaleczenia.

Jako młody lekarz, Kay – jak wielu innych – został rzucony na głęboką wodę, z niewielką w gruncie rzeczy wiedzą teoretyczną, bez praktyki i co gorsze, bez większego nadzoru, ponieważ na każdym etapie każdy w szpitalu ma swój zakres obowiązków, odpowiedzialności i tylko wspomagają stażystów.

Każdy lekarz dokonuje wyboru zawodu w wieku szesnastu lat, dwa lata wcześniej, niż zgodnie z prawem będzie mógł wysłać komuś zdjęcie własnych genitaliów.

Autor pokazuje też, jak jego zmagania na drodze do zostania specjalistą ginekologiem odbijają się na życiu prywatnym: gdy musi brać bezpłatne nadgodziny, bo ktoś się nie stawił na swoim dyżurze, a on – niewyspany po dobyciu własnego – staje do pracy, bo od tego zależy czyjeś życie. Jak nie widuje swojego chłopaka, nie odwiedza rodziny, na nikogo nie może liczyć, ale i nikt nie może liczyć na niego. I okazuje się, że wszystkie dramy z  Chirurgów – to prawda.  W Anglii jeszcze funkcjonuje system rezydentury, który co rok każe mu zmieniać szpital, w którym się kształci. Wiążą się z tym przeprowadzki do odległych miejsc, a wiązanie się z osobą, która ma stałą pracę nie jest wówczas proste.

Książka jest napisana ze swadą, nawet o dramatach autor pisze z dystansem właściwym człowiekowi, który widział takich scen mnóstwo i zobaczy ich więcej, jednocześnie nie stara się ich umniejszyć. Zderza dwa światy – lekarzy i pacjentów – na tyle umiejętnie, że otwiera oczy na wszystko, co zdarza się w gabinetach.

W podobnym czasie, gdy w Polsce rezydenci protestowali przeciwko zbyt niskim zarobkom, zbyt długim godzinom pracy, brytyjscy rezydenci również protestowali i mieli bliźniaczo podobne argumenty. To pokazuje, że problemy młodych lekarzy są dość podobne.

Pomimo tego, że przeczytałam tę książkę w jedną noc, pomiędzy mierzeniem wysokiej gorączki syna, to nie jest lekka powiastka. A pomimo, że to nie jest lekka powiastka, uważam że to społecznie potrzebna historia. Pomimo, że boli.

Autor: Adam Kay
Tytuł: Będzie bolało
Wydawnictwo: insignis
Data: 2018

Co by Ci tu powiedzieć, Kaśka? [A ja żem jej powiedziała…, Katarzyna Nosowska]

Musiałam przeczytać książkę Nosowskiej, szczególnie po tych zeszłorocznych zachwytach i kontrowersjach, które wzbudziła. No i kto nie słuchał Nosowskiej w latach 90.? Ja słuchałam, zachwycałam się i chciałam się znowu pozachwycać.

Najpierw był wielki hype, bo Nosowska pojawiła się na instagramowym stories z dziwacznym, karykaturalnym filtrem i robi

ła nagrania na różne tematy, zaczynając od hasła: „A ja żem jej powiedziała, Kaśka…” i taki tytuł dostał zbór felietonów, wydanych przez wydawnictwo Wielka Litera.

W książce są historie śmieszne i poważne o szerokiej tematyce – a to o przeszłości, a to o partnerstwie, a to social mediach – same istotne społecznie problemy podane w zwartej formie felietonu. I tu się zaczynają schody – widzę w tych tekstach ogromny potencjał do rozpisania się – nawet w „Wysokich Obcasach” artykuły są dłuższe, a już zbiór książkowy daje ogromne możliwości. Większość zostawiła mnie z poczuciem niedosytu.

Książkę reklamuje blurb, w którym można przeczytać:

Śmieszna gęba, która mówi mądrze o życiu. Prosto, zwięźle, szczerze i bez owijania w bawełnę. Ze zrozumieniem, bez pouczania (…)

– z tym się nie mogę zgodzić, pouczania jest tu mnóstwo, ale jak mogłoby być inaczej, skoro autorka pisze skromnie:

To są himalaje dojrzałości. Droga jest ciężka, oddycha się z trudem, ale wetknę moje chorągiewki w czubek każdego z ośmiotysięczników (s. 129).

Bo gdy kończą się śmieszne tematy, zaczyna się krytykowanie – znajomych, nieznajomych, ludzi którzy nie żyją według złotej recepty na życie Katarzyny Nosowskiej. I tak możemy przeczytać o koleżance, która nie spodziewała się rozwodu (a powinna!), o koledze z zespołu, który zdradzał żonę z fankami (naiwne fanki, co rozkładały nogi, szukając szczęścia. Nie, krytyce nie jest poddany facet, co to bzykał wszystko, co chętne, tylko właśnie kobiety!), o chorobie alkoholowej partnera (mam nadzieję, że wiedział o tym wylewie szczerości przed publikacją), o współuzależnieniu (choć sama Nosowska pisze, że nie uczestniczyła w psychoterapii, wyłazi to z niej każdym porem).

Do jasnych punktów zbioru zaliczam początkowe felietony z życia wzięte i faktycznie pełne humoru, nie tylko żółci, udającej sarkazm. A więc wyobrażenie Nosowkiej w stroju orzeszka będzie mi towarzyszyło podczas słuchania piosnek Hey, ponadto wreszcie ktoś napisał szczerze i głośno, że czarny nie wyszczupla. No nie, czas się dojrzale z tym pogodzić i z godnością nosić swoje ulubione czarne przyodziewki. To były te fragmenty pisane w narracji pierwszo- lub trzecioosobowej, jednak w pewnym momencie następuje wolta na drugoosobową.

Możesz zagrać kiepsko w naprawdę dennym filmie i mieć znakomite samopoczucie. Jak w telewizji pokazali krem, który zmniejsza obwód ciała podczas snu o pięć centymetrów – następnego dnia był na mojej półce (s. 153).

TAK! Te dwa zdania swoją obok siebie, do tej pory nie wiem, jak się łączą…

Nie mogę nie wspomnieć o tym, jak ślicznie wydana jest ta książka – kolorowa, ilustrowana, bezbłędna, nienaganna. Wydaje mi się jednak, że autorka miała pomysł na połowę, a resztę dopisała na siłę, na kolanie, za szybko. I o ile zgadzam się generalnie z większością point (które są dla mnie w gruncie rzeczy oczywiste), o tyle z wykonaniem absolutnie nie.

Najlepszym podsumowaniem niech będzie cytat z A ja żem jej powiedziała…

To, że na liście lektur zwolniły się miejsca, a ty umiesz składać prześcieradło z gumką i wiesz, jak utrzymać wagę z ciąży, nie oznacza, że musisz wydawać książkę (s. 183).

autor: Katarzyna Nosowska
tytuł:
A ja żem jej powiedziała
wydawnictwo:
Wielka Litera
data wydania:  2018