To ona objaśnia świat [Wspomnienia z nieistnienia, Rebecca Solnit]

Poruszająca eseistyczna autobiografia autorki, której mężczyźni kiedyś próbowali tłumaczyć świat. Ale na szczęście robią to coraz rzadziej po tym, jak opisała pewną taką sytuację w swoim słynnym eseju.

Nie miałam do tej pory przyjemności czytać Rebekki Solnit, choć sporo o niej i jej poglądach słyszałam (i czytałam). Aż w końcu sięgnęłam po dwa jej zbiory esejów: Matka wszystkich pytań (wyd. Karakter, 2021) i Wspomnienia z nieistnienia właśnie. Pierwszy zbiór to eseje zebrane z kilku lat, poruszające niełatwą sytuację kobiet w świecie, poddawanych ciągłej presji ze strony męskiej, z przemocowym traktowaniem i unieważnianiem włącznie. Natomiast Wspomnienia z nieistnienia nazwałabym eseizowaną autobiografią. Autorka snuje opowieść o swojej młodości w San Francisco w latach 80. XX w., o trudnym wchodzeniu w dorosłość i samodzielność oraz o traumatycznych doświadczeniach związanych z zagrażającym jej jako młodej kobiecie światem. Przejmujące są dla mnie jej wspomnienia nie tylko o zmaganiu się z własną cielesnością, ale i o fizycznie zagrażającym jej niebezpieczeństwie, związanym z z zamieszkiwaniem w szemranej okolicy. Jeśli dodać do tego brak wsparcia w rodzinie, dostaniemy naprawdę ciemny obraz historii osobistej przyszłej autorki.

Solnit opisuje także, jak zaczęły się w niej rodzić marzenia i pragnienie o zostaniu pisarką i jak m.in. bycie antywojenną aktywistką, praca w kawiarni, a potem w muzeum sztuki współczesnej jej w tym pomogły. No i oczywiście poznajemy historię powstania słynnego eseju Mężczyźni objaśniają mi świat („Men who explain things”, Los Angeles Times, 13.04.2008) oraz ukutego według niego słowa mansplaining. Dla porządku przypomnę tylko, że sytuacja była następująca. Na przyjęciu starszy nieznajomy mężczyzna próbował wyjaśnić Rebecce Solnit istotę problemu opisanego w książce, o której słyszał, że jest warta lektury (ale w końcu przyznał, że sam jej nie czytał). Namawiał Solnit, by koniecznie się zapoznała z tą książką – i nie porzucił swojego stanowiska nawet wówczas, gdy dowiedział się, że rozmawia z autorką publikacji, którą tak zachwala. Chodziło o książkę River of Shadows: Eadweard Muybridge and the Technological Wild West – Solnit poświęciła ją fotografowi i wynalazcy Eadweardowi Muybridge’owi, z którego sztuką zetknęła się jako pracowniczka muzeum sztuki współczesnej.

Czytelniczkom i czytelnikom pozostawiam rozwiązanie zagadki, co oznacza tytuł Wspomnienia z nieistnienia – podpowiem tylko, że całą swoją twórczością Solnit domaga się prawa dla kobiet i osób niemieszczących się w męskim schemacie świata do życia wolnego od lęku. Jej eseje to pełen buntu manifest w obronie miejsca kobiet w języku, historii, kulturze i przestrzeni publicznej. Ważna to lektura zwłaszcza w dzisiejszych czasach.

Autor: Rebecca Solnit
Tytuł: Wspomnienia z nieistnienia
Wydawnictwo: Karakter
Data: 2022

O nadziei #1 [Mężczyzna imieniem Ove, Fredrik Backman]


Mężczyzna imieniem Ove to druga powieść pióra Fredrika Backmana, którą przeczytałam. I znowu jest bardzo dobra.

Bohater powieści stracił żonę a później pracę – dwa cele, dla których jego życie miało sens i wartość. Postanowił zatem popełnić samobójstwo, by dołączyć do ukochanej Sonii. Jednak Ove ma zasady, których się kurczowo trzyma, a zasady te pomagają mu kurczowo trzymać się życia. Gdy zatem na osiedlu, którego strażnikiem się mianował, pojawia się nowa rodzina, bohater musi (dla ich dobra, oczywiście) nauczyć ich zasad życia osiedlowego. I zanim się obejrzy, ten mrukliwy samotnik jest już wkręcony w życia połowy mieszkańców.

Powieść skupia się na śmierci, ale opowiada o życiu – zarówno samego Ovego, jak i jego sąsiadów. Opowiada o rzeczach ważnych w sposób lekki, nieco ironiczny, z dystansem, bo choć wydarzeniom nie brakuje ciężaru i autor porusza kwestie państwa nadopiekuńczego, osób nieheteronormatywnych, atypowych, z zaburzeniami – wszystkie te sprawy ustawia wobec spraw ostatecznych. I miłości.

Backman ma też ciekawy sposób snucia historii. Dużo tu powtórzeń, cała opowieść toczy się charakterystycznym tempem i zapewne w przekładzie zaginęło kilka innych cech charakterystycznych dla przekazów oralnych. Niemniej uważam Backmana za mistrza książek, którymi można się otulić jak milutkim kocem (feel good books). Przypomina on, że we wszystko trzeba włożyć pracę. Szczególnie w relacje.

Mam też wrażenie, że takim historiom trudno uniknąć ocierania się o banał. Czy mi to przeszkadza? W tym konkretnym wykonaniu zupełnie nie, bo autor unika nachalnego dydaktyzmu, pozwala czytelnikowi wyciągnąć własne wnioski, zamiast pouczać. W czasach powieści wykładających wszystko w prostych słowach i na koniec podsumowujących najważniejsze punkty w epilogu, to bardzo miła odmiana.

Autor: Fredrik Backman
Tytuł:
Mężczyzna imieniem Ove
Tłumaczenie:
Alicja Rosenau
Wydawnictwo:
Marginesy
Data:
2022

Morderstwo niemożliwe [Reina Roja. Czerwona królowa, Juan Gómez-Jurado]

Czerwona królowa jest porównywana do Lisbeth Salander i faktycznie, można wypunktować pewne podobieństwa jak niesamowita inteligencja, wycofanie społeczne. Jednocześnie ich życia nie są do siebie podobne.

Antonia Scott pozwala sobie myśleć o samobójstwie tylko trzy minuty dziennie.

Dla innych osób trzy minuty mogą być maleńkim wycinkiem czasu.

Nie dla Antonii. Powiedzmy, że jej umysł ma pod maską mnóstwo koni, lecz głowa Antonii nie jest jak silnik samochodu wyścigowego. Powiedzmy, że jest zdolna do przetwarzania mnóstwa informacji, lecz umysł Antonii nie jest jak komputer.

Umysł Antonii Scott przypomina raczej dżunglę – dżunglę pełną małp, które z największą prędkością skaczą z jednej liany na drugą, przenosząc różne rzeczy. Mnóstwo małp i mnóstwo rzeczy, przecinających się w powietrzu i pokazujących sobie kły (s. 7).

Gdy inspektor Jon Gutiérrez wpada w kłopoty przez połączenie głupoty i złotego serca, dostaje propozycję nie do odrzucenia. Ma sprowadzić Antonię na miejsce zbrodni, a jego winy zostaną odkupione. Okazuje się, że Antonia ani myśli wyjść z domu, nawet by zobaczyć zbrodnię doskonałą. Ostatecznie jednak zostaje wciągnięta w śledztwo, a wraz z nią inspektor Gutierréz. I wtedy na jaw zaczynają wychodzić nowe fakty o tajemniczej Antonii, sprawie zabójstwa oraz akcji Czerwona Królowa.

W Reina Roja. Czerwona królowa jest kilka mocnych punktów i należy do nich zaliczyć konstrukcję i opis bohaterów, którzy od początku wykluczają pojawienie się wątku romantycznego, ale nie pewnego rodzaju bliskości. Troszczą się o siebie i powodują, że czytelnikowi też na nich zależy, więc gdy dochodzi do finałowej walki, emocje sięgają zenitu a stawka jest najwyższa z możliwych.
Drugim punktem jest narracja – jest szybka, buduje napięcie ale w odpowiednich momentach łagodzi je subtelnym humorem, toczy się gładko, aż brakuje miejsca, w którym można przerwać czytanie!
I trzecim punktem jest fabuła – jest przemyślana, logiczna, przejrzysta ale potrafi zaskoczyć. Na przykład postacią głównego przeciwnika, który zwodzi bohaterów długo co do swojej tożsamości, popełniając kolejne zbrodnie.

Wciągający kryminał z niebanalnymi bohaterami oraz międzynarodowy spisek rządowy w tle – już rozumiem, dlaczego powieść stała się międzynarodowym hitem i są plany ekranizacji, a sama polecam gorąco i rzucam się na tom drugi.

Autor: Juan Gómez-Jurado
Tytuł: Reina Roja. Czerwona królowa
Tłumaczenie: Barbara Bardadyn
Wydawnictwo: SQN
Data: 2023

[Królestwo miedzi, S.A. Chakraborty]

Od wydarzeń z pierwszego domu minęło pięć długich lat, w czasie których wszystko się zmieniło – Nahri jest jedną z najpotężniejszych postaci – Banu Nahidą, ostatnio ze swojego rodu. Wciąż próbuję po prostu przetrwać, mając przeciwko sobie swojego męża, który jest następcą tronu, oraz swojego teścia – króla Ghassana. I ma poczucia, że wszyscy próbują ją rozegrać dla własnych celów.

Podobnie rzecz się ma z młodszym bratem następcy. Wygnany z Dewabadu książę cudem uniknął śmierci z rąk zabójców wysłanych przez Ghassana, osiadł na pustyni i z trudem ukrywa fakt, że jest opętany. Bo jeśli prawda wyjdzie na jaw, tym razem nic go nie uchroni przed śmiercią. Jednak trudno ukryć fakt, że dżinn zaczął tryskać wodą. Jednocześnie na skutek knowań części rodziny, Alizajd zostaje zmuszony do powrotu do Dewabadu. Powiedzieć, że nikt tam na niego nie czeka z otwartymi ramionami byłoby grubym niedopowiedzeniem.

Dara natomiast stara się ogarnąć rozumiem, co się stało, że przestały go obowiązywać prawa, które wyznaczały mu moralny azymut od tysięcy lat. Osoby, które opłakał, nagle wróciły, by go sobie i przywłaszczyć i wykorzystać, natomiast inne, które miały być na zawsze – odeszły z jego życia. Jednak żołnierz szybko wraca na tory a rozkazy znowu zaczynają wyznaczać mu świat.

Niespodziewanie dla wszystkich mają się o nie spotkać w Dewabadzie.

Pierwszy tom świetnie rozgrywał religijne motywy wiary przedislamskiej, swobodnie przeplatając się z tropami znanymi z powieści przypisywanych do YA. Drugi tom znakomicie rozwija wszystkie wątki dżinnów, wprowadza rasę zaginionych wodnych demonów, jednocześnie prowadząc czytelnika przez wartko płynące wydarzenia. I choć wykorzystuje znany i utarte schematy, to wydaje się, że umieszczenie ich w egzotycznych z naszego punktu widzenia sceneriach, żywcem wyjętych z Baśni tysiąca i jednej nocy, nadaje im powiewu świeżości. Za ogromną zaletę należy jej też poczytać fakt, że Królestwo miedzi nie traci na jakości w stosunku do Miasta mosiądzu. To rodzi pytanie jakie zakończenie szykuje Chakraborty, i czy będzie godne dwóch pierwszych części?

Autor: S.A. Chakraborty
Tytuł: Królestwo miedzi
Tłumaczenie: Maciej Studencki
Wydawnictwo: We need YA
Data: 2021

Krok w przyszłość, krok w przeszłość [Płomień, Magdalena Salik]

Magdalena Salik zapełniła powieścią Płomień niszę na jednotomowe science fiction krótkiego zasięgu. Jest to historia opowiedziana w stylu socjologicznej SF przełomu lat 70. i 80. (wśród inspiracji można wyczuć Lema czy Zajdla). Tęskniłam za tego typu literaturą, a sądząc po wygranej w plebiscycie zajdlowskim – nie tylko ja.

Zasoby na Ziemi się kończą, zdewastowaliśmy ją do końca. Jedyną możliwością przetrwania ludzkości jest budowa statku i wysłanie kolonizatorów na planetę bliźniaczo podobną do naszej, jej jedynym mankamentem jest to, że właśnie trwa na niej okres zlodowacenia. Ale jeśli statkowi uda się odbyć ponadstuletnią podróż, zlodowacenie będzie już tylko drobną niedogodnością do pokonania.

Salik opowiada historię przez pryzmat czwórki bohaterów na co najmniej dwóch płaszczyznach czasowych – podczas budowy statku oraz w dalszym przyszłości, a ich losy splatają się w przedziwny wzór, którego nie sposób przewidzieć. Mamy oczywiście postaci bezpośrednio związane z budową statku – kierownika projektu oraz psycholożkę etyki i moralności, która poddaje w wątpliwość różne aspekty wyprawy – od samego lotu na obcą planetę, poprzez element terraformingu, i przekształcenia jej na własne potrzeby, użycia sztucznej inteligencji, po najbardziej kontrowersyjny aspekt: mapowanie mózgu.
Ich historia przeplata się z opowieścią o dwojgu innych – byłym żołnierzu, który walczy o przetrwanie po kataklizmie, który zniszczył Ziemię oraz mechaniczce z bazy księżycowej.

Ciekawym zabiegiem jest poinformowanie czytelnika na samym początku, że cały projekt skończył się fiaskiem, a zatem zaczynamy lekturę ze świadomością, że się nie udało. Pytaniem, na które powieść ma dostarczyć odpowiedzi to – co poszło nie tak?

Powieść jest niesamowicie przemyślana i każdy doskonale odmierzony wątek prowadzi do wycyzelowanego zakończenia, które w kluczowym momencie zaczyna tracić tempo, zdaje się poszarpane i wyraźnie odstające od doskonałej reszty. Niemniej splecenie wszystkich wątków w sposób, w jaki zrobiła to Salik to majstersztyk i dzieło na miarę drugiego i trzeciego dna i rodzi kolejne pytania natury technicznej i egzystencjalnej. Mocna rzecz.

Autor: Magdalena Salik
Tytuł: Płomień
Wydawnictwo: Powergraph
Data: 2021

Podróż [Mógłby spaść śnieg, Jessica Au]


Pierwszą przeczytaną przeze mnie powieścią z wydawnictwa ArtRage jest miniaturka w stylu Tajfunów (i, jak sądzę, wydawnictwu zależało na podobieństwie, bo fabuła toczy się w Japonii). I muszę przyznać, jest to miniaturka nadzwyczajna.

Córka zabiera matkę na wspólne wakacje i od początku widać, że są one obarczone pewnymi oczekiwaniami ze strony młodszej kobiety. Jakimi? Nie potrafi ich do końca sprecyzować, ale z grubsza chodzi o nawiązanie jakiejś relacji, zbliżenie. Tymczasem matka od początku podróży jest bez powodu spięta i podporządkowana, co nie wróży sukcesu.

Ta króciutka, niezwykle intymna opowieść jest przepełniona wspomnieniami, bowiem do tego właśnie skłania córkę podróż z matką – jest to także symboliczną podróż do przeszłości. Mamy zatem wspomnienie z dzieciństwa, z czasów studiów (bardzo krytyczne wobec siebie i w tej miniaturze widać największe podobieństwo między matką a córką), pojawiają się także historię o wuju i siostrze narratorki. One znowu zachęcają do refleksji o tym, kto jest właścicielem wspomnień, i o ich odtwarzaniu – która z nich dobrze pamięta przytoczoną historię, czy można być właścicielem cudzych wspomnień, zależnie od kontekstu?

Ze zdziwieniem stwierdziłam, że im bliżej końca byłam, tym bardziej nie chciałam jej skończyć. Chciałam poznać historię matki, jej przeszłość, dowiedzieć się, co ja ukształtowało, że pozostała zdystansowana, a jej język miłości był dość zawoalowany. Trudno mi było zostawić bohaterki na rozstaju.

Cała ta opowieść była trochę jak przeglądanie albumu ze zdjęciami, gdzie każda fotografia przenosi nas do innego czasu, a każdy jakoś go wspomina. Jak na niewielką książeczkę, poruszyła wiele tematów, pokazała wyraźnie różnicę pokoleniową i jeszcze konkretniejszą różnicę kulturową między bliskimi osobami, a jednak nie do przeskoczenia. Można próbować ją zasypać słowami lub wspólnymi historiami, ale czy na pewno się da?

Autor: Jessica Au
Tytuł: Mógłby spaść śnieg
Tłumaczenie: Aga Zano
Wydawnictwo: ArtRage
Data: 2023

Tam, gdzie polarne niedźwiedzie… [Chołod, Szczepan Twardoch]

Najnowsza powieść Szczepana Twardocha znów mnie wciągnęła w swój świat, podobnie jak poprzednie. Mimo że Chołod, tak samo jak i jego poprzedniczki, nie jest relaksującą propozycją do poduszki, a szarpiącą duszę opowieścią pełną smutku i grozy.

Trochę szkatułkowa ta opowieść, bo losy głównego bohatera, Konrada Wilgemowicza Widucha, poznajemy dzięki jego zapiskom, które odczytał… Szczepan Twardoch. Nie ulegajmy jednak pokusie zrównania autora książki z jej bohaterem/narratorem o tak samo brzmiących personaliach, zawodzie i zainteresowaniach. Wszak to podstawowy szkolny błąd, chociaż sam autor nie odżegnuje się od takiego zrównania. Otóż sytuacja wyjściowa opowieści jest następująca: narrator pierwszoosobowy Szczepan Twardoch w 2019 r. podczas wyprawy na Spitsbergen spotyka starszą panią imieniem Borghild, nieustraszoną żeglarkę, która proponuje mu wspólny rejs jej s/y (sailing yachtem). Mimo czekającej na niego w Polsce rodziny (i licznych obowiązków) Szczepan się zgadza. Podczas podróży Borghild wręcza mu pamiętniki Konrada Widucha, spisane dość ciekawym idiolektem. Widuch z pochodzenia jest Ślązakiem – okazuje się, że to niemal krajan Twardocha, bo z Pilchowic jak i on. A jego dzieje to opowieść bez mała awanturnicza, jak w najlepszych powieściach gatunkowych.

Podobnie jak w Pokorze, tak i tu tłem dla opowieści jest wojna. Widuch, świadek okrucieństw wojennych XX wieku, najpierw podczas I wojny był żołnierzem armii pruskiej, potem bolszewikiem walczącym z Polakami w 1920 r., następnie, aresztowany w 1937 r., zostaje zesłany do syberyjskiego łagru w czasie czystek Stalina, skąd ucieka już po wybuchu II wojny. Jego losy, niezwykle barwne i pełne grozy, poznajemy dzięki własnoręcznym zapiskom z roku 1946. Ale nie jest to opowieść liniowa i chronologiczna: skojarzyła mi się z… Homerowymi eposami, bo pełno w niej rozbudowanych opisów i retardacji, jak choćby ta dość długa prezentacja pierwszego spotkania przyszłej żony Widucha – Sofie: 

No ale pisał ja o czymś ważniejszym, o tem, jak zajechała do nas taczanka, po tej naszej nieszczęśliwie dla niektórych zakończonej uczcie na polskich taborach. Woźnica taczanki, którego z daleka widział ja, jak w zielonych szarawarach, wysokich butach i zielonej, spiętej pasem gimnastiorce stoi na koźle na ugiętych nogach i powozi jak szatan czwórką koni zaprzężonych do tej lekkiej asesorskiej bryczki, z bliska okazał się wysoką, postawną, chociaż wdzięcznie kibitną brunetką o niebieskich oczach, wielkich nieprzyzwoicie, i skórze tak białej, jakby ukraińskie słońce nie miało prawa jej dotknąć. Miała na sobie męski strój, jednak tak odszyty, paskiem w talii ściśnięty, że nie można było ani przez chwilę zwątpić w kształtność jej ciała. Przy pasie po lewej stronie, po niemiecku, kabura z długim parabellum. Na piersi czerwona kokarda.

Szarpnęła lejce, wstrzymując konie, zaciągnęła hamulec bryczki, zeskoczyła z kozła wdzięcznie niczym gimnastyczka. Była z gołą głową, włosy związała luźno na karku, wiele kosmyków wyzwoliło się z tych więzów i wiły się, czarnobrązowe, lśniące, ciężkie, jakby nie tylko słońce nie miała prawa jej dotknąć, ale jakby nie imał się jej też żółtoszary pył, wiły się dookoła najpiękniejszej twarzy, jaką ja widział kiedykolwiek w mojem pięćdziesięcioljednoletniem dziś, a dwudziestopięcioletniem wtedy życiu, twarz jakby wyrzeźbioną z białych marmurów karraryjskich, idealnie symetryczną, z linią żuchwy, jak od linijki, tak twardą, że prawie męską, z mocnemi kośćmi policzkowymi, wydatnem czołem, ale wszystko to zmiękczone kobieco oczyma wielkiemi, jakby sennemi, błękitnemi jak Berliner Blau, najpiękniejszemi, jakie ja widział w mym życiu dziwnem.
Zeskoczyła z kozła i zastała mnie przy austinie-putiłowie, zastała mnie, niestety, stojącego z opuszczonymi portkami, z ugnojonym wiechciem trawy w ręku, kiedym starał się doprowadzić do porządku po wywołanym polskim kulomiotem przykrym incydencie zapaskudzenia spodni.
Co towarzysz robi? – zapytała (…)
I tak ja poznał Sofie. [s. 98–100]

Widuch swoje zapiski kieruje do wyimaginowanej czytelniczki, podejmuje z nią polemiki, tłumaczy swoje decyzje, wciąż powtarzając pytanie czy ja jeszcze czełowiek? Czy można zachować człowieczeństwo, kiedy nie tylko było się świadkiem niepojętych okropieństw, ale i samemu robiło niewybaczalne rzeczy? Peregrynacje Widucha nie kończą się na ucieczce z zony – trafia wszak do tytułowego Chołodu, którą to zagubioną w lodach i śniegach wioskę i obyczaje jej mieszkańców Konrad opisuje niczym rasowy etnograf. I tutaj też Widuch nie zazna spokoju: kiedy do Chołodu trafia aeroplan z radzieckimi lotnikami-badaczami, Konrad przekonuje mieszkańców, by nie zostawiać lotników przy życiu. Bo kiedy wrócą do siebie i opowiedzą o Chołodzie, spokojne życie mieszkańców się skończy. Parafrazując tytuł innej opowieści o Wschodzie: przyjdzie Rosja i nas zje.

Tym, co mnie urzeka u Twardocha, ale i czasem spycha na dno rozpaczy, jest język, którym pisze swoje książki. Widuch, jako osoba o wielorakiej etnicznej przynależności, używa swoistej mieszanki językowej, nasyconej rusycyzmami, germanizmami, śląską gwarą… Prezentuje siebie jako kogoś, komu nauka nowych języków przychodzi z łatwością, podobnie jak odnajdywanie się w różnych kulturach.  Nie należy do żadnego narodu, podobnie jak i autor na pytanie, jakiej jest narodowości, odpowiada, że Ślązak. Ale chyba w dzisiejszych czasach takie rozważania nie mają racji bytu, co właśnie pokazują losy Widucha. Jak zakończyła się ta jego mroźna eskapada i dlaczego nie był to upragniony happy end – przeczytajcie koniecznie.

Autor: Szczepan Twardoch
Tytuł: Chołod
Wydawnictwo: Literackie
Data: 2022

Szpieg drugiej kategorii [Kulawe konie, Mick Herron]

Jestem wielką wielbicielką kryminałów szpiegowskich, dlatego gdy Vincent V. Severski poleca książkę na okładce, oczywiście że ją przeczytam! Tak właśnie stało się z Kulawymi końmi, a Severski wspiął się do czołówki influencerów książkowych i ludzi, których słucham, gdy mówią o książkach.

Wyjaśnijmy sobie przynajmniej tyle: Slough House ani nie znajduje się w Slough, ani nie jest domem. Jego drzwi wejściowe czają się w zakurzonym zakamarku między lokalami handlowymi w gminie Finsbury, rzut beretem od stacji metra Barbican. (…) Frontowe drzwi, jak już wspomniano, czają się zakamarku. Są pokryte zestarzałą już farbą i ochlapane przez przejeżdżające samochody, a przez szybkę u góry nie widać światła. Pusta butelka po mleku już od tak dawna stoi w ich cieniu, że miejskie porosty na dobre przytwierdziły ją do chodnika. Nie ma dzwonka, a skrzynka na listy zasklepiła się jak rana z dzieciństwa: jakikolwiek list – a pod ten adres nigdy nie przychodzi żadna poczta – popychałby tylko jej klapkę, ale nie dałby rady wpaść do środka. Zupełnie jakby te drzwi były atrapą istniejącą tylko po to, by stworzyć strefę buforowa między sklepikiem a restauracją (s. 21-22).

Historia zaczyna się wielką nieudaną akcją szpiegowską, której niechlubnym bohaterem został River Cartwright, ambitny młody człowiek, którego całe życie i doświadczenie skupiało się wokół MI5, a droga do zawodu była w zasadzie autostradą, a jednak na ostatnim odcinku pomylił kolory koszuli podejrzanego o atak terrorystyczny i… Wyłącznie dzięki koneksjom wylądował w Slough House – zapomnianej przez Boga i ludzi przechowalni dla szpiegów, którzy spartaczyli robotę.

River całymi dniami miał wykonywać mało znaczące w kontekście bezpieczeństwa kraju zadania, jednak ciągle czeka na swoją wielką szansę, by wrócić do wielkiej gry. I niespodziewanie odkrywa dwie rzeczy: grzebanie w śmieciach dziennikarza-paranoika może być powiązane z porwaniem zakładnika emitowanym na cały świat w internecie i że został wrobiony, a jego miejsce powinno być w głównym nurcie największych wydarzeń MI5.

To jest historia napisana w ten specyficzny sposób, że autor stara się narracją zmylić czytelnika, nie dopowiadając o kim tak naprawdę pisze. I w tym przypadku jest to narracja tak zgrabnie poprowadzona, że mnie zmyliła. A poza tym jest to rzeczywiście świetnie napisany kryminał szpiegowski, gdzie drobne decyzje mogą zaważyć na czyimś życiu i akcji. Zawsze jestem pełna podziwu dla autorów, którzy składają wielopiętrowe intrygi i Mick Herron robi to że świetną precyzją. Poza tym potrafi też konstruować ciekawych bohaterów z pogmatwaną przeszłością, więc z radością i nadzieją myślę o kolejnych czterech tomach serii!

Autor: Mick Herron
Tytuł: Kulawe konie
Tłumaczenie: Anna Krochmal
Wydawnictwo: Insignis
Data: 2021

Miejski wampir [Cyjan, Jarosław Dobrowolski]

Czekałam na drugi tom Krwiopijcy z licznych powodów: żeby zobaczyć rozwój autora, żeby sprawdzić co u bohatera po pełnym napięcia zakończeniu pierwszego tomu. I żeby wreszcie odkryć tajemnicę tożsamości Konrada.

Cyjan nie traci czasu na przypomnienie czytelnikowi, co się wydarzyło w pierwszym tomie, nie zwalnia nawet na chwilę, więc w pełnym pędzie wjeżdżamy z Konradem do Lublina, gdzie autor przybliża czytelnikowi klub motocyklowy. Zapomnijcie o romantyzowaniu bikersów z gołymi klatami. Klub bardziej przypomina skrzyżowanie watahy wilków z klubem dla dżentelmenów. I okazuje się, że doszło w nim do rozłamu, ktoś na potęgę produkuje cienkokrwistych z pominięciem procedur, takich jak pytanie o zgodę, czy choćby informowanie przemienionych o ich odmiennym stanie. Magda zostaje zaś zakażona klątwą, którą odczynić potrafi jedynie Izabela, protegowana Walońskiego.

Atmosfera jest niesamowicie gęsta, autor umie budować napięcie, nie gubi wątków (a ich liczba w drugim tomie robi wrażenie), kreuje ciekawe postaci, czyli utrzymuje wszystko co było dobre w pierwszym tomie. Mam jedno zastrzeżenie do balansu – widać, że mocną stroną Dobrowolskiego jest budowanie postaci i przez to nadaje niektórym osobom epizodycznym większą rangę, niż na to zasługują. W ten sposób byłam przekonana, że biskup, który na początku dostaje rozbudowany pasaż, będzie ważną postacią, z którą autor szybko się rozprawia. Podobnie typ od baru, który wydawało mi się, że odegra znaczną rolę, szybko kończy swój wątek. I ostatnie, bardzo osobiste spostrzeżenie – Dobrowolski zlikwidował na koniec jedyne źródło informacji Harkova i nie wiem, jak zamierza z tego wybrnąć.

Czekam już na trzeci tom, bo pozostało wiele niewiadomych do odkrycia. A widząc, jak autor z lekkością operuje powieściowy mi formami gatunkowymi, wierzę że jeszcze zaskoczy czytelników.

Autor: Jarosław Dobrowolski
Tytuł: Cyjan
Wydawnictwo: Planeta Czytelnika
Data: 2023

Wiejskie bajania [Stara Słaboniowa i Spiekładuchy, Joanna Łańcucka]

Zbiór opowiadań Stara Słaboniowa i Spiekładuchy stanowi luźny wybór historii, które łączy postać bohaterki, wiejskiej wiedźmy. Jedynym jej marzeniem jest, żeby żyć sobie spokojnie, ale nadprzyrodzone sprawy nie zapominają o swojej posłance łatwo.

Zmrużyła oczy otoczona gęstą siatką zmarszczek rozbiegających się promieniście w kierunku skroni i policzków i potoczyła bystrym spojrzeniem po rodzinnej wiosce – Capówce. Słaboniowa była krzepką staruszką lat około siedemdziesięciu, choć mocno już zgarbioną i pozbawioną kilku zębów. W śniadej jej twarzy, przez długie lata smaganej wschodnimi suchowiejami i przypiekanej promieniami słońca, jaśniały jak dwie grudki lodu przenikliwe oczy barwy jesiennego nieba. Mówili we wsi, że wzrok Słaboniowa miała jak na swoje lata nadzwyczajny i ku niezadowoleniu okolicznych mieszkańców nie raz docierał on tam, gdzie sięgać nie powinien (s. 8-9).

Historia zaczyna się u schyłku komunizmu, gdy wieś nawiedza diabeł prawdziwy i prześladuje ciężarną Anetkę, chrześnicę Słaboniowej, ale wygląda na to, że historia bohaterki z mocami nadprzyrodzonymi sięga dużo wcześniej, gdy była jeszcze młodą dziewczyną. Autorka precyzyjnie odmierza informacje, które chce przekazać czytelnikowi i pięknie przeplata dzieje staruszki i współczesne opowieści. Słaboniowa, jak wytrawny detektyw, jest w stanie bezbłędnie wywęszyć ingerencję sił nieczystych w wioskowych plotkach. I niczym superbohaterka w wełnianej chuście zamiast peleryny – szybko zabiera się do działania

Same opowiadania, choć ich tematyka niejednokrotnie jest trudna (fanatyzm religijny, ciąża pozamałżeńska na wsi, trudy rodzicielstwa, małżeństwa rozdzielone z powodów ekonomicznych), jest podana z dozą łagodności, subtelności i ironicznego dystansu. Lecz to, na co warto zwrócić szczególną uwagę, jest język! Stylizacja na wiejską gwarę buduje obraz wsi od lat 80. poprzez transformację, narodziny demokracji, nowoczesność i ponowoczesność. I zupełnie nie przeszkadza to starym demonom wypowiadać wojen nowym demonom (telewizji, internetowi, pieniądzom i innym). I wszystko to podlane stylizowaną gwarą wsi – mnie kupiło!

Polecam, szczególnie że opowiadania można czytać osobno, a sama historia pokazuje, że utrata wiary wychodząca z każdej strony, wcale nie powoduje, że stare strachy zniknęły. Wręcz przeciwnie, teraz należy się bać bardziej i wielokrotnie większej liczby potworów!

Autor: Joanna Łańcucka
Tytuł: Stara Słaboniowa i Spiekładuchy
Wydawnictwo: Oficynka
Data: 2013