Co niesie rewolucja czyli jak żyć w zgodzie z naturą [Serial: Revolution]

Do Revolution miałam dwa podejścia. Pierwsze, gdy rzucili tyle dobra (Revolution było jednym z licznych dobrych rzeczy, na które liczyłam w 2012 roku), drugie – rok po tym, jak mój mąż po 9 odcinku powiedział, że po jego trupie i nie ma w ogóle takiej opcji. Po cichu się z nim zgadzałam, ale w duszy trudno mi było uwierzyć, że Abrams/Kripke zachowali się jak twórcy Agents of S.H.I.E.L.D.S. (albo inni sławni twórcy Lostów czy innych Star Warsów) i nie zawalczyli o widza.

Oto bowiem w naszym normalnym, skomputeryzowanym świecie objawia się prawdziwa apokalipsa, którą przeżyją najtwardsi. Pamiętacie, że w 2012 roku Ziemia miała się przebiegunowić i mieliśmy stracić dane na sprzęcie elektronicznym? Twórcy serialu poszli dalej – Amerykanie wyłączyli prąd. Na całym świecie.

W dobie elektryfikacji dochodzi do prawdziwego armagedonu. Dzieci nie znają innego świata, dorośli zresztą też – przetrwanie zależy od siły, sprytu i dóbr wymiennych. Życie w mieście nie ma sensu, tylko uprawa ziemi własną pracą oraz powrót do wspólnot plemiennych ma sens w tej sytuacji.

I rodzina Mathesonów – Ben (Ben Guinee – który grał jakiś epizod w praktycznie każdym serialu), jego żona Rachel (demoniczna Elizabeth Mitchell z Lostów) wraz z dziećmi są jedną z milionów rodzin, które muszą się jakoś odnaleźć w tej sytuacji. Jedyne, co ich różni, to wiedza na temat zbliżającej się apokalipsy. 

Kilka lat później  żyją sobie spokojnie na wsi, w otoczeniu przyjaciół, dorodna córka, Charlie (Tracy Spiridakos) biega po lesie z łukiem, niby współczesna księżniczka z Disneya i szyje do leśnej zwierzyny, by pieczyste zagościło na stołach. Syn Danny (Graham Rogers) to największy lamus, jakiego nosiła ziemia, jest alergikiem i wychuchanym synkiem tatusia i macochy (gdyż matka zniknęła z obrazka w nieznanych okolicznościach między prologiem a kontynuacją). I w tym momencie ginie ojciec tej szanowanej rodziny. I już wiadomo, że będzie dobrze. I jest lepiej – znajdują jego brata, alkoholika i awanturnika o złotym sercu Milesa (Billy Burke vel agent Dean vel ojciec Belli Swann), po czym serial staje na wiele tygodni, gdyż jak dobrze miotać się bez sensu i scenariusza po całych Stanach. 

Ale jest moment, kiedy się ogarniają. Co ważniejsze, wprowadzają zasadniczego bad guya – Bassa (David Lyons, któremu skasowali taki piękny serial superbohaterski The Cape z polskim akcentem w postaci Izabelli Miko w kusym przyodziewku występującej w cyrku). 

Jednak fabuła ciągle ma problem w stylu Lost (zwany problemem Marka Oramusa – czy ktoś wie, dokąd to w zasadzie zmierza?). Bohaterowie się spektakularnie biją, kochają, schodzą i rozchodzą, zawiązują sojusze oraz wypowiadają wojny – i super, jednostkowe problemy bardzo spoko, da się obejrzeć do obiadu, bo postaci są silną stroną tego widowiska. Ale…

<SPOILER>

jeśli kogoś interesuje konsekwencja, to nie w tym serialu. W Revolution bowiem nanoboty w powietrzu zjadają prąd. 

</SPOILER>

Obecnie mogę już tylko powiedzieć, że szkoda, bo Abrams/Kripke mają problem z gruntu zasadniczy – potrzebują trzech sezonów na rozbieg, a potem ciężko im skończyć. Brutalny cancel po drugim sezonie zaprawdę zabrał widzom kawał dobrej rozrywki i pięknych ludzi. Szczerze wierzę, że jeszcze ich zobaczymy w jakimś nowym serialu i oby tym razem zaczepili się u Kanadyjczyków!

Nie ślinię się do Dory Wilk [Wszystko zostaje w rodzinie, Aneta Jadowska]

Prawdopodobnie jestem masochistką. Pierwszy tom mi się nie podobał, a przede mną leży piąty. To może oznaczać tylko jedno – źle się ogląda filmy w autobusach. Nie jest to niemożliwe, ale lepiej czytać. Ponieważ mam kilka książek za ciężkich do wożenia (Lód), postawiłam na starego, sprawdzonego wroga. Miałam trochę nadziei, że może będzie lepiej. Niestety, Jadowska ją zabiła. Szkoda, że nie ukatrupiła przy okazji shemale MacGyver…

Fabuła nawet nie jest najgorszą stroną tego arcydzieła literatury polskiej. Główna bohaterka zostaje znowu wplątana w sprawy wampirów. Nie jest to takie trudne, szczególnie mając dwóch przysposobionych synów tej rasy (wynika to z jej nadaktywności w poprzednich tomach). Gdy w gnieździe Gajusza w Trójprzymierzu zaczynają ginąć wampiry, Dora pędzi na pomoc, ciągnąć resztę swojej trójosoby. Oczywiście nie chce pomóc Gajuszowi, próbuje jedynie nie dopuścić do śmierci swych synów, którzy tam przebywają. Uśmiercenie wampira, jak wiadomo, nie jest łatwe, zatem wrogiem musi być ktoś potężny. Dodatkowo zostaje zaatakowana przez żeński związek wrogów DW, podrzynają jej gardło i zostawiają na pewną śmierć. A to dopiero początek.

Jednak najwięcej radości przysporzyła mi pierwszoosobowa narracja, dzięki której mogłam się dowiedzieć, że Dora to idiotka z mnóstwem kompleksów i przerostem ambicji. I słowotokiem. Pozwólcie, że podeprę się cytatami, by nie być całkowicie gołosłowną.

Po pierwsze: „jestem taka prostolinijna”!

Zapominasz, że mamy sojusz, nie jesteśmy może przyjaciółmi, ale nie jesteśmy wrogami. Nasze losy są związane. Nie wystąpię przeciw tobie, chyba że sam zdecydujesz, by było inaczej. Masz moje słowo, że nie przybyłam tu ze złymi zamiarami, przeciwnie. Znasz mnie, od najlepszej i od najgorszej strony. W głębi duszy wiesz już, czego się po mnie spodziewać, nie zawsze jest to coś, co ci się podoba, ale wiesz, że nie jestem typem skrytobójcy czy konspiratora. Gdybym chciała cię zabić, nie proponowałabym pomocy, ale wyzwała cię na pojedynek lub cierpliwie poczekała, aż to, co się dzieje, pociągnie cię na dno.

Po drugie: „jestem taka biedna i wiecznie niedostosowana”!

Miałam dość tego, że w kółko kwestionowano to, kim jestem. Wampiry podważały moje prawo do bycia mistrzynią. Wilki do bycia Alfą. Magiczni nieufnie spoglądają na moje skrzydła i piekielnego kochanka i zapytują, ile z wiedźmy zostało po zawiązaniu triumwiratu, podczas gdy dla niebieskich nigdy nie będę dość dobra. Chyba tylko piekielnicy podchodzili do mnie na luzie, ale to nie tyle moja zasługa, co efekt Leona, Baala i Luca, którzy ogłosili się moimi patronami.  W kółko słyszę, jak wyjątkowe są moje powiązania z różnymi rasami, ale na co dzień sprowadzało się to zwykle do tego, że nigdzie do końca nie pasowałam (…)

Zwróćcie uwagę na to subtelne podkreślenie, że jest wszystkim, co najlepsze,. Bycie szeregowym wampirem czy wilkołakiem to nie dla niej. Podobnie jak bycie zwykłym człowiekiem czy nawet wiedźmą. Musi mieć potężnych protektorów, inaczej się nie liczy…

Po trzecie: „wszyscy na mnie lecą”!

Nie dowierzał mi, sceptycznie uniósł brew. Wzruszyłam ramionami z pozorną obojętnością. Na Boginię, gdyby moje życie seksualne doścignęło kiedykolwiek legendy, jakie o nim krążą, musiałabym prowadzić skrupulatny terminarz, a w sypialni zamontować drzwi obrotowe, by uniknąć kolizji.

Nie zapominajmy, że uprawia seks już tylko z diabłem, ale sypia też z aniołem, który jej pragnie. Casus Sookie Stackhouse – każdy chce przynajmniej zobaczyć, co ma między nogami.

Po czwarte: „skromność jest największą spośród moich licznych zalet”!

Wychwyciłam uniesione brwi Varga, gdy usłyszał, że pracowałam w policji. Tak, wilku, niech cię nie zwiedzie ładna buźka.

Po piąte: „nie, ja jednak nie mam kompleksów”!

Tylko godzinkę, później znów będę na pełnych obrotach. Sterana życiem bohaterka ratująca świat, by zapomnieć o tym, czego zmienić nie może. Przetrącony model Wonder Woman z wyraźnym ubytkiem w dziedzinie niezniszczalności i skuteczności.

Po szóste: „jeszcze mniej kompleksów, za to więcej wazeliny”!

Kochanie, wielu ludzi kocha cię i akceptuje nie dlatego, że uratowałaś im tyłki, ale dlatego, że jesteś wyjątkowa, uczciwa, wierna, szczodra. Wiesz więcej o przyjaźni niż ktokolwiek, kogo poznałem. Nie doceniasz się, kocie (…)

Po siódme: „here’s your rock, captain Obvious”

– Czyli wszystko, co powiedziałaś, było prawdą?
– Czy sądzisz, że mogłabym kłamać? – Znów uchyliłam się od bezpośredniej odpowiedzi.

Tak, kuleje po całości. Zaznaczyłam jeszcze kilka śmiesznych błędów (nie bawią mnie takie zabawy), ale w sumie nie były aż tak straszne. 

Dla poskręcania rozprostowanych przez Jadowską zwojów wezmę się jakiś serial. Najlepiej kanadyjski – też nie są zbyt bystre, ale nie mogę się rzucić od razu na głęboką wodę!

Autor: Aneta Jadowska
Tytuł: 
Wszystko zostaje w rodzinie
Wydawnictwo: 
Fabryka Słów
Data wydania:
2014

Skąd się bierze trzeci klucz i do czego służy? [Trzeci Klucz, Jo Nesbø]

Oczywiście do rozrywki. Mam na myśli kolejny kryminał Jo Nesbo, pt. Trzeci klucz. W kontynuacji przygód dzielnego Harry’ego Hole (wciąż mnie boli, że brak mi na to wzoru odmiany!) rozwiązuje on zagadkę morderstwa podczas napadu na bank.

Złodziej daje dyrektorowi banku 25 sekund na otwarcie sejfu, po tym czasie zabija pracownicę banku. Jednak coś w tej historii nie daje Harry’emu spokoju. Z pomocą koleżanki o nadmiernie przerośniętej części mózgu odpowiedzialnej za rozpoznawanie rysów twarzy (gyrus fusiformis  – nazwa ta jest w powieści powtórzona wielokrotnie, aby czytelnik mógł się z nią oswoić. Wszak po łacinie nawet kloaka brzmi uczenie) stara się ustalić, kim jest napastnik i dlaczego postanowił zabić kobietę, choć nie musiał tego robić.

Jednocześnie jego dziewczyna, Rakel, walczy w Rosji ze swoim byłym mężem o opiekę nad synem. I co gorsza, przegrywa.

Natomiast w Norwegii popełnia samobójstwo była dziewczyna Hole’ego. Żeby skomplikować sprawę jeszcze bardziej – zrobiła to zaraz po jego wyjściu z mieszkania, którego całkowicie nie pamięta. Jako alkoholik z problemem trzeźwości, chętnie zapomina o realnym świecie i z radością kąpie się w alkoholowej niepamięci. Teraz, gdy przydałaby mu się pamięć wydarzeń z tamtej nocy, ma całkowitą pomroczność jasną, nie ma za to telefonu, który prawdopodobnie zgubił tuż przed samobójstwem.

Uważam, że to, obok Karaluchów, druga najlepsza książka Nesbø. Miałabym problem, by wybrać, która mi się bardziej podobała. Nie ma tam żadnych przestojów, nie ma dłużyzn, jest napięcie, akcja i więcej akcji. Bohater nawet jeśli pije, to w wyższym celu. Jeśli się sprzeniewierza prawu, to ma to głęboki cel. Poza tym bohater jest krwistym, fajnym facetem. Co odróżnia Nesbø od innych twórców skandynawskich i nie tylko (szczególnie mam tu na myśli poczytne amerykańskie autorki), to fakt, że jego książki nie kończą się na początku. Plot twistów w tej powieści nie zliczę. Wiem tylko, że moja pierwsza koncepcja upadła w 3/4 książki, gdy okazało się, że tak bardzo nie jest tak, jak sądziłam ja, bohater i większość czytelników. Ostatecznie okazało się, że przynajmniej w jednej sprawie udało mi się od początku celować w sprawcę, co nie zmienia faktu, że autor do końca podważał moje przypuszczenia. 

O ile nie jestem fanką kryminałów skandynawskich, o tyle Nesbø już pragnę czytać następnego.

Autor: Jo Nesbø
Tytuł: 
Trzeci Klucz
Wydawnictwo: 
Wydawnictwo Dolnośląskie
Data wydania:
2010

O wyższości tego nad owym – książki vs. czytniki [Felieton]

Jeszcze rok temu wiele obcych osób pytało mnie, widząc mnie z czytnikiem w komunikacji miejskiej, czy nie brakuje mi zapachu książek.

Nie wiem, jak odpowiadać na takie pytania, moim zdaniem książki są do czytania, a wąchanie ich jest dość obrzydliwe. Zapewne ma to swoją genezę w mojej pracy bibliotekarza. Wówczas zorientowałam się, że aromat bibliotecznych zbiorów jest wypadkową stęchlizny, papierosowego dymu, moczu, szczurzych bobków i kurzu. 

Zaraz się odezwą wielbiciele wąchania nowych książek. Powiem tyle: jeśli kupiliście je w sieciówce, to możecie sobie tylko wyobrazić, ile osób je wcześniej zmacało. Nie są tak nowe, jak byście chcieli, wsadzając nos między kartki.

Ostatnio tak się złożyło, że nie mam komfortu czytania w domu, pod kocykiem i z kubkiem herbaty. Czytam w autobusie, metrze, często na stojąco. W takich przypadkach czytnik jest nieoceniony. Lekki, niewielki i łatwy w obsłudze (strony można przerzucać jedną ręką, a wielkość czcionki zmieniać wedle uznania i możliwości) nie potrzebuje do obsługi akurat tej ręki, którą trzymam się poręczy, by przełożyć kartkę. Ponadto nie raz podczas studiów próbowałam sobie czytać mądre rzeczy w porannym autobusie. O jak bardzo to nie wychodziło. Przede wszystkim dlatego, że mądre książki mają to do siebie, że są ciężkie. Po wtóre – poranne autobusy są zapchane do niemożliwości. Otworzenie książki w takiej sytuacji wymaga porządnej ekwilibrystyki, żonglowania z ręki do ręki, czytania książki tylko częściowo otwartej i najczęściej w mrokach kłębiącej się ciżby. No i od czasu do czasu pobolewa mnie kręgosłup. Staram się ograniczać przewożony towar (i tak wszyscy wiedzą, że w damskiej torebce są RZECZY, a RZECZY ważą), więc targanie Hobbita, Diuny czy nawet Jo Nesbø dla mnie jest wykluczone.

Zdarza się też, że czytamy z mężem na zmianę z tego samego czytnika. Nie lubię się dzielić moim wychuchanym dzieckiem, no ale… wtedy każde z nas ma swoją książkę i może do niej wrócić, nie zgubią się zakładki, nic się nie pomiesza. 

Nie jest to żadna reklama czytników. Czytam przecież też normalne wydruki w okładkach, nie wyrzekam się papieru dla technologii. Niemniej, komu przyszło do głowy pytać o wąchanie książek w autobusie. Ludzie ci muszą być szaleni lub cierpieć na anosmię!

Nie jest to żadna reklama czytników. Czytam przecież też normalne wydruki w okładkach, nie wyrzekam się papieru dla technologii. Niemniej, komu przyszło do głowy pytać o wąchanie książek w autobusie. Ludzie ci muszą być szaleni lub cierpieć na anosmię!

Powrót do domu [Serial: Star Trek. Voyager]

Byłam na którymś warszawskim konwencie na prelekcji o Star Treku. I przypomniałam sobie, że przecież ja się na tym wychowałam. Poszukiwałam gdzieś Nowego pokolenia, czasem w paśmie niekodowanym Canal+ trafiłam na Voyagera (wówczas był to dla mnie całkowity absurd, że kobieta była kapitanem), ale obraz był tak zamazany, jakby rzeczywiście nadawali z kwadrantu delta. Przyszedł zatem moment, by odświeżyć sobie i tę serię.

Podeszliśmy do sprawy niemal metodycznie, oglądając codziennie jeden-dwa odcinki. Jak wspominałam gdzieś wcześniej, pomyliłam się w obliczeniach i sądziłam, że serial ma 5, nie siedem sezonów, co nieco wydłużyło naszą przygodę z ekipą Voyagera.

Historia zaczyna się w momencie, w którym kapitan Janeway dostaje dowództwo nad Voyagerem, aby dopaść Maquis i postanawia zebrać ekipę. Zaczyna od Toma Parisa (Robert Duncan McNeill), syna admirała. Przypadkiem osadzonego w kolonii karnej. Ponieważ sprawa dotyczy imperium kardasjańskiego, przygoda się zaczyna na DS9.

Gdy wreszcie znajdują Maquis, następuje niezły plot twist i ni z tego, ni z owego znajdują się na terenie kwadrantu delta – odległego o 75 lat lotu za maksymalnej prędkości warp. Niestety, już na początku drogi mają pod górkę – statek zniszczony, część załogi nie żyje, a Voyager holuje statek Maquis. Oczywiście ustawiają kurs na dom, ale wisiał za obie nogi czy za jedną… latają sobie od planety do mgławicy, od mgławicy do czerwonego karła, od karła do meduzy… Przecież są jednostką badawczą. W tym czasie na pokładzie lekarzem na pełen etat zostaje hologram, do kuchni zatrudniają wkurzającego wagabundę, Neelixa (Ethan Philips), ratują irytującą panienkę Ocampa, Kes (Jennifer Lien) i wcielają rebeli do załogi i to na wysokie stanowiska, żeby się więcej nie buntowali.

A zatem: Chakotay (Robert Beltran), zostaje pierwszym oficerem, Bellana Torres (Roxann Dawson) oficerem technicznym, a trzeci członek Maquis okazuje się szpiegiem z ramienia Federacji.

Kapitan Janeway potrafi zjednać ludzi, ma zresztą mnóstwo okazji do udowodnienia tego – wszak na każdym kroku dochodzi do pierwszego, nie wszystkie dobrze wypadają. Czasem jednak, bez poszanowania pierwszej dyrektywy, udaje im się wymienić trochę federacyjnej techniki na pomoc w dotarciu do domu. A czasami trafiają na Borg – i te odcinki są najciekawsze (szczególnie, że królową Borg gra w większości odcinków matka Oliviera Quinna, Susanna Thompson).

Niestety, nie obyło się bez minusów – pośród załogi rozpleniły się wkurzające istoty, Neelix i Kes. O ile ta druga całkiem chyżo opuszcza załogę, o tyle włochaty kucharz z mądrością życiową więźnia Gitmo leci niemal do końca i jest niestrawny, jak jego eksperymenty kuchenne.

Drugą wadą jest całkowicie niezrozumiały ship, w który brnęli przez trzy odcinki i uznali go za dobro. O jak bardzo się mylili, szczególnie biorąc pod uwagę wcześniejsze przejścia obu zainteresowanych osób. Zło i kaka demona!

No i końcówka, świadcząca o tym, że scenarzyści dowiedzieli się o cancelu przed ostatnim odcinkiem. Naprawdę niczym się nie różniła od końcówki Enterprise’a, a tego wzięli z zaskoczenia. A podobno Voyagera nakręcili do końca… Trudno w to uwierzyć.

Co nie zmienia faktu, że jest to przesympatyczny serial familijny, który warto zobaczyć.

Inni pisani szkarłatem [Pisani szkarłatem, Anne Bishop]

Anne Bishop, znana autorka paranormali, popełniła kolejne dzieło. Powieścią Pisane szkarłatem zapoczątkowała kolejną serię – Inni.

Inni są pierwszymi mieszkańcami, terra indigena. Nauczyli się przyjmować ludzki kształt, ale nie są ludźmi. Potrafią przyjmować kształty zwierząt, ale są od nich znacznie bardziej pierwotne. Zarządzają wszystkimi zasobami – wodą, energią, ziemią, ale pozwalają ludziom żyć. Niektórym. Czasami. Bo generalnie ludzie dla Innych są mięsem.

Meg uciekła z ośrodka, w którym ją przetrzymywano. Normalnie nigdy nie weszłaby na teren Innych, ale ten Dziedziniec był przyjazny dla ludzi – w sklepach mogli kupować, ponadto akurat szukali łącznika do spraw z ludźmi. Dla dziewczyny to wymarzona okazja, by choć na chwilę się ogrzać. Wszak uciekła w środku zimy, a do dyspozycji miała jedynie cienkie ubranie.

Zdobycie zaufania mieszkańców nie było łatwe, ale postanowili dać jej kredyt zaufania i powierzyć stanowisko łącznika. Choćby dlatego, że poczta, której przyjmowanie było jednym z obowiązków, przestała przychodzić już dawno. Żaden kurier nie chciał mieć do czynienia z Innymi, szczególnie na ich terenie. A wilki, sowy, sroki i niedźwiedzie to tylko forpoczty stworzeń, które można spotkać.

Tradycyjnie trudno powiedzieć, żeby powieści Anne Bishop ujmowały jakiś dramatyczny problem. Na pewno jest coś o dobroci, immoralności, tożsamości, ale nie jest to żadna głęboka treść. Raczej dopatruję się tu funkcji ludycznej i tego będę się trzymała. Ponieważ Bishop ukazuje swoją wersję wampirów, wilkołaków i inno-łaków, trzeba się uzbroić w cierpliwość. Niemniej czytało się nieźle, choć książka rozkręcała się dłużej niż Efemera.

Nie ma co się czarować, jest to raczej cykl tak zły, że aż dobry. Dlatego trochę nie mogę się doczekać kolejnej części!

Autor: Anne Bishop
Tytuł: 
Pisani szkarłatem
Wydawnictwo: 
Initium
Data wydania:
2013

Ludzie z syndromem M [Film: X-Men. Przeszłość, która nadejdzie]

Mutanci są zagrożeniem dla ludzi. Tak przynajmniej twierdzi doktor Trask (Peter Dinklage), proponując rządowi zestaw lśniących Sentineli – robotów, których celem jest zwalczanie X-Menów.

Jedynym sposobem na pokonanie Sentineli jest cofnięcie Bishopa (Omar Sy) z pomocą Kitty Pryde (Ellen Page) o kilka dni, by ostrzegł Mutanty i dał im czas na ewakuację. Dzięki temu są w stanie przetrwać najazd Sentineli, mających możliwość przystosowywania się do każdej mocy i odpowiedzenia kontratakiem.

Profesor X (Patrick Stewart) oraz Magneto (Ian McKellan) wpadają na genialny pomysł, dzięki któremu mogą powstrzymać eskalację przemocy wobec Mutantów. Otóż zamierzają się przenieść do lat 70. i powstrzymać ich twórcę. Jest tylko jeden mały problem – żaden z nich nie przeżyje podróży do swojego ciała sprzed kilkudziesięciu lat. Jedynym wyjściem jest wysłanie osoby, która się zregeneruje i nie może umrzeć. Tak, Wolverine (Hugh Jackman), najbardziej zgryźliwy i antypatyczny mutant, jakiego świat nosił, musi przekonać młodego Charlesa Xaviera (James McAvoy), że świat nadaje się do uratowania i warto dla niego ryzykować.

Wraca do czasów zaraz po wydarzeniach na Kubie, odnajduje zrujnowaną rezydencję profesora X, który pije na umór. Opiekuje się nim Hank (Nicholas Hoult), podczas gdy Raven (Jennifer Lawrance) wyjechała do Wietnamu, a reszta Mutantów się rozproszyła. Zmiana przyszłości staje pod ogromnym znakiem zapytania.

Film pokazuje dwie płaszczyzny czasowe – łączy filmy sprzed X-Men: First Class  z rebootem i robi w to sposób spójny, pomysłowy i dobry. W zasadzie tylko jedna rzecz wzbudziła moje zdziwienie.

<SPOILER>

Dlaczego Erik postanowił zastrzelić Mystique. Każdy debil domyśliłby się, że przecież zostaną po tym ślady – krew, zwłoki, cokolwiek, dzięki czemu Traskowi będzie łatwiej dopracować Sentinele. Mój mąż twierdzi, ze to była spontaniczna akcja, ja uważam, że to zaplanował. Niemniej wyszło jak zwykle.

</SPOILER>

Podsumowując, muszę przyznać, że podobała mi się koncepcja cofnięcia w czasie i próba zbudowania nowej przyszłości. A co przyniosła ta przyszłość? To warto sprawdzić.
Oczywiście po napisach jest scena końcowa.

Tytuł: X-Men: Przeszłość, która nadejdzie
Reżysera: Bryan Singer
W rolach głównych: Hugh Jackman, James McAvoy, Michael Fassbender, Jennifer Lawrence i in.
Rok produkcji: 2014

Dziewczyny są z Marsa [Serial: Veronica Mars]

Ostatnio w zalewie szmiry i tandety w zasadzie nie ma dobrego serialu dla młodzieży. Albo są tak złe, że aż dobre (np. The 100, Star Crossed), ironiczne (Awkward, Faking It), po prostu głupie (90210). Dlatego niespecjalnie wiele spodziewałam się po Veronice Mars, może dlatego tak mnie zaskoczył inteligentnym, ciętym dowcipem, spójną akcją, zrównoważoną fabułą. 

Serial ma wszystko, czego nie lubię: bohaterkę z twarzą Prime Bitch i Amandę Seyfried. To mnie jednak nie zniechęciło i dzięki temu miałam okazję się przekonać, że ta pierwsza miewa też inną minę niż na plakatach, a ta druga występuje na tyle rzadko, żeby mi aż tak nie przeszkadzać.

Minął już rok od niewyjaśnionego morderstwa Lilly Kane (Amanda Seyfried), przyjaciółki tytułowej bohaterki (Kristen Bell). Póki co, śmierć ma wpływ na wszystkich w miasteczku – ojciec (Enrico Colantoni) Veroniki stracił pracę jako szeryf, ponieważ zbyt dokładnie przesłuchiwał bogatą rodzinę nieboszczki. Wszyscy w szkole są zobowiązani chodzić do szkolnego psychologa. Chłopak Veroniki, który przez przypadek jest też bratem zmarłej, został oskarżony o jej zamordowanie, ponieważ został odnaleziony ze zwłokami siostry w objęciach. Niestety, nic nie pamięta, ponieważ jest na silnych lekach psychotropowych. Natomiast Veronica stawia sobie za punkt honoru wykrycie sprawcy. Po szkole zaś dorywczo pracuje w biurze ojca, który zarabia jako prywatny detektyw. Smykałkę do wykrywania przestępstw ma ewidentnie po nim, a jej sława detektywa szybko się roznosi po Neptune High. Zaczyna zatem rozwiązywać codzienne sprawy nastolatków – zdrady, kradzieże… Oczywiście natychmiast znajduje się na celowniku lokalnej policji, dyrektora szkoły i wszystkich świętych.

Propsy dla scenarzysty za cięte riposty. Język serialu jest złośliwy, ale nie chamski. Złe zachowania są piętnowane, choć bohaterce zdarzają się dziecinne zachowania (np. gdy ojciec się zakochuje), które nie mają konsekwencji. Szkoda, moim zdaniem to też powinno być wychowawcze, wszak obecnie sporo rodziców pragnie ułożyć sobie życie z nowym partnerem i przykład, w którym dziecko ma zbyt duży wpływ na rodzica (szczególnie siedemnasto-, osiemnastoletnie) nie jest dobry.

Bardzo doceniam długodystansową, nawet międzysezonową fabułę. Codzienne zmagania nie tylko ze zwykłymi sprawami, ale i z widmem morderstwa Lilly, powodują, że serial trzyma w odpowiednim napięciu. Jednocześnie upuszcza trochę pary dzięki ciętemu językowi i ironicznym rozmowom, które wskazują na inteligencję twórców.

Cóż, mogę tylko serdecznie polecić, bo od lat już nie robi się takich seriali. Ten zresztą też dostał przedwczesny cancel. Choć może to i dobrze, gdyby ciągnął się w nieskończoność, stałby się Mentalistą lub Castle’em

Siedem lat po zdjęciu serialu z anteny powstał film, domykający pewne wątki. Dodatkowym plusem  zarówno filmu, jak i serialu jest Jason Dohring! Więcej poleceń chyba nie trzeba.

Dziewczyńskie postapo [Film: Niezgodna]

Coraz więcej na naszym rynku pojawia się książek, filmów i seriali postapokaliptycznych, skierowanych do widowni młodej i raczej niewieściej. Wystarczy wspomnieć wybitne dzieło telewizyjne The100 czy właśnie kinowy hit: Niezgodną.

Sto lat po wojnie atomowej. Miasta wyglądają jak w trzecim stopniu Incepcji – tu i ówdzie brakuje piętra, albo pięćdziesięciu. Jedyną atrakcją lokalną jest gigantyczna karuzela, której nic nie rusza, jest przedwieczna, jak ołtarz boga Re. 

Społeczeństwo dzieli się na pięć kast (oczywiście są prawnicy, retorzy, rolnicy, żołnierze i służący – w filmie się nazywają, ale w zasadzie większość nie ma dla fabuły znaczenia). Ludzie są przydzielani do tych kast na podstawie testu kompetencji lub osobistych preferencji, ale jeśli się nie odnajdą w nowym przeznaczeniu, zostaną nieprzypisani na marginesie społeczeństwa. Nasza bohaterka, z założenia piękna i dobra Beatrice (prawdopodobnie jeden z gorszych wyborów aktorskich – Shailene Woodley) nie przechodzi testu kompetencji. Okazuje się, że jest doskonała we wszystkim, myśli nieszablonowo i ogólnie jest zagrożeniem dla społeczeństwa. Co prawda wywodzi się z Ascetów, ale niespodziewanie dla wszystkich i samej siebie, wybiera kastę żołnierzy-obrońców (whoever, biegają w czarnych fatałaszkach, też bym ich wybrała). Jej brat za to wybiera erudytów i tym samym rodzice muszą się pogodzić z utratą obojga dzieci (hasłem filmu jest „Kasta przed rodziną” czy jakoś tak). 

Od początku widać, że Tris wybrała słabo. Może rolnikiem też byłaby nie najlepszym, ale widać, że za chwilę wyleci. Wszyscy przeciwnicy, nawet małe i chude dziewczynki ją nokautują, prezes (Jai Courtney) tego towarzystwa (oczywiście piękny, nordycki i wytatuowany jak członek Yakuzy wysokiego stopnia) się na nią uwziął – miałam wrażenie, że film ledwo się zaczął, a już się kończy efektowną śmiercią bohaterki w jej własnych łzach.

Ale nie, twardym wojakiem trzeba być, a nie miętką nińdźią, więc młoda znalazła sobie protektora (też wytatuowanego [Theo James]), ponieważ widać, że tatsy podbijają im morale, sama też sobie sprawia – nie jestem w stanie tylko ogarnąć rozumiem, dlaczego ptaki, szczególnie że w dalszej części filmu okazuje się, że cierpi na lęki związane z drobiem. To tak, jakbym sobie wytatuowała czarną wdowę na biuście.

Ale-ale! Gdy już się wybija na lidera, wszystko bierze w łeb.

Zapewne mamy do czynienia z problemem, z którym borykają się wszystkie ekranizacje powieści – bez podkładki z książki film nie ma sensu. Boję się, że z podkładką też niewiele by zyskał. Pokazuje co prawda, że szufladkowanie jest be, ale to już każdy trzynastolatek powinien wiedzieć sam. Jeśli nie wie, to film go tego nie nauczy.

Jeszcze trzy części przed nami, więc może da się coś wykrzesać z tej parodii teen dramy (oglądanie tatuaży bez macania się nie liczy, faceci muszą chodzić bez koszulki, bo w postapo przecież tak gorąco – co wyjaśnia, dlaczego każde okno w budynku ma silnik), ale póki co – ból gałek i Weltschmerz.

TytułNiezgodna
Reżysera: Neil Burger
W rolach głównych: Shailene Wood, Theo James i in.
Rok produkcji: 2014

Budowanie superbohatera. Arachnofobia part 2 [Film: Niesamowity Spider-Man 2]

Ostatnio sypnęło premierami filmów na podstawie komiksów. I dobrze. Spośród nich można wybrać coś ciekawego, ale trafiają się też i gorsze produkcje. I do takich zaliczam nowego Niesamowitego Spider-mena

Film zaczyna się powtórką z przeszłości. Richard Parker (Campbell Scott) nagrywa film, w którym przekazuje informacje nt. swoich odkryć dla Oscorpu. Jest to ostatnia wiadomość przed ucieczką i śmiercią w katastrofie samolotu. Jednak przed śmiercią udaje mu się przesłać kluczowe informacje w supertajne miejsce.

Peter Parker (Andrew Garfield) kończy ogólniak i jest superbohaterem. Ratuje Nowy Jork i jego mieszkańców przed wszelkimi zagrożeniami. Jest przyjacielski, dowcipny, miły i stara się wszystkim dogodzić. Ma rzesze fanów, ale i wielu przeciwników. Nic dziwnego, wszak nie od dziś wiadomo, że niełatwy jest żywot bohaterów. Poświęcenie jest wpisane w ich życie, a zatem odsuwa się od Gwen Stacy (Emma Stone), która jest sensem jego życia.

I tu dochodzimy do słabego punktu tego filmu. Teen drama. Widziałam takich na pęczki, dużo lepszych zresztą. W pewnym momencie, oglądając tę przesłodzoną relację, zastanawiałam się, kiedy wskoczą na swoje jednorożce i popatatajają na tęczy. Schodzą się i rozchodzą, wpadają na siebie i bardzo się kochają. Peter i Gwen – apoteoza miłości. Ale nie po to poszłam do kina, naprawdę. Z drugiej strony wyszłam na nieczułą i niedouczoną, bowiem w komiksach (yhmmm) tak to właśnie wygląda. Jednak uważam, ze komiksy rządzą się innymi prawami niż film superbohaterski i przykro mi, ale film w tej konwencji się nie broni. Naprawdę wyobrażacie sobie Avengersów, którzy rozwijają się w tempie Co się wydarzyło w Madison County? Tak bardzo!

Mamy dwóch villainów: pierwszym jest Electro (Jamie Foxx), który początkowo był psychofanem Spider-mana, po czym odkrył, że jednak nie jest, bo stał się villainem właśnie przez Pajączka. Drugim jest oczywiście Green Goblin (Dane DeHaan), który szykuje się na ultimate villain kolejnych filmów.

Cóż, w podsumowaniu muszę się przyznać, że nie podobali mi się Andrew Garfielda i Emmy Stone. W duecie są dla mnie całkowicie niestrawni. To na pewno wpływa na moje negatywne postrzeganie filmu, jako całości. Niemniej nie zrozumiałam także przełożenia powolnej poetyki komiksu na film. Całkowity brak dynamiki spowodował, że przestałam śledzić fabułę, zaczęłam się natomiast głęboko zastanawiać nad przepięknym żakietem, który widziałam w drodze do kina. Podejrzewam, ze twórcom nie o to chodziło. Film jest przeznaczony dla wielbicieli, którzy śledzili komiksy w czasie rzeczywistym i są w stanie cieszyć się rebootem.

Zdradzę Wam też drugą tajemnicę. Potajemnie marzy mi się starcie Spider-mana z Venomem.

TytułNiesamowity Spider-Man 2
Reżysera: Marc Webb
W rolach głównych: Andrew Garfield, Emma Stone i in.
Rok produkcji: 2014