Sprzątanie jako sens życia? [Magia sprzątania, Marie Kondo]

Sprzątanie to u mnie niekończący się temat. Jako dziecko byłam niezwykłym bałaganiarzem, nie można mnie było w żaden sposób zmotywować do sprzątania. Później, już na studiach, niby miałam czyściej, ale zawsze miałam problem z chowaniem ubrań do szafy. To była moja największa zmora. Nawet jeśli były już poukładane (moja mama – mistrz świata – składa pranie najlepiej na świecie od razu po zdjęciu z suszarki i… u niej na półce zawsze leżą równiuteńko), to zwykle przewalały się kilka dni między krzesłem a łóżkiem, aż w końcu wymiętolone trafiały na półkę w takim stanie, że żal patrzeć. Teraz wiem, jak się czuła, kiedy na to patrzyła, bo oczywiście powoli się zmieniam w moją mamę, a mój mąż ma podejście do porządku dość swobodne. I jego ubrania przewalają się między łóżkiem a krzesłem…

Oczywiście po obejrzeniu czterech sezonów Perfekcyjnej Pani Domu z Małgorzatą Rozenek zrobiłam w domu porządki, ale wciąż to nie było to. Choć udało się zrobić kilka ważnych rzeczy, ustalić miejsca dla niektórych, to po jakimś czasie znowu zobaczyłam widok, którego nie chciałam widzieć.

Do tej tury porządków zmobilizował mnie bałagan, a uporać się pozwoliła lektura  Magia sprzątania Marie Kondo. To hit ostatniego miesiąca i chyba każdy bloger już o niej pisał, ale faktem jest, że z jej manią wyrzucania bardzo mi po drodze. Już i tak nie jestem z pokolenia, które nowe rzeczy oszczędzało nie wiedzieć po co. Gdy kupuję, to używam. Ale są rzeczy, których trzymanie mija się z celem. Wiecie, co wyrzuciłam?

* Zniszczona kołdra, zatrzymana „na wszelki wypadek”. Od kilku dni się zastanawiam, co mną kierowało, kiedy ja wsadzałam na półkę. Jeśli była zbyt zniszczona, by z niej korzystać wtedy, to z całą pewnością była w dalszym ciągu zbyt zniszczona, by z niej korzystać później.
* Za małe ubrania. Zwykle staram się co sezon robić tego typu porządki, dodatkowo pozbywam się rzeczy, których nie założyłam, bo nie wyglądam w nich dobrze (lub z innego powodu). Z niektórych wyrosłam i oczywiście miałam nadzieję, że to się odmieni. Nie odmieni. A jeśli nawet, to wówczas kupię nowe, modne i równie ładne, jeśli nie ładniejsze.
* Kable. Miałam pełną szufladę kabli, które do niczego nie pasują, ale oczywiście trzyma się je, bo może coś tam się zdarzy. Jeśli od 15 lat nie użyłam kabla od anteny radiowej, to raczej nagle nie wyskoczy żadna sytuacja, w której miałby się przydać. Zostało ich dosłownie kilka, które przynajmniej do czegoś pasują.
* Buty, które dostałam od mamy. Nosiłam je rok z kawałkiem, nie zwracając uwagi na to, że masakrują mi stopy. Ale dostałam je od mamy. Ok, trudno, argument o zmasakrowanych stopach przeważył.
* Zaproszenia na śluby. To była słodka pamiątka, ale nie mam mieszkania z gumy, nie dam rady wszystkiego trzymać. Nigdy też nie zaglądam do tych zaproszeń, za to spotykam się z ludźmi, których dotyczą i te więzi cenię sobie bardziej.
* Notatki do licencjatu i magisterki. Studia skończyłam 9 lat temu, a do wczoraj wielce istotne artykuły zalegały mi w torbie, dyskretnie schowane za drzwiami. Ok, całkiem niedawno oddałam kilka koleżance, ale w razie gdyby ktoś potrzebował pomocy, wciąż mam jeszcze bibliografię.
* Karton na laptopa. Trzymałam go, bo zwykle na gwarancji oddaje się komplet z kartonem do naprawy. Okres gwarancji minął, karton musiał odejść. 

Powinnam się jeszcze rozprawić z kilkoma sentymentalnymi pierdołami, ale potrzebuję czasu, by do tego dojrzeć. Natomiast dzisiaj jestem ogromnie dumna z postępów, które uczyniłam.

Autor: Marie Kondo
Tytuł: Magia sprzątania
Wydawnictwo: Muza
Data wydania: 2015

Że w głowie mi się nie mieści [Film: W głowie się nie mieści]

Lubię kreskówki Pixara, lubię też Disneya. Ogólnie kreskówki są dobre. Nic zatem dziwnego, że zaciągnęłam męża (który w ogóle się nie opierał) na W głowie się nie mieści. Widzieliśmy trailery już pół roku temu i wyglądały tak zachęcająco, że szkoda nie skorzystać. 

Fabuła rozgrywa się na dwóch płaszczyznach – rzeczywistości i… świadomości? Jakoś tak. W każdym razie na poziomie rzeczywistości bohaterką jest Riley, jedenastolatka, której rodzice postanawiają się przeprowadzić na drugi koniec Stanów.

Głowę Riley zamieszkuje pięć emocji – Radość, Smutek, Gniew, Strach i Odraza. Dzięki panelowi sterowania starają się uczynić życie Riley szczęśliwym i bezpiecznym. Problem pojawia się, gdy Radość i Smutek gubią się na rubieżach pamięci długotrwałej i nie mają wpływu na emocje bohaterki. Wiecie, co się dzieje, kiedy dziecko zaczyna być sterowane przez gniew, strach i odrazę? No właśnie.

Jest to film dla dzieci, nie muszę więc mówić, że jedzie po najprostszych emocjach. Płakałam na nim jak bóbr. Ludzie w pierwszych rzędach musieli wezwać straż przybrzeżną. Radość zgubiła mi się jakiś czas temu, więc ostatnia scena nie przyniosła katharsis, za to gniew mam w najlepszym porządku, więc durna matka, która nie potrafiła wyjaśnić swemu bachorzęciu, że się nie drze w kinie, zasłużyła na mój cierpki komentarz wychowawczy. Ale takie są skutki chodzenia do kina na film dla dzieci – spotyka się dzieci. 

Film przyniósł mi za to jedną, krótką scenkę w trakcie napisów, która powiedziała mi, co się dzieje w głowie mojego kota. Więc jeśli macie dobrze wychowane dzieci – idźcie z nimi do kina. Jeśli nie macie dzieci, ale macie dużą tolerancję na cudze dzieci – idźcie do kina. Jeśli nie macie dzieci i nienawidzicie cudzych – poczekajcie na DVD, ale i tak obejrzyjcie. Smaczki w postaci odwołań kulturowych dla dorosłych – gratis.

TytułW głowie się nie mieści
Reżysera: Pete Docter
W rolach głównych: Amy Poehler, Phyllis Smith, Richard Kind i in.
Rok produkcji: 2015

Mad Max [Film: Mad Max. Na drodze gniewu]

Wczoraj miałam okazję zobaczyć Mad Maxa. Był to pierwszy film z serii, który widziałam i choć oglądałam go z szeroko otwartymi oczami i opadniętą szczęką, muszę przyznać, że bawiłam się jak prosię!

Najpierw napiszę najważniejsze – nie musisz znać wcześniejszych części, żeby ze zdumieniem obserwować rzeczy dziejące się na ekranie. Nie mniej ważne jest to, że to doskonały film na randkę. 

Max (Tom Hardy) jeździ po pustyni. Za nim gonią jego demony (prawdopodobnie są to postaci z poprzednich części, ale doskonale sprawdzają się jako anonimowe duchy przeszłości).

W oazie rządzi Wieczny Joe (Hugh Keays-Byrne), który raz na jakoś czas puszcza swoim poddanym wodę, żeby popatrzyli jak się marnuje, wsiąkając w piasek i przestrzega ich przed zgubnymi konsekwencjami jej użycia. Natomiast cesarzowa Furiosa (Charlize Theron) jedzie machiną wojenną po benzynę, niezbędną w tym świecie do przeżycia. Uwaga na marginesie – Furiosa, naprawdę???

Okazuje się jednak, że cesarzowa nie wybiera się po zaopatrzenie, lecz ucieka z nałożnicami Wiecznego Joego, których los był gorszy od śmierci (a wśród nich jest Zoë Kravitz i drewniana jak przedwieczne drzewo Rosie Huntington-Whiteley), by zawieźć je do innej oazy – ochronki Wielu Matek. Nie przewidują bidule jednego – że Wieczny Joe zechce odzyskać swoje kochanki.

Drogi Maxa i Furiosy „niespodziewanie” się krzyżują i chłopak ma wreszcie okazję się odezwać. Początkowo zamierza jedynie uciec machiną wojenną, ale zostaje przekonany za pomocą techniki i retoryki, by uczynił to wraz z dziewczynami i akurat w kierunku, w którym one chcą. Za nimi jadą trzy kawalerie, z czego jedna ma zespół metalowy na platformie, a basista daje czadu przez całą jazdę.

Co na plus?

  • aktorstwo całkiem spoko – poza wymienionym wyjątkiem. Poza tym zatrudnili aktorów z ugruntowanym dorobkiem;
  • aktorstwo całkiem spoko – poza wymienionym wyjątkiem. Poza tym zatrudnili aktorów z ugruntowanym dorobkiem;
  • niektóre sceny (np. scena porodu czy Nux atakujący machinę Furiosy);
  • ciekawe przesłanie, pomimo uproszczonej fabuły.

Co na minus?

  • fabuła.

Nie spodziewałam się, wbrew tytułowi,  filmu drogi, ale to, co mi podano, na początku było przerażające. Jednak jako rozrywka, sprawdza się znakomicie. Piękne zdjęcia, trzymające w napięciu pościgi, burze, walki, całkiem spójna wizja przyszłości spowodowała, że doceniłam Mad Maxa. Czas nadrobić początki!

TytułMad Max. Na drodze gniewu
Reżysera: George Miller
W rolach głównych: Tom Hardy, Charlize Theron i in.
Rok produkcji: 2015

Kolejny bunt robotów, bardzo wyczekiwany [Film: Avengers. Czas Ultrona]

Najbardziej wyczekiwany film tego roku od  Marvela już w kinach (czekaliście miesiąc na polską premierę, czy próbowaliście oglądać kamerówki z USA i zza Uralu?). Avengersi wrócili trzech latach, żeby znowu zniszczyć kawałek świata.

Jak mawiał Hitchcock, dobry film powinien zaczynać się trzęsieniem ziemi, a potem napięcie rośnie. Nie inaczej jest w Avengersach, którzy już w pierwszej scenie próbują włamać się do siedziby Hydry. Tam właśnie kryją się bliźnięta Maximoff, znani fanom jako Scarlet Witch (Elisabeth Olsen) i Quicksilver (Aaron Taylor-Johnson). Są doskonałym materiałem na wrogów Avengersów – ich rodzice zginęli od bomby wyprodukowanej przez firmę Starka (Robert Downey Jr.). Ich supermoce są efektem działań barona Struckera (Thomas Kretschmann).

Tymczasem na grupę superbohaterów czyha znacznie poważniejszy wróg – Ultron. Rezultat romansu Starka z technologią, bękart badań nad sztuczną inteligencją uwalnia się do sieci i dzięki szybkiemu łączu – próbuje unicestwić Avengersów. Rzecz, która jeszcze dziesięć lat temu byłaby fantazją, wymysłem chorej wyobraźni pryszczatego nastolatka w piwnicy rodziców – dzisiaj, dzięki WiFi, całkiem realne zagrożenie dla ludzkości. Co gorsza, Ultron przemawia głosem Jamesa Spadera (OMG, niech on czyta e-booki, bo chętnie bym słuchała, choć pewnie słyszałabym cały czas „Lizzie…”), który to głos przechadza się po kręgosłupie, powodując dreszcze z rozkoszy. No więc Ultron zaczyna od zabicia Jarvisa, a potem emocje rosną.

Ultron jest twardym przeciwnikiem, dzięki temu można pokazać więcej relacji w ekipie i poza nią. Co dobrego w filmie? Pokazano pełnię człowieczeństwa Hawkeye’a. Pokazano też ship, którego się nie spodziewałam, ale w sumie był oczywisty od pierwszej części. Sama bym poleciała na dr. Bannera. Albo Kapitana Amerykę. Wciąż nie mogę się zdecydować 😉

Jak zwykle u Whedona film skrzy humorem (nieco specyficznym, ale to nic w porównaniu z tym, co zrobił agentowi Coulsonowi lub Wardowi w Agentach Tarczy). 

Thor nie ma pełnej zbroi, jak w Mrocznym świecie, ma nagie ramiona i można oglądać jego muskuły. A nastolaty i tak piszczą, gdy pojawia się Quicksilver. Moim zdaniem w X-Menach: Przeszłość, która nadejdzie był lepszy (Evan Peters). Shame on me.

TytułAvengers. Czas Ultrona
Reżysera: Joss Whedon
W rolach głównych: Robert Downey Jr., Chris Hemsworth, Mark Ruffalo, Chris Evans, Scarlett Johanson i in.
Rok produkcji: 2015

Konflikt twórcy z dziełem [Film: Ex machina]

Nie rozumiem, dlaczego kluczowym osiągnięciem człowieka miałoby być stworzenie androida? Refleksja posthumanistyczna, zwykle związana z buntem maszyn i wyginięciem ludzkiej rasy jest wdzięcznym tematem filmów takich jak Robocop, Terminator, Łowca androidów, AI. Co bardziej interesujące, jakoś nikt nie mówi o tym, że androidy wybiją resztę życia na ziemi i zastąpi je sztucznymi wytworami. A przecież nie ma nic piękniejszego, niż toster wyprowadzający mechanicznego pająka na spacer, n’est c’est pas?

Ex machina  zaczyna się, gdy Caleb (Domhnall Gleeson), król programistów średniego szczebla w korporacji, wygrywa konkurs, w którym nagrodą jest spędzenie tygodnia ze swoim szefem. Przypomina Wam początek gejoharlekina? Wrażenie wzmaga się, gdy Caleb trafia do wspaniałej dżungli, gdzie tylko wypatrywać naturalnego prysznica z wodospadu, pod którym bohaterowie mogliby uprawiać igraszki, a potem karmić się wzajemnie owocami prosto z drzewa.

Jego ekscentryczny szef, Nathan (Oscar Isaac), mieszka w cudownej posiadłości, sterowanej elektronicznie, gdzie tylko mleczne szkło chroni prywatność. Ale nigdy nie wiesz, gdzie znajdują się kamery, przez które obserwuje Cię Nathan…

Jeśli nie wyjdziecie z kina do tej pory, czeka Was miła niespodzianka – zaczyna się fabuła. Szef postanawia wykorzystać swojego pracownika do przeprowadzenia eksperymentu zasadzonego na teście Turinga. Caleb jednak bardzo angażuje się w swoją rolę i gdy poznaje Avę (Alicia Vikander) jest gotów poświęcić dla niej więcej niż dla człowieka.

Natomiast Nathan wydaje się nienawidzić swojego dzieła z niezrozumiałych przyczyn. Uważa, że nie można jej ufać, choć Caleb, patrząc w niewinne oczy Avy nie potrafi uwierzyć, że jej mechaniczne serduszko może nie znać litości…

Bardzo sprawnie zrealizowany psychodeliczny film, w którym nic nie jest na miejscu – potężny i bogaty szef wszystkich szefów codziennie upija się do nieprzytomności i dba wyłącznie o muskulaturę. Jego podwładny jest dobrym człowiekiem, i choć ma mózg, wydaje się, że ów organ się wyłącza przy Avie. Ta zaś jest na pograniczu ontologicznym, choć istnieje, jej byt jest albo zagrożony, albo (jeśli przeżyje) to ona będzie zagrożeniem dla ludzkości. No i jest jeszcze Kyoko (Sonoya Mizuno), służąca, wyjęta z japońskich horrorów – nie mówi, nie reaguje, przemyka się między dekoracjami niczym duch, ale kim jest?

Film ma dość prostą fabułę i prawdopodobnie dość przewidywalną. Niemniej atmosfera, klimat, scenografia, wyraziste postaci sprawiają, że film trzyma w napięciu do napisów.

Tytuł: Ex machina
Reżysera: Alex Garland
W rolach głównych: Domhnall Gleeson, Oscar Isaac, Alicia Vikander i in.
Rok produkcji: 2015

Serial wczesnej młodości [Serial: Star Trek. Następne pokolenie]

Ze Star Trek: The Next Generation  spędziłam najpiękniejsze chwile swojej adolescencji i zapewne serial ukształtował (pospołu z B5 i SeaQuestem) moje wyobrażenie na temat przyszłości i SF w ogóle.

Historia załogi Enterprise 10, która jest na badawczej misji, by poznawać nowe części galaktyki i nawiązywać stosunki dyplomatyczne z nowymi rasami. Pod wodzą kapitana Jean-Luca Picarda (Patrick Stewart), wytrawnego dyplomaty i doskonałego przywódcy, mamy okazję spędzić 7 sezonów, latając po całej galaktyce.

Zacznijmy od Q (John de Lancie) – najbardziej wkurzającej postaci, która wita nas ciosem z liścia w twarz już w pierwszym odcinku. Istota zamieszkująca tajemnicze Kontinuum, wszechmogąca i kochająca ze wszech miar Picarda. Reakcja Picarda na wyznanie, że jest dla Q ZBIS· przyjacielem

Całkowicie nie przeszkadza mu to rujnować życia na statku. Dzięki takiej dysharmonii postaci możemy od początku zobaczyć, że inne rasy to nie tylko inny wygląd, to także całkowicie inna moralność i różny sposób myślenia. Z podobnym przejawem inności spotkamy się jeszcze tylko kilkakrotnie, m. in. w przypadku drzewa krzemowego, żywiącego się energią.

Picard może liczyć na swoją załogę, która go szanuje i lubi. Pierwszym oficerem jest komandor Will Riker (Jonathan Frikes). Jest oddany, ambitny i ma jedną słabość – jest nią doradca Troi (Marina Sirtis). Ta, jako psycholog, podchodzi do swoich obowiązków bardzo poważnie, jakkolwiek czasem, gdy na statku zawita jej matka (nadzwyczaj barwna Majel Barret), potrzebuje deseru czekoladowego. Jedyną osobą, która się niczym na statku nie wspomaga, jest porucznik Data (Brent Spiner) – bo jest androidem. Jedynym na świecie, a zatem bezcennym i podatnym na uszkodzenia.Na szczęście może liczyć na to, że naprawi go przyjaciel – Geordi La Forge (LeVar Burton) – szef inżynierów, który widzi tylko dzięki nowoczesnej technologii. Wszystkich ich broni przed wszelkim niebezpieczeństwem porucznik Worf (Michael Dorn), a leczy Beverly Crusher (Gates McFadden). Nie zapominajmy także o młodym Wesleyu, który dzierżył młode, dziewczęce serduszka wszystkich fanek, a teraz jest drugą najbardziej znienawidzoną postacią serialu (gdyż taki kryształowy chłopiec – fuj!).

Co na plus? Na pewno nagi tors Picarda, który się tam co jakiś czas przewija. Planuję nawet zrobić ze sceny, w której jest w samych gatkach screenshota i wrzucić na pulpit.

Podobnie z Rikerem, jego półnagie ciało krąży niczym wolny elektron po orbicie uwagi widzek. Dla panów jest Marina Sirtis w obcisłych kombinezonach, rozszerzających się w okolicy kostek oraz jej naga matka, gdyby ktoś wolal ryczące czterdziestki.

BTW, jeden z epizodów gra tam późniejsza Jean Grey (Famke Jenssen) z X-Menów i jest to jej pierwsze spotkanie z profesorem X (nb. z nutą romantyzmu w tle).

Niektóre odcinki są cudowne, psychodeliczne, moralnie dwuznaczne czy też podejmują jakieś ważkie problemy socjologiczne, religijne i tym podobne. Moje dwa ulubione to ten z Rikerem w psychiatryku i Data, który śni.

Aktorstwo stoi na mocnym poziomie. Nie muszę przypominać, że Stewart to klasa sama w sobie, ale nawet sepleniąca Troi trzyma się jakoś (choć jej „opanowanie” działa na nerwy). Data jest absolutnie, nieskazitelnie doskonały. Spiner odgrywa kilka ról – m.in. złego brata, Lore’a. Odcinki z nim są majstersztykiem.

Guinan. Jej życiowa mądrość, cięty dowcip, scena z Rikerem, kiedy próbowali pokazać Wesleyowi jak flirtować… Doskonała Whoopi Goldberg w genialnym kapeluszu, na którym mógłby wylądować kolejny Enterprise!

Na minus? Dość przaśny pierwszy sezon i niektóre odcinki są tak naiwne, że zęby bolą. No ale jeśli się wzorujemy na serialu z lat 60., to trzeba ponieść tego konsekwencje. No i przaśny pierwszy sezon jest o kilka poziomów wyżej niż najlepsze odcinki z Deep Space 9.

Gumowe kostiumy. Ok, lata 80. rozumiem, ale dlaczego po wzroście popularności serialu, nikt nie zadbał o lepsze efekty specjalne? Choć może to był szczyt możliwości scenograficznych. BTW, opcja grania plenerów w studio na tle do fotografii – zawsze super 😉

A jakie seriale Wy oglądaliście we wczesnej młodości, które kształtowały Wasz smak odbiorczy? Chętnie poczytam, może odkryję kolejne perełki do kolekcji?
A tymczasem zbieram się do oglądania pierwszego serialu, Kirk czeka 🙂

*ZBIS – z braku innego słowa

Najgorszy serial z uniwersum Star Trek [Serial: Star Trek. Stacja kosmiczna]

Przyszedł czas na obejrzenie Star Trek: Deep Space 9. Broniłam się przed tym rękami i nogami, bo w pamięci zostało mi z dzieciństwa wspomnienie złego serialu, w porównaniu z którym Posterunek na końcu wszechświata (czy ktokolwiek to jeszcze pamięta?) to było arcydzieło sztuki filmowej dla koneserów o wysmakowanym guście. I tym złym serialem była Stacja kosmiczna. 

W moich wspomnieniach przynajmniej ship Bashira/Dax był dobry, w rzeczywistości nie był.

Stacja pierwotnie należała do Kardasjan, jednak po zawarciu pokoju między bajoranami i kardasjanami – została przekazana Federacji, a jej dowódcą zostaje Ben Sisko (Avery Brooks). Okazuje się, że w pobliżu stacji znajduje się jedyny znany Federacji tunel podprzestrzenny, prowadzący do kwadrantu Gamma.

W tej zamkniętej przestrzeni fabuła rozwija się powoli, a serial stoi głownie relacjami między załogantami. Mamy zatem bajorankę, Major Kirę, która przeżyła okupację kardasjańską i nienawidzi swoich oprawców z całego serca. Jest cięta, ale rozsądna, czego nie można powiedzieć o komandorze Sisko, który odwala ciepłe kluchy. Ogólnie obsadzenie tego aktora w jakimkolwiek serialu było pomyłką, bo on nawet nie pozwalał się za bardzo łaskawie przestawiać na planie. W porównaniu z Benjaminem Sisko, Horatio Caine to przezabawny facet o błyskotliwym poczuciu humoru i ciętej ripoście.

Na stacji pojawia się doktor Julian Bashir (Alexander Siddig) – młody geniusz, który celowo źle odpowiedział na jedno z pytań na egzaminie końcowym, by dostać się na stację i mieć możliwość współpracy z obcymi rasami z kwadrantu Gamma (babol – nie mógł wiedzieć w czasie egzaminów o tunelu).

Straż pełni zmiennokształtny Odo (Rene Auberjonois), który został znaleziony przez Kardasjan i traktowany jak obiekt laboratoryjny, później przeprowadzał przesłuchania na wrogach kardasjan. Jednak jego silna moralność powoduje, że po odejściu kardasjan, pozostaje na stanowisku szefa ochrony i doskonale się sprawdza. Aktor odtwarzający tę postać ma rolę szczególnie trudną, ponieważ nosi grubą maskę. To nie przeszkadza mu być najlepszym aktorem w całej ekipie.

Jadzia Dax (Terry Farrell) jest trillem – to rasa która składa się z krótkotrwałego nosiciela i jego niemal wiecznego symbiontu. Wcześniej nosicielem Daxa był najlepszy przyjaciel Benjamina. Oczywiście natychmiast sie w niej zakochuje doktor Bashir (w kim on się nie zakochuje?). Natomiast aktorsko jest źle. Uśmiech Mony Lisy nie załatwia gry 😦

Nie zapominajmy o Milsie O’Brienie, którego pamiętałam jeszcze z TNG. Tutaj jest głównym mechanikiem, który próbuje posklejać do kupy technologie federacyjne i obce. Jest jasnym punktem w tej mrocznej i nudnej ekipie.

Na koniec jedna z barwniejszych postaci – Quark (Armin Shimerman) – ferengi prowadzący bar i centrum rozrywkowe. Obleśny z wyglądu, życiowy i trzymający się swoich specyficznych wartości nadaje kolorytu stacji, choć trudno go lubić.

Minusów nie jestem w stanie przeliczyć – fabuła jest drętwa i przeważnie nie trzyma się kupy. Postacie są nuuuudne (durnowaty Jake Sisko, syn dowódcy to jeden z przykładów), shipy bez sensu.

Siódmy sezon posklejali i pchnęli do przodu wojnę, podkolorowali postacie, połączyli Kirę i Odo, ale musiałam na to czekać 6 nudnych i dłuuugich sezonów na przeczekanie, w których się nic nie dzieje). Dax i Worf??? No błagam. Uśmiercenie Dax w przedostatnim sezonie? Na szczęście na ich tle lśnią diamenty Kal Opaki i Gal Dukata – dla nich można obejrzeć.

Kiedy powstało science fiction [Felieton]

Często wśród badaczy nie ma zgody co do powstania odrębnej literaturym którą znamy jako science fiction. Jedni chętnie szukają jej początków w starożytności (np. u Platona, Lukiana itp.), inny czekają do literatury modernistycznej, pozostali uważają, że to technika narracyjna z XX w.

Jasne jest dla mnie, że aby mówić o literaturze popularnej (a w takim kontekście rozpatrujemy współcześnie science fiction) potrzebny jest masowy obieg publikacji. A zatem prędzej przełom wieku XVIII i XIX niż IV w. p.n.e., a już całkiem jestem gotowa się zgodzić z Dominiką Oramus (O pomieszaniu gatunków), która powstanie fantastyki naukowej w znanej nam obecnie formie przypisuje powstaniu czasopism poświęconych tego typu literaturze oraz wydawnictwom pulpowym, które zaczęły wydawać masowo tanie książki w miękkich oprawach. 

Z drugiej strony na ramieniu siedzi mi duch Felixa Vodički i szepcze, że przecież reinterpretacja i redefinicja. I ma rację – wszak sama postulowałam o zaniechanie nazywania polskiej powieści współczesnej w PRL fantastyką socjologiczną z wyżej wymienionych powodów. Czytając literaturę, nadajemy jej nowy sens i kształt (tu przyświecają mi myśli Ingardena o konkretyzacji oraz Umberta Eco o nieograniczonej semiozie), więc dlaczego nie mielibyśmy szufladkować wcześniejszych dzieł jako science fiction?

Z drugiej strony jest to sprzeczne z postmodernistycznym podejściem Oramus, która uważa, że jedynie masowość nadaje charakter science fiction (która już nie jest science fiction, bo została wchłonięta przez literaturę wysoką, a zatem o co ten spór, skoro to tylko technika narracyjna, a nie „gatunek”?).

Starcie strukturalizmu z postmodernizmem jest nie do wygrania. Oramus opiera swoją teorię na obiegowym rozumieniu definicji, jednocześnie opierając swoje opisy podkategorii science fiction na słownikach… To tylko pokazuje, że postmodernizm jest dokładnie tym, czym zawsze uważałam, że jest – workiem, do którego można wrzucić wcześniejsze szkoły teoretycznoliterackie i losowo wyciągać z niego gadżety, mówiąc że to przecież nowość i myśmy to wymyślili.

Ciekawa jestem, czy macie podobne spostrzeżenia co do fantastyki naukowej i czy ujednolicacie: utopia=science fiction?

Gdy James Bond okazuje się lamusem [Film: Kingsman. Tajne służby]

Tajni agenci są świetni. Kto nie lubi ludzi, którzy chodzą ubrani elegancko, mają dostęp do najnowszych technologii, śmiercionośnych broni i bardzo seksownie wyglądają, lejąc ręcami swemi wrogów ludzkości?

Eggsy (Taron Egerton) traci ojca w wieku wczesnodziecięcym. Dostaje w zamian obietnicę dowolnej przysługi. Jego matka wdaje się w złe towarzystwo, on sam rzuca szkołę i nie potrafi znaleźć sobie miejsca w życiu. Do momentu, w którym trafia na posterunek i wykorzystuje przysługujący mu telefon, by zadzwonić po obiecaną pomoc.W ten sposób w jego życiu pojawia się Harry Hart (Colin Firth), który okazuje się członkiem bardzo tajnego towarzystwa tajnych agentów. A ponieważ akurat mają wakat, Harry zgłasza kandydaturę Eggsy’ego. Chłopak nie jest jedynym kandydatem, musi pokonać kilku rywali ze srebrnymi łyżeczkami w dupach, jeśli chce zostać wielce tajnym agentem, a postępy obserwuje absolutnie cudowny Merlin (Marks Strong).

W tym czasie barwny Valnetine (przepięknie sepleniący Samuel L. Jackson) wraz ze swoją piękną asystentką Gazelle (epicka Sofia Boutella) planują zniszczyć świat i uratować tylko garstkę uprzywilejowanych. Tajni agenci muszą go powstrzymać za wszelką cenę.

Uwagę przyciąga nietuzinkowy scenariusz, błyskotliwe dialogi i zabawni, pełni życia bohaterowie. Co prawda film jest pastiszem dzieł o tajnych agentach z jeszcze bardziej tajnych towarzystw (jak komentuje Valentine: Chiny to dopiero mają tajny wywiad, nawet nikt nie wie, jak się nazywa!), co widać od pierwszej sceny walki, inspirowanej prawdopodobnie anime, w których przeciwnicy dokonują niemożliwych akrobacji, na które patrzy się jak na skomplikowany taniec.

Film idealny na pierwszą oraz kolejne randki, dla rozchichotanych wielbicielek starszych i młodszych agentów, dla panów z korporacji, którzy chcą poluźnić krawat (i zobaczyć, czego brakuje ich butom), dla kolesi w czapkach bejzbolowych (o ile je zdejmą podczas oglądania, gdyż chapeau bas!) i chyba tylko dzieciom bym nie polecała,ale nawet nie dlatego, że krwi dużo, tylko żart taki bardziej dla dorosłych. Więc jeśli jeszcze nie widzieliście, oddalcie się do kin.

Tytuł: Kingsman: Tajne służby
Reżysera: Matthew Vaughn
W rolach głównych: Taron Egerton, Colin Firth, Mark Strong i in.
Rok produkcji: 2014

Wielki powrót [Film: John Wick]

Jest kilka hollywoodzkich nazwisk, które są dla mnie synonimem złego filmu: Tom Cruise, Nicole Kidman, Nicolas Cage i Keanu Reeves. Ten ostatni zagrał w Matriksie, Constantinie, potem w niczym dobrym i wrócił w Johnie Wicku. I nie piszę tego, dlatego że jest to wybitny film, ale jest przynajmniej przyzwoity.

John Wick (Keanu Reeves) był facetem mafii od mokrej roboty i był najlepszy. Poznawszy swoją żonę odszedł z zawodu i prowadził uczciwe życie. Niestety, nie było mu dane długo się nim cieszyć, ponieważ żonę pokonała choroba. Ostatnim, już pośmiertnym prezentem, który od niej dostał, jest sunia, by miał kogo kochać. Początkowo niekoniecznie przekonany do idei dzielenia domu i samochodu ze szczeniakiem, powoli przyzwyczaja się do odpowiedzialności za drugą istotę.

W to słodko-gorzkie życie wkracza Iosef Tarasov (Alfie Allen), syn lokalnego mafiosa, któremu szczególnie przypadł do gustu samochód Wicka. I nie daje sobie wytłumaczyć, że nie jest na sprzedaż. Chłopak z rodzaju „jak nie drzwiami, to oknem” postanawia mimo wszystko zdobyć grata (ok, Mustang z 1969 to obiekt kultu w USA) i kradnie samochód, przy okazji zabijając bohaterowi piesia. Tej zniewagi nie mógł zostawić niepomszczonej. Wszak pseudonim Wicka – Baba Jaga zobowiązuje.

Ojciec Josefa, Viggo Tarasov (Michael Nyqvist), załamuje się na wieść o tym, co jego bezmózgi syn zrobił i komu. Co prawda zatrudnia armię ochroniarzy, ale bardziej w roli mięsa armatniego, niż w nadziei na prawdziwy ratunek dla siebie i syna. Daje też całkiem pokaźną sumkę za głowę Wicka, dzięki czemu możemy podziwiać znaną z Marvel. Agents of S.H.I.E.L.D. Adrianne Palicki w roli egzekutorki czy Willema Defoe w roli hire gun.

Oczywiście dalszy ciąg filmu to kroczenie Johna Wicka wśród zwłok jego wrogów i w zasadzie nie dzieje się nic innego, ale w sumie gdyby mi ktoś ukatrupił najpiękniejszego psiuta na świecie, zrobiłabym to samo. 

A więc jeśli jesteście w morderczym nastroju na snucie katastroficznych wizji – serdecznie polecam Johna Wicka.

Tytuł: John Wick
Reżysera: David Leitch, Chad Stahelski
W rolach głównych: Keanu Reeves, Michael Nyqvist, Alfie Allen i in.
Rok produkcji: 2014