Od odysei kosmicznej do hobbickiej wioski w dwie godziny [Film: Pasażerowie]

Idziecie do kina oglądać Chrisa Pratta, a dostajecie trzy filmy w jednym. Jakim cudem?

Pierwsza część zaczyna się, gdy na ekskluzywnym statku, zmierzającym ku odległym planetom z uśpionymi kolonistami budzi się jeden z nich, Jim (Chris Pratt). Szybko dowiaduje się, że jest jedyny, nie może ponownie pogrążyć się we śnie, a przed nim ponad dziewięćdziesiąt lat lotu, a więc nie dożyje, gdy osiągną destynację. Początkowo próbuje wszystkiego – dostać się do kabin załogi, buntować, wrócić do stanu stazy… a w końcu stara się dostosować do warunków, w jakich przyszło mu żyć. Przypomina Wam coś? Jego życie poprawiło się, gdy spotkał swojego Piętaszka, barmana-androida Arthura (Michael Sheen). W tym momencie zaczyna się romans. Niestety, pomimo tego, że shippowałam ich z całego serca, pojawiła się Aurora Lane (Jennifer Lawrance), pisarka, która chciała zażyć przygody na obcej planecie. No więc przeżywa przygodę swojego życia. Ale i romans nie może trwać wiecznie w kosmosie. Bo okazuje się, że statek się rozpada, a latanie tykającą bombą uwalnia Johnów McClane’ów w ludziach, którzy byli już Robinsonami oraz Romeem i Julią.

Emocji w tym co niemiara, ale najlepsze, co się w tym filmie wydarza, to brwi Martina Sheena.

Odkąd je zobaczyłam, nie mogłam myśleć o niczym innym. Nie wiem, kto uznał, że należy mu przykleić dwie dżdżownice do czoła, ale skradły cały show. Wszystkie piękne efekty specjalne nie zrobiły tego, co czarne włosy nad oczami.

Konsekwencje są takie, że widz siedzi wbity w fotel przez dwie godziny, a potem zbierając szczękę z podłogi, znajduje tam porzucone na początku seansu dziecko, które zjadło chrupki drugiemu dziecku.

Jeśli nie jesteście typami, które chodzą w Walentynki na Ciemniejszą stronę Greya (dżiiiz, poprzednio był o twarzach, a teraz będzie ciemniejsza strona, nikt nie myślał o tym, gdy tytułował te części? Czy to wewnętrzny troll?) to idźcie na Pasażerów. Jeśli nie będzie Wam się podobać, zawsze możecie się całować.

Tytuł: Pasażerowie
Reżysera: Morten Tyldum
W rolach głównych: Jennifer Lawrance, Chris Pratt, Michael Sheen i in.
Rok produkcji: 2016

Miasto-bohater [Dziewczyna z dzielnicy cudów, Aneta Jadowska]

Jadowska to moje guilty pleasure.  Czytam z komórki na spacerach czy tuż przed zaśnięciem, więc postępy ostatnio jakby mniejsze, ale się nie poddaję. Dziewczyna z Dzielnicy Cudów rozpoczyna kolejny cykl superbohaterski, nic więc dziwnego, że główna bohaterka, zwana dalej Nikitą, chce być jak Dora Wilk, gdy dorośnie. Póki co jest zabójczynią na zlecenie jakiegoś szemranego Zakonu (że niby Watykan się ich wyparł), ale gdyby nie inne imię, to nie zauważyłabym różnicy*.

Nikita pracuje sama, zabiła ostatniego partnera, poprzedniego chyba też. Dość powiedzieć, że nie jest lubiana. Na tyle że własna matka jej nie lubi i traktuje jako narzędzie, a ojciec się jej wyparł. Więc gdy znajduje pod swoim prysznicem kolejnego partnera, jego również postanawia zabić, zanim on zabije ją. No i tak o tym zabijaniu przez całą książkę.

Nikita pracuje jako zabójczyni dla Zakonu. Czym jest ten Zakon – nie wiadomo. Kogo ma zabijać? Kogo każą. Kogo zabija? Kto się napatoczy. Coś Wam to przypomina? Jadowska to kolejna (obok Mroza i Ćwieka – i zapewne kilku innych) autorka, która nie kryje swoich inspiracji. I naprawdę rozumiem, że literatura popularna jest schematyczna, jest powtarzalna, ale szanujmy się. Nie po to sięgam po książkę, żeby dostać marnym serialem (tak, spośród wszystkich nikitopodobnych wyrobów, Jadowska wybrała serial jako intertekst) między oczy. Ostatecznie Nikita tych trupów na koncie nie ma jakoś znacząco więcej niż Dora.

Muszę przyznać, że skusiłam się po przeczytaniu, że akcja dzieje się w Warszawie. I w odróżnienia od Torunia z tego samego uniwersum – w przypadku Warsa i Sawy ma znaczenie budowa świata. Ze względu na wojenna zawieruchę Warszawa została odcięta od innych miast i linii magicznych, a wewnętrzny obieg magii powoduje degenerację aglomeracji i zdziczenie prawobrzeżnej części. Prawdopodobnie doszłoby do tego samego również i w drugiej części stolicy, ale trzech bohaterów z poświęceniem uratowało od zagłady dzielnicę narażoną najbardziej. Jednak zniszczenie postępuje, a magiczna czkawka nawiedza miasto raz za razem, zmieniając jej mieszkańców w dzikie bestie.

Wars i Sawa są znacznie ciekawsze niż Thorn. Ten zresztą nie zajmował jakiegoś szczególnego miejsca w opisach, natomiast alternatywna Warszawa ma zdecydowanie większą moc oddziaływania zarówno na bohaterów, jak i na czytelnika. I to wyróżnia powieść spośród zwykłych weekendowych czytadełek o Mery Sujkach, które dzięki swoim mięśniom, wielkim giwerom, niesamowitej zawartości mózgu oraz wspaniałym przyjaciołom, którzy się do bycia przyjaciółmi nie przyznają (he he he) ratują świat.

*Poleciłam koleżance i ona nie zauważyła różnicy, tylko zapytała mnie, dlaczego imię zmienione.

Autor: Aneta Jadowska
Tytuł: Dziewczyna z dzielnicy cudów
Wydawnictwo: SQN
Data wydania: 2016

W świecie tańca i muzyki [Film: Lalaland]

Musicale mają specyficzną estetykę i, co tu kryć, trzeba je lubić. Jako zagorzała wielbicielka widowisk muzyczno-tanecznych spod znaku Bollywood, uzbrojona w zen-cierpliwość podążyłam na nominowany do Oscara w milionie kategorii  La La Land.

Sebastian (Ryan Gosling) pragnie mieć klub jazzowy w starym stylu, póki co gra do kotleta i najmuje się do grania na imprezach. Mia (Emma Stone) chce zostać aktorką, ale nim to nastąpi, podaje kawę gwiazdom kina. Spotykają się kilkukrotnie, ale zawsze kończy się to katastrofą. A jednak zakochują się w sobie.

La La Land spowodował, że Emma Stone, która po żenującej roli w Spider-Manie trafiła u mnie na czarną listę, wyleciała z niej. Natomiast wydaje mi się, że Gosling to złote dziecko Hollywood i czego by się nie dotknął, jest skazany na sukces. Nie inaczej było w tym przypadku. A reżyseria Damiena Chazelle’a spowodowała, że dotychczas nieobejrzany Whiplash został wciągnięty na listę „do zobaczenia”. Tylko który obejrzeć, ten z 2012 czy ten z 2014?

Nie, nie jest to bardzo banalna historia. Mimo hiperbolicznych scen rodzącej się miłości oraz pięknych ludzi tańczących i śpiewających, film jest prawdziwy jak samo życie. I to ten słodko-gorzki posmak, który pozostawia seans, jest gwarantem sukcesu. A zakończenie to prawdziwy majstersztyk wynikający z połączenia obrazów i dźwięków. I prawdopodobnie gdyby nie to zakończenie, ocena filmu byłaby inna.

Trudno napisać cokolwiek więcej i nie popaść w egzaltację. Twórcom udało się wyważyć nastrój, a jednocześnie zobrazować emocje, które zwykle źle wyglądają na ekranie. Jestem bardzo ciekawa, jak sobie poradzi film w starciu z innymi, ale życzę mu jak najlepiej.

Tytuł:  La la land
Reżysera: Damien Chazelle
W rolach głównych: Ryan Gosling, Emma Stone, John Legend, Rosmarie DeWitt i in.
Rok produkcji: 2016

Najnudniejszy zawód świata [Film: Nowy początek]

Kino wyszło matkom naprzeciw i mogą one korzystać z dobrodziejstw nowości filmowych wśród ludzi. Multibabykino oferuje komfortowy seans dla matek z niemowlakami. Poszliśmy sprawdzić,  spodziewając się pustej sali i jakieś było nasze zdziwienie, gdy mnóstwo miejsc było zajętych. Pod ekranem było przygotowane miejsce zabaw dla pełzaków i dziobaków, przy wejściu do sali miejsca parkingowe dla wózków. W odróżnieniu od wszystkich innych seansów, na tym najbardziej pożądany jest pierwszy rząd, bo można postawić wózek zaraz obok siebie. Ja, nauczona doświadczeniem, przywiązałam dziecko do siebie, żeby go nie zgubić.

Trafiliśmy na Nowy początek, film na podstawie opowiadania Teda Chianga pt. Historia twojego życia. Tekst zgarnął kilka ważnych nagród, m.in. Nebulę. Po kilku miesiącach bez kina nie przeszkadzało mi nawet to, że w roli głównej pojawiła się wielka głowa Amy Adams.

W dwunastu miejscach na świecie pojawiły się statki kosmiczne. Nie zaatakowały, ale to nie uspokoiło rządów, które dramatycznie próbują nawiązać kontakt z gośćmi. Do tego zadana zostali zwerbowani lingwistka Louise (Amy Adams) oraz matematyk Ian (Jeremy Renner). Od razu biorą się do dzieła, szybko orientując się, że fonetycznie (paszczą) nie ma szansy na porozumienie. Ale od czego mamy pismo. Kosmici też dysponują pismem, wyglądającym jak kleks po kubku z kawą. Wojsko i rządy całego świata chcą się dowiedzieć, jaki goście mają cel. Ale zanim Louise będzie w stanie o to zapytać, musi nauczyć się bardziej podstawowych kwestii z języka kosmitów, a to wpłynie na to, jak postrzega rzeczywistość.

Czytałam nowelkę będące podstawą filmu i muszę przyznać, że Ted Chiang odrobił pracę domową z języka i antropologii, ale twórcy filmu zrobili kawał dobrej roboty, przenosząc na ekran tę wizję. Kosmici są ok, jak to kosmici. Ale nie trąci chińską gumą z Buffy – pogromcy wampirów. Wyobrażenie zwierciadełek zrobiło na mnie ogromne wrażenie – w ogóle pierwsze sceny, emocje związane z pierwszym spotkaniem, wejście i zmiana fizyki… Czapki z głów. To pierwszy film Denisa Villeneuve’a, który widziałam, ale skłaniam się ku bliższemu zbadaniu jego twórczości. Amy Adams w tym filmie jest. Nie lubię jej, wiec się nie będę rozwodzić nad drewnianą grą i brakiem mimiki. Zepsuła mi oglądanie Julie&Julia oraz Enchanted, teraz się nie dałam. O dziwo pasowała do obrazu lingwistki, samotnicy, która wie rzeczy o kosmitach i dogaduje się z nimi lepiej niż z ludźmi. Żałuję, że Jeremy Renner był tylko tłem, lubię go, mimo że nie jest błyskotliwym aktorem. Ale w tej kompozycji oszczędnych gestów realizował się znakomicie. Niemniej przy przekładaniu narracji pierwszoosobowej trudno się dziwić, że wszyscy poza narratorem ulegli redukcji.

Film, w odróżnieniu od literackiego pierwowzoru, nie stawia pytań o to, czym zdeterminowany jest nasz los, ale zarówno autor, jak i reżyser bawią się wizją podejmowania kluczowych decyzji na temat przyszłości.

Muszę przyznać, że Nowy początek (tytuł noweli to History of your life -> Historia twojego życia, ale już film otrzymał Arrival, co zostało przełożone jako Nowy początek, choć jako żywo żadnego nowego początku tam nie dostrzegłam) był bardzo dobrym filmem – nostalgiczny, słodko-gorzki, mający swój ciężar gatunkowy. Nie ma w nim wybuchów ani nawet petardy, to film o żmudnej pracy nad porozumieniem, zarówno w sensie globalnym, jak i tym intymnym. Na pewno nie jest dobry na walentynki, ale jeśli spędzacie Sylwestra w ciepłych skarpetach, to niezależnie od tego, czy pijecie szampana samotnie, czy też we dwoje, polecam do obejrzenia.

Tytuł: Nowy początek
Reżysera: Dnenis Villenueve
W rolach głównych: Amy Adams, Jeremy Renner, Forest Whitaker, Michael Stuhlbarg i in.
Rok produkcji: 2016

Studium upadku bohatera [Kasacja t.1, Remigiusz Mróz]

Thriller prawniczy polskiego Johna Grishama – brzmi zachęcająco? Czyta Krzysztof Gosztyła – lepiej być nie może, co?

Zachęcona trylogią o komisarzu Forście, którego autor ostatecznie wysłał w dalekie kraje, chętnie sięgnęłam po spin-offa, którego bohaterką jest prawniczka, broniąca w ostatnim tomie naszego dzielnego bohatera.

Choć mogłoby się wydawać inaczej, to nie Chyłka jest bohaterką cyklu. Funkcję bohatera pełni Konrad Oryński, świeżo upieczony aplikant, pracujący w prestiżowej kancelarii prawnej. Narrator ekstradiegetyczny z fokalizacją wewnętrzną (narrator zewnątrztekstowy przyjmuje perspektywę bohatera, ale w tym wypadku nim nie jest). Jest to człowiek bez charakterystyki: nie ma wyglądu zewnętrznego, czasem tylko narrator informuje, że Oryński ma podkrążone oczy z niewyspania lub przemyca podobne szczegóły. Wiadomo, że jest tuż po studiach, pali i pije kawę z mlekiem:

Pociągnął łyk latte, które chwilę wcześniej wziął na wynos w Coffeeheaven. Potem zaciągnął się papierosem, piątym w ciągu godziny, jeśli jego szacunki były trafne (Kasacja).

Trafia pod patronat wziętej pani mecenas (czy ciągle się tak mówi? Gdy byłam kilkanaście lat temu w kancelarii radcowskiej, to tak się zwracano do radców, a teraz Mróz mnie raczy „Pani adwokat” – naprawdę!), która (całkiem słusznie) traktuje go trochę jak przygłupa, a trochę jak maskotkę. Inna sprawa, że ona każdego traktuje jak przygłupa, choć sama, jak można się przekonać z biegiem akcji, gejzerem intelektu nie jest, a cięta riposta geniusza nie czyni. A Chyłka? To

(…)  około czterdziestoletnia kobieta, którą Kordian mimowolnie otaksował wzrokiem. Mocno taliowany żakiet i obcisła spódnica nie pomagały w oderwaniu od niej spojrzenia (Kasacja).

Czy trudno się domyślić co będzie dalej?

– Zordon! – dało się słyszeć wołanie w norzeoborze.
Oryński je zignorował (…) 
– Zordon!
Dopiero teraz Oryński uświadomił sobie, że zna ten głos.
Obejrzał się przez ramię i zobaczył idącą ku niemu Chyłkę.
– Wołam cię już któryś raz – powiedziała.
– Mam na imię Kordian.
– Zordon, Kordon, jeden pies – rzuciła (Kasacja).

I teraz problem, przed którym stawia czytelnika autor: jak bardzo można wierzyć Chyłce, jako bohaterce. O ile każdy tom pokazuje, że Zordon to prostolinijny chłopak o szczerych intencjach, o tyle pani adwokat (mecenas) gra i ukrywa wszystko, co się da. Cała jest kreacją.
Ukrywa przeszłość, rodzinę, alkoholizm, a ostatecznie…*

Sytuację ratuje bohater drugoplanowy – Kormak,

(…) chudzielec w małych, okrągłych okularach. Kordianowi przywodził na myśl Eltona Johna – młodszego o kilkadziesiąt lat i uboższego o kilkadziesiąt kilogramów. I ta wersja chyba nie była gejem, bo wbijała wygłodniały wzrok w dekolt Joanny (Kasacja).

Chłopak czyta tylko jednego autora, McCarthy’ego, wygrał życie, pracując w korpo na własnych warunkach, rozprowadzając radośnie „pobudzacz psychomotoryczny” wśród uczestników wyścigu szczurów, jednocześnie będąc jedyną niezastąpioną osobą w firmie.

Poznajemy Chyłkę, gdy broni syna jakiegoś prominenta od oskarżenia o morderstwo ze szczególnym okrucieństwem. Niestety, pech polega na tym, że sam oskarżony bronić się nie zamierza. W drugim tomie broni rozpaczliwie rodziców, oskarżonych o porwanie i zamordowanie własnego dziecka, choć o matce dziecka ma jak najgorsze zdanie, bo się znały od czasów liceum. Oczywiście zagęszcza się atmosfera między naszymi bohaterami (czy ja nie oglądałam już tego serialu? A, no tak, nawet się Mróz nie broni, przyzywa Suits po imieniu). Później podejmuje się wydobycia odszkodowania na rzecz Roma od firmy, którą drzewiej reprezentowała. Myślicie, że pachnie konfliktem interesów? E tam, nie widać go przez dno butelki. I w końcu zwraca się do niej kolega ze studiów, obecnie sędzia TK (nośny temat), oskarżony o zamordowanie przypadkowego człowieka. Jeśli chodzi o rozwój postaci, to Zordon nawet przyzwoicie dojrzewa, czego nie można powiedzieć o Chyłce.
 

Jeden z epizodycznych bohaterów, McVay, ma willę z lat 80. na Elsnerowie. Przeszłam się wobec tego po okolicy, żeby zbadać lokalne domy, ale żaden nie pasował. Otóż domy z czasów komuny są melinami, a nowsze są wilijkami z lat przełomu – znacie te niskie rozłożyste domy z parterowymi studiami i sypialniami ze skosami, w oknach których obowiązkowo są złote szprosy i wszystkie muszą być otynkowane na żółto? Ale być może chodziło o Zacisze między torami a Radzymińską? Zresztą widać, że chłopak ma jakąś słabość do okolicy. W ostatnim tomie, Immunitecie, klient mieszka na Wyspowej (odchodzi ona od Łodygowej) i pisze ze zdumieniem, że jest cicha i nie słychać na niej tramwajów. Mocno by mnie zdziwiło, gdyby pojawiły się tam odgłosy tramwajowe, gdyż najbliższe tory są ok. 5 km stamtąd. Pokazał mi to plan miasta.

Można przeczytać. Mróz ma styl potoczysty, mnie tylko zgrzytają te ni to błędy, ni to niezręczności językowe, które powodują, że powieść brzmi jak złe tłumaczenie.

Joanna starała się nie myśleć o tym, że ona również uszczknie kawałek tego ciasta (Rewizja)

Naprawdę? Tak się mówi po polsku? W Rewizji kończy posłowie słowami: Opole, 21 sierpnia – 14 września 2015 roku (Tak, pisałem dzień i noc. Nie pytajcie, ile czasu zabrała mi potem redakcja). Otóż widać, że niewiele. Niemniej, jako osobnica pisząca zwięźle nad miarę, szanuję słowotok i wodolejstwo jako sztukę, której mi poznać nie było dane.
Mam ochotę dać mu słownik.

Teraz będzie fragment dla osób, które przeczytały wszystkie tomy, lub lubią spojlery. Jeśli nie lubisz, zakończ czytanie, żeby nie było potem płaczu.

* ciążę!!! No błagam, jak Mróz zamierza przeprowadzić ciągle pijaną prawniczkę przez ciążę i co zamierza z nią dalej zrobić? Czy on nie oglądał Bones? Nie wie, że dziecko zabija fabułę? Zawsze? Na śmierć?
To jest tak bardzo  out of character, że nie mam słów.

Autor: Remigiusz Mróz
TytułKasacja
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Data wydania: 2015

Czy Remigiusz Mróz jest trollem? [Behawiorysta, Remigiusz Mróz]

Jestem żądna krwi, mordu i ekscesów. Jako matka karmiąca mogę się co najwyżej do biedry wybrać, więc czytam, a czytając wybieram się w dalekie krainy. Lub do Opola.

Czytanie Mroza jest jak sięganie po harlekina, tylko półkę wyżej. Przeczytałam siedem powieści, a jakbym zajrzała mu do tej szuflady z czterdziestoma rękopisami i przeczytała je wszystkie. Jest akcja, mnóstwo zwrotów akcji, z których większość da się przewidzieć i trochę się czuję oszukana, jakbym obejrzała odcinek procedurala.

Gerard Edling jest skompromitowanym prokuratorem, zwolnionym dyscyplinarnie w związku z tajemniczą sprawą, o której półsłówkami autor wspomina co kilka stron, nazywając to „sprawą z dziewczyną”. Edling uważa się za eleganckiego, kulturalnego – jednocześnie autor przeczy temu, opisując bohatera:

Gerard Edling odstawił kieliszek czerwonego wina na stolik przy
fotelu, zadowolony, że zdążył zrobić tylko łyk. (…) Poprawiwszy poły jasnej marynarki, odchrząknął i spojrzał na telefon. (…) Nosił beżową marynarkę, kamizelkę i spodnie, do tego białą koszulę i czarny krawat. Zestaw nigdy się nie zmieniał

No nie, jasny garnitur i czarny krawat? Czy nikt mu nie powiedział, że czarny krawat nosi się na pogrzebach? JASNY GARNITUR JESIENIĄ??? Mróz, ty trollu!

Poza tym jest bezrobotnym społecznikiem, który pragnie nawrócić ludzkość na jedyną słuszną drogę savoir-vivre’u. Tylko żaden naprawdę kulturalny człowiek nie poprawia innych ludzi. Ok, nauczenie się tego zajęło mi trochę i spowodowało nadciśnienie, ale jedną z najważniejszych osób w moim życiu szanuję właśnie za to, że gdy pisałam Mu uparcie maile zaczynające się od „witam”, on uparcie swoje zaczynał od „szanowna pani”, aż zrozumiałam.

Zamachowiec-terrorysta zajął przedszkole i nie wysunął żadnych żądań. Co można osiągnąć, biorąc przedszkolaki za zakładników? Akcję transmitował w internecie jako eksperyment społeczny, angażując w swoje działania internautów. Możecie się tylko domyślać, co się dzieje, gdy ludzie dostaną swoje igrzyska w darknecie, a media zwęszą zwiększoną oglądalność. Oczywiście bezrobotny prokurator, specjalista od kinezyki (czyli mentalista i Cal Lightman w jednym) uważa, że jest niezbędny w śledztwie.

Powieść jest bardzo brutalna a opisy naturalistyczne. Epatuje przemocą nie tylko wobec dzieci, choć ta robi największe wrażenie. Być może w dzisiejszych czasach, kiedy oglądamy Bones do obiadu, hiperbolizacja jest jedyną metodą zmuszenia czytelnika do myślenia i odczuwania. Ale z drugiej strony, czy wchodzenie na kolejny poziom przemocy jest rozwiązaniem? Co będzie dalej?

Mróz od pierwszego zdania pokazuje, że język, semantyka i słowniki są dla niego ważne. I jestem prawie pewna, że naoglądał się pewnej perwersyjnej vlogerki, prawiącej o języku. I tak bohater poucza syna, iżby nie mówił „w każdym bądź razie” tylko „w każdym razie” lub „bądź co bądź”, bo to błąd. A potem narrator mówi, że więźniowie

nie mieli zamiaru targnąć się na jego życie.

Po co to „się”? To ta sama kategoria, co „pytać się”. Nie „się”, tylko siebie – jeśli już (pozycja mocna w zdaniu). Albo to:

Sięgnął na samo dno ludzkiej duszy i wyłowił z niego to, co chciał.

A gdyby zrezygnował z dwóch nadmiarowych zaimków – byłoby poprawnie i brzmiało znacznie lepiej. Błędów było naprawdę dużo, zapewne wszystkich też nie wynotowałam, ponieważ książkę czytał mi Jacek Rozenek, a inaczej się błędy słyszy, a inaczej widzi.

Sympatyczne czytadło z aspiracjami intelektualnymi. Zniechęca mnie język autora, który brzmi jak kiepskie tłumaczenie z angielskiego i przewidywalność powieści na poziomie baśni – jeśli jakiś bohater jest brzydki, to jest antagonistą. Wobec tego wiedziałam, kto zabił, a kolejne piętnaście godzin poznawałam pokręcone intencje obu stron. Dodatkowo jest to kolejna powieść Mroza, której bohatera nie lubię, bo uważam, że jest bucem.

Jednak nie zamierzam zarzucać czytania twórczości tego autora – dają mi taką rozrywkę, jakiej się spodziewam. Klisze.

Autor: Remigiusz Mróz
Tytuł: Behawiorysta
Wydawnictwo
Data wydania:

Trzy książki-widma

Otwarcie rynku w latach 90. spowodowało rozwój małych, garażowych wydawnictw, które robiły książki na kolanie, bez korekty i redakcji, łamane w wordzie, tytuł na okładce robionej przez szwagra Gienka, tytuł napisany czcionką comic sans… Nic dziwnego, że tych efemeryd ze świecą szukać w Narodowej. Odszukanie dzisiaj takich powieści graniczy z cudem i w zasadzie nie wiadomo, czy one istniały rzeczywiście, czy są tylko dziełem internetowych trolli. 
Andrzej Tadeusz Mazurkiewicz
Był taki działacz polityczny z lat 90., który napisał trylogię o podboju Ziemi przez kosmitów. Pierwszy tom, wydany przez oficynę Fulmen, pt. Upadek Aniołów (1997) jest niedostępny w ogóle. Kolejne tomy były wydane w innych wydawnictwach, ale co lepsze – parę lat później zostały opublikowane powieści innych autorów o tych samych tytułach. I tak Anioły śmierci (1999) są mylone z książką Williama Kinga (2005) a zamykająca cykl Zemsta Aniołów (2007) z dziełem Annie Sanders (2011).

Marek Hemerling

Z trzech wydanych przez koszalińskiego autora powieści jedna, Biały jest tylko śnieg (2007) – mikropowieść (jakiego rodzaju gatunkiem jest mikropowieść to temat na osobny wpis, ale pokazuje wpływy zachodniej tradycji teoretycznoliterackiej na polskie myślenie o gatunkach) – jest nieosiągalna. To znaczy jest – sprzedaje ja w niskiej cenie http://solarisnet.pl/, ale Biblioteka Narodowa nie dostała egzemplarza. Pewnie nie powinnam się dziwić, nie wszystkie wydawnictwa się wywiązują z tego obowiązku. Ale Harlequin jest w księgozbiorze 😉
Ale żeby nie było, są też niespodzianki innego typu.
Na przykład książki w katalogu, o których internet milczy. I to milczy wymownie, zaciskając usta w wąską kreskę i patrząc porozumiewawczo.

Andrzej Trepka

Ostatnim dziełem jest Kominfaun Andrzeja Trepki (zapis nazwiska też jeszcze nie jest ustalony, więc pomijam środkowy człon szlachecki), o dziwo opublikowana w 2005 r. przez Śląsk. Pierwsza połowa sprawia wrażenie reportażu nt. polowań tygrysów na ludzi. Czytając opowieść o dwóch tygrysach zabijających ludzi w mieście, zastanawiałam się, czy to w ogóle książka fabularna. Otóż tak, bohater pojawia się już w połowie książki, zaraz po opowieści z wilkami… (tę wyparłam już z pamięci). W przypadku Kominfaun  jest odwrotnie –– zalega w BN (byłam pierwszą czytelniczką egzemplarza obowiązkowego), za to internet o niej milczy. Są enigmatyczne notatki w biblionetce i Encyklopedii Fantastyki. Ciężko mi uwierzyć, że nikt tej doskonałości nie przeczytał.
Czytaliscie którąś z tych powieści? Muszę przyznać, że dwie, których nie ma, brzmią superintrygująco!

Wszystkie kobiety Wiktora Forsta [Maraton: Remigiusz Mróz]

Wiktor Forst jest bohaterem trylogii Remigiusza Mroza – cudownego dziecka współczesnej literatury rozrywkowej. I kiedy piszę „współczesny”, mam na myśli kilka ostatnich lat, nie dekad, jak to zwykle bywa.

Na Mroza trafiłam na promocji w audiotece, cały pakiet czytany przez Krzysztofa Gosztyłę. Audiobooki można lubić lub nie, można też lubić niektóre. Mnie się podobają te, czytane przez Gosztyłę. Coraz trudniej mi czytać, gdy syn coraz większe wymagania (a mówili, że niemowlęta tylko śpią i jedzą). Zaczęłam słuchać, mąż zaczął słuchać, kazał na siebie czekać, aż z pracy wróci.

Powieść zaczyna się morderstwem a później napięcie rośnie. Komisarz Forst bada morderstwo, od którego doszło na Giewoncie. Szybko zostaje odsunięty od sprawy, ale nie jest człowiekiem, który słucha rozkazów i łatwo odpuszcza, wiec zajmuje się śledztwem na własną rękę.

Mróz ma dość charakterystyczny sposób budowania postaci: poprzez uwagi innych. I tak wiemy, że nosi koszule w kratę:

Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jaką ma opinię. W najlepszym wypadku był postrzegany jako nieprzesadnie sympatyczny policyjny wyjadacz, na którym trupy dawno przestały robić wrażenie. W najgorszym – jako degenerat. Niespecjalnie szło mu budowanie własnej marki wśród kolegów po fachu, a czerwono-czarne flanelowe koszule w kratę i wytarte jeansy, które stanowiły jego osobisty odpowiednik munduru, z pewnością w tym nie pomagały (Ekspozycja);

– Nie przyjmuję przegranych spraw, nawet jeśli potencjalny klient wygląda jak buntowniczy rockman.
– Słucham?
– Widziałam pana w telewizji. Fajne koszule (Trawers)

Romantyk

Ale prawda jest taka, że komisarzowi wszędzie towarzyszą kobiety i zdaje się, że to one go definiują. Przygodę zaczynamy z Olgą Szrebską – dziennikarką, która na żywo komentuje spod Giewontu:

Wiktor obserwował, jak Olga Szrebska przejmuje dowodzenie na Kondrackiej Przełęczy. Poprzesuwała ciekawskich, organizując sobie skrawek miejsca przed taśmami policyjnymi. Zdołała zmieścić tam siebie i kamerę, która teraz rejestrowała, jak dwóch policjantów zbliża się do dziennikarki. Włosy miała upięte z tyłu w niewielki kok, który nijak nie pasował do krótkiej kurtki z logiem stacji telewizyjnej. Uwagę komisarza przykuło jednak coś innego.
– Widzi pan te pośladki? (Ekspozycja)

Owe pośladki prowadzą bohatera za granicę, do więzienia, do lasu, na szlaki, pod śnieg, do piwnicy i do willi. Szrebska to bystra babka, love interest bohatera, ale gdy śledzę opisy w książce, to mam wrażenie, że czytam 50 twarzy Greya, a ubóstwo językowe  razi. Otóż kobieta kiwa głową, pyta, upomina się o uwagę… nie no, upraszczam, bo jeszcze patrzy, siedzi i myśli na trzy sposoby (przyswaja, zamyśla się i skupia). Jednak widać robi to na tyle seksownie, by Forst rozmyślał o zaciągnięciu jej najpierw do łóżka, a w dalszej perspektywie do USC.

Drań

Nie mniej ciekawie został pokazany dawny związek z Agatą Osicą – córką podinspektora. Zresztą im dalej w las z fabułą, tym poważniejszy się okazuje. Na pierwszych stronach pierwszego tomu jest wspomniane, że

(…) Forstowi kilkakrotnie zdarzyło się wylądować w łóżku z jego [podinspektora] córką

Tymczasem w Przewieszeniu mówimy już o związku:

Przez moment zastanawiał się, dlaczego zakończył ten związek. (…) Kiedy Agata i Forst zaczynali się spotykać, nie wieszczył im świetlanej przyszłości – potem jednak powoli zaczynał widzieć w podwładnym kandydata na zięcia

Tak totalnego braku konsekwencji u autora i syndromu wyparcia u bohatera nie widziała od czasów Sagi o Ludziach Lodu – co prawda relacja była nieudana, ale dlaczego ją zakończyłem? A tak, partnerka była zołzą.

Przestępca

Gosztyła miał bardzo irytującą manierę czytania nazwiska Dominiki Wadryś-Hansen z bardziej śląska niż w pisowni, dzięki czemu wciąż brzmi mi w głowie jako Wadrich-Hansen. Znaczy pani prokurator niby swojska, a jakby z importu*. Pomijając tę fonetyczną niewygodę, ją z kobiet Forsta lubiłam najbardziej. Pomimo że

Kładła duży nacisk na to, jak wygląda, bynajmniej nie dlatego, że była próżna. W jej zawodzie kobiety musiały odpowiednio się prezentować, by z jednej strony budzić szacunek, a z drugiej nie sprawiać wrażenia psychopatek (Przewieszenie)

Ale o co chodzi?

Z drugiej strony najbardziej się zmieniła pod wpływem zdarzeń, z lady przeobraziła się w normalną kobietę, a jej relacja z Osicą to najprawdziwszy związek, jaki zaistniał w tej powieści. Mimo to, miałam momentami wrażenie, że kogoś mi przypomina:

W budynku była winda, ale Wadryś-Hansen lubiła przechadzać się korytarzami. Była tutaj szychą i czuła to, gdy mijali ją pracownicy prokuratury. Uważała, że nie ma nic złego w tym, by trochę podbudować swoje ego. Pewny siebie oskarżyciel to dobry oskarżyciel

Mam wrażenie, że Mróz się naczytał Jo Nesbø. I świetnie, lubię Jo Nesbø. Podobało mi się tempo akcji i liczba epizodów na stronę (w sensie zwrotów wzmiankowanej akcji). I żeby nie było, że się czepiam, widzę że autor ma większy potencjał. Gdyby pocisnął, byłby bardziej. Gdy więc słyszę kalki z angielskiego (tak!), to mam żal, ale nawet nie do autora, on nie musi umieć w język (choć ostatnia Chyłka dowodzi, że jest aspirujący i wie, czym jest imiesłów), ale redaktor mógłby robić to, za co mu płacą. Niech ja dorwę papierowe wydanie i się dowiem, kto odpowiada za krwawienie moich uszu. Trochę się jednak cieszę, że nie widziałam tych literówek, które zapewne zostały, bo jeśli grube błędy poszły, to co tam przecinki i orty…
Zakończenie mnie wbiło w ziemię.

A jestem z tych połykaczy kryminałów, którzy od dziesiątej strony, a najdalej od trzeciego rozdziału wiedzą, kto zabił.

*Kto miał manierę zaczynania zdania od „znaczy”? Pytanie całkiem OOT, ale chyba z mojej ulubionej książki.

Autor: Remigiusz Mróz
Tytuł: Ekspozycja/ Przewieszenie/ Trawers
Wydawnictwo: Filia
Data wydania: 2015/ 2016/ 2016

Leć po marzenia [Film: Eddie zwany Orłem]

Bardzo chciałam obejrzeć film pt. Eddie zwany Orłem, zachęciły mnie do tego (oczywiście) zwiastuny. Niestety, dystrybutor wycofał się z pokazów kinowych w Polsce.

Od zawsze marzeniem Eddiego (Taron Egerton) było wystąpienie na igrzyskach. Już jako dziecko pokonywał własne słabości i po każdym pobitym rekordzie wybierał się na przystanek autobusowy, by spełnić swoje marzenie o zostaniu znanym sportowcem. Jednak dla chłopaka, który nosi okulary o szkłach grubości denka od butelki i zerowej koordynacji ruchowej, realizacja planów była bardzo daleko. Niemniej – nigdy się nie poddał.

Ojciec Eddiego nigdy go nie wspierał w dążeniu do spełnienia marzeń. Był robotnikiem i w tym samym zawodzie widział swego syna. Natomiast matka (Jo Hartley) niby wspiera te dziecięce marzenia, ale pozwala ojcu być tym złym, który sprowadzi Eddiego na ziemię. Gdy nawet dla bohatera staje się oczywiste, że ze startu w igrzyskach nici, orientuje się, że oprócz letnich, są też zimowe. Angażuje się w zjazdy narciarskie, niestety, zostaje usunięty z drużyny olimpijskiej. Eddie jednak nigdy się nie poddaje. Podczas treningów skoków narciarskich poznaje kierowcę ratraka – Bronsona Peary’ego (Hugh Jackman) – byłego skoczka, obecnie pijaka. Jest to postać inspirowana jednym z dwóch trenerów Eddiego, Chuckiem Berghornem. 

Jest to pełen humoru ciepły film familijny, który pokazuje, że impossible is nothing i wystarczy bardzo czegoś pragnąć, by to mieć. I że zawsze jest ktoś, kto co prawda uważa cię za wariata, ale stoi u twego boku. Polecam – jest idealny jako kino familijne i do obejrzenia przed finałem Euro!

TytułEddie zwany Orłem
Reżysera: Dexter Fletcher
W rolach głównych:
Rok produkcji: 2016

Czytadło wakacyjne [Szamański blues, Aneta Jadowska]

W tym tygodniu znowu będzie o książce Jadowskiej – jak wspomniałam w poprzednim wpisie, tworzy ona spin-offa do sagi o Dorze Wilk. Bohaterem będzie Witkacy, moja ulubiona postać z tego uniwersum, miałam więc nadzieję, że dla odmiany tego nie popsuje.

Nie zawiodłam się!

Pierwszy raz będę dobrze pisać o powieści spod pióra mojej ulubionej a(ł)toreczki, więc jest to pamiętny wpis.

Piotr Duszyński (ach, zwróćcie uwagę na to nazwisko!) był partnerem Dory, gdy ta jeszcze pracowała w Toruniu. W Szamańskim bluesie Witkac jest wciąż w trakcie szkolenia i dzielnie wykonuje swoje obowiązki przy przeprowadzaniu duchów na drugą stronę. Gdy na progu jego kawalerki staje była dziewczyna z czasów studenckich i prosi o pomoc w wyjaśnieniu tajemniczych zgonów niemowląt w szpitalu Bielańskim, początkowo Witkac nie spodziewa się, że będzie musiał wykorzystać umiejętności inne niż policyjne.

Chłopak eksperymentował z narkotykami od czasów studiów, stąd się wzięło jego przezwisko. Tymczasem okazało się, że za pomocą środków odurzających starał się zakryć pewną część (nie)rzeczywistości, która mu towarzyszyła – widział duchy. Podjął jednak decyzję, żeby nie ukończyć szkolenia, co mu przeszkadza w osiągnięciu pełni mocy. Wydaje mi się, że Jadowska nie może się zdecydować, czy jest on wiecznym Piotrusiem Panem, czy dorosłym, poważnym facetem. Jeśli miałby być dojrzały (na co wskazuje pociąg do zebrania rodziny), to unikanie przeznaczenia jest out of character. Cóż, przynajmniej nie wszyscy na niego lecą i nie jest najgenialniejszy w tym i  innym świecie. Przynajmniej w pierwszym tomie sprawia wrażenie normalnego faceta.

Narrator tradycyjnie pierwszoosobowy. Szkoda, mam wrażenie, że książka bardzo by zyskała, gdyby był ekstradiegetyczny, nie zanurzony w fabule. Ale to moje osobiste preferencje, bo (jak zapewne wspominałam o tym przy okazji innych narracji pamiętnikarskich) mam wrażenie, że to pójście na łatwiznę. Ale ja sie naczytałam w życiu harlekinów, w których narrator jest trzecioosobowy.
Więc też patrzę na zróżnicowanie językowe poszczególnych postaci i myślę, że jednak bieda tam panuje. To znaczy nie, oni operują pięknym językiem, ale brak im jakiejś soczystości. Jeden z drugoplanowych bohaterów, pewien Sęp, aż się prosi o zdefiniowanie go na tym poziomie, ale nie, jego język jest dokładnie taki sam, jak wszystkich pozostałych. To mnie smuci i niepokoi. Na szczęście nadrabia fabułą i dużą ilością zwrotów akcji.

Jestem bardzo ciekawa dalszych przygód dzielnego policjanta, bo sądząc po przygodach Dory, jemu też stanie się w końcu krzywda (zostanie na pewno najznamienitszym duchologiem we wsi i będzie miał kotka, bo to jego spirit animal – albo coś takiego). Na razie jestem ukontentowana, przeczytawszy Szamański blues i polecam. Zamiast heksalogii o Dorze.

Autor: Aneta Jadowska
TytułSzamański blues
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: 2016