Nie za górami, nie za lasami [Kajś. Opowieść o Górnym Śląsku, Zbigniew Rokita]

Punktem wyjścia opowieści są wieloletnie poszukiwania rodzinnych korzeni przez autora. I wcale niebłahe dylematy: czy chwalić się pradziadkiem wcielonym do Wehrmachtu? Jaką narodowość podawać w spisie powszechnym? Polską? Niemiecką? Śląską?

Zbigniew Rokita, Kajś. Opowieść o Górnym Śląsku

W 2021 r. ten reportaż młodego dziennikarza (rocznik 1989) został nagrodzony podwójną Nagrodą Literacką „Nike” – od jury i czytelników. Na język śląski ma go przetłumaczyć Grzegorz Kulik, popularyzator tego języka, który też pojawia się w „Kajś” jako jeden z rozmówców autora. Tym samym to kolejny już reportaż (a dokładnie rzecz biorąc, w przeciągu pięciu lat trzeci, po „Żeby nie było śladów”  Łazarewicza (2017) i „Nie ma” Szczygła (2019), wyróżniony tymi laurami. Czyli co drugi rok nagroda literacka za literaturę (poniekąd) faktu… Ale do rzeczy. Punktem wyjścia dla tej śląskiej opowieści są wieloletnie poszukiwania rodzinnych korzeni przez Rokitę – już na początku, oprócz trzech mapek opisywanych regionów, autor zamieścił uproszczone drzewo genealogiczne swojej rodziny od strony matki. A zadedykował reportaż swojej babci Marii, która odgrywa w nim niepoślednią rolę, oraz swojej narzeczonej Martynie.

Początkowy stosunek Rokity do bogatej rodzinnej historii wyglądał następująco:

Moim pierwszym śląskim przodkiem, który miał imię i nazwisko, był, odkąd pamiętam, prapradziadek Urban Kieslich, stolarz z domku na urokliwej Kirchstrasse. Zawsze był dla mnie człowiekiem, który zginął na swoim podwórku od odłamka bomby. Tyle się w rodzinie zapamiętało.
Mijały lata, a rodzinna opowieść – bądź raczej to, co działo się z nią w mojej głowie, sam już nie pamiętam – roiła się coraz ciekawsza: najpierw miała to być ostatnia bomba zrzucona na Ostropę, później prapradziadek awansował nawet na ostatnią ofiarę wojny w ogóle. Gdy byłem nastolatkiem, nie zastanawiałem się nawet, o którą wojnę chodzi. Snułem opowieści, w które święcie wierzyłem. Rozpowiadałem na przykład, że u nas na piętrze podczas II wojny światowej najpierw Niemcy, a później Sowieci prowadzili dom publiczny, a na poddaszu mieszkały burdelmamy, kolejno nazistowska i radziecka…
(…) Atrakcyjniejsza wydawała mi się opowieść o lwowskiej części rodziny, w swojej wyjątkowości całkiem typowa. Ona – praprababka Karolina Próchnicka, gospodyni domowa, on – prapradziadek Józef Próchnicki, chemik z Politechniki Lwowskiej, po przyjeździe w 1945 roku do Gleiwitz, właśnie aranżowanego  na Gliwice, pracował na nowo utworzonej Politechnice Śląskiej. Zajęli wspaniały dom z wielkim ogrodem, w którym bawiłem się jako dziecko.
Długo nie zwracałem uwagi na powtarzane w rodzinie słowo „zajęli”. W pacholęctwie słuchałem, że tu kogoś w czterdziestym piątym z domu wyrzucali, a tu ktoś w czterdziestym piątym jakiś dom zajmował. Te opowieści były dla mnie przezroczyste, nie rozumiałem, że wypędzani musieli mieć swoich wypędzających, a wypędzający wypędzanych. A nawet gdybym to rozumiał, nie pojąłbym, że owi zajmujący dom lwowiacy sami byli wypędzonymi. Nie pojmowałem, że jedni moi dziadkowie siedzący na rodzinnych geburstagach  byli dziećmi zwycięzców wojny, drudzy – przegranych. Przynajmniej teoretycznie [s. 14–15].

Podczas reporterskiego odkrywania własnych korzeni Rokita natyka się na różne zagwozdki, nieobce mieszkańcom Górnego Śląska: jak opowiadać o dziadkach czy wujach, którzy byli wcieleni do Wehrmachtu? (Sam Rokita przyznaje się do pradziadka z Wehrmachtu). Czy w ogóle można być dumnym z takiego przodka? I jaką narodowość podawać w spisie powszechnym? Polską? Niemiecką? Śląską? Autor przypomina pokomplikowane dzieje Gliwic i okolic na przykładzie własnej rodzinnej historii, rozmawia m.in. z członkami Ruchu Autonomii Śląska, naukowczyniami i naukowcami, historyczkami i historykami, działaczkami i działaczami społecznymi. Ten wielogłos nie daje rzecz jasna jednoznacznej odpowiedzi na żadne ze stawianych przez reportera pytań. I dobrze, bo każdy, kto czuje się związany z tą częścią Europy, jaką jest Śląsk, powinien sam ją odnaleźć. Mnie ta śląska Odyseja wciągnęła – nie tylko dlatego, że sama mam gliwickiego szwagra, którego część rodziny pochodzi z Kresów. Po prostu jest to rzecz dobrze napisana, wielość rozmówców i ich poglądów pokazuje, jak mozaikowy jest Górny Śląsk. I jak nieoczywiste są (z pozoru oczywiste) rzeczy.

Autor: Zbigniew Rokita
Tytuł: Kajś. Opowieść o Górnym Śląsku
Wydawnictwo: Czarne
Data: 2020

Opublikowane przez Aleksandra Joanna Małgorzata

Czytanie wyssane z mlekiem matki? Możliwe, i mam jedynie nadzieję, że przeniesie się w genach na kolejne pokolenie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: