Mitologia elficka trzyma się mocno. Wyobrażenie elfów – leśnych stworzeń natury, które nie mogą kłamać, są nieśmiertelne dopóki ich coś nie zabije oraz dzielą władzę między cnymi i niecnymi dworami to paliwo popkultury od dawna. Holly Black postanowiła napisać high school dramma o dziewczynach w świecie elfów.
Siedzę na poduszce a skrzatka zaplata mi warkocze, żeby włosy nie opadały mi na twarz. Skrzatka ma długie palce i ostre paznokcie. Krzywię się, w lusterku na szponiastej nóżce napotykam spojrzenie czarnych oczu.
– Do turnieju jeszcze cztery noce – powiada to stworzenie. Na imię ma Strzępka, jest służącą w posiadłości Madoka i pozostanie nią, dopóki nie odpracuje długu, który u niego zaciągnęła. Opiekuje się mną od dzieciństwa (s. 20).
Jude miała pięć lat, gdy do jej domu na przedmieściach wpadł elf, urządził rzeź dorosłych i porwał trzy dziewczynki. Najstarsza bowiem była jego rodzoną córką porwaną podstępem przez matkę do świata ludzi. W ten sposób Jude, ludzka dziewczynka trafiła do dworu Madoka, który ją traktował jak własne dziecko.
Teraz Jude uczy się w dworskiej szkole z księciem Cardanem i jego świtą. Jest wzorową uczennicą, tylko ma krótki lont i odpala się z byle powodu. A elfy wysokich rodów lubią sobie pokpić i pożartować z ludzkich dziewczyn, choć bliźniaczka Jude robi wszystko, by unikać zatargów, pragnie wtopić się w grupę i ma żal do siostry, że nie robi tego samego.
Powieść jest dość sprawnie napisana, choć mam wrażenie, że składa się z dwóch części – pierwszej, gdzie wszystkie problemy sprowadzają się do młodzieńczego, klasistowskiego buntu, potem autorka wpycha mi na siłę jakiś romans, w który zupełnie nie mogę uwierzyć, by szybko zamknąć rozdział z miłością i odpalić strategię i wieloletnie planowanie, w którym pokonuje przybranego ojca łasego na władzę. Ojczym na koniec znika z obrazka w tajemniczych okolicznościach.
Postacie w tej powieści nie mają wieku. Jest to bardzo frustrujące, bo dziewczyna, która w jednej chwili pobiera nauki w książęcym dworze o astrologii, następnego dnia jest gotowa do ślubu z jednym ze swoich oprawców. Jej młodszy brat nosi słodkie przebrania i wyciąga do niej ramionka, a w kolejnej scenie okazuje się, że ma siedem lat, a siedmiolatków się nie nosi na rękach, jak to opisuje autorka. Pełno w Okrutnym Księciu takich nieścisłości, które wybijają z rytmu czytania.
Choć bardzo się staram zawiesić niewiarę, mam wrażenie że ta wciąż zeskakuje z kołka i pokazuje mi braki w obrębie świata przedstawionego, krzycząc: to się nie klei!!! Czy przeszkodzi mi to sięgnąć po kolejny tom trylogii? Nie sądzę.
Autor: Holly Black Tytuł: Okrutny książę Tłumaczenie: Stanisław Kroszczyński Wydawnictwo: Jaguar Data: 2018
Opowieść to wprawdzie, jak wskazuje podtytuł, dygresyjna, ale na rzetelnie zweryfikowanych faktach oparta. I niezmiernie ciekawa, bo przeglądają się w niej polskie zagmatwane losy XIX i XX stulecia.
Przez wiele lat Jarosław Kurski (rocznik 1963, wicenaczelny „Gazety Wyborczej”, rzecznik prasowy Lecha Wałęsy w latach 90., autor m.in. biografii Jana Nowaka-Jeziorańskiego) poszukiwał prawdy o rodzinie swojej matki Anny, z domu Modzelewskiej, córki Teodory z domu Niemirowskiej. Wyznaje otwarcie, że jako 27-letni ojciec zdał sobie sprawę, że tak naprawdę niewiele wie o swojej matce i jej przodkach. A raczej to, co wie, (…) to tylko część wygodnej dla niej prawdy, która miała osłonić prawdę niechcianą, godną tylko wyparcia i zapomnienia. To znaczy, że prawda – jeśli w ogóle istnieje – jest inna niż ta, w której wyrastałem. A zatem żyłem w zaprojektowanym przez mamę kostiumowym teatrze, w repozytorium pełnym patriotycznych artefaktów, legend i przemilczeń, jak to w teatrze. W kłamstwie z miłości. Żeby oszczędzić sobie, mnie, moim dzieciom strachu i upokorzeń. By nie spotkało nas to, co spotykało ją, jej siostrę, ich matkę, dziadków i pradziadków. Nie, nie, nie! O rodzinie swojej matki – Teodory Modzelewskiej z domu Niemirowskiej – albo kłamała, albo swą wiedzę wypierała. Przy czym jej milczenie było świadome, ale nie zawinione. Przyznać trzeba, że i moja babcia starannie wymazywała z historii rodziny wszystko, co mogłoby być przeszkodą w staniu się Polakami. Robiła to konsekwentnie, pogardzając jednak ckliwymi ziemiańskimi wspominkami o „polskich Kresach” i majątkach tam pozostawionych. (…) [s. 17–18]. Autor dotarł do wielu zadziwiających informacji, choćby o bracie swojej babci Ludwiku Bernsteinie, który został brytyjskim wybitnym historykiem Lewisem Namierem, wadzącym się całe życie z Romanem Dmowskim i jego wizją świata. Namier był m.in. współtwórcą linii Curzona i sprzymierzeńcem ruchu syjonistycznego, dążącego do utworzenia Państwa Izrael. Znaczna część książki jest właśnie poświęcona Lewisowi Namierowi/Ludwikowi Bernsteinowi i relacji jego niezwykłych losów.
Historia rozległej rodziny jest opisywana na tle ważnych wydarzeń i postaci XX i XIX wieku, sięga nawet do wieków poprzednich, zwłaszcza w rozdziałach poświęconych żydowskim (ze strony matki) czy arcypolskim (ze strony ojca) przodkom. Autor ze sporą dozą czułości rekonstruuje rodzinne, skrzętnie ukrywane historie – ale, jak obiecał mamie, jego książka ukazała się dopiero po jej śmierci. Kurski z dystansem patrzy też na własną młodość „górną i durną”, poświęconą antykomunistycznym ideałom, zbudowanym na romantycznym micie ich polskiej rodziny, z takim poświęceniem podtrzymywanym przez matkę. Tytułowe dziady rzecz jasna przywołują Mickiewiczowski romantyzm i jego literaturę, ale też odnoszą się do kilkuletnich starań rodziny o ponowny pochówek dziadka Tadeusza Modzelewskiego, ojca matki, w grobowcu rodzinnym w dawnych Koszyłowcach (dzisiejsza Ukraina, 20 km od Buczacza). A dybuki… To w mistycyzmie żydowskim dusze zmarłych, które nawiedzają żywych, czasem wchodząc w ich ciała. Autor otwarcie wyznaje, że duchy jego żydowskich krewnych nie dają mu spokoju, przynaglając do odkrycia i opowiedzenia rodzinnych historii.
Stwierdzę odkrywczo, że każdy ma lub miał matkę i ojca, ma lub miał dwie babki i dwóch dziadków oraz cztery prababki i czterech pradziadków – a zatem czternaścioro bezpośrednich przodków, i to tylko w trzech pokoleniach. Jakaż to mnogość wyborów, postaw, osobowości i tradycji podana na tacy i wzmocniona prawami statystyki. Wszak pośród tak licznego grona, a nie liczymy przecież jeszcze wujków, ciotek, dziadków ciotecznych i stryjecznych, o prapradziadkach nie wspominając, można wybrać jak z karty dań kogoś, z kim się utożsamiamy. Co więcej, zawsze można wstydliwie pominąć kogoś, o kim słyszeć nie chcemy, bo nam nie pasuje do obrazu, który pragniemy pokazywać na użytek innych. Iluż to było w rodzinach Aleksandrów Wielkich, Hektorów, Spartakusów, Rolandów i Ryszardów Lwie Serce, iluż naszych przodków walczyło pod Wiedniem, broniło Częstochowy, dusiło czapką lonty rosyjskich armat, iluż szło na Moskwę z Napoleonem, przelewało krew w powstaniach, gniło w Szlisselburgach i Magdeburgach. Nikt za to w rodzinie nie słyszał o zdrajcach, tchórzach, kurwach i złodziejach, ludzkich miernotach na służbie zaborców, oportunistach, zwykłych oprychach, tępych burżujach, zrujnowanych hazardem arystokratach, ciemnych pazernych chłopach obdzierających powstańcze trupy, pogromiarzach i szmalcownikach, próżnych byczkach ziemiańskich, zakłamanych bigotach – wszyscy oni, okazuje się, nie mieli krewnych. Urodzili się samorodkami i zmarli bezpotomnie. Na polerowanie rodzinnej legendy mama wybrała postać swego pradziadka Justyna Modzelewskiego, który świetnie się nadawał do noszenia się w jego orderach. Miał ich bowiem wiele jeszcze z kampanii napoleońskiej i powstania listopadowego. Słuchaliśmy więc miłym uszom opowieści mamy o jej pradziadku Justynie i jego synu – dziadku Narcyzie. Było to tak częste i tak oczywiste, że nigdy nie przychodziło nam do głowy pytać z bratem o rodzinę jej matki. Ona gdzieś tam majaczyła. Gdzieś była – jak przelotne ptaki. Fundament jej tożsamości stanowił Justyn [s. 118].
I jeszcze słowo o innej relacji rodzinnej Kurskich, tej najbliższej, bo braterskiej. Szukający sensacji na temat młodszego brata, Jacka, w tej książce ich nie znajdą, jest go w niej mało wprawdzie, ale pojawiają się rewelacje Jarosława np. o wujkach w Wehrmachcie (pradziadek ojca, Witolda Kurskiego, pochodził z Dortmundu i był Niemcem). Poza tym poruszyła mnie mowa autora, zamieszczona na końcu książki, wygłoszona na pogrzebie mamy w 2016 r.: po dwóch stronach kościoła zasiadły dwie Polski – jedna na czele z TYM prezesem i Jackiem Kurskim, a druga w towarzystwie Lecha Wałęsy, któremu Jarosław dziękuje za udział w nabożeństwie. Dodam tylko, że mszę celebrował abp. Głódź, co również autor skomentował gorzko słowami: Z jednego powodu [mama] nie byłaby dziś szczęśliwa – z tej wielkiej pompy i celebry, którą jej tym państwowym pogrzebem zgotowaliśmy [s. 443].
Podziwiam szczerze taką wytrwałość w dążeniu do pokazania światu rodzinnych sekretów, skrzętnie skrywanych przez pokolenia. I doceniam trud, jaki autor włożył w opisanie odległych parantel i rozgałęzień familii. Cały patos i kult przeszłości (starannie przez siebie wyselekcjonowanej), jaki jego mama przekazała i jemu, i jego młodszemu bratu, znalazł ujście w całkiem odmiennych wyborach życiowych dwóch braci Kurskich. Dygresyjna opowieść o losach ich rodziny rzuca nieco światła na naszą dzisiejszą współczesność.
Ostatni tom trylogii Wilcza Jagoda Magdaleny Kubasiewicz, Klątwa dla demona, zaczyna się z przytupem, bo pomnik warszawskiej syrenki wypowiada ostrzeżenie, a niedługo potem okazuje się, że potężny mag próbuje zniszczyć miasto.
Jagoda Wilczek jest bohaterką stadną – niczym Dora Wilk – kogo spotka, tego przyłącza do stada. Dzięki temu dysponuje już całkiem sporym zapasem pomocników, gdy musi uratować miasto przed klątwą. Nie ma w tej powieści typowych tropów kobiecej fantasy i choć kręci się kilku facetów, to raczej żaden w celach romantycznych, bohaterka jest nauczycielką, a nie uczennicą, która nagle odkrywa swoje magiczne moce, a jej rodzina ma paramafijne koneksje i biedna Jagoda – gdzie się nie obróci, tam dopadają ją władza, rodzinne zobowiązania i machlojki.
Ktoś tka potężną klątwę, wykorzystując zabitych magów jako źródło zasilania, nie trzeba wspominać, że Jagoda jest pierwszą podejrzaną, a jej pomocnikiem jest oczywiście wyklęty Caleb.
Niewątpliwą zaletą jest narracja, która wciąga, bo niestety, fabularnie brakuje jej choćby jednegozwrotu akcji. Żywiłam nadzieję, że Caleb okaże się jednocześnie zwyrodniałym mordercą i obiektem zainteresowania uczuciowego bohaterki, tylko po to, żeby dodać odrobinę emocji do tej poprawnej, ale nie porywającej historii. Niestety, poszukiwania urban fantasy na miarę Łukjanienki i Gaimana trwają.
Zamykający, czwarty tom serii Lustrzanna prowadzi bohaterów do odkrycia spiętrzonych przez wszystkie tomy tajemnic w podziemiach Obserwatorium Odchyleń, dokąd Ofelia ucieka przed deportacją z arki Babel, zaś Thorn zostaje przekierowany przez niebezpiecznych Genealogów.
Echa namnażają się na potęgę, coraz więcej arek staje się ofiarami znikania i dziurawienia przestrzeni. Ofelia próbuje zrozumieć naturę Innego i odkryć jego tożsamość, żeby zapobiec dalszym stratom. Jednak okazuje się, że to pierwsza warstwa zagadek. W Obserwatorium jest poddawana licznym eksperymentom, mającym na celu pogłębienie efektu odwrócenia dziewczyny – jednak w jakim celu? Nie wiadomo. Nikt się tam do nikogo nie odzywa.
W ostatnim tomie autorka podejmuje wiele wątków, niektóre ucina w sposób urągający intelektowi, inne – zaczęte wcześniej – okazują się zbędne, jak na przykład historia Wiktorii, cierpiącej na nieznaną przypadłość, odrzuconą przez ojca, której wątek kończy się niespodziewanie bez wyjaśnienia. Albo wielki pościg za Łukiem Tęczy i jej duchem rodziny – zamknięty w jednym zdaniu. Ale wyjaśnienia, dlaczego Janus nie był obecny w kluczowych momentach – zabrakło. Teraz jednak wyjaśnia się, dlaczego Ofelia jest z natury niezdarna i cicha oraz dlaczego bycie lustrzanną może być niebezpieczne.
Ostatecznie całość odczytuję jako pacyfistyczną metaforę – protest przeciwko wojnom, które wywołują dorośli, ale to dzieci najczęściej i najbardziej cierpią, nie rozumiejąc zła, które czai się wokół. I jako taka ma dla mnie największą wartość, choć domyślam się, że jako przeznaczona dla nastolatków, może nie odkryć przed czytelnikami wszystkich kart.
Choć seria Dabos ma swoje gorsze momenty, to życzyłabym sobie, żeby powstawało więcej tego typu powieści młodzieżowych, które są jednocześnie subtelne i pokazują drzwi do różnych interpretacji i używania poetyki czy teorii literatury podczas czytania.
Jakich książek nie powinno się czytać na czczo? Oczywiście kucharskich. Mimo kulinarnego tytułu książka Kasdepkego i Dobrzanieckiego nie jest spisem receptur, choć są w niej przepisy na różne nieoczywiste smakowitości. Pełnią one rolę swoistego wehikułu czasu, przenoszącego autorów wraz z czytelnikami do lat minionych. Smacznej podróży zatem!
Autorzy mają już swoją renomę: Grzegorz Kasdepke jako pisarz dla dzieci, a Hubert Klimko-Dobrzaniecki jako twórca różnych gatunków, m.in. poezji, opowiadań i powieści, z których spora część ma w tle Islandię. Obaj panowie mogą się także pochwalić sporym bagażem doświadczeń życiowych, z których pewną część możemy właśnie poznać – zwłaszcza tych związanych z kulinariami. Historie, które autorzy opowiadają w tym zbiorze, są i śmieszne, i straszne, z zastrzeżeniem, iż przeznaczone są jednak dla dorosłych czytelników (nie tylko ze względu na soczyste słownictwo). Kasdepke, białostocczanin, wspomina m.in. swoją ulubioną potrawę z dzieciństwa – szare kluski łyżką kładzione, której to potrawy kuchnia podlaska nie zna, więc przyszły autor przygód detektywa Pozytywki musiał na lekcji wyjaśniać nauczycielce zawiłości swojej rodzinnej historii. Otóż jego dziadkowie pochodzili z Wielkopolski i mimo przenosin na Podlasie kultywowali poznańskie kuchenne tradycje. Podobnie Klimko-Dobrzaniecki do tej pory przyrządza c.k. słoninę swojego dziadka Staszka – i podaje na nią rzecz jasna przepis.
Urzekająca w tej książce jest dla mnie czułość, z jaką dwaj dojrzali faceci opisują swoje dzieciństwo nie zawsze sielskie i anielskie oraz młodość górną i durną. I zazdroszczę czasem tylu przygód, których doświadczyli jako wchodzący w dorosłość mężczyźni. Tym bardziej świetnie się czyta taki dwugłos dorastania w PRL-u i początków literackiej drogi w burzliwych latach 90. Każde opowiadanko-wspominka kończy się przepisem: mamy zatem najprostsze sprawy, takie jak sos winegret, aż po kilkugodzinne pieczenie kaczki z mandarynkami. Ponieważ autorzy bez większych ogródek wspominają swoje relacje damsko-męskie, książkę zadedykowali swoim żonom (każdy swojej) – jak stwierdzili w dedykacji, bo są lizusami, a żony fajne. I rzecz jasna gotujący mężczyzna wydaje się o wiele ciekawszym kandydatem na ewentualnego męża niż ten, który umie tylko przypalić wodę na herbatę…
Cudowna i niemal nierealna wydaje się opowieść Klimki-Dobrzanieckiego o tym, jak w studiu radiowej Trójki na Myśliwieckiej odwiedził Marka Niedźwieckiego, by podczas jego Listy Przebojów złożyć życzenia z okazji Dnia Matki – ale i pozdrowić pewną bliską jego sercu damę, by w ten sposób pozyskać jej względy.
W marcu 1984 roku Niedźwiecki ogłosił, że zespół Nazareth przyjedzie do Polski i być może będzie gościł w studiu przy Myśliwieckiej. – Musimy się z nimi spotkać – powiedział Hitler [to ksywka kolegi narratora, Tomasza – AJM]. – Jak będzie znana dokładna data, pojedziemy do Warszawy i wejdziemy do studia! – wykrzykiwał. Pomyślałem, że mu odbiło, choć pomysł bardzo mi się spodobał. (…) Kiedy oficjalnie ogłoszono, że Nazareth zagości w studiu podczas notowania „Listy Przebojów”, a miało to być 26 maja, w Dzień Matki, Hitler oszalał z radości. – Chłopie, jedziemy do Warszawy, musimy to zrobić! Wejdziemy do Trójki, wpuszczą nas. Zagram na gitarze, może wezmą mnie do składu! A jak nie, to przynajmniej ich poznam. W domu będziesz musiał nakłamać. Matka cię nigdy ze mną nie puści, wiem. Powiesz, że jedziesz do Pijanowskiego, do „Jarmarku”, że są przesłuchania do audycji. A jak już będziemy u Niedźwieckiego, to złożysz jej na antenie życzenia z okazji Dnia Matki, bo gdyby jej kumpele akurat słuchały, będziesz miał solidne wytłumaczenie. Wtedy jeszcze bardziej cię pokocha, nie mówiąc o Violi… Pozdrowisz ją. Po czymś takim jej serce zmięknie. Będzie twoja. Uwierz[s. 49–50].
Jak się skończyła ta eskapada, nie zdradzę. Warto przeczytać! I jeszcze słowo o tytułowym króliku po islandzku. Co ma zrobić troskliwy polski ojciec, który chciałby, aby jego syn zjadł coś pożywnego i smacznego w ostatni dzień roku? Zwłaszcza jeśli mieszka się na Islandii i o świeże warzywa trudno. Z dzieciństwa ojciec ów zapamiętał przepysznego królika, którego przyrządziła jego ciotka właśnie w ów ostatni dzień roku. A gdzie dostać królika w islandzkiego sylwestra, skoro sklepy otwarte tylko do 14.00? Ale są jeszcze sklepy zoologiczne… Lekko zapachniało groteską, prawda? I tutaj nie zdradzam oczywiście zakończenia, zajrzyjcie do książki.
Autor: Grzegorz Kasdepke, Hubert Klimko-Dobrzaniecki Tytuł:Królik po islandzku Wydawnictwo: Wielka Litera Data: 2022
Andy Weir, po spektakularnym sukcesie Marsjanina, i po spektakularnej porażce Artemis, wrócił z trzecią książką – Projekt Hail Mary, w którym udało mu się poruszyć kilka istotnych tematów.
Bohater budzi się w zamkniętym pomieszczeniu ze zwłokami dwóch osób. Orientuje się, że został wprowadzony w śpiączkę i tylko przeżył. Dalsze badania pokazują, że się na statku kosmicznym w innym układzie słonecznym i dramatycznie próbuje sobie przypomnieć, jak do tego doszło. Jeszcze niedawno był wszak skompromitowanym naukowcem, który ukrywał się przed światem jako nauczyciel przyrody.
Okazuje się, że podczas gdy cały świat toczy debaty filozoficzne na temat tego, czy może na Ziemi istnieje jedyne życie we wszechświecie, czy może jednak na innych planetach wyewoluowały formy życia, jakieś kosmiczne pasożyty wyżerają nam Słońce. Nie dość, że doszło do przykrego odkrycia – nie jesteśmy sami; to jeszcze okazuje się, że obcy wcale nie muszą być Predatorami, by ich działania wybiły ludzkość do nogi. Albowiem zanik energii słonecznej obniża temperaturę na Ziemi, grozi nam kolejna epoka lodowcowa i ziemskie życie ma wymrzeć z powodu głodu.
Wyprawa, w której bierze udział Ryland Grace, którego kariera naukowa upadła po tym, jak opublikował pracę o tym, że nie, woda wcale nie musi być podstawą żywych organizmów, jest wyprawą ostatniej szansy i ma zbadać dlaczego jedna z okolicznych gwiazd nie jest zjadana przez energożerne astrofagi.
Fabuła toczy się na dwóch planach czasowych: na bieżącym Grace próbuje ogarnąć rozumem samotną wyprawę, zapoznaje się ze statkiem i przypomina sobie co doprowadziło do tej misji. Na drugim cofamy się w przeszłość, gdy ludzie dopiero odkrywają, co im zagraża, zastanawiają się, jak temu przeciwdziałać, prowadzą badania na przechwyconych organizmach.
Książkę czytałam bardzo długo – około dziewięciu miesięcy. Robiłam sobie przerwy i trudno mi było ją skończyć za jednym podejściem, choć nie bardzo potrafię zrozumieć dlaczego. Ma ona wszystko, co się powinno znajdować w dobrym SF: jest dużo akcji, jest pierwszy kontakt, jest tajemnica do odkrycia, dobrze skonstruowany bohater, sprawdzona formuła Weira, są problemy natury naukowej, moralnej, etycznej i technicznej, jest bromance.
I są tez dziwne wybory tłumacza – dlaczego tytuł został w oryginale? Dlaczego nie mógł zmienić/ przełożyć tytułu na polski (co nie dość, że jest zgodne z duchem oryginału, to jeszcze z duchem fabuły) i tytuł mógłby brzmieć Projekt ostatniej szansy lub nawet Ostatnia szansa? Co prawda nazw statków się nie tłumaczy, jednak nazwa statku nie jest jedynym kontekstem powieściowym. W całej powieści nie ma akurat kontekstu religijnego i naprowadzenie na modlitwę Zdrowaś Mario jest dla mnie nieporozumieniem, podobnie jak uleganie modzie na nieprzekładanie tytułów.
Natomiast absolutnie fantastyczne są obce formy życia. Widać, że autor je przemyślał, poświęcił czas na ich rozbudowanie – oczywiście postać Rocky’ego chwyciła mnie za serce, relacja dwóch samotnych postaci daleko od domu, z których żadna nie mogłaby przetrwać sama. A jednocześnie trudno mi się o nim czytało.
Podobnie rzecz się ma z kilkoma rozwiązaniami fabularnymi Deus ex machina (na przykład nawiązanie komunikacji z obcą formą życia – bez problemu; odkrycie „leku” na astrofagi – za pierwszym razem; pozwolenie obcej formie życia na wdarcie się na statek – jasne, zapraszam, o konsekwencjach pomyślimy, jak będzie już źle). Mam wrażenie, że fabuła pędzi i bohater nie ma czasu na chwilę refleksji nad tym, co się dzieje i co odkrywa.
Pomimo niewątpliwych wad powieści, uważam że Projekt Hail Mary to jedna z najlepszych książek o pierwszym kontakcie i fantastycznonaukowych w ogóle. Bardzo polecam, nawet jeśli będziecie się z nią zmagać kilka miesięcy jak ja, bo są w niej poruszone tematy, których od lat nie widziałam i to z taką troską o realizację i prawdopodobieństwo.
Autor: Andy Weir Tytuł: Projekt Hail Mary Tłumaczenie: Radosław Madejski Wydawnictwo: Akurat Data: 2021
Kiedy w przyzwoitej ale nie wybitnej serii zbliżam się do końca, nie spodziewam się już żadnych fajerwerków. Dobra robota, Mike! W czwartym tomie przygód Felixa Castora pt. Krew nie woda autorowi udało się zamieścić kilka rzeczy, które stawiają ten tom w innej lidze powieściowej.
Castorowi nie wiedzie się jakoś wybitnie, ciągle pod kreską, znowu mieszka kątem u Pam, podpadł policji, więc już go nie proszą o konsultacje… Ale źle też nie jest, może liczyć na przyjaciół i nieprzyjaciół. Udaje mu się porwać Rafiego, by uniknął losu gorszego od śmierci i wszyscy zaangażowani próbują pozostawać w ukryciu, ale Castor od razu zostaje wezwany przez policję – nie wiadomo do końca w jakiej roli: podejrzanego czy konsultanta. Bowiem na miejscu próby zabójstwa ktoś wypisuje krwią jego nazwisko.
Carey wraca w tym tomie do czasów i miejsca dzieciństwa, zarówno swojego, jak i Castora. I Liverpool lat 80. z perspektywy dziecka to najlepszy fragment Krwi… Jest przepełniony emocjami, nie tylko nostalgią ale i brutalnością dzieci, ich ciekawością świata, a w tle toczy się wielka historia. Aż poczułam potrzebę sięgnięcia po Shuggie Baina!
Jedna rzecz, której żałuję, to że trzy tomy zajęło Careyowi, żeby napisać tę część. Ale można ją przeczytać jako bez znajomości poprzednich części, gdybyście nie mieli ochoty.
Autor: Mike Carey Tytuł: Krew nie woda Tłumaczenie: Paulina Braiter-Ziemkiewicz Wydawnictwo: Mag Data: 2010
Na progu Jagody pojawia się Caleb, owiany złą sławą i podejrzany o pomoc czarnoksiężnikowi, choć nigdy niczego mu nie udowodniono. Jest ranny po przebytej walce, ale – choć powołuje się na przysługę krwi, sam nie chce zdradzić nic na temat tego, co go spotkało zanim próbował się wykrwawić na progu czarownicy.
Gdy późnym wieczorem ktoś zadzwonił do drzwi, Jagoda Wilczek spodziewała się zobaczyć przez wizjer kuriera, nieumówionego klienta, Sonię (która regularnie zapominała kluczy), ewentualnie sąsiada. Na pewno nie Caleba Blythe’a, Ucznia Czarnoksiężnika (s. 6).
Tymczasem w okolicy giną bardzo brutalnie zamordowane czarownice. Pierwszym podejrzanym staje się Caleb Blythe i choć szybko podejrzenia zostają odsunięte ze względu na to, że do morderstw dochodzi też w czasie, gdy dogorywa on na kanapie Jagody, to jednak nie jest ona pewna, czy pacjent z nią nie pogrywa.
Powieść urban fantasy niby w Warszawie, ale sceneria nie odgrywa największej roli, wydaje się, że mogłoby to być dowolne większe (a nawet mniejsze) miasto. Jestem tym trochę zawiedziona, miałam nadzieję na rozwinięcie warszawskiego wątku.
Narracyjnie porządna, mam tylko wrażenie że pewne pomysły autorka mogła rozwinąć z korzyścią dla fabuły, tymczasem książeczka jest krótka a pomysł jest ledwie zrealizowany, wszystkie wątki poboczne pominięte i nie wiem, jak Kubasiewicz chce je podomykać w ostatnim (?) tomie.
Autor: Magdalena Kubasiewicz Tytuł:Przysługa dla czarnoksiężnika Wydawnictwo: Sine Qua Non Data: 2022
Jak dla mnie książka niemal idealna – niejednoznaczni bohaterowie, wciągająca akcja, odniesienia kulturowe, zachęcające do ich odszyfrowania. I detale lat 50. XX-wiecznej Ameryki. Aż się chce wyruszyć śladami Emmeta i Billy’ego, ahoj, przygodo!
Czekałam z dużą ciekawością na tę książkę, ponieważ poprzednia pozycja Amora Towlesa, czyli Dżentelmen w Moskwie, po prostu mnie zachwyciła (zapraszam do zerknięcia na jej recenzję tutaj: https://zdrugiejstrony.blog/2020/11/09/bohater-naszych-czasow-dzentelmen-w-moskwie-a-towles/). Nieco mniej zachwytu wywołał u mnie jego debiut, zatytułowany Dobre wychowanie, ale pewnie dlatego, że korekta była nienachalna. Do rzeczy jednak – a rzecz dzieje się w latach 50. XX w. w Ameryce Północnej. Czym jest tytułowa Lincoln Highway, za moment się wyjaśni, najpierw jednak bohaterowie. To przede wszystkim Emmet i jego brat Billy Watsonowie, ich sąsiadka Sally, potem koledzy Emmeta Duchess i Woolly – oraz Ulisses, czarnoskóry żołnierz europejskich frontów II wojny. Emmet właśnie skończył 18 lat i opuszcza poprawczak w Salinie, w którym spędził nieco czasu z powodu pewnego błędu młodości. W domu z utęsknieniem czeka na niego 8-letni Billy, tym bardziej że ich ojciec niedawno zmarł, pozostawiwszy im farmę z długami, a mama opuściła rodzinę, gdy Billy był niemowlęciem. Na szczęście podczas nieobecności brata znalazł opiekę u troskliwej Sally z sąsiedniej farmy.
Emmet chce zacząć życie od nowa, zadłużoną farmę bowiem przejmuje bank, a młodym Watsonom ostał się jeno błękitny studebaker Emmeta i tyle, co można spakować w jedną walizkę. Starszy z braci planuje ruszać do Teksasu, ale okazuje się, że młodszy w rzeczach ojca znalazł kilka pocztówek od matki, które wysyłała do chłopców tuż po opuszczeniu domu. Billy wnioskuje z nich, że mama jest w Kalifornii i tam też powinni jej szukać. A doprowadzi ich tam właśnie tytułowa Lincoln Highway – i najlepiej, by dotarli do San Francisco na 4 lipca, ponieważ mama uwielbiała pokazy fajerwerków z okazji Święta Niepodległości, więc łatwo będzie ją wtedy odszukać.
(…) Emmet zobaczył, że to mapa drogowa Stanów Zjednoczonych ze stacji benzynowej Phillips 66. Jej środek przecinała trasa, którą Billy zaznaczył czarnym atramentem. W zachodniej połowie kraju zakreślił nazwy dziewięciu miast leżących wzdłuż tej drogi. – To autostrada Lincolna – wyjaśnił Billy, wskazując długą czarną linię. – Zbudowano ją w tysiąc dziewięćset dwunastym roku, nazwano na cześć Abrahama Lincolna, i była to pierwsza droga łącząca oba końce Ameryki. Zaczynając od wybrzeża Atlantyku, Billy przesuwał koniuszkiem palca wzdłuż autostrady. – Bierze początek na Times Square w Nowym Jorku, a kończy się pięć tysięcy czterysta pięćdziesiąt kilometrów dalej, w parku Lincolna w San Francisco. Poza tym prowadzi przez Central City, zaledwie czterdzieści kilometrów od naszego domu. Billy zrobił przerwę, by przesunąć palec od Central City do czarnej gwiazdki, za pomocą której zaznaczył na mapie ich dom.(…) wziął pocztówki, odwrócił je i zaczął układać na dolnej połowie mapy, przesuwając się ku zachodowi i umieszczając każdą kartkę pod odpowiadającym jej miastem. (…) Aż do ostatniej pocztówki, na której widniał olbrzymi klasycystyczny budynek górujący nad fontanną w parku w San Francisco.[s. 31–32]
Zatem nic prostszego, jak ruszyć w drogę, nieprawdaż? I tutaj, niczym diabełek z pudełka, na farmie Watsonów zjawiają się Duchess i Woolly, towarzysze Emmeta z Saliny, z całkiem odmiennym planem. Pierwszy chce odnaleźć ojca w Nowym Jorku, by wyrównać z nim po latach rachunki, a drugi, potomek zamożnej i znakomitej rodziny z Manhattanu, planuje przejąć należny mu spadek po pradziadku. Perypetii zatem zacznie się co niemiara, zwrotów akcji i przygód również. Warto zwrócić uwagę, kto i jak opowiada czytelniczkom i czytelnikom te wydarzenia. Wśród mnogości bohaterów narracja pierwszoosobowa przysługuje Sally (jedynej kobiecie w tej powieści, dopuszczonej w znaczący sposób do głosu) i Duchessowi, zapewne jako spiritus movens wielu perypetii. Pozostali bohaterowie opowiadani są przez narratora raczej wszechwiedzącego. Różnice charakterologiczne i pochodzenie bohaterów zapewnią oczywiście sporo nieporozumień między nimi, ale szczęśliwie dane jest nam poznać ich punkty widzenia i przeszłość, by samemu wyrobić sobie zdanie co do motywacji ich poczynań.
Kilka słów jeszcze o pewnej książce, z którą nie rozstaje się Billy. To Kompendium bohaterów, podróżników i innych nieustraszonych poszukiwaczy przygód autorstwa profesora Abacusa Abernathe’ego. Chłopiec czyta ją niemal bez przerwy, a gdy w swej podróży spotka czarnoskórego żołnierza frontów II wojny o imieniu Ulisses, oczywiście nie omieszka mu opowiedzieć historii jego imiennika. Z detalami. Kilka razy. W ogóle Lincoln Highway to książka o książkach, odwołań do amerykańskiej literatury drogi tam sporo, jak również do rozmaitych schematów fabularnych (czterech młodych bohaterów jak czterej muszkieterowie, podróż jako Bildungsroman i tym podobne). I ten język snucia opowieści przez Towlesa, który tak mnie zachwycił w Dżentelmenie w Moskwie – ta książka, podobnie jak i poprzednia, aż się prosi o sfilmowanie (czytając ją, pewnie nie ja jedna miałam w głowie gotowe sceny filmowe). Niemal 500 stron wartko umyka w lekturze, po skończeniu której pozostaje westchnąć: autorze drogi, pisz kontynuację jak najszybciej! Albo w ogóle pisz…
Autor: Amor Towles Tytuł: Lincoln Highway Tłumaczenie: Anna Gralak Wydawnictwo: Znak Data: 2022
W dziesiątym tomie sagi o Lipowie Puzyńska zabiera czytelników do Rodzanic – o miedzę od Lipowa. Tym razem morderstwo poprzedza też inna przerażająca zbrodnia. I, jeśli dobrze liczę, zginęło w niej najwięcej osób.
Siarczysty mróz, superpełnia czerwonego księżyca i legenda o wilkołaku połączone z legendą o boginkach odpowiedzialnych za los oraz Rodzie – bogu płodności zawładnęły mieszkańcami Lipowa i Rodzanic, gdy pojawiły się listy z pogróżkami, które żądały wpłaty w zamian za darowanie życia mieszkańcom Lipowa.
Po ośmiu latach poszukiwań odnajduje się Miśka – ofiara pedofila, który przetrzymywał ja latami w piwnicy. Grozy dodaje fakt, że zwyrodnialcem okazał się najbliższy sąsiad rodziny dziewczynki. Jednak jej odnalezienie nie jest przypadkowe – oprawca przyznał się do winy po tym, jak zabił rówieśnika Michaliny, trafił do aresztu i groziła jej śmierć głodowa. Uwolnienie dziewczyny jest niczym otwarcie puszki Pandory i powoduje szereg komplikacji w zamkniętej społeczności. A ona sama nie może sobie znaleźć w niej miejsca.
Dziesiąty tom znowu skupia się na dynamice relacji w ograniczonej społeczności, wracamy do poznanych w pierwszym tomie postaci, śledzimy ich przemiany na przestrzeni lat, relacje które się zawiązują i rozluźniają. I choć mitologia słowiańska w tym tomie wychodzi na prowadzenie, to dalej saga jako całość jest o relacjach i dynamice małych społeczności. Widać, że Puzyńska świetnie się w nich czuje i z przyjemnością będę śledzić kolejne tomy.
Autor: Katarzyna Puzyńska Tytuł: Rodzanice Wydawnictwo: Prószyński i S-ka Data: 2019