O złych książkach lepiej pisać dobrze [Ropuszki, Aneta Jadowska]

Zawsze wychodzę z dwóch założeń: złe książki łatwe są, przyjemne są – dlatego można je czytać na tony. Drugie założenie – łatwo pisać o złych książkach. Lubię złe książki. Przede wszystkim czyta się szybko, można dużo napisać o brakach: logiki, akcji, budowy bohatera, opisów… Niestety, o powieściach Anety Jadowskiej napisałam już dużo złego i w zasadzie nic się nie zmienia. Ani tematyka, ani warsztat a(ł)toreczki się nie zmieniają, oprócz tego, że postanowiła wydać spin-offa swojego opus magnum – tym razem o przygodach detektywa-szamana.

Zbiór czternastu opowiadań jest łącznikiem pomiędzy serią o Dorze Wilk a kolejną serią, której bohaterem dla odmiany będzie Witkac. Nie wiem, czy wspominałam, ale uważam, że on jest akurat najciekawszą postacią i bardzo żałowałam, że jest go tak mało, więc oczywiście – sięgnę po pierwszą część!

W opowiadaniach znajdziemy odpowiedź na pytanie, jak narodziła się wielka miłość między młodą Teodorą a jej protektorem z piekła rodem:

– Mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia. – Uśmiechnęła się zachęcająco, ściągając z głowy kaptur wojskowej kurtki. Niemal czerwone włosy rozsypały się naelektryzowaną aureolą wokół jej głowy. Odgarnęła je niecierpliwym ruchem.

– Nie jestem zainteresowany takimi usługami – mruknął, wyraźnie wyczuwając w powietrzu zapach wanilii. Ostatnie, czego teraz potrzebował, to romans czy choćby seks z jakąś wiedźmą płodności. (…)

– Nie o takich usługach mówiłam, durniu – warknęła w końcu.

– Twój zapach dowodzi czegoś innego – powiedział wprost, odchylając się na krześle lustrując sylwetkę dziewczyny uważnym spojrzeniem. (…)

– A ty pachniesz alkoholem, adrenaliną, mirrą i sokiem owocowym. Czy to znaczy, że jesteś popijającym sprzedawcą ananasów ze świątyni sportów ekstremalnych? – warknęła.

No, to skoro już wiemy wszystko o młodości Dory, to czas na narodzenie się głębokiej nienawiści Brunona do bohaterki. A niby jak miał zareagować, skoro uknuła intrygę, by skazać jego siostrzeńca za gwałty na blondynkach? Nie godzi się przecież.

Ogólnie znowu cała książka o tym, jaka to Dora jest zabawna, dzielna i spostrzegawcza oraz wszyscy ją kochają.

– Och, ugryź się, wasza kąśliwość – mruknęłam dla porządku, by nie myślał, że jest górą.

Jakżeby śmiał, po takiej ripoście?

Nie rozumiem jednak, dlaczego a(ł)toreczka używa kalek z angielskiego? W tłumaczeniach rozumiem, że tłumaczowi się noga powinie i redaktor nie wyłapie, ale w oryginalnie polskim tekście?

Miał pecha, bo jedna psychopatka zmieniła durnego i emocjonalnie niedojrzałego chłopaka w wampira, a gdy wyrzuciła go z domu, jakimś cudem trafił w ręce kolejnej, która weszła w buty jego mamusi, ale miała własny zestaw środków perswazji… Gdyby nie one, nie zabiłby.

Niewiele słów, kręgosłup ze stali i serce po właściwej stronie [o Bjornie].

Gender?

Mogłaby użyć paru przykładów jasno dowodzących, że płeć nie przeszkodziła jej skopać całkiem sporej liczby tyłków, tak więc argumenty związane z płcią uważa za bezzasadne.

W sumie muszę przyznać, że Jadowska sprawdza się lepiej w krótkiej formie i – jak widać – nie było zbyt wielu wpadek (zresztą może nie polowałam szczególnie zapalczywie, a może już przywykłam, że każdy kocha naszą wspaniałą, lokalną Mary Sue), a tom opowiadań czytało mi się szybko i przyjemnie i mogę je polecić nie tylko zagorzałym wyznawcom Dory. Opowiadania mają bowiem zasadniczą zaletę – jeśli jakieś nie da się czytać, można przeskoczyć do kolejnego, które może być nieco strawniejsze, a jednocześnie daje próbkę niepodrabialnego stylu autorki.

Disclaimer: brak numerów stron przy cytatach spowodowany przyswojeniem książki w formie e-booka.

Autor: Aneta Jadowska
TytułRopuszki
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: 2015

Jak Hieronymus Bosch zetknął się ze śmiercią [Serial: Bosch]

Serial powstał na podstawie serii powieści Michaela Connelly’ego o Harrym Boschu (Titus Welliver), detektywie z Los Angeles. Fabuła zawiązuje się podczas procesu o zastrzelenie podejrzanego oraz zaniedbania podczas służby i pościgu. Jest zawieszony na czas procesu, ale gdy dowiaduje się o zwłokach nastoletniego chłopca, angażuje się w śledztwo. Jedyny problem, jaki się pojawia, to fakt, że każdy podejrzany natychmiast przyznaje się do tego zabójstwa. Co zrobić z tym nadmiarem?

Rodzice Harry’ego najwyraźniej nie grzeszyli wyobraźnią, ponieważ do nazwiska Bosch dodali imię najpopularniejszego malarza niderlandzkiego wczesnego renesansu. Bohater wydaje się stereotypowym gliniarzem – zdystansowany, pali jak smok, nie stroni od czegoś mocniejszego, jego związek jest przeszłością (co ciekawe, żona opuściła go dla zawodowego hazardu), z nastoletnią córką nie widział się od lat, słucha jazzu, chce żyć w zgodzie ze sobą i swoimi ideałami, a jedyne, co go odróżnia od banału to dom nad oceanem. Zakup sfinansowany za tajemniczy romans z filmem, na którego temat jest niewielka wzmianka.

Titus Welliver doskonale się sprawdza w roli policjanta, poświęcającego się dla sprawy. Jest częstym gościem na telewizyjnych ekranach – często gra epizodyczne role wysoko postawionych przestępców i negatywne postaci. Ale równie często staje też po stronie prawa. Oczywiście ma za sobą rolę w Z archiwum X (wspominałam, że wszyscy tam zaczynali?), CSI, Supernatural, Star Trek: Voyager (!) czy Lost. Na dłużej zagościł w The Good Wife, Deadwood czy The Big Apple. W filmach też go nie brakuje, choć może lepiej pominąć milczeniem taki „sukces” jak Transformers: Wiek zagłady, ale już do Operacji Argo może się przyznać bez wstydu. Wielbiciele Fringe’a docenią obecność Lance’a Reddicka (ten głos!), a ci, którzy nie uniknęli Zmierzchu, rozpoznają Sarę Clarke (podobno grała gdzieś jeszcze, ale tetralogia położyła się cieniem na jej innych dokonaniach, np. występie w 24 godzinach). 

Muzyka, za którą jest odpowiedzialny Jesse Voccia – nie sposób nie wspomnieć o tym, jaki robi klimat. Począwszy od czołówki (nb. serial był nominowany do Emmy w tej kategorii), po eklektyczną mieszankę jazzu i młodzieżowego hałasu, proponowanego przez córkę bohatera.

Muszę przyznać, że czekam z niecierpliwością na drugi sezon. Pierwszy przytrzymał mnie przed telewizorem i mam podobne oczekiwania wobec kolejnych odcinków. Polecam, jeśli chcecie zobaczyć trzymający w napięciu kryminał, którego sezon jest całością zamkniętą w dziesięciu odcinkach

Niech cię książka kopnie w jaja [Kameleon, Rafał Kosik]

Dopiero miałam okazję przeczytać powieść Rafała Kosika z 2008 r. i już żałuję, że tak późno. Nagrodzona Nagrodą Zajdla, Sfinksem oraz nominowana do Nagrody Żuławskiego – dlaczego nie tknęło mnie wcześniej? 

Noan jest mieszkańcem farmy na planecie Ruthar Larcke. Jego pasją jest oglądanie nocnego nieba i gwiazd, które opisuje w specjalnej księdze. Brat i ojciec nie są wielkimi fanami tej działalności oraz uważają młodzieńca za zwykłego lenia. Noan natomiast znajduje na nieboskłonie nową gwiazdę:

Nowa gwiazda… Wszyscy mówili, że gwiazdy są dziurami w sferze niebieskiej. Więc nowa gwiazda to nowa dziura. Jeśli tak, to czemu na nieboskłonie nie ma rozpruć, przetarć jak w płótnie czy skórze? (s. 7).

W tym czasie nad planetę nadlatuje statek kosmiczny z ratunkiem dla załogi, która miała badać Ruthar Larcke pod kątem zdatności do zamieszkania, ale nie wróciła do domu. Ratunek co prawda był spóźniony o jakieś cztery wieki, ale ziemscy decydenci uznali, że warto sprawdzić, co się zdarzyło.

Sześć potężnych dysz rufowych pluło seriami jasnych eksplozji w kierunku rosnącej z wolna błękitnej planety. Stumetrowy kompozytowy kadłub statku USS „Ronald Reagan” opalizował szarością w świetle słońca. Był czysty, bez charakterystycznych zacieków czy osmaleń – statek nigdy nie miał kontaktu z atmosferą, teraz również jedynie wchodził na orbitę. Dlatego też pełen był kanciastych nieregularności, sterczących anten i czujników, aerodynamika była bez znaczenia. Funkcjonalność układu wewnętrznego wymusiła jednak kształt przypominający kostropaty migdał i prowokujący domysły o próbach nadania kadłubowi przynajmniej pozorów opływowości. Statek budził się do życia. (s. 15).

Załoga nie spodziewa się rozbitków po czterystu latach, gdy więc znajdują społeczność na poziomie średniowiecznej Ziemi, trudno im zdecydować, co powinni zrobić. Nie są w stanie podjąć z planety rozbitków (czy ich potomków), nie wiedzą też, czy ich zostawić na pastwę losu (jakkolwiek mieszkańcy planety zdają się radzić całkiem dobrze).

– Skoro na Ziemi rozwinęło się życie, to znaczy, że warunki na planetach typu ziemskiego sprzyjają jego powstaniu. Istnieje więc nieskończenie małe prawdopodobieństwo, że nie rozwinęło się nigdzie indziej, wśród miliardów gwiazd, w miliardach galaktyk naszego wszechświata. Dlaczego w skali wszechświata mielibyśmy być czymś wyjątkowym? (s.29).

Ale okazuje się, że Ruthar Larcke jest niezwykłą planetą nie tylko pod względem niesamowitego podobieństwa do Ziemi, ale również pod względem nadzwyczaj szybkiego rozwoju, zarówno społecznego, jak i technicznego:

– Odebraliśmy transmisję radiową. Raptownie obudzony Thomson szarpnął się w swoim fotelu, rozejrzał i dopiero zrozumiał, gdzie jest. Sterownia jak zwykle tonęła w półmroku, bezużyteczne kontrolki migotały. – Odebraliśmy transmisję radiową – powtórzył Hood. – Co?! – kapitan zamrugał, odganiając resztki snu. – Odebraliście transmisję radiową z planety, której cywilizacja tkwi głęboko w średniowieczu? (s. 152).

Załoga statku staje przed dwiema zagadkami – jak możliwe jest tempo rozwoju, który zaobserwowali przez krótki czas pobytu na orbicie? Oraz: jak to możliwe, że na tej planecie tak doskonale zostało odwzorowane ziemskie życie.

Kosik nie oszczędza czytelnika. Wplątuje go w zawiłą akcję, zarzuca bohaterami, którzy wyprzedzają swoją epokę o kilka długości i stawia przed nim pytania etyczno-filozoficzne, a do odpowiedzi popycha najpierw bagnetem, by po kilku stronach postraszyć go armatą i w końcu rozjechać machiną oblężniczą. Jestem pełna podziwu dla kunsztu literackiego autora – fabuła jest przemyślana w najdrobniejszym szczególe, akcja zazębia się znakomicie, a wszystkie zagadki przeprowadzone są brawurowo i zamknięte na końcu. Jest jednak jedna rzecz, którą bym zmieniła – jest nią kompozycja. Wydaje mi się, że powieść lepiej by się czytało w klamrze. Niemniej, czepiam się tylko, żeby nie było zbyt słodko.

Autor: Rafał Kosik
TytułKameleon
Wydawnictwo: Powergraph
Data wydania: 2008

Nie ma się z czego śmiać na Marsie [Film: Marsjanin]

Zawsze gdy pojawia się film na podstawie książki, mam ambicję najpierw czytać. Tym razem rzeczywistość mnie przerosła, musiałam zrezygnować z lektury. Gdy poprosiłam męża o zorganizowanie komedii romantycznej na sylwestra, uraczył mnie co prawda Mattem Damonem, ale na poważnie.

Załoga statku badawczego zbiera próbki na Marsie, gdy zaskakuje ich potężna burza. Uciekając, Mark Watney (Matt Damon) ginie. Tak przynajmniej sądzą jego koledzy, gdy podejmują decyzję o odlocie z niegościnnej planety. Tymczasem Mark budzi się ranny i zdany tylko na siebie na niegościnnej planecie. Jednak NASA nie szkoli mięczaków, bohater podchodzi do swojej sytuacji naukowo – podsumowuje szanse i zagrożenia i próbuje wyeliminować to najbardziej zagrażające jego życiu – głód.

Na Ziemi zupełnie przypadkowo odkrywają swój błąd, jednak aby móc skutecznie przeprowadzić akcję ratunkową, NASA musi mieć rakietę, która podejmie rozbitka, a te się buduje długo, z myślą o konkretnych programach badawczych. Nikt nie ma zapasowego statku kosmicznego do ratowania rozbitków. Zaczyna się walka z czasem.

Bohater nie traci poczucia humoru i nadziei na ratunek – buduje pole ziemniaków (marsjanek) w habitacie, stara się nawiązać skuteczną komunikację z Ziemią. Pozostaje też realistą i na wypadek śmierci nagrywa swoje codzienne spostrzeżenia.

A teraz najlepsze – Matt Damon dostał Złoty Glob za najlepszą rolę aktora komediowego, bo zagrał w Marsjaninie. Nie wiem, o czym myślało jury, kwalifikując film do tej kategorii, ale to nie jest „hahaha” komedia. Ok, widywałam komedie gatunkowe, na których śmiałam się mniej, ale trudno mi się pogodzić z taką decyzją. Z samym Globem natomiast zgadzam się całkowicie – zasłużona nagroda.

A teraz najlepsze – Matt Damon dostał Złoty Glob za najlepszą rolę aktora komediowego, bo zagrał w Marsjaninie. Nie wiem, o czym myślało jury, kwalifikując film do tej kategorii, ale to nie jest „hahaha” komedia. Ok, widywałam komedie gatunkowe, na których śmiałam się mniej, ale trudno mi się pogodzić z taką decyzją. Z samym Globem natomiast zgadzam się całkowicie – zasłużona nagroda.

Film ujął mnie prawdopodobieństwem zdarzeń, dobrze zakreślonym bohaterem. Tym, że nie wystarczy w życiu być McGyverem, na wszystko trzeba czasu, nawet jeśli go nie ma.

TytułMarsjanin
Reżysera: Ridley Scott
W rolach głównych: Matt Damon, Jessica Chastain i in.
Rok produkcji: 2015

Czy Abrams obudził w Was moc? [Film: Gwiezdne Wojny. Przebudzenie Mocy]

Od dwóch lat wszyscy żyliśmy nową nadzieją na powrót Jedi. Abrams mamił nas pięknymi trailerami, ale przecież całe zakony wyznawców Lucasa czekały, żeby udowodnić niedowiarkom, że pierwsze trzy epizody Lucasa to arcydzieła, w porównaniu do tego wyrobnika od trekkie.

Uwaga, będą spojlery.

Osią fabuły jest poszukiwanie mistrza Jedi, niejakiego Luke’a Skywalkera. Najstarsi Indianie zapewne pamiętają, że to ten gościu, który nie dał się Vaderowi. Szuka go Rebelia, szuka go Nowy Porządek, który zastąpił starych, dobrych imperialistów. Jest dobrych dwadzieścia kilka-trzydzieści lat po bitwie nad Endorem, ale w sumie jakby niewiele się zmieniło. Oprócz tego, że teraz wszystko jest większe i lepsze. Tego wymaga historia.

Najlepszy rebeliancki pilot, Poe Dameron (Oscar Isaac), odnajduje fragment mapy, prowadzący do Skywalkera. Oczywiście natychmiast okazuje się, że postimperialiści siedzą mu na ogonie, więc ukrywa wiadomość w małym robocie BB-8, który zachowuje się, jak psychotyczny kot na kawie. Robot umyka, a Dameron zostaje pojmany.

Szczęśliwym zbiegiem okoliczności robot zostaje odnaleziony przez ubogą złomiarkę Rey (Daisy Ridley), która mówi po robociemu. Ta zaś zostaje odnaleziona przez zbiegłego szturmowca Finna (John Boyega), który najpierw chce uciekać, potem chce wracać i w zasadzie sam nie wie, czego chce. Wszyscy oni radośnie odnajdują Sokoła Millenium i udają się w stronę Rebelii. 

Tak, wszyscy ci, którzy uważają, że są spostrzegawczy i znajdują paralele między IV i VII epizodem, uprzejmie informuję, że mają rację. Wieśniaki z pustynnych planet to nośny temat, podobnie jak wielka Wojna Dobra ze Złem. Dla mniej spostrzegawczych – mamy też bagna Dagobah (w okolicy knajpy), lodowe pustynie Hoth i pewnie parę innych rzeczy, których nie zauważyłam.

Co do dziur fabularnych, to wiadomo – są. Już widzę moich starych znajomych siedzących przed swoimi plazmami ze stopklatką na blureju i liczący tie vs. x-wingi. Byłam tam, widziałam to (wówczas były to kaseciaki i 40-calowe rubiny). Dwa smutne momenty bez pokrycia to zniszczenie Rebelii (mamy flotę rebeliancką, mamy z czym walczyć, a sekundę później – a nie, już nie mamy) i nalot na Starkillera metodą:  – Chłopaki, lecimyyyy.  – Lecimyyyy… Ale dokąd?  – Yyy… Lecimyyyy!!!  – Mamy jakiś plan? – Lecimyyyy!!!

No ale dobra, gdyby nam zaczęli pokazywać żmudne powstawanie planu, to film pobiłby bollywoodzkie, legendarne, dwunastogodzinne maratony. 

Wielki szacunek za zebranie poprzedniej ekipy do kupy. Natomiast co do nowych twarzy:

1) Daisy Ridley gra jak Keira Knightley. To żaden komplement. Ale postać jest napisana fajnie – to dziewczyna, która musi radzić sobie sama. Jakkolwiek jest bierna, gdy przychodzi do dbania o własne interesy (dostaje pół porcji żarcia i nie wykłóci się, że to mało), i w sumie rzuca się w wir zdarzeń całkowicie na ślepo, to ma jakieś bóstwo opiekuńcze, które ją wyciąga z najgorszych tarapatów. 

2) Adam Driver – no dobra, to było coś. „Jestem wielce złym i strasznym sithem. Vader umiał tylko udusić na odległość, ja pizgam ludźmi jak szmaciankami i umiem rozwalić własny statek swoim mieczem świetlnym”. A potem zdejmuje toto maskę i widz dostaje prezent gwiazdkowy – przepuklinę ze śmiechu. Bo gdyż wielki zły wygląda jak emo-Chopin. Z drugiej strony pokazuje to tylko, że stawanie się wielkim złym to długotrwały proces i czasem trzeba szybciej założyć maskę, niż jest się na to gotowym. Podobnie jest z głównodowodzącym Snokiem, który kreuje się na większego złego za pomocą sztuczek technicznych. Brak stabilności emocjonalnej może ich daleko zaprowadzić.

3) Domhnall Gleeson i Oscar Isaac udowadniają, że tygielek s-f jest mały i w każdym filmie grają ci sami aktorzy. Pokazują też, że przegrana imperium musiała być dotkliwa i poniesiono ogromne straty w ludziach, skoro przedszkolacy zostają generałami. Jest to jedna z najsłabszych postaci w filmie – jedyne co pokazuje, to jakies ambicje polityczne, które nie moga być zrealizowane, bo nie jest sithem. Trochę widzę, jak zostaje mięsem armatnim w kolejnej części.

4) John Boyega z jednej strony pięknie pokazuje, że bycie szturmowcem to nie bułka z masłem i nikt nie zostaje nim z wyboru. Z drugiej strony przeraża mnie niewydolność systemu, w którym szkoli się miliardy takich i potrafi umknąć jeden (a może więcej) takich, którzy się nie wpasowują w tę matrycę. Techniki prania mózgu powinny być skuteczniejsze, inaczej aż dziw, że rozsadzenie Nowego Porządku od wewnątrz zajmuje aż trzy dekady.

Z dwóch stron atakują mnie dwie jedynie słuszne racje: albo film jest orgazmicznie doskonały, albo omujborzejakikijowy. Jestem w stanie zrozumieć, że dla tych, którzy naoglądali się midichlorianowego szaleńtwa, to obecny epizod jest objawieniem. Dla tych, którzy wyznają mitologię książkową, jest to słabizna. I dla tych, którzy poszli do kina, spodziewając się Ojca Chrzestnego 2 wymieszanych ze wszystkimi przedstawicielami kina najwyższych lotów, w siódmym epizodzie Gwiezdnych Wojen!!!

Mnie odniesienia do TOT, a nawet przejścia między scenami jak w klasycznych filmach, sprawilo dużo radości. Doceniam grę z konwencją, którą zaproponował Abrams, widzę charakterystyczne dla niego środki (panie, dziękuję za ten rozbity tie, już myślałam, że tam nic nie pierdyknie o ziemię, a tradycji Lost musi stać się zadość). No ale może trzeba po prostu lubić Abramsa, żeby się dobrze bawić?  

A czego Wy się spodziewaliście po Gwiezdnych Wojnach?

Tytuł: Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy
Reżysera: J.J. Abrams
W rolach głównych: Daisy Ridley, Adam Driver i in.
Rok produkcji: 2015

Nie mam co na siebie włożyć i nie mam co oglądać. Seriale na jesień 2015

Zanim popełnię posta z cyklu: co jest w mojej torebce, albo coś równie fascynującego (no cóż, akurat bardzo lubię patrzeć, co babki noszą w swoich furlach i neverfullach i głęboko się zastanawiam, jak one to robią, że one rzeczywiście są neverfull), opowiem Wam o moich odczuciach w sprawie seriali z bieżącego sezonu.

1) iZombie: serial twórców Veroniki Mars (i Jeziora marzeń!). Bohaterka, Liv Moore (Rose McIver) poszła na imprezę i obudziła się z zombizmem zamiast kaca. Niby zachowuje się normalnie, nie jak w TWD, ale od czasu do czasu ma napad wściekłego głodu, gdy zmienia się w prawdziwego potwora. Zatrudnia się więc w kostnicy (gdyż jako stażystka ze szpitala nie wyobraża sobie zostania chirurgiem w zaistniałej sytuacji), przy czym oczywiście w pierwszym odcinku daje się złapać swojemu szefowi na zjadaniu mózgów. Szef, pozbawiony instynktu samozachowawczego, postanawia pomóc zombie podopiecznej. Sezony są krótkie, więc trudno się znudzić. Dość dynamiczna akcja i (OMG) David Anders (<3) przemawiają za tym serialem.

2) Limitless: pierwsze koty za płoty, pierwszy sezon po filmie z 2011 r. z Bradleyem Cooperem. Brian Sinclair (Jake McDorman) wziął tajemniczą pigułkę, która spowodowała u niego niesamowite moce intelektualne. Spotkanie z nie mniej tajemniczym senatorem skutkuje u tego tego cieniasa (niespełniony muzyk, bezrobotny leser) przewrotem w życiu o 180 stopni. Jedyne co o nim można powiedzieć dobrego to: Orci i Kurtzmann oraz – nie jest specjalnie poważny. Powaga zabija seriale.

3) Minority Report: kolejny serial, który miał odcinać kupony od popularnego filmu. Nie zdzierżyłam pilota. Nawet s-f w tym serialu go nie ratuje. Nie i już.

4) Quantico: o tym, jak celować wysoko i upaść bardzo nisko. Serial ma tempo zmiany scen jak Moda na sukces – żadna nie trwała nawet dwóch minut. Strasznie tajemniczy serial ze strasznie tajemniczymi postaciami i strasznie tajemniczą fabułą. Twórcy chcieli sprawić, by widz pokochał jedną z pięćdziesiątki bohaterów, agentkę Parrish (Priyanka Chopra), w efekcie widz w trzecim odcinku rzygnął bohaterką, wyłączył serial i nigdy więcej nie powrócił do tej żenady roku. Komplikacja fabuły lvl 99, rozwój bohaterów – lvl 1. A ponieważ postacie są płytkie, papierowe, nie mają żadnych motywacji i nikt ich nie lubi, to nawet nie chce mi się sprawdzać, jak to się skończy.

5) Blindspot: serial, który ma wielkie ambicje, ale marnych scenarzystów (sorry). Tytułem nawiązuje do skandynawskiego filmu, bohater ma nazwisko jak ze szwedzkiego kryminału, zaczyna się trzęsieniem ziemi, a potem… potem jest tylko gorzej i nawet chęć sprawdzenia, co porabia lady Sif (Jamie Alexander) na Ziemi jest słabą zachętą do oglądania. O krok od zarzucenia. Może odrobina humoru by uratowała ten serial, ale nie, on jest taki ŚMIERTELNIE poważny. I dostał kontynuację.

6) Supergirl: robi to ta sama ekipa, co Flasha. I nie trzeba więcej mówić. A, na plus niech będzie zaangażowanie Calisty Flockhhart. Przynajmniej jedna, co tam gra. Osoba, która wyłoniła w castingu Chyler Leigh lepiej niech wraca do strugania ołówków.

W tym roku nie zaczęłam już niczego nowego, udało mi się porzucić za to kilka pozycji, ale o tym może kiedy indziej. Może następny wpsi uda się już zrobić o książce? Dlaczego, dlaczego ostatnio czytam same grube cegły?

Retro jest sexy [Film: Kryptonim U.N.C.L.E.]

Ostatnio mamy wysyp wszystkiego, co jest retro – czerwona lodówka z uchwytem rodem z Cudownych lat jest fajniejsza niż biały mińsk. Radio żywcem przeniesione z projektu Dharma będzie chętniej słuchane niż nowoczesny kasprzak, a moda z lat 60. jest bardziej interesująca niż zwykłe dżinsy i koszulka.

Podobnie jest z filmami i serialami – lata 60. mają więcej do zaoferowania niż współczesność. Film szpiegowski o zabiciu bin Ladena był straszny – latające drony i przebijanie się przez biurokrację nie jest tematem na fascynujący film – gdzież mu do Świętego, Nieustraszonego czy Bondów.

I właśnie w konwencji Bondów jest Kryptonim U.N.C.L.E., film oparty na serialu z lat 60. Napoleon Solo (Henry Cavill) zamiast gnić w więzieniu za kradzież sztuki w czasie wojny, zostaje wcielony do CIA (znamy? Cavill i Bomer są nawet podobni – ich postacie też.), a jego zadaniem jest wywiezienie Gaby (Alicia Vikander) z Berlina Wschodniego. I poszłoby szybko i sprawnie, gdyby nie przeszkadzał im uporczywie Ilya Kuryakin (Armie Hammer) – as radzieckiego wywiadu. Czy będzie dla Was zaskoczeniem, jeśli dowiedzą się nazajutrz, że mają współpracować (oczywiście w ramach rozsądku), by odnaleźć dysk z technologią budowy brudnej bomby?

Początkowo współpraca oczywiście nie przebiega pomyślnie, na szczęście kobieca ręka Gaby łagodzi niepotrzebne spory. I kiedy wydaje się, że wszystko jest ju ż na najlepszej drodze do rozwiązania, sprawy muszą się skomplikować.

Guy Ritchie jest świetnym reżyserem charakterystycznych filmów. Przekręt stał się już klasykiem, na nowo opowiedziany Sherlock Holmes (który musiał rywalizować z serialem stworzonym przez BBC i drugim – amerykańskim, w którym Watson to Joan, nie John) zawalczył o swoje miejsce wśród ekranizacji Doyla – nic więc dziwnego, że ten kryminał retro jest kawałkiem zacnego kina rozrywkowego. 

Myślę, że film mógł być zabawniejszy, jeśli dysk miałby realne wymiary pralki do prania i bohaterowie musieliby ukraść ich ze czterdzieści!

Tytuł: Kryptonim U.N.C.L.E.
Reżysera: Guy Ritchie
W rolach głównych: Henry Cavill, Armie Hammer, Alicia Vikander, Elizabeth Debicki i in.
Rok produkcji: 2015

Inni są tacy sami, to ludzie są inni [Srebrzyste wizje, Anne Bishop]

Znowu przeczytałam książkę. To już się robi prawdziwe szaleństwo, ale gdy zobaczyłam trzeci tom cyklu Inni Anne Bishop, to nie mogłam się powstrzymać – wszak ciągle czekam, kiedy Simon odkryje, że chce iść na dziko z Meg.

W Srebrzystych wizjach Meg postanawia kroić się na spokojnie, żeby móc odpowiadać na konkretne pytania, zamiast uwalniać przypadkowe wieszczby. Oczywiście robi to wtedy, gdy Wilków nie ma w okolicy. Nie przewiduje jedynie, że tylko bardziej ich zirytuje swoim postępowaniem. Niemniej eksperyment idzie dobrze i wszyscy są pełni nadziei na więcej.

Tymczasem Ludzie Ponad i Nade Wszystko manipulują małą córką jednego z policjantów współpracujących z Dziedzińcem. Dziewczynka przyjeżdża sama do ojca, przywożąc klejnoty ukryte w zabawce.

Całej Thaisii grozi polityczny krach oraz głód, ponieważ manipulacje ludzi prowadzą do kolejnych zatargów z Innymi. Okazuje się, że do konfliktu dołączają Żywioły, potężniejsze od człekokształtnych Innych i właściwie zniszczenie ludzi jest już przesądzone i sami podpisali na siebie wyrok, podejmując niekorzystne decyzje rasowe.

Natomiast uwolnione przez Innych wieszczki, które pozostawały pod opieką Intuitów, popełniają zbiorowe samobójstwa. Z innych regionów dochodzą głosy, że zostawione przy drogach cassadnra sangue wolą zginąć niż dać się schwytać czy to ludziom, czy to Innym. Pozostaje też nierozwikłane pytanie, ile jeszcze ośrodków hodowli dziewcząt pozostało nieodkrytych i wciąż szerzy się tam nielegalny proceder.

Tymczasem na Dziedzińcu Simon pospołu ze wszystkimi sprzymierzeńcami, jakich jest w stanie zjednać, próbuje nie dopuścić do rzezi.

Na okładce, jak sądzę, widnieje Niedźwiedź.

Autor: Anne Bishop
TytułSrebrzyste wizje
Wydawnictwo: Initium
Data wydania: 2015

Wyparty film [Film: Imperium robotów. Bunt człowieka]

Znowu byłam w kinie. Najlepiej z tej wyprawy zapamiętałam trailer do drugiej części Maze Runner. To nie świadczy dobrze o samym filmie. Tym razem padło na kancerogenną młodzieżówkę postapo – Imperium robotów. Bunt człowieka.

Że niby kto się tam pierwszy zbuntował – nie wiem, ale byłam w czołówce. Co do treści – roboty opanowują ziemię, aby ją badać. Składają obietnicę, że jak tylko uda im się poznać ludzi, odejdą. A póki co, ludzie są w areszcie domowym, jedynie kolaboranci mogą się poruszać po ulicach. Ojciec Seana (Callan McAuliffe) zaginął podczas walk z robotami, on sam z matką (Gillian Anderson – jedyny powód, dla którego warto oglądać złe filmy) i przygarniętymi przez nią sierotami musiał się przeprowadzić. Dnie spędza na rysowaniu portretów ojca i rozsiewaniu ulotek z cyklu „ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”.

Potem jest już z górki – do matki dostawia się lokalny kolaborant, Smythe (Ben Kingsley), dzieci znajdują sposób na oszukanie robotów, a Sean niespodziewanie zyskuje nad nimi władzę. Dzięki temu spędza resztę filmu w pozycji znanej z Jurrasik World.

Tak bardzo nie byłam założonym widzem tego filmu, ze nawet Gillian nie była w stanie mnie powstrzymać przed ziewaniem. Wiec jeśli macie ochotę na film, na ten nie traćcie pieniędzy. Lepiej pooglądajcie letnie seriale.

Tytuł: Imperium robotów. Bunt człowieka
Reżysera: Jon Wright
W rolach głównych: Ben Kingsley, Gillian Anderson i in.
Rok produkcji: 2014

Co w trawie piszczy wg Marvela [Film: Ant-Man]

Oglądam dużo, czytam nie mało, ale pisać o tym nie mam kiedy. Trochę jak w starym dowcipie, że mam taki zasuw, że nie mam kiedy taczki ładować. No, ale o czym, jak o czym, ale o Ant-Manie musi być.

Scott (znany mi dotychczas z głupawych komedii Paul Rudd) odsiedział swoje za włamanie do firmy, która kradła od swoich klientów. Co prawda oddał okradzionym ich pieniądze, ale musiał odpokutować za swój chwalebny czyn.

Po wyjściu mieszka kątem u kumpla spod celi, radosnego i nieco naiwnego Luisa (Michael Pena). Co prawda początkowo nasz bohater chce wrócić na łono społeczeństwa, ale ciężko znaleźć byłemu skazańcowi przyzwoitą pracę, więc w końcu bierze udział w napadzie na dom starszego pana, który w przedwojennych supersejfie nic nie miał.

W tym czasie Darren Cross (Corey Stoll <3) próbuje odtworzyć starą technologię Hanka Pyma (Michael Douglas) i wykonać kostium, który pozwala użytkownikowi się zmniejszać. Oczywiście prezentuje swój wynalazek przerażonemu patronowi, który ma wizję armii małych, niepokonanych żołnierzy.

Możecie się już domyślać, że starszym panem był nie kto inny, jak sam Hank Pym, który dzięki skomplikowanej intrydze podpuścił Scotta do tego włamania. Bowiem stary agent S.H.I.E.L.D./Avengers (w zależności od źródła) potrzebuje pomocnika, który w kostiumie Ant-Mana zapobiegnie katastrofie.

Ale to jedna strona Scotta. Druga to czuły, kochający ojciec, który próbuje się spotkać z córką (Abby Ryder Fortson) i złapać przyzwoity kontakt z jej matką (Judy Greer), choć musi się przedrzeć przez zasieki ustawione przez nowego chłopaka byłej (Bobby Cannavale). Co ciekawe, w tym filmie spotkały się najgorsza matka świata (matka bohaterów Jurassic World) z najgorszą córką świata (niedoszła matkobójczyni z The Whispers).

Film, mimo patetyczno-wzniosłego i całkowicie zniechęcającego trailera, jest całkowicie w stylu filmów Marvela – zabawny, dowcipny, ma niezłe atuty (Evalgeline Lily ciągle piękna, choć próbowali ją obrzydzić na wszelkie sposoby), totalnie odjechany i ma bardzo, bardzo dobrą obsadę.

Jak zwykle przy filmach na podstawie komiksów, jestem pod wrażeniem zgrabnego połączenia w całość wielu wątków i pomysłów na postać wielu autorów. Nawet nie mogłam się dopatrzyć żadnych (większych) dziur fabularnych. Mimo pewnych wątpliwości, pojawiających się tu i ówdzie, wszystkie zostały z czasem wyjaśnione. Nic to, na pewno na święta puszczą w Polsacie i moze wtedy wyłapię 🙂

TytułAnt-Man
Reżysera: Peyton Reed
W rolach głównych: Paul Rudd, Evangeline Lily, Michael Douglas i in.
Rok produkcji: 2015