Tam, gdzie polarne niedźwiedzie… [Chołod, Szczepan Twardoch]

Najnowsza powieść Szczepana Twardocha znów mnie wciągnęła w swój świat, podobnie jak poprzednie. Mimo że Chołod, tak samo jak i jego poprzedniczki, nie jest relaksującą propozycją do poduszki, a szarpiącą duszę opowieścią pełną smutku i grozy.

Trochę szkatułkowa ta opowieść, bo losy głównego bohatera, Konrada Wilgemowicza Widucha, poznajemy dzięki jego zapiskom, które odczytał… Szczepan Twardoch. Nie ulegajmy jednak pokusie zrównania autora książki z jej bohaterem/narratorem o tak samo brzmiących personaliach, zawodzie i zainteresowaniach. Wszak to podstawowy szkolny błąd, chociaż sam autor nie odżegnuje się od takiego zrównania. Otóż sytuacja wyjściowa opowieści jest następująca: narrator pierwszoosobowy Szczepan Twardoch w 2019 r. podczas wyprawy na Spitsbergen spotyka starszą panią imieniem Borghild, nieustraszoną żeglarkę, która proponuje mu wspólny rejs jej s/y (sailing yachtem). Mimo czekającej na niego w Polsce rodziny (i licznych obowiązków) Szczepan się zgadza. Podczas podróży Borghild wręcza mu pamiętniki Konrada Widucha, spisane dość ciekawym idiolektem. Widuch z pochodzenia jest Ślązakiem – okazuje się, że to niemal krajan Twardocha, bo z Pilchowic jak i on. A jego dzieje to opowieść bez mała awanturnicza, jak w najlepszych powieściach gatunkowych.

Podobnie jak w Pokorze, tak i tu tłem dla opowieści jest wojna. Widuch, świadek okrucieństw wojennych XX wieku, najpierw podczas I wojny był żołnierzem armii pruskiej, potem bolszewikiem walczącym z Polakami w 1920 r., następnie, aresztowany w 1937 r., zostaje zesłany do syberyjskiego łagru w czasie czystek Stalina, skąd ucieka już po wybuchu II wojny. Jego losy, niezwykle barwne i pełne grozy, poznajemy dzięki własnoręcznym zapiskom z roku 1946. Ale nie jest to opowieść liniowa i chronologiczna: skojarzyła mi się z… Homerowymi eposami, bo pełno w niej rozbudowanych opisów i retardacji, jak choćby ta dość długa prezentacja pierwszego spotkania przyszłej żony Widucha – Sofie: 

No ale pisał ja o czymś ważniejszym, o tem, jak zajechała do nas taczanka, po tej naszej nieszczęśliwie dla niektórych zakończonej uczcie na polskich taborach. Woźnica taczanki, którego z daleka widział ja, jak w zielonych szarawarach, wysokich butach i zielonej, spiętej pasem gimnastiorce stoi na koźle na ugiętych nogach i powozi jak szatan czwórką koni zaprzężonych do tej lekkiej asesorskiej bryczki, z bliska okazał się wysoką, postawną, chociaż wdzięcznie kibitną brunetką o niebieskich oczach, wielkich nieprzyzwoicie, i skórze tak białej, jakby ukraińskie słońce nie miało prawa jej dotknąć. Miała na sobie męski strój, jednak tak odszyty, paskiem w talii ściśnięty, że nie można było ani przez chwilę zwątpić w kształtność jej ciała. Przy pasie po lewej stronie, po niemiecku, kabura z długim parabellum. Na piersi czerwona kokarda.

Szarpnęła lejce, wstrzymując konie, zaciągnęła hamulec bryczki, zeskoczyła z kozła wdzięcznie niczym gimnastyczka. Była z gołą głową, włosy związała luźno na karku, wiele kosmyków wyzwoliło się z tych więzów i wiły się, czarnobrązowe, lśniące, ciężkie, jakby nie tylko słońce nie miała prawa jej dotknąć, ale jakby nie imał się jej też żółtoszary pył, wiły się dookoła najpiękniejszej twarzy, jaką ja widział kiedykolwiek w mojem pięćdziesięcioljednoletniem dziś, a dwudziestopięcioletniem wtedy życiu, twarz jakby wyrzeźbioną z białych marmurów karraryjskich, idealnie symetryczną, z linią żuchwy, jak od linijki, tak twardą, że prawie męską, z mocnemi kośćmi policzkowymi, wydatnem czołem, ale wszystko to zmiękczone kobieco oczyma wielkiemi, jakby sennemi, błękitnemi jak Berliner Blau, najpiękniejszemi, jakie ja widział w mym życiu dziwnem.
Zeskoczyła z kozła i zastała mnie przy austinie-putiłowie, zastała mnie, niestety, stojącego z opuszczonymi portkami, z ugnojonym wiechciem trawy w ręku, kiedym starał się doprowadzić do porządku po wywołanym polskim kulomiotem przykrym incydencie zapaskudzenia spodni.
Co towarzysz robi? – zapytała (…)
I tak ja poznał Sofie. [s. 98–100]

Widuch swoje zapiski kieruje do wyimaginowanej czytelniczki, podejmuje z nią polemiki, tłumaczy swoje decyzje, wciąż powtarzając pytanie czy ja jeszcze czełowiek? Czy można zachować człowieczeństwo, kiedy nie tylko było się świadkiem niepojętych okropieństw, ale i samemu robiło niewybaczalne rzeczy? Peregrynacje Widucha nie kończą się na ucieczce z zony – trafia wszak do tytułowego Chołodu, którą to zagubioną w lodach i śniegach wioskę i obyczaje jej mieszkańców Konrad opisuje niczym rasowy etnograf. I tutaj też Widuch nie zazna spokoju: kiedy do Chołodu trafia aeroplan z radzieckimi lotnikami-badaczami, Konrad przekonuje mieszkańców, by nie zostawiać lotników przy życiu. Bo kiedy wrócą do siebie i opowiedzą o Chołodzie, spokojne życie mieszkańców się skończy. Parafrazując tytuł innej opowieści o Wschodzie: przyjdzie Rosja i nas zje.

Tym, co mnie urzeka u Twardocha, ale i czasem spycha na dno rozpaczy, jest język, którym pisze swoje książki. Widuch, jako osoba o wielorakiej etnicznej przynależności, używa swoistej mieszanki językowej, nasyconej rusycyzmami, germanizmami, śląską gwarą… Prezentuje siebie jako kogoś, komu nauka nowych języków przychodzi z łatwością, podobnie jak odnajdywanie się w różnych kulturach.  Nie należy do żadnego narodu, podobnie jak i autor na pytanie, jakiej jest narodowości, odpowiada, że Ślązak. Ale chyba w dzisiejszych czasach takie rozważania nie mają racji bytu, co właśnie pokazują losy Widucha. Jak zakończyła się ta jego mroźna eskapada i dlaczego nie był to upragniony happy end – przeczytajcie koniecznie.

Autor: Szczepan Twardoch
Tytuł: Chołod
Wydawnictwo: Literackie
Data: 2022

Opublikowane przez Aleksandra Joanna Małgorzata

Czytanie wyssane z mlekiem matki? Możliwe, i mam jedynie nadzieję, że przeniesie się w genach na kolejne pokolenie.

Dodaj komentarz