Jakich książek nie powinno się czytać na czczo? Oczywiście kucharskich. Mimo kulinarnego tytułu książka Kasdepkego i Dobrzanieckiego nie jest spisem receptur, choć są w niej przepisy na różne nieoczywiste smakowitości. Pełnią one rolę swoistego wehikułu czasu, przenoszącego autorów wraz z czytelnikami do lat minionych. Smacznej podróży zatem!

Autorzy mają już swoją renomę: Grzegorz Kasdepke jako pisarz dla dzieci, a Hubert Klimko-Dobrzaniecki jako twórca różnych gatunków, m.in. poezji, opowiadań i powieści, z których spora część ma w tle Islandię. Obaj panowie mogą się także pochwalić sporym bagażem doświadczeń życiowych, z których pewną część możemy właśnie poznać – zwłaszcza tych związanych z kulinariami. Historie, które autorzy opowiadają w tym zbiorze, są i śmieszne, i straszne, z zastrzeżeniem, iż przeznaczone są jednak dla dorosłych czytelników (nie tylko ze względu na soczyste słownictwo). Kasdepke, białostocczanin, wspomina m.in. swoją ulubioną potrawę z dzieciństwa – szare kluski łyżką kładzione, której to potrawy kuchnia podlaska nie zna, więc przyszły autor przygód detektywa Pozytywki musiał na lekcji wyjaśniać nauczycielce zawiłości swojej rodzinnej historii. Otóż jego dziadkowie pochodzili z Wielkopolski i mimo przenosin na Podlasie kultywowali poznańskie kuchenne tradycje. Podobnie Klimko-Dobrzaniecki do tej pory przyrządza c.k. słoninę swojego dziadka Staszka – i podaje na nią rzecz jasna przepis.
Urzekająca w tej książce jest dla mnie czułość, z jaką dwaj dojrzali faceci opisują swoje dzieciństwo nie zawsze sielskie i anielskie oraz młodość górną i durną. I zazdroszczę czasem tylu przygód, których doświadczyli jako wchodzący w dorosłość mężczyźni. Tym bardziej świetnie się czyta taki dwugłos dorastania w PRL-u i początków literackiej drogi w burzliwych latach 90. Każde opowiadanko-wspominka kończy się przepisem: mamy zatem najprostsze sprawy, takie jak sos winegret, aż po kilkugodzinne pieczenie kaczki z mandarynkami. Ponieważ autorzy bez większych ogródek wspominają swoje relacje damsko-męskie, książkę zadedykowali swoim żonom (każdy swojej) – jak stwierdzili w dedykacji, bo są lizusami, a żony fajne. I rzecz jasna gotujący mężczyzna wydaje się o wiele ciekawszym kandydatem na ewentualnego męża niż ten, który umie tylko przypalić wodę na herbatę…
Cudowna i niemal nierealna wydaje się opowieść Klimki-Dobrzanieckiego o tym, jak w studiu radiowej Trójki na Myśliwieckiej odwiedził Marka Niedźwieckiego, by podczas jego Listy Przebojów złożyć życzenia z okazji Dnia Matki – ale i pozdrowić pewną bliską jego sercu damę, by w ten sposób pozyskać jej względy.
W marcu 1984 roku Niedźwiecki ogłosił, że zespół Nazareth przyjedzie do Polski i być może będzie gościł w studiu przy Myśliwieckiej.
– Musimy się z nimi spotkać – powiedział Hitler [to ksywka kolegi narratora, Tomasza – AJM]. – Jak będzie znana dokładna data, pojedziemy do Warszawy i wejdziemy do studia! – wykrzykiwał.
Pomyślałem, że mu odbiło, choć pomysł bardzo mi się spodobał. (…) Kiedy oficjalnie ogłoszono, że Nazareth zagości w studiu podczas notowania „Listy Przebojów”, a miało to być 26 maja, w Dzień Matki, Hitler oszalał z radości.
– Chłopie, jedziemy do Warszawy, musimy to zrobić! Wejdziemy do Trójki, wpuszczą nas. Zagram na gitarze, może wezmą mnie do składu! A jak nie, to przynajmniej ich poznam. W domu będziesz musiał nakłamać. Matka cię nigdy ze mną nie puści, wiem. Powiesz, że jedziesz do Pijanowskiego, do „Jarmarku”, że są przesłuchania do audycji. A jak już będziemy u Niedźwieckiego, to złożysz jej na antenie życzenia z okazji Dnia Matki, bo gdyby jej kumpele akurat słuchały, będziesz miał solidne wytłumaczenie. Wtedy jeszcze bardziej cię pokocha, nie mówiąc o Violi… Pozdrowisz ją. Po czymś takim jej serce zmięknie. Będzie twoja. Uwierz [s. 49–50].
Jak się skończyła ta eskapada, nie zdradzę. Warto przeczytać! I jeszcze słowo o tytułowym króliku po islandzku. Co ma zrobić troskliwy polski ojciec, który chciałby, aby jego syn zjadł coś pożywnego i smacznego w ostatni dzień roku? Zwłaszcza jeśli mieszka się na Islandii i o świeże warzywa trudno. Z dzieciństwa ojciec ów zapamiętał przepysznego królika, którego przyrządziła jego ciotka właśnie w ów ostatni dzień roku. A gdzie dostać królika w islandzkiego sylwestra, skoro sklepy otwarte tylko do 14.00? Ale są jeszcze sklepy zoologiczne… Lekko zapachniało groteską, prawda? I tutaj nie zdradzam oczywiście zakończenia, zajrzyjcie do książki.
Autor: Grzegorz Kasdepke, Hubert Klimko-Dobrzaniecki
Tytuł: Królik po islandzku
Wydawnictwo: Wielka Litera
Data: 2022