Co łączy następujące zespoły: Metallica, Iron Maden, Behemoth, Vader, TSA, Black Sabbath? Wiadomo, sława i rozpoznawalność na pewno, ale i obco brzmiące nazwy. Wśród tych gigantów szeroko pojętego metalu są trzy polskie formacje, które mają oddanych fanów (i renomę) na całym świecie.

Chociaż muzyka metalowa nie jest mi w żaden sposób bliska, to z wielką ciekawością przeczytałam tę książkę. Autora znam bowiem jako dziennikarza piszącego o (pop)kulturze i z bogatą wiedzą w tej dziedzinie. W Skórze i ćwiekach mnóstwo jest elementów autobiograficznych, choć autor wiele razy się zarzeka, że autobiografii napisać nie zamierzał. Jednak już na samym wstępie (czyli w Intro) jasno deklaruje, że, po pewnej przerwie od słuchania metalu, grania metalu i pisania o metalu, wrócił do niego, bo to jego muzyka, jego ludzie i jego miejsce na ziemi.
Nie wszystko mi się tu podoba, ale lepszego [miejsca] nie znam, a poza tym to dom – innego nie miałem (s. 8).
Zatem jeśli jako laiczka w tej dziedzinie mam poznawać mroki metalowego undergroundu, to Szubrycht jest tu odpowiednim przewodnikiem.
Zaczyna się ta opowieść od początków metalu w Polsce w latach 80. XX w., co ściśle się wiąże z nastoletniością autora i jego dorastaniem w niewielkim podkarpackim miasteczku. Każdy rozdział ma swoją ścieżkę dźwiękową, np. pierwszemu patronuje TSA i jego „Heavy Metal World”. Jeśli więc ktoś oglądał Akademię Pana Kleksa (1984 r., reż. Krzysztof Gradowski, muz. Andrzej Korzyński) i pamięta (bo tego nie da się zapomnieć!) scenę z maszerującymi z pochodniami wilkami, to właśnie towarzyszył jej utwór w wykonaniu TSA i Marka Piekarczyka. I to też był metal!
Ci, którzy wyłącznie zamykali wtedy oczy, chowali się pod fotelami albo zwiewali z kina, kilka lat później zostawali fanami zespołu Wilki, a ci, którzy może i się bali, ale też trochę chcieli się do tej sfory przyłączyć, zaczynali słuchać metalu. Tak, to musiał być ten moment, w którym wykuwał się nasz los (s. 13).
Ja raczej byłam w tej pierwszej grupie, ale dziś potrafię w końcu docenić Marsz wilków jako utwór słowno-muzyczny.
Szubrycht fascynująco i ze swadą opowiada nie tylko historię metalu w Polsce i na świecie, ale i ewolucję podgatunków, metalową modę, onomastykę, powiązania między poszczególnymi twórcami i wątkami – i jest to naprawdę ciekawie podane, z dużą dozą humoru i dystansu. Oczywiście po lekturze tej książki nie nawrócę się na tę muzykę, ale trochę zaczynam rozumieć tak emocjonalny stosunek autora do metalowego świata. Zwłaszcza gdy przeczytałam takie jego wyznanie:
Zaryzykuję jednak teorię, że dla wielu tekściarzy, zwłaszcza tych, którzy piszą dla siebie, słowa ekstremalnego utworu metalowego mogą być jak modlitwa, jak oczyszczające wyznanie na kozetce terapeuty, jak zaklęcie tajemnego rytuału. Nikt nie musi rozumieć, nikt przecież nie musi wiedzieć, co zawarłeś między wierszami, na kogo i dlaczego krzyczysz, byś mógł razem z tym krzykiem wyrzucić cały swój ból, krzywdę, nienawiść, strach. Mnie to pomagało. Być może uratowało mi to życie. Wchodziłem w dorosłość w maleńkim miasteczku na Podkarpaciu w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych – to nie był ani odpowiedni czas, ani miejsce, żeby szukać fachowej psychologicznej pomocy do walki z osobistymi demonami, a o stabilizującej emocje farmakologii, dziś tak powszechnej, nawet nie wspomnę. Mogłem chlać, ćpać albo… rzucać swoje zaklęcia, wzmocnione porywającą muzyką kolegów. Być może z tego samego powodu przestałem. Nigdy nie zostałem profesjonalnym piosenkarzem metalowym, a funkcja terapeutyczna, związana z tworzeniem nowych utworów i przede wszystkim ich wykonywaniem na koncertach, przestała mi być tak bardzo potrzebna. Dojrzałem, poznałem siebie i z powodzeniem zacząłem stosować inne metody stabilizowania wewnętrznych burz i naporów. Ale przyznaję, jeśli czasem brakuje mi zespołu, to tego właśnie najbardziej – scenicznego katharsis, otwarcia się na siebie samego i wyrzucenia tej energii w świat, ponad głowami ludzi [s. 253–254].
Na koniec jednak łyżeczka dziegciu. Zabrakło mi ilustracji w książce: rozumiem, że mamy pod ręką internet i wszystko można sobie wyguglać, jednakowoż gdyby autor zdecydował się np. na faksymile swoich fanowskich zinów albo nawet reprodukcje niektórych okładek płyt, o których wspomina, zanurzenie czytelnika w metalowy świat byłoby pełniejsze. I przydałby się indeks nazwisk albo choćby samych nazw zespołów, mnie by on znacznie ułatwił lekturę. Ale przecież nikt nam nie obiecywał, że w życiu będzie łatwo i miło, prawda? A już zwłaszcza twórcy metalowego uniwersum.
Autor: Jarek Szubrycht
Tytuł: Skóra i ćwieki na wieki. Moja historia metalu
Wydawnictwo: Czarne
Data: 2022