Babel to jedna z najgłośniejszych powieści fantastycznych tego roku oczywiście musiałam ją przeczytać, bo kwestie przekładu, zaginionego w tłumaczeniu, tłumaczeń pięknych lub wiernych, gwałtów na oryginałach oraz drugim autorze spędzały mi sen z powiek przez jakieś 10 lat studiów filologicznych.

Robin pochodzi z Kantonu, z którego zostaje wyrwany, gdy ma kilka lat. Wychowywał się pod nadzorem angielskiej niani, a teraz trafia do Anglii, gdzie pod kuratelą oksfordzkiego profesora filologii uczy się języków klasycznych i pielęgnuje chiński, by w przyszłości wstąpić w mury Instytutu Translatoryki – słynnego Babel. Tam bowiem wykuwa się talenty do podboju świata, gdyż pierwszą zasadą zawłaszczenia kulturowego jest wyrugowanie języka. A Anglia ma ogromny apetyt na cały świat.
Element fantastyczny jest bardzo subtelny, albowiem autorka podmieniła maszyny parowe na sztabki srebra, działające na zasadzie magii słowa – używającej mocy utraconego w przekładzie znaczenia. I chociaż w mojej głowie w dalszym ciągu Oksford w moim wyobrażeniu wyglądał jak z obrazków z czasów rewolucji przemysłowej, teoretycznie powinno być czyste i wolne od dymów spalanego węgla. Praca nad słowem w przekładzie jest najwyższym stopniem wtajemniczenia i wszyscy studenci marzą, by trafić do pracowni srebra. Jednak Robin ma wątpliwości i na każdym kroku widzi, że nawet będąc studentem prestiżowego kierunku, jest elementem inwentarza Babel a nie człowiekiem.
To bardzo, bardzo smutne, że w XXI wieku wciąż muszą powstawać książki, w sposób prosty i od podstaw ukazujące przywilej białych ludzi (wiem, zaraz ktoś postanowi mi wyjaśnić, że przecież są też imperia niebiałe – zgadza się, trzymajmy się jednak treści, gdzie jest mowa o imperium brytyjskim; choć co do zasady – każde imperium jest zbudowane na wyzysku słabszych) i zmagania o tożsamość wszystkich innych. Znamienne jest to, że próbują oni dyktować warunki i nie rozumieją, dlaczego pozostali nie są im wdzięczni!
Gdy na horyzoncie pojawia się wojna o opium w Kantonie i Robin nie chce być jej przyczynkiem, jego brytyjska przyjaciółka po wielokroć wmawia mu, że to nie jest jego ojczyzna. I faktycznie, Robin, pozbawiony korzeni, nie należy do Kantonu, ale przez swoje mieszane pochodzenie, nie jest też nikim innym. Biali mężczyźni z Anglii mogą go traktować jako maskotkę z egzotycznego kraju, ale nigdy nie uznają go za równego sobie.
Tytułowa potrzeba przemocy tkwi w fabule na wielu poziomach – od wyrwania przemocą z ojczyzny, po (o ironio) gwałt zadany na oryginale, byśmy mogli poznać go w rodzimym języku. Jednak głównie wypływa z potrzeby, by ukonstytuować własną tożsamość, przemocą wyrwać ją tym, którzy jej zaprzeczają, każą zapomnieć ojczysty język, stosując przemoc za zachowania niezgodne z ich kanonem. I owszem, tłumacze z rodzimym językiem są niezbędni, jednak mają się zachowywać jak brytyjscy lordowie, by tej przemocy uniknąć. Rozmowy prowadzone przy herbacie o nieuświadomionym przywileju białych są kwitowane śmiechem, natomiast wprowadzenie elementów przemocy do dyskursu upewnia tychże o własnej wyższości moralnej, chociaż sami nie unikają używania pogrzebacza jako argumentu o własnej racji. I tak ten zaklęty krąg trwa.
Kuang próbuje pokazać, że podobnie sprawy się mają z kobietami, ale mam wrażenie, że robi to niezdarnie, wciskając na siłę rozdział o białej studentce i jej motywacjach. I nie przeszkadza mi on na poziomie fabularnym, choć prawdopodobnie nie powinnam mieć wątpliwości co do powodów jej działań wynikających z treści, ale wprowadzenie kolejnego problemu (nawet ściśle powiązanego z podstawowym), mogłoby wydłużyć już i tak sporą objętościowo powieść.
Autor: Rebecca F. Kuang
Tytuł: Babel, czyli o konieczności przemocy
Tłumaczenie: Grzegorz Komerski
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data: 2023