Komiksy w kinie robią furrorę [Film: Valerian i Miasto Tysiąca Planet]

Valerian i Miasto Tysiąca Planet miał być powrotem Bessona po nieudanej Lucy do estetyki rodem z Piątego elementu. I to się udało – jest pięknie, egzotycznie, kolorowo i trochę śmiesznie. Sięgnął więc po komiksowych bohaterów, bo ci (choć DCU za wszelką cenę stara się udowodnić, że nie zawsze) zwykle się sprawdzają.

W akcję filmu wpadamy trochę jak w odcinek Star Treka – zaczyna się sielankowo, po to, by natychmiast komunikator ogłosił, że trzeba się udać na mostek. Naprawdę czekałam na nieśmiertelne „on my way”. Valerian (Dane DeHaan) miał wizję zniszczenia planety, ale nie potrafił jej początkowo zrozumieć. Z czasem dostaje więcej elementów i powoli rozumie, że musi odszukać i ukarać odpowiedzialnego za tę tragedię. Historia jest prosta jak konstrukcja cepa, ale jej realizacja – już nie. Akcja pędzi wielotorowo, zagadki się piętrzą, lokalizacje się mnożą a wszystko wizualnie robi piorunujące wrażenie. 

I na tle tych wspaniałych lokalizacji i przepięknych pereł są oni. Bohaterowie. Dane DeHaan jako major Valerian i Cara Delavigne jako sierżant Laureline – delikatnie rzecz ująwszy – nie są to moje typy. Nie powiem, bo już po pierwszej ich scenie kupuję ich jako herosów i kupuję tę relację, niemniej uważam to za żarcik Bessona, że obsadził akurat tych aktorów w futurystycznej historii, gdzie strona wizualna gra pierwsze skrzypce. No i panie, gdzie ten Zielony Goblin na Valeriana?

W pozostałych rolach mamy plejadę cenionych aktorów, którzy zasługują na wielkie brawa – Ethan Hawke w małym, ale pamiętnym epizodzie, w którym wciela się w alfonsa; Rihanna, która przepięknie się pręży w roli Bubble czy Rutger Hauer, który jest apoteozą filmów fantastycznonaukowych w roli prezesa światowej federacji.

Po zapowiedziach nie spodziewałam się wiele, właśnie powtórki z Piątego elementu – i to dostałam, a nawet trochę więcej. W filmie jest mnóstwo nawiązań do kanonicznych dzieł popkultury, m.in.scena powitania, postacie pereł, nawiązujące wyglądem do Na’vi z Avatara – to pokazuje, że inspiracje się przenikają, ale też że fantastyka naukowa posługuje się umownymi ikonami i archetypami, a ich przełamanie wcale nie jest proste (a często nawet niepotrzebne).

Film jest reklamowany jako dzieło życia, ale umówmy się, nie umywa się do Leona zawodowca. Jednak sprawdza się w konwencji komiksowej, mieści w ramach  kina rozrywkowego i spełnia standardy filmu science fiction. Mam nadzieję, że kolejny film Bessona znowu będzie odkrywczy i świeży, bo jednak za bardzo mi przypominał Piąty element.

Tytuł: Valerian i Miasto Tysiąca Planet
Reżysera: Luc Besson
W rolach głównych: Dane DeHaan, Cara Delavigne, Clive Owen, Rihanna
Rok produkcji: 2017

Wut da hel^3 [Hel^3, Jarosław Grzędowicz]

Po pięciu latach od zamknięcia cyklu pt. Pan Lodowego Ogrodu  Grzędowicz wraca z nową powieścią. Tym razem jest to science fiction krótkiego zasięgu. Akcja zaczyna się w roku 2058, w którym ludzie żyją iwentami w MegaNecie.

Norbert jest iwenciarzem i właśnie poluje na jakieś spektakularne wydarzenie w Dubaju, które zapewniłoby mu godne życie przez następne pięć minut. Gdy trafia mu się egzekucja Europejczyków, ma nadzieję na niezły zarobek, a tymczasem zostaje uratowany przez paramilitarną organizację przed zdeptaniem przez ciekający tłum. Ale traci też omnifon – urządzenie, od którego zależy życie w 2058 roku. Sytuacja analogiczna do tej, przedstawionej w Limes inferior Zajdla, gdy Sneer traci klucz.

Miał niby paszport, miał komputer, ale nie komunikator, sterownik, protezę mózgu, portfel i identyfikator w jednym. Kiedy usiłował coś załatwić, nieodmiennie kończyło się na: „proszę pobrać aplikację”. A potem: „sprzedajemy tylko omni-bilety”, „obsługujemy tylko grupy zorganizowane”, „proszę skontaktować się ze swoim operatorem”, „musi pan podać numer omni”. (…) W efekcie kupno biletu zajęło mu trzy dni.

Grzędowicz co prawda mocno hiperbolizuje, ale trafnie diagnozuje globalne problemy ekonomiczne, etyczne, ekologiczne i inne. Obecne obostrzenia unijne dotyczące emisji gazów, kąta wygięcia bananów, uznania ślimaka za rybę i tym podobne skłaniają autora do snucia dalszych teorii spiskowych:

Programy kulinarne pouczały go w kwestii nawyków żywieniowych, nakazywały mu jeść larwy i owady, i to najlepiej wyhodowane w najbliższej okolicy (…) Programy podróżnicze? Tu nakłaniano go do oszczędzania wody, pokazując spękaną ziemię w Etiopii i tłumy wychudzonych nieszczęśników z kanistrami na głowach, szczątki roztrzaskanego przez neosowiecką rakietę japońskiego samolotu kołyszące się na falach, podając równocześnie statystyki zanieczyszczenia oceanu spowodowane przez katastrofy w ruchu pasażerskim. Potem rozjuszone twarze prymitywnych i nieświadomych obywateli bezmyślnie odmawiających szczepień profilaktycznych, potem wychudzone dzieci konające na lizbonę (…) Edukowano w programie „dobrowolnego ubóstwa”. Gdzie nie przeskoczył, pouczano go, zmuszano do czegoś albo grano na jego uczuciach. Kazano się reformować i zmieniać. Każdy program, który wydawał się neutralny, okazywał się zaangażowanym, wychowawczym materiałem, dawno poza granicą propagandy.

No dobra, oczywiście autor mógłby sobie darować moralizatorstwo, wszak jak wygląda telewizja, dobrze wiemy nie od dziś, niemniej czytelnik Grzędowicza to nie tylko wychowany na jego starych historiach wyjadacz konwentowy, ale przede wszystkim ta historia ma trafić do niedoświadczonego czytelnika, który zapewne powinien się zachwycić odkrywczością.

A zatem Norbert kupuje od lokalnych dostawców nielegalny alkohol bez akcyzy, kiełbasę bez atestów i prawdziwy tytoń, za który od razu czeka go specjalne miejsce w piekle. I przy tych frykasach zastaje go kolejne zlecenie – nakręcenie tajnego materiału o tym, jak się bawią światowe elity. Oczywiście ma być skandalicznie, obrzydliwie i szokująco. Bohater dzielnie się przygotowuje do nowego zlecenia: uczy się jak być wysokiej klasy kelnerem, co udaje mu się w trzy dni. A potem to już Grzędowicz pojechał z tym sajfajem… Norbert łyka tabletkę, zostaje żywą kamerą, nagrywa skandaliczny, obrzydliwy i szokujący materiał, puszcza go w sieć i czeka. I gdy w podejrzanych okolicznościach giną wszyscy dwaj związani z tym iwentem ludzie, postanawia uciec.

Gdy czekamy na ciąg dalszy skandalu ze światowymi elitami w roli głównej, dostajemy… no właśnie, dostajemy cancela tego wątku, zupełnie z nieznanych przyczyn. I zaczyna się nowy, o tym jak rząd okłamuje obywateli. A nie, to już było w tym przydługim wstępie? Nie, bo teraz okłamuje w sprawie globalnej – wydobywając na księżycu nowy pierwiastek, można by uratować Ziemię, ale rząd blokuje prywatną inicjatywę… 

Nie da się ukryć – Grzędowicz próbował upchnąć za dużo w swojej nowej powieści – spokojnie mógł z niej wykroić trzy pełnowartościowe i odpowiednio rozbudowane książki. Być może za bardzo wziął do siebie krytykę PLO, w którym tak bardzo nic się nie działo, że w najnowszej powieści czytelnik musi poważnie wytężyć siły, żeby nadążyć za akcją, przesłaniem, a nawet za nowymi miłościami bohatera… To nie jest zła powieść, ale po Grzędowiczu (który ciągle jest obiecującym autorem) spodziewałam się po prostu więcej. 

Osobnym tworem jest zakończenie. nie to, że się gonie spodziewałam, bo nadciągało co najmniej od połowy tej powieści, krokami zostawiającymi okrągłe, obłe ślady, niemniej łudziłam się, że do tego nie dojdzie. Może gdybym znowu miała szesnaście lat, uważałabym, że to objawienie, ale teraz się zastanawiam, gdzie jest granica między pasującym zakończeniem a kiczem.

Autor: Jarosław Grzędowicz
Tytuł: Hel 3
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: 2017

Pociąg do złych chłopców [Dwór Mgieł i Furii, Sarah J. Maas]

Po pierwszym takim sobie tomie przychodzi kontynuacja. Zaczyna się dobrze, jest lepiej, ale do dobrego dalej trochę brakuje. Feyra uratowała Prythian przed magiczną klątwą, wykonała trzy próby i wyszła zwycięsko ze starcia z Amaranthą – która była zarazą toczącą krainę.

Wróciwszy szczęśliwie do Dworu Wiosny, dziewczyna szykuje się do ślubu z Tamlinem, ale nie ma ochoty być żoną księcia fae, poza tym ukochany wydaje się inny po dramatycznych wydarzeniach pod górą. Nie dość, że większość czasu spędza na kontrolowaniu ziem i swojej narzeczonej, która czuje się jak w klatce. W dniu ślubu, gdy Feyra jest zapakowana w suknię, która jest marzeniem innej kobiety, i ma wątpliwości, czy w ogóle powinna się plątać w wieczny związek z mężczyzną, o którego tak zaciekle walczyła i przysięgała, że nigdy nie przestanie kochać, a który w tym samym czasie stał się jej zupełnie obcy. Pomoc, jeśli można to tak nazwać, przychodzi z zupełnie nieoczekiwanej strony. Nie po raz pierwszy zresztą. Rhysand, pan Dworu Nocy, zjawia się, by w najmniej oczekiwanym momencie zażądać spłaty długu za wyleczenie strzaskanej ręki pod górą i zabrać ją do siebie na tydzień.

Rozerwana między dworami, Feyra znowu musi odbyć próby, by dowieść swojej wartości Rhysowi. Czyż nie wydaje się to Wam znajome? Ileż razy jedna bohaterka może przechodzić cykl dorastania? Ileż razy może wychodzić z domu, by odbyć te samą podróż? Najwyraźniej raz nie wystarczył.

Dla odmiany zamiast baśni możemy śledzić re-telling mitu o Persefonie, która część roku spędzała z Hadesem, pod ziemią, a część z matką, sprowadzając wiosnę. Jednocześnie pokazuje (po raz kolejny) budowanie więzi i ostateczną rozprawę z Wielkim Wrogiem. Powracają też siostry Feyry, które zniknęły na jakiś czas, a teraz chyba się rozgoszczą na dobre w trzecim tomie.

Do zasadniczych zalet powieści należy budowanie charakterów. Wraz z dość szybką akcją tworzą mieszankę, dzięki której ciężko przerwać czytanie. Główną role odgrywa (poza Feyrą) Rhysand, który odkrywa przed bohaterką tajemnice jej nowych umiejętności, które dostała razem z nowym ciałem od panów wszystkich Dworów. Od niego dostała możliwość czytania myśli i wpływania na nie, ale samo posiadanie takiego daru jeszcze nie świadczy o możliwościach jego prawidłowego użycia. Ponadto spełnia obietnicę i uczy Feyrę czytać i pisać, aby już całkiem mogła się poczuć jak równa wszystkim z wysokich rodów. Wydaje się stanowczo ciekawszy niż nijaki Tamlin, który co prawda traktował Feyrę jak księżniczkę, ale nigdy jako równą sobie.

Mimo pewnych niedociągnięć powieść jest wciągająca i niecierpliwie czekam na trzeci tom, który co prawda ma zamknąć wątek Feyry, ale Maas ma w planach kolejne historie w świecie Prythianu. Mam nadzieję, że bohaterem będzie Lucien, który wciąż jest jednym z ulubionych bohaterów!

Autor:  Sarah J. Maas
Tytuł: Dwór Mgieł i Furii
Wydawnictwo: Uroboros
Data wydania: 2017

Nikt nie jest wystarczająco gotowy i dorosły, by być superbohaterem [Film: Spider-Man. Homecoming]

Do tego filmu byłam nastawiona źle. Po co komu kolejny re-telling historii o Spider-Manie? Mnie nie. Nie podobało mi się przesunięcie bohatera do liceum, co wygląda jak spełnienie marzeń każdego nastolatka. Nie podobało mi się już użycie postaci w Wojnie bohaterów. Ale nie byłabym sobą, gdybym nie dotarła do kina, żeby zobaczyć, o co w tym wszystkim chodzi i dlaczego jest taki hype na zły (z założenia) film.

Peter (Tom Holland) jest już bohaterem. Lokalnym, bo lokalnym, ale jest. Tony Stark (Robert Downey Jr) podarował mu wspaniały strój i obiecał się odezwać, po czym zniknął. Oczywiście ciotka May (znana z komiksu jako zasuszona staruszka, tu jest grana przez Marisę Tomei, która jest naprawdę hot) myśli, że jej bratanek spędza wieczory na stażu w Stark Ind., ten zaś ratuje koty z drzew, przeprowadza staruszki przez ulicę i czeka na telefon od Avengersów – wszystko w kostiumie. 

Tymczasem w mieście pojawia się szczególne zagrożenie. Były szef firmy oczyszczającej miasto po ataku kosmitów z pierwszej części Avengersów, znalazł nowy sposób na zarabianie – okrada tajne laboratoria wojskowe i sprzedaje broń na czarnym runku. A wszystko to w imię utrzymania rodziny. I jedno trzeba przyznać Vulture’owi (Michael Keaton) – ma bardzo dobrą wymówkę, żeby być bardzo złym i w byciu złym jest bardzo dobry! I wydaje mi się, że wszystkie filmy o Spider-Manie zawsze ratuje świetny przeciwnik, przerażający i godny (vide: Willem Defoe, ratujący wizerunek miękkiego Tobeya Maguire’a).

Marvel operuje archetypami – ruska, który ma w garażu reaktor jądrowy, robotnika, który w ramach hobby wymyśla nowinki technologiczne z odpadów produkcyjnych, kolesia z sąsiedztwa który dealuje potem wynikami tych eksperymentów… tu nie jest inaczej. Mistrzostwem jest rola The Tinkerera (Michael Chernus), który odpowiadał za wszystkie wynalazki Vulture’a.

Nie do końca rozumiem, co w tym filmie robią Happy (Jon Favreau) czy Michelle (Zendaya) – nie wnoszą aż takiego elementu komediowego, by film nie poradził sobie bez nich. Z drugiej strony, świat przedstawiony jest pełniejszy niż gdyby po ekranie kręciły się trzy osoby. Scenka ze Stanem Lee – świetna.Więc jeśli podobnie jak ja, macie wątpliwości, czy potrzebujecie kolejnego Spider-Mana w tej dekadzie, to dajcie mu szansę. On jest tylko licealistą, który właśnie na nią czeka.

Tytuł: Spider-Man. Homecoming
Reżysera: Jon Watts
W rolach głównych: Tom Holland, Marisa Tomei, Michael Keaton, Robert Downey Jr. i in.
Rok produkcji: 2017

Jedno pełne życie [Rój, Laline Paull]

Rój autorstwa Laline Paull jest reklamowany jako Folwark zwierzęcy XXI wieku. Czy to porównanie jest uprawnione?


Powieść zaczyna się w momencie, gdy w pewne deszczowe lato dom wraz z ogrodem, sadem i ulem zostają wystawione na sprzedaż. I choć wiąże się to ze zmianami, pszczoły nie mają pojęcia, jaka rewolucja je czeka. Bowiem książka jest zapisem życia jednej pszczoły na tle wydarzeń historycznych, zachodzących w ulu w ciągu roku. 

Flora 717 rodzi się jako najpośledniejsza pszczoła, brzydka sprzątaczka z rodu, któremu nie patronuje nawet żaden kwiat, nie mówiąc już o szlachetniejszych roślinach. Stworzona do pracy na dnie drabiny społecznej, gdzie wykonuje rozkazy wszystkich innych pszczół, Flora została zauważona przez kapłankę z rodu Szałwii i skierowana do pracy zgoła odmiennej. W natchnionej atmosferze błogosławieństw Królowej karmi małe larwy, z których wkrótce wyklują się nowe poddane, jednak szybko okazuje się, że nowa praca inspiruje nieśmiałą pszczołę do podejmowania kolejnych wyzwań, które nigdy nie powinny prostej sprzątaczce przypaść w udziale.

Flora jest bardzo pobożną i pracowitą pszczołą, skromną i świadomą swojego niskiego pochodzenia. Jednocześnie jest niezwykle bystra, śmiała i przez wyżej urodzone siostry jest często uznawana za bezczelną, choć po prostu widzi więcej, kojarzy fakty i wyciąga wnioski, zamiast kierować się odwiecznym prawem i słowem Świętej Matki.

Praca w ulu jest symbolem uporządkowania i spójnego działania. Powieść Paull przybliża czytelnikowi struktury społeczne pszczół, pokazuje wszystkie prace, jakie są do wykonania, walkę z przeciwnościami i naturalnymi wrogami. Jak budują się świadomość, mitologia  i pamięć kolektywna. Powieść można interpretować na kilka sposobów, nie jestem przekonana czy akurat uprawnione jest porównanie do Folwarku zwierzęcego ze względu na całkiem odmienny wydźwięk obu historii. Bohaterka co prawda widzi schematy i struktury, ale sama nie wydaje się im podporządkowana, co nie do końca zgadza mi się z wizją ula, podobnie jak przesuwanie robotnicy na wyższe stanowiska oraz jej nieskończoną możliwość przystosowywania się do kolejnych wyzwań.

Szczególną uwagę chciałam zwrócić na język, jakim jest napisana książka. Czytając ją, miałam wrażenie, jakbym jadła miód łyżką. Dawno nieużywane zwroty znowu zagościły w mojej świadomości, a słowa płynęły gęste i słodkie, oddając bogactwo doznań – zapachów, smaków i kolorów. Pokłony należą się tłumaczowi, Tomaszowi Wiluszowi, który stworzył pochłaniający przekład.

W ulu wciąż trzeba walczyć o przetrwanie. Zarówno głód, jak i chłód są wielkimi wrogami zewnętrznymi (obok os i ptaków), ale łatwo z nimi walczyć, gdy jest pod dostatkiem zapasów. Niestety, zimne lato nie sprzyja rozkwitowi kwiatów.

Wilgotny wiatr przynosi zarodniki plugawych narośli, które zanieczyszczają nasze kielichy z nektarem, zapasy w Skarbcu topnieją szybciej, niż możemy je uzupełnić. Błogosławione dzieło Świętej Matki zostało wstrzymane, grzechy Apatii, Rozpaczy i Bezczynności opadają nas jak muchy. 
     Woń Szałwii przybrała na sile i zbieraczki poruszyły się niespokojnie, gdy wyczuły skryty tuż pod nią mocny maskujący zapach policji płodności. Flora natychmiast zwarła czułki i zacisnęła przetchlinki, żeby oprzeć się jego wymuszającemu uległość działaniu. Instynkt kazał jej uciekać, ale to byłoby śmiertelnym błędem (…) (s. 176).

Teraz już wiem, po co w ulu są trutnie. Po to, by inne pszczoły mogły wylizywać ich futerko.

– Cześć Jego Męskiej Mości! – zawołało kilka żeńskich głosów, kiedy wypadł wielki kawał rzeźbionego wosku, po czym wśród okrzyków zachwytu z otworu wyjrzała zwieńczona czubem głowa młodego trutnia.
– Cześć Jego Męskiej Mości! – powtórzyły radośnie siostry i pospieszyły mu z pomocą; jedne wydłubywały wosk, inne ustawiły się w schody.
– Wysoko tu – powiedział truteń, schodząc po nich na podłogę. – Zmęczyłem się (s. 16).

Ale opis tworzenia miodu to prawdziwy majstersztyk i pojawia się często i zawsze jest tak samo smakowity.

Złota mgiełka i cichy akord harmoniczny wypływały z centrum wielkiego atrium okolonego sześcioma strzelistymi, zbiegającymi się w kopułę ścianami z połączonych kielichów miodu zasklepionych i uświęconych pieczęcią Królowej. Daleko w dole setki sióstr stały w koncentrycznych kręgach i z nieprzytomną radością na twarzach trzepotały srebrzystymi skrzydłami nad dużymi kielichami surowego nektaru. Z naczyń wzbijała się mgiełka i muzyka – to woda parowała z nektaru gęstniejącego w miód (s. 57).

Myślę, że jest to powieść, która skłoni mnie do przeczytania kilku innych, które też o pszczołach traktują.

Autor: Laline Paull
Tytuł: Rój
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data wydania: 2016

O przypadkiem przeczytanej książce, która stała sie powodem do wstydu [Prokurator, Paulina Świst]

Czekając na farbowanie włosów, przeczytałam powieść Pauliny Świst, pt. Prokurator. Z okładki zachęca napis „Ostry seks, ostry język, ostra akcja. Jeszcze żadna nowa gwiazda nie eksplodowała z taką siłą na firmamencie polskiego kryminału”. A ponieważ Homo sum et nihil humanum a me alienum esse puto, a kolejka do fryzjera była dwuipółgodzinna, zabrałam się do lektury, spodziewając się kolejnego bękarta Greya.

W poszukiwaniu emocji i zapomnienia, Kinga wybiera się do klubu z przyjaciółką, a wychodzi z przystojnym facetem, z którym postanawia odbyć stosunek i nigdy więcej go nie zobaczyć. Więc oczywiście spotyka go w nowej pracy i okazuje się, że tajemniczy Łukasz jest prokuratorem w sprawie przeciwko jej klientowi. Najpierw jej przypadkowy kochanek podejrzewa, że Kinga sypia także ze swoim klientem, potem przyjacielem i na koniec dowiaduje się, że w tle jest mąż. Nie przeszkadza mu to jednak przyjąć dziewczyny pod swój dach, gdy staje się ofiarą napaści.

Jak na kryminał, to wątku kryminalnego są ilości homeopatyczne, rzekłabym. Plącze się gdzieś w tle jakiś szef mafii, ale zdaje się zupełnie nie przeszkadzać bohaterom w uprawianiu seksu i awanturowaniu się co chwilę.

Narracja jest prowadzona dwutorowo, zarówno z perspektywy Kingi, jak i Łukasza, co jest dziwnym rozwiązaniem stylistycznym, szczególnie że epizody trwają tyle, co scenki w  Modzie na sukces. I gdy zdezorientowany czytelnik próbuje się połapać w poszatkowanej fabule i skaczącej osi bohatera, właściwie o bohaterach nie da się powiedzieć niczego konkretnego. Ona ma złamane życie i próbuje poskładać je w całość w innym mieście, stara się być wziętą panią adwokat i wyzwoloną kobietą, a przy tym jest złośliwa, ale bez tego polotu, który na przykład serwuje Chyłka. Ma wiele męskich cech i zainteresowań, na przykład nie przywiązuje wagi do romantycznych gestów, lubi piłkę nożną i kibicuje drużynie Portugalii.

A pan prokurator? W większości scen wychodzi na chama i buraka. Po tym, co zaserwował partnerce podczas pierwszego zbliżenia, powinien dostać w twarz, a nie kolejną szansę. Jest oczywiście pracoholikiem, poślubionym swojej pracy, dystansuje się do wszystkich i wszystkiego, a jako rozrywkę traktuje wypad do klubu brata i podrywanie połowę młodszych dziewczyn na jedną noc.

Gdy czytałam tę książkę, miałam wrażenie, że czytam wyjątkowo wulgarnego harlekina. Powieść jest napisana prostackim językiem. Jeśli to świadczy, o jego ostrości, to wolę jednak jego literacki odpowiednik. Ogólnie mam wrażenie, że sfera językowa kuleje w sferze intymności, waha się między infantylnością i ordynarnością, a po środku jest niewiele, by nie powiedzieć, że nic. Niestety, po serii jeba***, piep***, pier*** i jeszcze odrobinie jeba***, miałam dość. Wydaje mi się, że całość by zyskała, gdyby autorka zrezygnowała z tego prostackiego aspektu.

Ponadto – gdy czytam, że będzie ostra jazda, to spodziewam się nie-wiadomo-czego, a dostaję słaby opis bez jakiś wyjątkowych wygibasów i wzlotów, a jedyne co wyróżnia ten stosunek ze wszystkich innych jest to, że jest pozamałżeński. Podsumowując – bez zachwytów. Słaby kryminał, słaby język, słaba fabuła, słabi bohaterowie.

Kac po lekturze gratis.

Wracając do napisu z okładki, mam wrażenie, że ta supernowa się szybko wypali.

P.S. Okładka mi się podoba. Najbardziej z całej książki.

Autor: Paulina Świst
Tytuł: Prokurator
Wydawnictwo: Muza
Data wydania: 2017

Słów kilka o Dworze cierni i róż [Dwór Cierni i Róż, Sarah J. Maas]

Dwór cierni i róż Sary J. Mass wpadł mi w ręce w czasie choroby. Wiele słyszałam o pierwszej serii tej autorki, Szklanym tronie, i że ta seria jest o niebo lepsza. Hmm…

Feyra ma ciężkie życie. Naprawdę ciężkie. Jest Kopciuszkiem do kwadratu i Katniss do sześcianu. Jej rodzina boryka się z nędzą, siostry pamiętają czasy minionego dobrobytu i potrafią tylko rozpaczać nad utraconą świetnością i przegapionymi szansami. Ojciec, odpowiedzialny za utratę majątku i upadek rodziny, okaleczony przez wierzycieli, popadł w marazm i rzeźbi w drewnie figurki.

Bohaterka czuje się w obowiązku nakarmić głodną rodzinę, więc nauczyła się wszystkiego o polowaniu, podglądając myśliwych. I pewnego zimowego dnia udaje jej się wrócić z sarną i skórą wilka. Nie czeka długo na konsekwencje polowania, rychło w drzwiach staje potwór. Jest on przedstawicielem prastarej rasy fae, odgrodzonej od świata ludzi magicznym murem. Bestia jednak rozbija drzwi, oznajmia że wilk, którego skórę Feyra sprzedała na targu, był przyjacielem i za odebranie mu życia, zgodnie z pradawnym traktatem między ludźmi a fae, dziewczyna musi udać się z nim do magicznej krainy – Prythianu.

Pogodzona z losem trafia do pałacu, w którym przychodzi jej cierpieć w luksusie, do momentu, w którym odkrywa, że bestia jest tak naprawdę zaczarowanym księciem.

Serio.

Lata życia w nędzy odcisnęły piętno na Feyrze. Jest zaniedbana i nie kryje zdumienia zachowaniem siostry, która

(C)hociaż zawinęła się w podniszczony koc, jej włosy w kolorze starego złota – takim samym u całej naszej trójki – były nienagannie upięte. Osiem lat życia w ubóstwie nie zabiło w niej nawyku dbania o swój wygląd.

Czas zresztą w powieści jest nadzwyczaj względny i rzadko się sumuje, ponieważ

(B)yłam jeszcze mała, kiedy nasza rodzina straciła pozycję i całą fortunę. Zdążyłam opanować ledwie podstawy eleganckiego zachowania, czytania i pisania

Jeśli była bardzo mała, miała (powiedzmy, mierząc do naszej kultury, sześć lub siedem lat) i przeżyła dalsze osiem w biedzie, to powinna mieć jakieś piętnaście, góra szesnaście lat. Hmm… I od dwóch lat bardziej niż się przyjaźni z wioskowym chłopakiem?

Jednocześnie jest dość inteligentna, potrafi się dostosować do rożnych warunków. Dotychczasowe życie jej nie złamało, przeciwnie, jest twarda, przyzwyczajona do ciężkiej pracy i wyrzeczeń. Nawet gdy trafia we wrogie środowisko fae, stara się sobie zapełnić czas zwiedzaniem okolic, polowaniami i rozrywkami nietypowymi dla dziewcząt. I z drugiej strony mam tylko wrażenie, że Feyra jest już taka znakomita i taka silna, i szybka, i lojalna, i odważna, i otwarta, i wyrozumiała… że nie ma już miejsca na rozwój postaci.

Czytając tę historię przyporządkowywałam kolejne wydarzenia do kolejnych baśni. Odnalazłam bez trudu Piękną i bestię, Żabiego króla, Kopciuszka i zapewne wielu innych motywów nie rozpoznałam, albo nie pamiętam tytułów baśni.

Jest to klasyczny Bildungsroman z akcentem feministycznym, gdzie dziewczyna wychodzi z domu, by osiągnąć dojrzałość. I autorka bardzo konsekwentnie prowadzi narracje w tej konwencji, nie zapominając nawet o tym, że jeśli ktoś jest piękny, to musi być dobry, co niesie ze sobą pewien dysonans poznawczy, gdy pojawia się zaciekły wróg (jakżeby inaczej), książę Rhysand.

Mass wrzuca czytelnika w środek akcji, wydarzenia pędzą jedno za drugim, nie dając bohaterom chwili wytchnienia, ale też i chwili na refleksję. Dwór cierni i róż nie pozwala się nudzić, wciąga w intrygę od pierwszej strony i kusi tajemnicami.

Ostatnie o czym muszę wspomnieć, to język. Nie da się jednak przejść obojętnie wobec licznych niekonsekwencji.

  • Sprowadził mnie ze wzgórza i powiódł na przełaj w blasku księżyca.
  • Nie mogłam się też zdecydować, czy powinnam czuć wściekłość czy ulgę, że tak dobrze im się wiodło pod moją nieobecność.
  • Przytrzymałam się blatu stołu. Gdyby nie on, osunęłabym się na podłogę.
  • Wilk wystrzelił z krzaków i pomknął w stronę łani.
  • Wystrzeliłam drugą strzałę.
  • – Udało się wam coś ustrzelić? – Każde słowo sprawiało wrażenie wyciosanego z zimnego kamienia.

Było jeszcze kilka innych uroczych błędów stylistycznych/logicznych, więc myślę, że można popracować nad uspójnieniem językowym.

Autor: Sarah J. Maas
Tytuł: Dwór Cierni i Róż
Wydawnictwo: Uroboros
Data wydania: 2016

Gołe baby – i wszystko jasne [Film: Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej]

Twórcy filmu biograficznego o Relidze postanowili kuć żelazo póki gorące i przybliżyć widzom życie skandalistki PRL-u – Michaliny Wisłockiej.

Jakoś ominęła mnie pokątna lektura Sztuki kochania, niemniej słyszałam, że mówiło się o niej tylko szeptem. Ale dopiero film uświadomił mi w pełni, jakim problemem było wydanie jej w Polce trzydzieści lat temu. 

Film nie trzyma się linii czasowej, jest podzielony na kilka epizodów, w których widz ma okazję poznać Wisłocką (Magdalena Boczarska) od czasów młodości, poprzez jej nietypowe małżeństwo, studia, pracę, pisanie książki i próby jej wydania. 

Początki mają miejsce jeszcze w czasie wojny, gdy Wisłocka poznaje przypadkiem swojego przyszłego męża, biologa. Jednocześnie film pokazuje, że pożycie małżeńskie nie było dla niej przyjemnością i z radością wdrożyła do swojego życia ideę zaczerpniętą z powieści o naukowcu, który żył w trójkącie z dwiema kobietami – jedną do seksu, drugą do intelektualnych igraszek. Gdy w jej życiu pojawiła się znowu przyjaciółka z dzieciństwa, Wanda (Justyna Wasilewska), by uratować Wisłockich przed wywózką do obozu, dość naturalnie wpasowała się w tę sytuację, wypełniając w małżeństwie lukę po intymności.

Film pokazuje Wisłocką jako naukowca, kobietę pełną pasji, ale nieszczególnie życiową. Znajduje to potwierdzenie w wywiadach, których udzieliła wnuczka, o tym że była ona obciążona Aspergerem. Nie odnajdowała się także jako matka, bardziej zajęta wydawaniem książki, pracą w poradni czy odkrywaniem seksu pozamałżeńskiego.

Wydaje mi się, że można w Polsce powoli zaobserwować nieśmiałą tendencję do obrazowania biografii – co wychodzi znakomicie. Lepiej niż inne filmy (złote czasy etiud już minęły) i niż biografie zagraniczne (nie wiem, czy chcę wracać pamięcią do tragedii, jaką okazał się film o Curie-Skłodowskiej). Nawet pojawia się tu Kot jako Religa.

Polecam obejrzenie bardzo: realia PRL-u takie prawdziwe, Magdalena Boczarska gra bardzo dobrze, a historia jest opowiedziana naprawdę fajnie, choć pod koniec film zmienia tempo i poetykę, ale ma to uzasadnienie.

Mam tylko wątpliwość na koniec – kim jest chłop z pierwszej sceny?

TytułSztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej
Reżysera: Maria Sadowska
W rolach głównych: Magdalena Boczarska, Eryk Lubos, Justyna Wasilewska, Piot Adamczyk i in.
Rok produkcji:

Kto rodzi bogów [Akuszer bogów, Aneta Jadowska]

Po zakończeniu cyklu o Dorze Wilk Aneta Jadowska postanowiła eksplorować uniwersum alternatywnych, polskich miast w dwóch kolejnych seriach. Bohaterem jednej jest szaman, Witkacy. Jednak to druga, o Nikicie, doczekała się już drugiego tomu, pt. Akuszer Bogów

Bohaterka jest członkiem Zakonu Cieni, tajnej organizacji walczącej z siłami nadprzyrodzonymi. Już w pierwszym tomie została zarysowana jako klasyczna Mary Sue – jej dramatyczna przeszłość i szalenie skomplikowane relacje z rodzicami wpływają na obecne zachowanie i powodują, że sama przedstawia się niemal jako Leon Zawodowiec w spódnicy. Jest groźna, zabójcza, a jednocześnie czego się nie tknie – odnosi sukcesy. Nikt tak wspaniale nie zabija z zimną krwią, nie śledzi podejrzanych, nie wykonuje rozkazów, jak Nikita. A z drugiej strony charakteryzuje się dobrym sercem, bo zabija potwory, które rodzą się w zawirowaniach mocy, ratuje najemników, którzy przybyli walczyć z jej ojcem czy zaprzyjaźnia się z równie oderwaną od rzeczywistości hakerką. Postać Nikity jest tak przerysowana, że trudno stwierdzić, czy sama autorka traktuje ją poważnie. Natomiast na ciekawą postać wyrasta Robin, który był w pierwszym tomie ukazany pretekstowo, w Akuszerze jego rola jest nieco większa i mam nadzieję, że trzeci tom zostanie poświęcony odkrywaniu jego tajemnic. Podobnie było w przypadku Witkacego, który okazał się znacznie ciekawszy niż Dora z heksalogii.

Drugi tom przygód Nikity zaczyna się od tego, że ktoś próbuje ją, a jakże, zabić za pomocą miodu w herbacie. Jednocześnie nawiedza ją w snach zabity przez nią brat-bliźniak (!) i informuje, że musi koniecznie natychmiast odnaleźć osobę, dzięki której dziewczyna odkryje zapomnianą przeszłość. Kluczem do wielkiej tajemnicy jest magia północy – wszak po ojcu odziedziczyła moc berserka. Zatem udaje się do krajów Skandynawskich, by odszukać mityczną postać, zwaną Akuszerem Bogów. Jednak nawet pomoc skandynawskiego gangu motocyklowego i lokalnych wilkołaków nie przesądzają o sukcesie. Ponadto sprawy, w które wplątują się bogowie, są zawsze znacznie trudniejsze niż na pierwszy rzut oka.

Do niewątpliwych zalet powieści należy jej wartka akcja. Autorka konstruuje dwie równoważne intrygi i każe bohaterce wśród nich lawirować, a więc czytelnik nie ma chwili oddechu i jest mocno zaangażowany właśnie dzięki szybkości następujących zdarzeń. Do walorów należy też zaliczyć intertekstualność. Jadowska przywołuje liczne popkulturowe skojarzenia, od seriali i piosenek po filmy. Nawiązania nie są subtelne, więc odbiorca nie ma problemu z ich identyfikacją. Jest to jednocześnie wadą książki, ponieważ autorka nie wierzy w inteligencję, obycie i refleks czytelnika. Brak tu subtelności, często Jadowska pisze o jedno zdanie za dużo. Trudno przez to określić, kto ma być odbiorcą tekstu, który z jednej strony jest brutalny, a z drugiej naiwny i wykorzystujący na poważnie wszelkie możliwe klisze. Niemniej jest to tekst rozrywkowy i na pewno przyniesie przyjemność mniej oczytanym odbiorcom.

Autor: Aneta Jadowska
Tytuł: Akuszer bogów
Wydawnictwo: SQN
Data wydania: 2017

Brudna polityka po polsku [Wotum nieufności, Remigiusz Mróz]

Mróz tym razem pokazuje, jak się robi w Polsce amerykańską politykę. Tak z okładki krzyczy napis „Polskie House of Cards„. Dawno nie widziałam nic bardziej absurdalnego. W każdym razie nie ma tam ani jednego posiedzenia sejmu, więc jeśli jesteście fanami kolejnych czytań projektów ustaw, to raczej nie będzie to dobra lektura. Bo tu jest całe mięcho i brzydkie kulisy.

Mróz to Mróz – stosuje tę samą taktykę mistrza Hitchcocka – powieść zaczyna się od trzęsienia ziemi a potem napięcie rośnie. Tym razem też zaczyna z wysokiego C: marszałek sejmu, Daria Seyda, obudziła się w podwarszawskim hotelu nawalona jak stodoła i co robi? Dzwoni do współpracownika, żeby ją odwiózł do fabryki*. Jak myślicie, ile stron zajmie, zanim ją to kopnie w tyłek? No, ale nie ma czasu na pierdoły, bo właśnie prezydent ujawnił, że jest terminalnie chory i zrzeka się urzędu, żeby podjąć leczenie. I tak to bywa w takich przypadkach, zostają rozpisane wybory prezydenckie. Seyda startuje, a jej najgroźniejszym przeciwnikiem jest Patryk Hauer – polityk, który jest najpopularniejszy wśród młodych i aktywnych na portalach społecznych. Nie był to jednak jego pomysł na życie, on chciał być premierem. Ale Milena, jego żona, także ma ambicje polityczne i zagraniczne studia, które mają jej pomóc wylansować małżonka na przywódcę narodu. Ale nie tylko ona ma plany wobec Patryka. Jest on również uzależniony od przewodniczącej swojej partii, Teresy Swobody. Nie tylko od niej jest uzależniony, ale o tym wie tylko oni jego dostawca.

Tymczasem ginie jeden z pozostałych kandydatów na prezydenta. Ktoś manipuluje komisją śledczą w sprawie morderstwa Polaka za granicą. Hipsterski dziennikarz wpada na trop powiązań premiera z innym hipsterskim dziennikarzem. O dziwo wszyscy poza premierem  znikają. Wydarzenia galopują, krew się przelewa, bohaterowie się miotają, trup się ściele (relatywnie) gęsto, ciśnienie rośnie, rzeczy się dzieją… Szybko, dużo – nagromadzenia są cechą charakterystyczną stylu Mroza. Przeczołgała mnie ta książka, a wynik wyborów jest zaskakujący niczym ogłoszenie Oscara za najlepszy film za 2016 r. 

Na koniec mam tylko jedno pytanie: co autor ma z tymi nazwiskami, że są takie w opór niepolskie? Na plus należy zapisać, że błędów jakby mniej, ale za to grubszy (odmiana przez przypadki!!!):  „WIL utyskiwał na nią twierdząc, że chce wprowadzenia kolejnych regulacji w gospodarce, która powinna zostać uwolniona od państwowych oków”.
Że co?
Co to są państwowe oka? Myślałam, że państwo^W, tfu, pańskie oko konia tuczy!

Czy to jest polskie House of Cards? W pewnym sensie – ani tamtych, ani tych bohaterów nie lubię, ale w obu przypadkach śledzę te ich losy. I w obu przypadkach wiem, że mogłabym pewnie słuchać czegoś lepszego, ale nie samym Clarkiem człowiek żyje, a do krojenia warzyw na obiad dla syna  – jak znalazł.

* W sensie do sejmu.

Autor: Remigiusz Mróz
Tytuł: Wotum nieufności
Wydawnictwo: Filia
Data wydania: 2017