Jestem wielką wielbicielką kryminałów szpiegowskich, dlatego gdy Vincent V. Severski poleca książkę na okładce, oczywiście że ją przeczytam! Tak właśnie stało się z Kulawymi końmi, a Severski wspiął się do czołówki influencerów książkowych i ludzi, których słucham, gdy mówią o książkach.

Wyjaśnijmy sobie przynajmniej tyle: Slough House ani nie znajduje się w Slough, ani nie jest domem. Jego drzwi wejściowe czają się w zakurzonym zakamarku między lokalami handlowymi w gminie Finsbury, rzut beretem od stacji metra Barbican. (…) Frontowe drzwi, jak już wspomniano, czają się zakamarku. Są pokryte zestarzałą już farbą i ochlapane przez przejeżdżające samochody, a przez szybkę u góry nie widać światła. Pusta butelka po mleku już od tak dawna stoi w ich cieniu, że miejskie porosty na dobre przytwierdziły ją do chodnika. Nie ma dzwonka, a skrzynka na listy zasklepiła się jak rana z dzieciństwa: jakikolwiek list – a pod ten adres nigdy nie przychodzi żadna poczta – popychałby tylko jej klapkę, ale nie dałby rady wpaść do środka. Zupełnie jakby te drzwi były atrapą istniejącą tylko po to, by stworzyć strefę buforowa między sklepikiem a restauracją (s. 21-22).
Historia zaczyna się wielką nieudaną akcją szpiegowską, której niechlubnym bohaterem został River Cartwright, ambitny młody człowiek, którego całe życie i doświadczenie skupiało się wokół MI5, a droga do zawodu była w zasadzie autostradą, a jednak na ostatnim odcinku pomylił kolory koszuli podejrzanego o atak terrorystyczny i… Wyłącznie dzięki koneksjom wylądował w Slough House – zapomnianej przez Boga i ludzi przechowalni dla szpiegów, którzy spartaczyli robotę.
River całymi dniami miał wykonywać mało znaczące w kontekście bezpieczeństwa kraju zadania, jednak ciągle czeka na swoją wielką szansę, by wrócić do wielkiej gry. I niespodziewanie odkrywa dwie rzeczy: grzebanie w śmieciach dziennikarza-paranoika może być powiązane z porwaniem zakładnika emitowanym na cały świat w internecie i że został wrobiony, a jego miejsce powinno być w głównym nurcie największych wydarzeń MI5.
To jest historia napisana w ten specyficzny sposób, że autor stara się narracją zmylić czytelnika, nie dopowiadając o kim tak naprawdę pisze. I w tym przypadku jest to narracja tak zgrabnie poprowadzona, że mnie zmyliła. A poza tym jest to rzeczywiście świetnie napisany kryminał szpiegowski, gdzie drobne decyzje mogą zaważyć na czyimś życiu i akcji. Zawsze jestem pełna podziwu dla autorów, którzy składają wielopiętrowe intrygi i Mick Herron robi to że świetną precyzją. Poza tym potrafi też konstruować ciekawych bohaterów z pogmatwaną przeszłością, więc z radością i nadzieją myślę o kolejnych czterech tomach serii!
Autor: Mick Herron
Tytuł: Kulawe konie
Tłumaczenie: Anna Krochmal
Wydawnictwo: Insignis
Data: 2021