Andy Weir, po spektakularnym sukcesie Marsjanina, i po spektakularnej porażce Artemis, wrócił z trzecią książką – Projekt Hail Mary, w którym udało mu się poruszyć kilka istotnych tematów.

Bohater budzi się w zamkniętym pomieszczeniu ze zwłokami dwóch osób. Orientuje się, że został wprowadzony w śpiączkę i tylko przeżył. Dalsze badania pokazują, że się na statku kosmicznym w innym układzie słonecznym i dramatycznie próbuje sobie przypomnieć, jak do tego doszło. Jeszcze niedawno był wszak skompromitowanym naukowcem, który ukrywał się przed światem jako nauczyciel przyrody.
Okazuje się, że podczas gdy cały świat toczy debaty filozoficzne na temat tego, czy może na Ziemi istnieje jedyne życie we wszechświecie, czy może jednak na innych planetach wyewoluowały formy życia, jakieś kosmiczne pasożyty wyżerają nam Słońce. Nie dość, że doszło do przykrego odkrycia – nie jesteśmy sami; to jeszcze okazuje się, że obcy wcale nie muszą być Predatorami, by ich działania wybiły ludzkość do nogi. Albowiem zanik energii słonecznej obniża temperaturę na Ziemi, grozi nam kolejna epoka lodowcowa i ziemskie życie ma wymrzeć z powodu głodu.
Wyprawa, w której bierze udział Ryland Grace, którego kariera naukowa upadła po tym, jak opublikował pracę o tym, że nie, woda wcale nie musi być podstawą żywych organizmów, jest wyprawą ostatniej szansy i ma zbadać dlaczego jedna z okolicznych gwiazd nie jest zjadana przez energożerne astrofagi.
Fabuła toczy się na dwóch planach czasowych: na bieżącym Grace próbuje ogarnąć rozumem samotną wyprawę, zapoznaje się ze statkiem i przypomina sobie co doprowadziło do tej misji. Na drugim cofamy się w przeszłość, gdy ludzie dopiero odkrywają, co im zagraża, zastanawiają się, jak temu przeciwdziałać, prowadzą badania na przechwyconych organizmach.
Książkę czytałam bardzo długo – około dziewięciu miesięcy. Robiłam sobie przerwy i trudno mi było ją skończyć za jednym podejściem, choć nie bardzo potrafię zrozumieć dlaczego. Ma ona wszystko, co się powinno znajdować w dobrym SF: jest dużo akcji, jest pierwszy kontakt, jest tajemnica do odkrycia, dobrze skonstruowany bohater, sprawdzona formuła Weira, są problemy natury naukowej, moralnej, etycznej i technicznej, jest bromance.
I są tez dziwne wybory tłumacza – dlaczego tytuł został w oryginale? Dlaczego nie mógł zmienić/ przełożyć tytułu na polski (co nie dość, że jest zgodne z duchem oryginału, to jeszcze z duchem fabuły) i tytuł mógłby brzmieć Projekt ostatniej szansy lub nawet Ostatnia szansa? Co prawda nazw statków się nie tłumaczy, jednak nazwa statku nie jest jedynym kontekstem powieściowym. W całej powieści nie ma akurat kontekstu religijnego i naprowadzenie na modlitwę Zdrowaś Mario jest dla mnie nieporozumieniem, podobnie jak uleganie modzie na nieprzekładanie tytułów.
Natomiast absolutnie fantastyczne są obce formy życia. Widać, że autor je przemyślał, poświęcił czas na ich rozbudowanie – oczywiście postać Rocky’ego chwyciła mnie za serce, relacja dwóch samotnych postaci daleko od domu, z których żadna nie mogłaby przetrwać sama. A jednocześnie trudno mi się o nim czytało.
Podobnie rzecz się ma z kilkoma rozwiązaniami fabularnymi Deus ex machina (na przykład nawiązanie komunikacji z obcą formą życia – bez problemu; odkrycie „leku” na astrofagi – za pierwszym razem; pozwolenie obcej formie życia na wdarcie się na statek – jasne, zapraszam, o konsekwencjach pomyślimy, jak będzie już źle). Mam wrażenie, że fabuła pędzi i bohater nie ma czasu na chwilę refleksji nad tym, co się dzieje i co odkrywa.
Pomimo niewątpliwych wad powieści, uważam że Projekt Hail Mary to jedna z najlepszych książek o pierwszym kontakcie i fantastycznonaukowych w ogóle. Bardzo polecam, nawet jeśli będziecie się z nią zmagać kilka miesięcy jak ja, bo są w niej poruszone tematy, których od lat nie widziałam i to z taką troską o realizację i prawdopodobieństwo.
Autor: Andy Weir
Tytuł: Projekt Hail Mary
Tłumaczenie: Radosław Madejski
Wydawnictwo: Akurat
Data: 2021